Rozdział XXIV
Śmierć demona
Colgen patrzył przerażony przez okno, jak królewscy muszkieterowie rozprawiają się z jego żołnierzami wypierając ich z dziedzińca i murów zamku. Wielu już zginęło, niektórzy poddali się i siedzieli związani pod ścianą. Jeszcze inni przerażeni skakali z murów do rzeki, gdzie ginęli w nurtach zimnej wody. Minister patrzył na to załamany i wiedział już, że gra jest skończona. Jego osobista gwardia zawiodła. Czy po to Febre zjeździł całą Francję w poszukiwaniu największych łajdaków i zabijaków na tym świecie, żeby teraz ci nędzni muszkieterowie zniszczyli jego plan? Tak precyzyjnie układany przez długi czas koncept zrujnować w zaledwie jeden dzień? Żałosne. Cóż, widać nikomu nie można ufać. Colgen stał załamany pocierając dłońmi skronie.
- Moja własna gwardia... - mamrotał niczym w amoku - Moja własna gwardia... Tak długo zbierana... Została rozbita w perzynę przez tych podłych nędzników! Ech, cóż to za ludzi mi sprowadziłeś, Febre? Można się zastrzelić z rozpaczy... Cały plan teraz diabli wezmą.
Nagle przyszło mu coś do głowy.
- Lecz niech nie liczą, że mnie dostaną. Niech nie liczą, że cokolwiek to zmieni. Może i zdobędą zamek, może i pokonają moich ludzi. Ale nie uratują króla ani królowej. Nie zobaczą ich nigdy więcej! Ani mnie! Chcą mnie usmażyć w ogniu piekielnym? Proszę bardzo, ale spalimy się w nim razem. Wszyscy!
Rozważania pana ministra przerwało zjawienie się Hermanna Grusnera z wiadomością, że muszkieterowie zajmują już cały zamek, a gwardziści zapewne zostaną pokonani.
- Walczmy do samego końca! - ryknął Colgen nie próbując już ukryć swojej wściekłości - Rzuć do walki wszystkich moich żołnierzy! Nawet jeśli musimy przegrać, to zróbmy to z fasonem!
To mówiąc chwycił pistolet leżący na stole i wetknął go sobie za pas.
- A ja? - zapytał Niemiec.
- Co ty?
- A co ja mam zrobić, Herr Minister? - dopytywał się Grusner - Co ja mam robić?
- Co ty masz zrobić? - zapytał już mocno zdenerwowany Colgen - Ty mnie pytasz, co masz robić? Odpowiem ci zatem. Zrób coś użytecznego choć raz!
- Ale co konkretnie mam zrobić? - Niemiec wciąż wydawał się co najmniej zdezorientowany.
Colgen złapał go mocno za koszulę.
- Po prostu nie stój bezczynnie i przestań panikować! Zamiast tego zrób coś pożytecznego! Choć raz się na coś przydaj! Chociaż raz!
Zdenerwowany Colgen wybiegł z komnaty.
Hermann Grusner był wręcz rozwścieczony niewdzięcznością ministra. Wściekły spojrzał w stronę drzwi, przez które wybiegł jego pracodawca, po czym zaczął mówić sam do siebie po niemiecku.
- Grusner zrób to. Grusner zrób tamto. Mam już tego dość. Pracuję dla niego, wykonuję wszystkie jego polecenia, a co dostaję od niego w zamian? Niewdzięczność. Ani odrobiny wdzięczności za moją wierną służbę. Mam tego dość! Minister traktuje mnie jak psa. Nie! Nawet nie jak psa! On mnie traktuje gorzej niż psa. Ale ja mu jeszcze pokażę. Grubo się myli, jeśli sądzi, że ten kundel, którego ciągle kopie, nigdy go nie ugryzie. Właśnie teraz go ugryzie! Mam zrobić coś pożytecznego, tak?! No to zrobię coś pożytecznego! I to nawet bardzo pożytecznego. Bylebyś tylko pan tego nie pożałował, panie Colgen. Przez te wszystkie lata, kiedy ci służyłem, nie miałaś przede mną tajemnic dotyczących tego zamku. Wiem, co tu trzymasz w podziemiach i pozbawię cię tego. Nareszcie Hermann Grusner zrobi coś pożytecznego... dla Hermanna Grusnera.
Po tych słowach Niemiec wyszedł z pokoju, a następnie zajrzał do jednej z komnat. Wszedł do niej. Podszedł do biurka stojącego w rogu. Odnalazł ukrytą szufladę. Otworzył ją i wyjął mały, srebrny kluczyk. Potem zszedł do piwnic zamkowych, podszedł do żelaznych drzwi i otworzył je.
***
Raul wraz z przyjaciółmi przedarł się przez wrogi oddział i wpadł do głównego gmachu zamku. Szukał tam króla oraz królowej. A wraz z nim szukali pary królewskiej Francois, Fryderyk i Trechevile. Cała czwórka muszkieterów biegała po długich korytarzach szukając więźniów Colgena. Po drodze natknęli się na spory oddział gwardzistów, musieli więc się z nimi rozprawić. Nie zajęło to im jednak wiele czasu i dość szybko powrócili do poszukiwań. Kilkakrotnie się rozdzielali, po czym znowu spotykali. Nic to jednak im nie dało.
- Odnaleźliście króla i królową? - zapytał Trechevile, kiedy spotkali się po raz czwarty z rzędu.
- Niestety nie - odpowiedział załamanym głosem Francois.
- Jakby zapadli się pod ziemię - dodał Fryderyk.
- Tego na pewno nie mogli zrobić - powiedział Trechevile rozglądając się dookoła - Rozejrzyjcie się dokładnie. Przecież muszą gdzieś tu być.
