środa, 7 lutego 2018

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy

I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na tym swoje dzieło, ale my nie jesteśmy innym pisarzem i uważamy, że należy powiedzieć do końca, co się stało z bohaterami naszej powieści. To też właśnie zaraz uczynimy.
Trechevile wrócił do swojej posiadłości, po czym posiadając rozkazy od samego króla, wymusił zwrot ziem niegdyś należących do jego rodziny. Nie zajęło mu to na szczęście zbyt wiele czasu i znów stał się panem na włościach, tym razem jednak jako książę de Trechevile. Wyremontował także swój stary zamek i nagrodził Gerwazego oraz pozostałych służących za wierność i lojalność.
Filip de Bernice wrócił do zdrowia i wraz z Francois pojechał do ich ojca. Stary baron, niedawno mianowany przez króla hrabią, bardzo ucieszył się na widok obu synów całych i zdrowych. Trudno nam jest opisać ze wszelkimi szczegółami radość oraz łzy wylane przez ojca i zaginionego syna. Na to, aby to wszystko opisać, potrzebowalibyśmy słów nieziemskich, albowiem te ziemskie są zbyt słabe lub też za mało wzniosłe, żeby odpowiednio opisać całe piękno tej sceny. Powiemy więc tylko tyle, że to była wspaniała chwila. Hrabia z miejsca mianował swego pierworodnego syna kawalerem de Bouthe i nadał duże ziemie, wraz ze wsią Bouthe. Co prawda Filip był starszym synem hrabiego, lecz zrzekł się pierwszeństwa na rzecz swojego młodszego brata. Jak powiedział, nauczył się podczas swej rekonwalescencji pokory, a prócz tego zrozumiał, jak mocno i niesłusznie skrzywdził Francois, dlatego uznał, że rezygnacja z tytułu wicehrabiego oraz możliwości dziedziczenia wszystkich tytułów będzie najlepszą dla niego karą za wszystkie podłe uczynki, których dokonał. Były złoczyńca i sługus ministra Colgena zadowolił się więc jedynie tytułem kawalera de Bouthe. Został też człowiekiem uczciwym i osiadł na stałe ze swoim ojcem, z który miał wiele do omówienia. Nie musieli się spieszyć, mieli bowiem mnóstwo czasu dla siebie. Do tego świeżo pasowany kawaler polubił swoją macochę do tego stopnia, że nazywał ją pieszczotliwie „mamą”. Była ona bowiem dla niego tak miła i dobra, że nie potrafił obdarzyć ją innym tytułem.
Na wiosnę roku pańskiego 1726 Raul de Charmentall i Francesca de Villervie pobrali się w katerze Najświętszej Marii Panny w Paryżu. Tego samego dnia, podczas tej samej uroczystości, zostali połączeni świętym węzłem małżeńskim Francois de Morce i Luiza Colgen (a właściwie panna Izabella Charmenatall, którą jednak z przyzwyczajenia nazywano Luizą). Na uroczystości podwójnych zaślubin zjawili się wszyscy przyjaciele oraz krewni par młodych, łącznie z panem Trechevile i Heleną de Saudier, którą królowa za wierność w ciężkich dla siebie chwilach mianowała hrabiną. Oprócz tego przybyli ojciec wicehrabiego de Morce i jego brat, aby razem świętować tę podwójną radość. Kawaler de Bouthe pogodził się ostatecznie z myślą, że Luiza nigdy go nie zechce i chcąc przeprosić jakoś swoją piękną bratową za uczynione jej dotąd krzywdy, podarował pani Luizie piękny naszyjnik wysadzany niezwykle pięknymi szmaragdami i rubinami.
- Dla mojej kochanej bratowej z nadzieją, że wybaczy mi ona te wszystkie nieprzyjemności, jakie jej dotąd czyniłem - powiedział Filip, wręczając dziewczynie ten prezent.