- Pobiegnę na górę jeszcze raz. Może zapomniałem zajrzeć do jakiegoś pokoju - zawołał Raul.
- Dobrze, sprawdź jeszcze raz - zgodził się Andre Trechevile - A my rozejrzymy się na niższych piętrach.
- Tak jest! To ja na górę - powiedział Raul i pobiegł na górę.
- A my na dół. Szybko! - rozkazał Trechevile.
***
Raul wbiegł na górne piętra zamku Colgena. Zaglądał do wszystkich pokoi, ale nie odszukał ani króla, ani królowej. W jednej z komnat znalazł kilku dworzan Ludwika XV. Od nich dowiedział się, gdzie znajdują się władcy Francji. Młody muszkieter popędził więc tam, ile miał sił w nogach. Dotarł wreszcie do komnaty, która była więzieniem Ludwika XV oraz Marii Leszczyńskiej. Drzwi były zamknięte na klucz. Skierował wiec pistolet w stronę zamku w drzwiach i wystrzelił. Kopnął drzwi, po czym otworzył je na oścież, po czym wpadł do pokoju. Zastał tam już Ludwika XV spokojnie siedzącego na krześle, a także Marię Leszczyńską stającą koło okna. Przy niej stała Helena de Saudier i trzymała mocno dłoń swojej pani próbując ją pocieszyć.
Ich Królewskie Moście obawiali się tego, że walka tocząca się na dziedzińcu zamku stanie się dla Colgena pretekstem, żeby jak najszybciej pozbawić ich życia. Dlatego też, kiedy usłyszeli, że ktoś się dobija do ich komnaty pomyśleli, że spełniły się ich najgorsze obawy. Sądzili, że to być może ich mroczny Cerber lub jego zbiry. Gdy zamek został przestrzelony spodziewali się najgorszego. Odetchnęli więc z ulgą, gdy ujrzeli młodzieńca w mundurze muszkietera. Królowi wydawał się znajomy, lecz nie był w stanie powiązać jego twarzy z nazwiskiem. Królowa od razu rozpoznała młodzieńca, który ją ocalił z rąk bandytów. Zaś Helena de Saudier zaśmiała się radośnie i zawołała:
- Raul! Jesteś nareszcie! Znalazłeś nas!
- Ale jak ci się to udało, mój chłopcze? - zapytała Maria Leszczyńska patrząc na niego niczym na anioła.
- Nie ma czasu na wyjaśnienia. Musimy stąd uciekać - odpowiedział Raul - Muszkieterowie kapitana Trechevile’a walczą w obronie Waszych Królewskich Mości. Ale nie możemy zbyt długo wystawiać ich na próbę. Nie wiemy, jak skończy się walka.
- Słusznie - odrzekł mu Ludwik XV wstając i przybierając królewską pozę - Widzisz, kochanie? Mówiłem ci, że moi muszkieterowie nas nie zawiodą.
- Mówiłeś, mój drogi, mówiłeś - przytakiwała mu Maria Leszczyńska, która nie chciała się z nim więcej na ten temat kłócić.
Helena de Saudier podeszła do Raula i zapytała:
- Raul, przyjacielu, powiedz mi... Gdzie Fryderyk?
- Jest z nami. Walczy u naszego boku.
- Boże kochany! Jest tu z wami? Przecież on może zginąć! - przeraziła się Helena de Saudier - Musicie go ciągle tak narażać? Wystarczająco się już poświęcał dla króla i kraju.
- Pani pułkownikowa wybaczy, jednakże my wszyscy walczymy razem ramię w ramię - odpowiedział jej z dumą w głosie Raul Charmentall - Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. To nie jest tak, że tylko jeden z nas się naraża. Narażamy się razem albo żaden z nas nie ryzykuje. Zresztą nie traćmy czasu na rozmowy. Colgen może w każdej chwili się tu zjawić, aby zabić Ich Królewskie Moście.
- Masz rację, Raul - zgodziła się z nim Helena de Saudier - Wasze Królewskie Mości, musimy stąd uciekać!
- Ale dokąd uciekać? I niby po co? - zapytał Ludwik XV - Nie lepiej poczekać, aż bitwa się skończy?
- Musimy uciekać choćby po to, aby mój siostrzeniec i jego druhowie nie poświęcali się za nas na marne - odpowiedziała pułkownika.
- Słusznie mówisz, Heleno - potwierdziła słowa wiernej służki Maria Leszczyńska - Ruszajmy zatem!
***
Febre szukał młodego Charmentalla po wszystkich korytarzach oraz pokojach zamku. Nie wdawał się w walki z muszkieterami, choć miał ochotę zabić osobiście każdego z nich. Teraz nie miał wszak na to czasu, gdyż szukał tylko jednej osoby, Raula Charmentall. Tego młodego chłystka, który śmiał rzucić mu wyzwanie i przysiąc zemstę. Już on mu da zemstę, tylko najpierw musi go znaleźć, a znajdzie go na pewno tutaj, o ile ten młodzik nie opuścił jeszcze zamku. Człowiek w czerni przypuszczał, że Raul nie ustąpi, dopóki nie odnajdzie króla i królowej. Febre bardzo dobrze znał takich młodych ludzi jak ten muszkieter. Młodych i porywczych a przy tym bardzo odważnych. Z łatwością wykorzysta jego zapalczywość do własnych celów. Wystarczyło odpowiednio rozegrać tę grę.
W chwili, kiedy Febrowi chodziły po głowie takie myśli, usłyszał tupot czyichś butów. Ktoś zbiegał ze schodów na dół. Dobra nasza, pomyślał ów nikczemnik. To pewnie Charmentall szuka władców Francji. To dobrze, to bardzo dobrze. Znajdzie więc, ale własną zgubę. Zbir ministra Colgena zaczaił się za ścianą i czekał. Wreszcie tajemniczy człowiek zbiegł po schodach na sam dół. Febre już miał go zaatakować, ale zmienił zdanie. To nie był Raul, lecz Trechevile. Człowiek w czerni poczuł nagle w sercu lęk. Wiedział, jak wygląda obecny kapitan królewskich muszkieterów. Co prawda nie miał nigdy możliwości zetknąć się z nim twarzą w twarz, ale wiedza o jego wyglądzie była mu dobrze znana, dlatego z miejsca go rozpoznał i poczuł w sercu ogromny lęk. Dziwić mu się nie w sposób, w końcu człowiek, na którego wpadł, był postrachem bandytów i przestępców w całej Francji. To on nakłaniał muszkieterów do współpracy z żandarmerią przy ściganiu złoczyńców. On również pokrzyżował wiele planów Febre’a. Nic zatem dziwnego, że ten nędznik, który nigdy nikogo się nie obawiał, teraz przeraził się i to bardzo. Cofnął się więc powoli licząc na to, że Trechevile go nie zauważy. Niestety, zauważył. Kapitan muszkieterów odwrócił się i spostrzegł łotra.
- Ty musisz być Febre! - zawołał Trechevile na widok swego dawnego wroga - Nareszcie się spotykamy.
- Kapitan Andre Trechevile, kopę lat! - powiedział ironicznie Febre - Dawnośmy się nie widzieli, prawda?
- Nigdy nie mieliśmy okazji spotkać się twarzą w twarz. Nie licząc oczywiście sytuacji, kiedy udawałem ambasadora hiszpańskiego.
- W rzeczy samej. Wtedy widzieliśmy się pierwszy raz, choć trudno to nazwać oficjalnym poznaniem się.
- Istotnie. Dlatego Cieszę się, że obaj wreszcie możemy poznać się oficjalnie. Wiele o tobie słyszałem.
- Ja o tobie także. Zwykle natykałeś się na moich ludzi, ale nigdy na mnie. Nie ukrywam, że na swój sposób mnie to smuciło.
- Mnie również. Prawie cię dopadłem dwadzieścia lat temu. To było na tydzień przed tym, jak zarżnąłeś państwa Charmentall.
- Spełniłem tylko swój obowiązek wobec króla i narodu.
- Chyba raczej obowiązek wobec tego nędznika Colgena - zakpił sobie Trechevile podchodząc powoli do niego.
- Ja jedynie ukarałem winowajców - odparł Febre cofając się przed nim - Gaston Charmentall nie płacił podatków. Był zwykłym złodziejem.
- Kpisz chyba sobie.
- Wszak kto nie płaci podatków, jest złodziejem. A on nie płacił.
- Nie bądź śmieszny, Febre. Nie udawaj głupca. Obaj dobrze wiemy, że nie było żadnych zaległości podatkowych. Po prostu Colgen zlecił ci zamordowanie rodziców Raula.
- Pierwszy błąd, mój drogi przyjacielu - powiedział wściekły Febre - Miałem zabić tylko jednego z nich.
- Słusznie. Przepraszam. Tylko jednego - kpił sobie z niego Trechevile - Drugiego z rodziców miałeś jedynie uprowadzić i zawieść do Colgena. To była matka Raula. Twój pracodawca chciał z niej zrobić swoją kochankę.
- To już nie moja sprawa, co on chciał z nią zrobić - odparł Febre - Nie mój interes, co zleceniodawca robi z przedmiotem zlecenia.
- Przedmiotem zlecenia, tak? Kobieta piękna, szlachetna oraz pełna dobroci, to dla ciebie tylko przedmiot i wyłącznie przedmiot? A jej mąż, jeden z najszlachetniejszych ludzi na świecie to kto niby jest? Także rzecz?
- A owszem. Bo każdy człowiek jest przedmiotem, którego pożąda lub nienawidzi inny przedmiot troszkę wyżej stojący na szczeblach drabiny społecznej. Ale nie będę się teraz wdawał z tobą w dyskusję. Mam co innego na głowie.
Po tych słowach Febre chciał odejść.
- Doprawdy? A co może mieć na głowie taki nędzny i podły morderca, jak ty? - zapytał Trechevile, zagradzając mu drogę szpadą.
Febre spojrzał wściekle na niego. Najchętniej zabiłby tego zuchwalca gołymi rękami. Lecz przed kapitanem muszkieterów Andre Trechevilem zawsze czuł respekt, więc odpowiedział:
- Skoro koniecznie musisz wiedzieć, to zamierzam dokończyć pewne zlecenie ministra.
Chciał iść, ale Trechevile nadal zagradzał mu drogę swoją szpadą.
- Czy chodzi o Raula Charmentall? - zapytał kapitan.
- Człowieku, zejdź mi z drogi - wysyczał Febre przez zęby.
- Obawiam się, że nie mogę tego zrobić, człowieku - mówił z wyraźną nutą gniewu w głosie Trechevile - Widzisz, Raul to mój wychowanek i przyjaciel. Nie pozwolę, byś go skrzywdził. Stawaj do walki.
To mówiąc stanął przy drzwiach i skierował ostrze szpady na niego.
- Trechevile, nie bądź głupcem. Zejdź mi z drogi dobrowolnie, bo sam cię usunę - powiedział spokojnie Febre.