Luiza oczywiście z radością przyjęła ów dar i oznajmiła, że wybaczyła już dawno byłemu hrabiemu de Bernice wszystkie uczynione przez niego niegodziwości.
Na ceremonii zjawili się zgodnie z zapowiedzią sami Ludwik XV i Maria Leszczyńska. I jeśli wierzyć legendom bawili się równie znakomicie, co ich poddani.
Co do Hermana Grusnera, to nie bójcie się o niego, Drodzy Czytelnicy. Spokojnie uciekł do Prus i przy pomocy skarbów, jakie zabrał z zamku Le Vieux Diable przeprowadził rehabilitację swego ojca. Spłacił też wszystkie jego długi, założył własną kancelarię prawną i pracował jako adwokat. Był na tyle popularny, że nawet zaczął brać czynny udział w życiu politycznym swego rodzinnego miasta, a po kilku latach został wybrany na burmistrza.
Ponieważ zaś Grusner był z natury uczciwy, to uznał, że całe zdobyte przez niego złoto nie należy się tylko jemu. Wysłał więc pannie Luizie przez swoich zaufanych ludzi kilka szkatułek kosztowności jako posag dla niej. Dowiedział się bowiem o śmierci Colgen i planowanym ślubie Luizy, którą bardzo lubił. Nie zjawił się osobiście na weselu bojąc się, że król i królowa mogą mu mieć za złe jego udział w intrydze przeciwko nim. Jedynie posłał dziewczynie ów wspaniały dar. Napisał też list, w którym wyjaśnił motywy swojego postępowania oraz prosił ją o przebaczenie. Luiza oczywiście z radością odpisała mu zaznaczając przy tym, że Hermann Grusner będzie u nich zawsze mile widziany.
Luiza oprócz posagu w postaci kosztowności od dawnego sekretarza Colgena, otrzymała od swojego brata sporą część ziem, w tym tereny Saint Denis z owym ponurym klasztorem. Na mocy nadanych jej praw Luiza wraz ze swym mężem natychmiast (z małą pomocą samej królowej) zabrała się za jego reformę. Okrutne, podłe i fanatyczne mniszki została wygnane z kraju. Zamieszkały w nim zakonnice o umiarkowanych poglądach religijnych. Sam klasztor zaś stał się również szkołą dla ubogich wiejskich dzieci. Prowadziły go zakonnice oraz uczciwi i najlepsi nauczyciele sprowadzeni z najdalszych zakątków całej Europy. Ponoć do dzisiaj na tych terenach sławi się imię szlachetnej żony wicehrabiego de Morce.
Sam Raul zaś po ceremonii ślubnej odczekał zaledwie dwie godziny wesela, po czym porwał swoją świeżo poślubioną małżonkę do alkowy. Ta się nieco wzbraniała, ale tylko dla zasady, gdyż tak naprawdę bardzo się jej ów pomysł spodobał. Poza tym jej pragnienie cielesnych uciech było w tej chwili tak samo wielkie jak to, które paliło od środka jej męża.
- Wiesz, ukochana - powiedział Raul, gdy już ją rozbierał - Będzie mi nieco brakował pana Fryderyka de Saudier. W końcu tyle z nim przygód wspólnie odbyłem. Będzie mi go brakować.
- No cóż, mój panie mężu - odpowiedziała z zadziornym uśmiechem Francesca - Zawsze, jeśli tylko zechcesz, może on wrócić. Ale musiałabyś się wtedy pożegnać ze swoją ukochaną panią Charmentall.
Raul potrząsnął przecząco głową.
- O nie! Nigdy w życiu. Zdecydowanie wolę cię w takiej postaci, jakiej jesteś teraz, najdroższa pani żono.
- Nie wątpię, że lubisz mnie właśnie w tej postaci, mój słodki panie mężu - powiedziała Francesca z figlarnym uśmiechem na twarzy.
To mówiąc położyła się naga na łóżku i przyciągnęła mocno do siebie męża, całując go w usta i okazując mu swe uczucie w najpiękniejszy ze wszystkich możliwych sposobów.
                           