Gdyby ów muszkieter nie był tym, kim był, zginąłby na miejscu. Febre jednak czuł przed nim lęk połączony z szacunkiem. Wolał nie wdawać się w walkę z kapitanem. Z człowiekiem, który już tyle razy pokrzyżował jego plany.
- Nawet nie próbuj! - powiedział Trechevile z groźbą w głosie.
- Lepiej nie stój mi na drodze, głupi starcze, bo i ty wylądujesz w zaświatach.
- Nie groź mi lepiej, chłystku, bo się przeliczysz. I nie wyzywaj mnie od starców, bo sam nie jesteś ode mnie wiele młodszy. Poza tym nazywając mnie starcem ubliżasz nie tylko mnie, ale też i każdemu, który poległ dziś z mojej ręki.
- Ubliżałem nawet samemu Bogu, więc co mi tam ludzie?! Zejdź mi z drogi, Trechevile.
- Nie!
- Dobrze ci radzę, zejdź mi z drogi, bo zginiesz.
- Zostaw Raula w spokoju!
Febre zrozumiał, że jedynym możliwym sposobem przejścia przez te schody jest pokonanie Trechevile’a. Wycedził przez zęby:
- Jak chcesz. Najpierw wykończę ciebie.
Chwilę później rozpoczął się zacięty pojedynek pomiędzy dwoma dawnymi adwersarzami. Febre nacierał na Trechevile’a, który to ze stoickim spokojem odpierał jego ataki. Podły sługa Colgena nacierał jednak coraz silniej, dlatego kapitan muszkieterów musiał się cofać pod naporem jego ciosów. Cofając się wchodził na górę po schodach cały czas odwrócony do nich tyłem, gdyż musiał odpierać ciosy Febre’a. Nagle poczuł, że traci grunt pod nogami. Okazało się, że nie zwrócił uwagi podczas walki na ostatni stopień, potknął się i upadł. Febre zaś bezlitośnie wykorzystał tnąc szpadą lewą rękę, którą Trechevile zdołał zasłonić serce. Kapitan muszkieterów jęknął z bólu i wypuścił z rąk szpadę, którą Febre odkopnął do tyłu. Morderca w czerni uśmiechnął się do niego jadowicie.
- Mówiłem ci, staruszku: Zejdź mi z drogi - mruknął, uśmiechając się złośliwie - Nie posłuchałeś mnie, więc teraz giń, głupcze.
To mówiąc wymierzył w niego szpadę.
Wtem w jego broń uderzyło coś mocnego i twardego. Tym czymś była inna szpada.
Febre spojrzał się w stronę, skąd wyszło to ostrze blokujące jego cios. Zauważył wówczas młodego muszkietera, który właśnie przeszkodził mu w ostatecznym wyeliminowaniu kapitana Trechevile. Tym muszkieterem był Raul, człowiek, którego szukał.
- No proszę, Charmentall - powiedział bardzo zadowolony Febre - A już myślałem, że się nie zjawisz. Wreszcie się spotykamy.
- O tak, Febre. Czas już na to najwyższy - odpowiedział mu Raul - Zabiłeś moich rodziców.
- Tylko ojca. Twoja matka nie miała zginąć - poprawił go człowiek w czerni - I nie ja ją zabiłem.
- Wiem o tym, nędzniku.
Febre spojrzał na niego zdziwiony.
- Wiesz? A skąd?
- Ty i hrabina de Willer macie bardzo długie języki. Za długie - kpił sobie z niego Raul - Wystarczyło tylko podsłuchać to i tamto.
- Hrabina de Willer? - zapytał zdumiony Febre słysząc jego słowa - Co się z nią stało? Gdzie ona jest?
- Jest już na tamtym świecie. Tam, gdzie i ty się znajdziesz za kilka minut - odpowiedział mu Trechevile.
Febre wściekł się. Charmentall i jego kompani zabili hrabinę de Willer. Zabili jego kochankę i najwspanialszą kobietę, którą znał. No cóż... Mówi się trudno. Podobała mu się, nawet bardzo, ale przecież nie będzie udawał, że mu jej brakuje. Owszem, rozzłościła go ta wiadomość, ale przecież nie będzie ronić po niej łez.
- Zabiliście hrabinę de Willer, bo nie miała możliwości bronić się przed wami - powiedział Febre, kiedy Raul podnosił rannego Trechevile’a z ziemi - Ale ja nie jestem słabą kobietą, której jedyną bronią są wdzięk i inteligencja. Jestem mężczyzną, który umie bardzo dobrze się fechtować, o czym zaraz będziesz mógł się przekonać, gaskoński głupcze. Pożałujesz, że kiedykolwiek wszedłeś mi w drogę.
To mówiąc skierował ostrze swojej szpady w jego pierś.
- Stryjku. Król i królowa znajdują się tuż nad nami. Jest z nimi pani pułkownikowa de Saudier. Zabierz ich stamtąd, proszę - wyszeptał Raul do Trechevile’a.
- Nie martw się, zaraz się tym zajmę, chłopcze - odpowiedział kapitan muszkieterów i ruszył na górę.
- Walczmy, Febre - powiedział Charmentall, szykując szpadę do walki - Na śmierć i życie.
- Albo tylko śmierć. Śmierć dla ciebie, rzecz jasna - odparł człowiek w czerni, po czym zasalutował mu szpadą.
Raul odpowiedział mu tym samym.
Dwaj przeciwnicy ruszyli na siebie niemalże jednocześnie. Szpady poszły w ruch. Szczęk ścierającego się ze sobą oręża nie ustawał ani na minutę. Raul i Febre raz po raz atakowali lub bronili się przed ciosami. Żaden z nich nie miał zamiaru przegrać. Stawką tu było ich życie, a także reputacja znakomitego szermierza, której żaden nie chciał utracić.
***
Grusner otworzył jedną z dwóch małych skrzyń, które znajdowały się w maleńkim pomieszczeniu w zamkowych piwnicach. Znajdowało się w niej złoto, srebro. drogie kamienie, złote naczynia, perły, naszyjniki, złote bransoletki itp. drobiazgi z gatunków tych, przez które ludzie skłonni byli podrzynać sobie nawzajem gardła. Potem otworzył drugą skrzynię. Było w niej to samo, co w pierwszej.
- Cały majątek pana Colgena - powiedział Grusner do siebie.
Co za szczęście. Takie bogactwo! Patrzył teraz na skarby i zacierał z radości ręce.
- Wszystko z rabunku i kradzieży. Ukrywał to przed całym światem. Leżało to bez pożytku, lecz teraz przyniesie komuś korzyść i to niemałą. Oczywiście tym kimś będę ja.
Wyjął kilka solidnych worków i zaczął ładować do nich kosztowności.
***
Raul i Febre walczyli coraz zacieklej. Podczas walki przeszli z środku zamku na jego mury. Dalej jednak nie przerywali szermierki. Raul podczas walki przyjmował pozycję obronną i raczej cofał się pod naporem ciosów Febre’a, aniżeli go atakował. Jednakże czasem to on przejmował pozycję atakującego, a wówczas to człowiek w czerni musiał odpierać ataki. Mur na szczęście był dość szeroki, by zmieścili się na nim obaj szermierze. Ale mimo to i tak dwaj przeciwnicy musieli uważać, by z niego nie spaść. Nie było łatwe, zwłaszcza gdy jednocześnie toczy się pojedynek na szpady.
- Dzielnie walczysz, Gaskończyku! - mruknął Febre.
- Ty też całkiem dobrze, panie morderco - zakpił sobie Raul.
Walczyli dalej.
- Trechevile dobrze cię wyszkolił, jak widzę - powiedział człowiek w czerni - Niestety obawiam się, że te twoje żałosne umiejętności to za mało, by mnie pokonać.
- To się okaże - odparł mu na to Charmentall.
Walka trwała dalej.
Niestety Raul nagle poczuł się zmęczony pojedynkiem. W dodatku podczas zadawania ciosów stracił na chwilę równowagę i w ostatniej chwili ledwie ją odzyskał. Zrozumiał wówczas, że taka dalsza walka poprzez odpieranie ataku jest dla niego niebezpieczna. Zastosował więc podstęp. Odbił kolejny cios Febre’a, po czym uchylił się przed następnym skacząc z muru. Nie spadł jednak, lecz złapał się muru ręką. Wykonał zręczny obrót na ręce, po czym skoczył i wylądował tuż za swoim przeciwnikiem. Ten jednak przewidział to, gdyż natychmiast obrócił się, odbijając cios, który Raul wymierzył prosto w jego serce.
Podstęp jednak się udał i to Febre został zmuszony do wycofywania się, zaś Raul go atakował. W taki oto sposób dotarli do jednej z wieżyczek zamku. Wieżyczka ta nie była jeszcze ukończona, więc rusztowanie służące do jej do budowy nadal tam stało. Walka przeniosła się na owo rusztowanie.
***
Colgen szybko odkrył, że pokój, w którym to byli uwięzieni król oraz królowa jest pusty. Spóźnił się i ptaszki wyfrunęły. Zaklął wściekły pod nosem wiedząc, że to już koniec. Musiał zapomnieć o zabiciu władców Francji. Chciał ich posłać na tamten świat i choć w ten sposób dokuczyć muszkieterom. Okazało się to jednak niemożliwe. Ludwik XV i Maria Leszczyńska uciekli. Colgen musiał więc zrezygnować z tego planu. Cóż... Teraz należy zapomnieć o zemście i ratować własną skórę. W końcu tylko ona mu już została.
Pobiegł do swojego pokoju i zaczął się pakować. Zabierał ze sobą kosztowności i wszystko, co tylko przedstawiało jakąkolwiek wartość. Chciał pobiec również na dół, aby zabrać dwie skrzynie z kosztownościami i razem z nimi uciec tunelem podziemnym, który prowadził nad pobliską rzekę. Stamtąd zaś już spokojnie można uciec za granicę. Plan był możliwy do realizacji, bo przy zamku znajdowała się mała łódka. Niewielka, ale dość duża, by można w niej było pomieścić w cały dobytek i swoją osobę.
Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich Francois de Morce.
- Wybiera się pan gdzieś, panie ministrze? - zapytał z kpiną w głosie.
Colgen obrócił się i zobaczył go.
- Och, mój drogi baronie de Morce - powiedział głupkowatym tonem - Ja się niby gdzieś wybieram? A kto mówi, że się gdzieś wybieram?
- Pański bagaż, panie ministrze - powiedział Francois wskazując na bagaż ministra ostrzem swojej szpady.
Minister zachichotał nerwowo.
- Ach! Chodzi ci o ten bagaż?! To tylko na wszelki wypadek!
- Wszelki wypadek? - kpił sobie baron.
Colgen zrozumiał, że nie oszuka młodego muszkietera. Musiał więc wymyślić inną strategię.
- Zgoda. Otóż to. Mam teraz zamiar opuścić ukochaną Francję raz na zawsze i nikt, a już na pewno nie taki chłystek jak ty, nie przeszkodzi mi w tym!
Minister cofał się powoli tyłem do biurka, na którym położył pistolet przeszkadzający mu w pakowaniu rzeczy osobistych. Powoli dłońmi namacał broń i zacisnął na niej palce.