KONIEC

Rozdział 27

Rozdział XXVII

Królewska wdzięczność

Następnego dnia czwórka dzielnych muszkieterów szykowała się na spotkanie z królem i królową Francji, którzy to mieli osobiście im wręczyć medale za bohaterstwo. A także wręczyć inne nagrody. Pojawił się jednak pewien problem natury jakże osobistej, choć niezmiernie przez to ważnej. Raul w nocy zniszczył mundur Francesci i dziewczyna nie mogła przybyć na dwór przebrana za Fryderyka. Na całe szczęście jednak okazało się to niepotrzebne. Królowa bowiem, od samego początku wtajemniczona w całą sprawę, teraz wyjawiła wszystko swojemu małżonkowi, który ubawiony intrygą kazał pannie de Villervie stawić się przed swoim obliczem w swej prawdziwej postaci. Dziewczyna, po upojnej nocy spędzonej z ukochanym, owinięta narzutą przekradła się do swego pokoju w oberży „Pod Złamaną Szpadą”, aby przebrać się w zapasowy mundur. Znalazła jednak tam suknię uszytą wedle najnowszej mody. Nie musimy dodawać, że strój ten wysłała jej przez umyślnego posłańca pani Helena. Do sukni była dołączona karta z wyjaśnieniami. Francesca odetchnęła z ulgą, że już nie będzie ona musiała udawać kogoś, kim nie jest. Prócz tego ucieszyła się bardzo i przebrała. W nowej, pięknej oraz bardzo modnej sukni udała się do pokoju Raula, który właśnie kończył zakładać mundur. Objęła go wówczas mocno i pocałowała. Charmentall uśmiechnął się do niej.
- Dzisiaj idziemy do Wersalu - powiedział młodzieniec.
- Wiem o tym - odpowiedziała mu jego ukochana.
- Ale w co ty się, biedaczko, ubierzesz? Przecież nie możesz pójść do króla i królowej jako kobieta.
- Ależ mogę, mój ty głuptasie - zaśmiała się Francesca.
Raul nie posiadał się ze zdumienia, gdy to usłyszał.
- Jakże to?
Dziewczyna w ramach wyjaśnień dała mu do przeczytania liścik od Heleny de Saudier. Muszkieter, po zapoznaniu się z lekturą owego pisma, cały rozpromieniał i pocałował ukochaną w usta.
- A więc król i królowa o wszystkim wiedzą. To więc oznacza koniec twojej maskarady.
- Nie inaczej. I koniec noszenia spodni. Tym lepiej. Jakoś nigdy ich nie lubiłam. Nigdy też nie czułam się prawdziwym mężczyzną.
- Mam nadzieję, że nigdy też nie będziesz się nim czuć. Ostatecznie w sukni wyglądasz o wiele cudowniej.
- Kłamczuch z ciebie. Przecież doskonale wiem, że najbardziej ci się podobam naga.
To mówiąc Francesca znacząco mrugnęła jednym okiem. Młodzieniec zaśmiał się delikatnie, po czym z śmiałością godną każdego Gaskończyka odrzekł:
- Nie będę zaprzeczał.
Zakochani zeszli na dół, gdzie przywitali ich Trechevile i Francois. Ten drugi nie był zdziwiony obecnością damy u boku przyjaciela, gdyż kapitan muszkieterów zdążył mu już wyjaśnić całą sytuację. Dlatego teraz radośnie życzył on szczęścia im obojgu. Jego radość była tym większa, że Trechevile poprzez gołębie pocztowe powiadomił wiernego Gerwazego o pomyślnym zakończeniu walki z Colgenem i kazał przywieść Luizę do Wersalu. Droga była dość daleka, ale wyruszając natychmiast po otrzymaniu informacji, powozem zaprzężonym w bardzo szybkie konie, można było zdążyć na czas, zwłaszcza jeśli dużo wcześniej wysłało się gołębia z listem. Zresztą ceremonia wręczenia nagród dla czterech dzielnych muszkieterów została wyznaczona na godziny popołudniowe, więc było dość czasu, aby zdążyć. I tak też się stało.