Francois bacznie obserwował go.
- Obawiam się, panie ministrze, że nie mogę na to panu pozwolić - powiedział - Gdyż, widzi pan, jest pan zdrajcą swego narodu. Spiskował pan przeciwko Miłościwie Nam Panującemu Ludwikowi XV. Musi pana spotkać za to kara.
Colgen cały czas tylko milczał i patrzył na niego spokojnie, choć na jego twarzy malowała się wściekłość.
- Stanie pan przed sądem i odpowie za swoje czyny - powiedział Francois zbliżając się do niego powolnym krokiem - Zapewniam przy tym pana, panie ministrze, że nasze prawo jest bezwzględne wobec takich ludzi jak pan.
- Prawo to ja! - zawołał wściekle Colgen.
- Nie tym razem, panie ministrze.
- Przepuść mnie, dobrze ci radzę.
- Nie ma mowy.
- Przepuść mnie!
- Nie.
Wtem Colgen wyjął szybko pistolet zza pleców, wymierzył w młodego muszkietera i zawołał:
- W takim razie zdychaj marnie, nędzny głupcze!
Wtem padł strzał, lecz to nie minister strzelił, gdyż otrzymał on strzał w dłoń. Upuścił trzymaną w niej broń i upadł na podłogę wijąc się przy tym z bólu. W drzwiach zaś obok Francoisa stał Fryderyk, trzymając w ręku dymiący jeszcze pistolet.
Obaj muszkieterowie podbiegli do ministra. Fryderyk szybkim ruchem nogi odkopnął pistolet Colgena, który Francois szybko podniósł, mierząc nim w tego łotra.
- Dobra robota, chłopcy! - zawołał Trechevile, wbiegając do pokoju.
Za nim w drzwiach stali król, królowa i spora grupa muszkieterów.
- Mamy cię, zdrajco! - powiedział Ludwik XV z mściwą satysfakcją - Teraz zapłacisz za wszystkie swoje zbrodnie.
- Pilnować mi go! - dodała groźnym głosem Maria Leszczyńska.
Kilku muszkieterów wbiegło do pokoju i wycelowało w Colgena swoje muszkiety.
- A my pędźmy do Raula! - rzekł Trechevile - Może być w wielkim niebezpieczeństwie.
- Raul?! O nie! - zawołał przerażony Fryderyk de Saudier, po czym ruszył biegiem, niemalże taranując swego dowódcę.
***
Raul ledwie uchylił się przed ciosem szpady Febre’a. Ten zaś atakował z coraz większą zawziętością. Dwaj przeciwnicy z trudem utrzymywali się na rusztowaniu. Raul uskoczył potem na deski, które zachwiały się pod jego ciężarem. Febre skoczył za nim, ale trafił na drewnianą belkę. Raul zrobił taki uskok, że trafił obiema stopami na koniec jednej z desek. Ta zaś podbiła się do góry i uderzyła mocno jego przeciwnika prosto w brodę. Upadł on na rusztowanie, jednak nie zleciał z niego, gdyż prędko się podniósł i ponownie zaatakował. Raul odbijał jego ciosy z taką samą zaciętością, co człowiek w czerni je zadawał.
- Zginiesz marnie, gaskoński głupcze! - ryknął Febre.
- Nie licz na to, ty płatny morderco! - odpowiedział mu tym samym tonem Raul.
Nagle Febre uderzył tak, że Charmentall, odbijając jego cios, stracił równowagę i spadł z rusztowania. Miał jednak szczęście i chwycił się liny. Przeleciał na niej kilka metrów i wylądował na kolejnej belce rusztowania. Febre widząc to złapał znajdującą się w pobliżu linę i poleciał za młodym muszkieterem, który szybko ciął go szpadą przez prawy policzek.
- Teraz będziesz miał obie strony twarzy jednakowe - zakpił sobie.
Febre wściekły natarł na niego zawzięcie. Charmentall odskoczył w bok, złapał się liny i odleciał na bok. Jego wróg ruszył za nim. Przez krótką chwilę obaj przeciwnicy bujali się na linach i uderzali nawzajem szpadami. Wreszcie znów znaleźli się na belkach rusztowania i nacierali na siebie niczym dwa krogulce.
Obserwowali to z dołu Francois, Fryderyk i Trechevile.
- Idę mu na pomoc! - zawołał de Saudier.
- Nie!
Trechevile zastawił mu ręką drogę.
- Przecież on może zginąć! - Fryderyk był niemalże bliski płaczu na samą myśl o tym.
- Właśnie! Mamy pozwolić mu umrzeć?! - zapytał równie przerażony Francois.
- Raul na pewno da sobie radę - uspokoił ich Trechevile, choć nie do końca wierzył w to, co mówił.
- A co, jeśli nie da sobie rady?! - zapytał Francois również przejęty losem przyjaciela.
- Właśnie! Zostawimy go na pastwę losu? - dopytywał się Fryderyk.
Kapitan popatrzył na niego spokojnie.
- To jest sprawa pomiędzy Raulem a Febrem. Nie możemy się wtrącać. Zresztą, Raul by tego nie chciał.
Wyjaśnienie Trechevile ich przekonało. Jedynie Fryderyk jeszcze miał pewne wątpliwości.
Tymczasem Raul i Febre walczyli ze sobą nadal, zaciekle atakując jeden drugiego. Teraz właśnie trzymając się jedną ręką rusztowania, a drugą ściskając rękojeść szpady, nacierali na siebie bardzo ostro. Raul pamiętał rady Trechevile’a i robił wszystko, by bardziej odpierać ataki, niż samemu atakować. Niekiedy jednak sam musiał przejść do ofensywy. Zmęczony ciosami przeskoczył na deski rusztowania, a nędzny człowiek w czerni za nim.
Młody Charmentall natarł na przeciwnika. Niestety zaatakował zbyt zaciekle, co spowodowało, że Febre wykorzystał to i wytrącił mu szpadę z ręki, po czym przyłożył mu ostrze swojej do gardła. Trzymając tak młodego Gaskończyka na ostrzu swej broni odkopnął nogą szpadę Raula, która zleciała z rusztowania.
- I co teraz, młody głupcze? - zapytał Febre, patrząc z mściwością w oczach na Raula - Postanowiłeś pomścić na mnie śmierć ojczulka, a teraz co? Sam zdechniesz u mych stóp, do tego jeszcze błagając mnie o litość nad sobą. Będziesz błagać o nią mnie, mordercę swego ojca. A ja ci okażę łaskę. Okażę ci ją i dobiję cię, byś nie musiał cierpieć. Wówczas to wszyscy powiedzą: Któż jest mocniejszy nad Febre’a?
- Nie liczyłbym na to - odpowiedział mu butnie Raul.
Febre chciał zadać mu ostatni, śmiertelny cios, dzielny młodzieniec jednak uskoczył i zleciał z rusztowania. Złapał się na szczęście liny i po niej zjechał na niższe piętro. Cały czas trzymając się jej rozejrzał się dookoła. Zobaczył swoją szpadę zaplątaną w sznury. Znajdowała się poniżej jego stóp. Zaczął się zniżać do niej powoli i spokojnie. Tymczasem Febre już pędził do niego, skacząc po piętrach rusztowania. Raul sięgał już palcami po szpadę, zachwiał się jednak i omal nie puścił liny.
- Raul! - zawołał Fryderyk i zasłonił sobie usta z przerażenia.
- Wstawaj, przyjacielu! - krzyknął Francois - Wstawaj i walcz!
- Raul, trzymaj się! - dodał bojowym tonem Trechevile.
Zrobił to w taki sposób, że aż Francois i Fryderyk spojrzeli się na niego zdumieni jego przerażeniem. Zwykle bowiem kapitan nie okazywał swoich emocji.
Raul, usłyszawszy te słowa poczuł nagle, że wracają mu siły do dalszej walki. Sięgał więc palcami po szpadę, ale Febre stał już coraz bliżej niego. Chłopak był ręką coraz bliżej swej broni, zaś jego przeciwnik stał tuż za nim. Zamachnął się na niego szpadą. Zaraz wbije ją w Gaskończyka.
- Namiestniku de Morce! Teraz nadeszła TA chwila, w której trzeba się wtrącić! - krzyknął Trechevile.
Francois de Morce zrozumiał, o co mu chodzi i wyjąwszy pistolet wymierzył z niego, po czym strzelił do Febre’a. Nie trafił go co prawda, ale kula uderzyła w kołowrotek do wciągania ciężarów, będący tuż obok głowy nikczemnika. Człowiek w czerni zachwiał się, zaś Raul zdołał chwycić wreszcie swoją szpadę i uzbrojony był gotowy do walki.
Rozbujał on linę, której kurczowo się trzymał, po czym przeskoczył na belkę na której stał jego wróg, po czym zaatakował go. Febre obrócił się szybko i odbijał po kolei jego ciosy. Raul nacierał szybko i zaciekle. Miał w oczach zawziętość oraz wściekłość. Pod wpływem tego natarcia człowiek w czerni był zmuszony ustąpić mu pola. Młody Charmentall natarł na niego i wykonując cios szpadą, którego nauczył się podczas ćwiczeń z Trechevilem (a który, jak wiemy, już raz mu ocaliło życie) wbił ostrze swojej szpady prosto w jego serce.
Febre zacharczał, wyjęczał coś w ucho Raula. Chłopak wyrwał szpadę z jego serca. Wówczas morderca pana Gastona Charmentall spojrzał na młodzieńca ostatni raz, zachwiał się i zleciał z rusztowania.
Raul popatrzył się na leżące na ziemi ciało, po czym powiedział:
- Ojcze, zostałeś pomszczony!
Następnie złapał jedną z lin, która sięgała do ziemi i zjechał po niej na sam dół.
- Raul! - zawołali jednocześnie Francois, Trechevile i Fryderyk.
Fryderyk podbiegł do Raula i przytulił go czule. Nawet zbyt czule jak na mężczyznę. Nie uszło to oczywiście uwadze kapitana i młodego barona.
Raul pogłaskał Fryderyka pieszczotliwie po głowie i powiedział:
- Spokojnie, Francesco, spokojnie. Już wszystko dobrze. Już wszystko w porządku. Jak widzisz wciąż żyję.
Fryderyk spojrzał się na niego zdumiony.
- Jak ty mnie nazwałeś? - zapytał - Przecież ja nie jestem...
- Oj, daj spokój. Jak długo masz zamiar jeszcze udawać, zwłaszcza, że wiem, kim jesteś.
- Ty wiesz?
- Wiem.
Raul uśmiechnął się przekornie. Fryderyk natomiast patrzył na niego jednocześnie zły i zdumiony.
- Od kiedy wiesz? - zapytał.
- Już od dawna to wiedziałem, ale nie dawałem po sobie tego poznać. Zorientowałem się w twoim małym oszustwie, kiedy Francois rzucił uwagę, że masz zbyt kobiecą urodę. Zacząłem się nad tym zastanawiać, gdyż od samego początku twój głos, ruchy i zachowanie wydawały mi się dziwnie znajome. W końcu zrozumiałem, kim jesteś.
- I nic mi nie powiedziałeś? Pozwoliłeś mi się poniżać i wygłupiać przed tobą udając kogoś, kim nie jestem?
- Chciałem ci dać nauczkę za to, że mnie odrzuciłaś, moja droga. Ale nie czas teraz na takie pogaduszki.
- Słusznie - powiedział Trechevile, podchodząc do nich - Mamy teraz inne sprawy na głowie.
- Więc chodźmy je rozwiązać i to raz na zawsze! - zawołał wesoło Francois de Morce.
- Chodźmy zatem! - zaśmiał się Raul.
Przyjaciele poszli więc załatwić owe sprawy, o których przed chwilą mówili. Po drodze minęli leżące na ziemi ciało Febre’a.
- Tak oto zginął jeden z najbardziej niebezpiecznych ludzi w całej Francji - powiedział Trechevile filozoficznym tonem - I pomyśleć tylko, że ja przez tyle lat chciałem tego dokonać. Widać nie było mi to pisane. Może lepiej jednak, że ty to zrobiłeś, mój chłopcze. Ty miałeś z nim porachunki, ja ścigałem go jako przedstawiciel prawa. Ja bym musiał go aresztować, ty zaś mogłeś i pozbawiłeś go życia. Dzięki tobie już nigdy więcej nikogo nie skrzywdzi.
Pozostali zaś patrzyli na ciało człowieka, który nawet po śmierci budził grozę i przerażenie.
***
Hermann Grusner przeszedł przez podziemny tunel z dwoma workami na plecach oraz trzymając w ręku kolejny. Wyszedł niedaleko murów przy rzece - tej samej, której przypłynęli Raul oraz jego przyjaciele. Niemiec zamierzał uciec małą szalupą, która stała na brzegu gotowa do drogi. Był to środek ucieczki przewidziany przez Colgena w przypadku niepomyślnego rozwoju sytuacji. Jednakże kiedy ujrzał duża łódź, którą przypłynęli czterej muszkieterowie stwierdził, że ten środek transportu będzie dla niego o wiele bardziej użyteczny. Załadował więc szybko wszystkie worki na dno łodzi muszkieterów, dodając do niego również koszyk z prowiantem, który wcześniej sobie naszykował. Potem odbił łodzią od brzegu, wskoczył do niej, ujął wiosła i powoli odpłynął z prądem.
- Żegnaj, ponure zamczysko Le Vieux Diable - szeptał po niemiecku wiosłując tak szybko, jak się tylko da - Żegnajcie dzielni muszkieterowie. Żegnaj i ty, ministrze Colgen, nędzna kreaturo. Obym cię już nigdy więcej nie spotkał na swojej drodze.
Gdyby ktoś teraz wyjrzał zza murów zobaczyłby łódź wyładowaną wypchanymi czterema workami oraz koszem pełnym prowiantu, z jednym tylko człowiekiem w środku, który wiosłował ile sił w rękach, by po chwili zniknąć za horyzontem pogrążonym w mroku nocy. Nikt jednak tego nie uczynił.
***
W chwili, kiedy to sprytny Niemiec umykał rzeką ze swoim cennym łupem, Colgen był prowadzony przez muszkieterów przed oblicze króla. Tego samego króla, którego chciał zdetronizować i któremu groził śmiercią, a teraz został rzucony pod jego nogi jak pospolity bandyta.
Ludwik XV spojrzał mu prosto w oczy i powiedział ironicznie:
- Witaj, kuzynie. Cieszy mnie nasze ponowne spotkanie. Jak widzisz, tym razem role się odwróciły. Teraz to ja jestem wolnym człowiekiem, a ty więźniem.
Colgen próbował się tłumaczyć i bronić, a nawet przepraszać, lecz to mu nie pomogło. Po tym, co od niego doznał, król nie zamierzał go słuchać.
- Nie poniżaj się, nędzniku, bo i tak nic ci to nie pomoże - powiedział Ludwik XV, patrząc na niego z pogardą - Wiedz, że za to, co zrobiłeś, poniesiesz zasłużoną karę. Zostaniesz publicznie stracony w taki sposób, jaki prawo przewiduje dla zdrajców i królobójców.
- Nadszedł kres twojej działalności - dodała wręcz mrocznym głosem królowa – Nikomu już nigdy nie uczynisz krzywdy.
Colgen wpatrywał się w oboje uważnie. Był przerażony i drżał ze strachu niczym liść osiki.
- Nie... Nie... Nie! Nie pozwolę na to! Nie będziecie mnie publicznie torturować i zabijać na oczach paryskiej gawiedzi! Nie pozwolę na to!
- Zabrać mi stąd tego nędznika i umieścić tam, gdzie jego miejsce, czyli lochu - mruknął król machając ręką na Colgena.
Dwaj muszkieterowie pochwycili więźnia pod pachy i podnieśli go z ziemi. Ex-minister jednak wyrwał się im i zaczął uciekać. Wskoczył szybko na mury i biegł nimi, próbując jakoś uciec z zamku.
- Stój! Rozkazuję ci, stój! - wykrzyknął za nim Ludwik XV.
Colgen jednak wcale się nie zatrzymał, król postanowił sam zatrzymać niepokornego więźnia. Wyrwał z rąk Trechevile’a pistolet, wymierzył go i strzelił do uciekiniera. Strzał był celny, a podły ex-minister dostał kulę prosto w serce. Jęknął z bólu, złapał się za ranę i zleciał z murów prosto na jedną ze swoich flag, jakie wisiały na basztach jego zamku, a która zerwała się pod wpływem wiatru.
Takie widocznie było jego przeznaczenie.