***

W Wersalu już wszyscy czekali przybycia naszych bohaterów. Na placu zebrali się mieszkańcy pałacu królewskiego. Gwardia muszkieterów odzianych w galowe mundury stanęła przed nimi na baczność, ustawiając muszkiety ku górze, co miało być symbolem szacunku dla całej czwórki narodowych bohaterów. Czterej uczestnicy wielu niesamowitych przygód (które były tu opisane) patrzyli na to niezwykle wzruszeni. Do tego jeszcze wjechała na dziedziniec kareta z herbem rodu Trechevile. Kapitan spojrzał wówczas na słońce.
- W ostatniej chwili - zaśmiał się wesoło.
Kareta zatrzymała się i wysiadł z niej Gerwazy, po czym podał on dłoń Luizie, która wyskoczyła z niej i radośnie piszcząc wskoczyła w ramiona Francois, ten zaś podniósł ją w górę, wesoło okręcił i pocałował czule jej usta. Luiza na chwilkę jeszcze wysunęła się z ramion ukochanego, by rzucić się na szyję Raulowi.
- Raul! Mój najdroższy braciszku! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wreszcie cię mogę śmiało tak nazywać.
Charmentall popatrzył jej wzruszony prosto w oczy.
- Luiza! Moja malutka siostrzyczka. Moja maleńka. Tak bardzo za tobą tęskniłem. Całe dwadzieścia lat. Pomyśl tylko, moja kochana siostrzyczko.Straciliśmy długie dwadzieścia lat ze swego życia.
- Wiem o tym, braciszku. Lecz teraz wszystko zostanie naprawione. Nadrobimy stracone lata i wszystko będzie takie, jak kiedyś. A może nawet jeszcze lepiej.
- To prawda, siostrzyczko. Nasi rodzice zostali pomszczeni. Zemsta się dokonała. Nic już nie stoi nad nami rzucając na nas mroczny cień. Koniec poszukiwań. Koniec trosk. Nareszcie nasza rodzina jest w komplecie.
Luiza uśmiechnęła się i spojrzała na Francois.
- Zgadza się. A jeśli wszystko dobrze pójdzie, to ona się powiększy. Prawda, panie de Morce?
To mówiąc dziewczyna zaśmiała się zalotnie. Francois jedynie uchylił przed nią kapelusza i odpowiedział jej czarującym męskim uśmiechem. Luizie jednak to wystarczyło, ponieważ wciąż była radośnie uśmiechnięta, po czym spojrzała na Francescę w sposób podobny, co na ukochanego. Ta jedynie zaśmiała się i mrugnęła do niej porozumiewawczo.
- No cóż.... Nim jednak nasza rodzina się powiększy czeka nas ostatni obowiązek do spełnienia - rzekł Raul uroczystym tonem - Audiencja u Jego Wysokości króla Francji.
- A zatem spieszmy się, moi przyjaciele! - zawołał wesoło Francois de Morce - Ruszajmy, bo inaczej jeszcze się spóźnimy. A tego przecież nie chcemy.
- Słuszna uwaga - dodał Andre Trechevile, podchodząc do nich - Poza tym królowi nie każe się czekać.
Trzej panowie poprawili szybko kapelusze na swoich głowach i ruszyli przodem do środka pałacu, natomiast obie panie spojrzały na siebie wesoło, pokiwały porozumiewawczo głowami i ruszyły za nimi.

***

W sali audiencyjnej było już wszystko przygotowane na przyjęcie bohaterskich obrońców królewskiej pary. Dworzanie Jego Królewskiej Mości czekali uśmiechnięci i patrzyli z podziwem na bohaterskich żołnierzy króla jegomości, mając po cichu nadzieję, że w chwili próby każdy z nich okaże się równie bohaterski i odważny, co ci skromni, bojowi i szlachetni muszkieterowie. Kilku lokajów stało z boku sali trzymając na poduszkach cztery złote medale, którymi były Ordery Św. Michała. Francois, łasy na wszelkie dobra doczesne, spojrzał na nie z błyskiem w oku.
Raul, Francois oraz Trechevile podeszli do tronów, na których siedzieli król i królowa, po czym zdjęli kapelusze i uklękli na jedno kolano. Król zaś powstał i spojrzał na nich z uśmiechem. Królowa zrobiła chwilę później to samo. Oczywiście ich wzrok utkwił na dwóch paniach stojących nieco w tyle za trzema dzielnymi muszkieterami. Ich łaska królewska również nie mogła obejść, a w każdym razie na pewno nie tej dzielnej panny, która w męskim przebraniu służyła królewskiej parze równie odważnie i wiernie co jej trzej koledzy właśnie klęczący przed królewskim majestatem.
- Moi panowie.... Wczorajszego dnia i dwie noce temu przysłużyliście się naszej ukochanej Francji bardziej niż ktokolwiek z waszej formacji - rzekł król uroczystym tonem - Francja jest z was naprawdę dumna.
- I nie tylko Francja - dodała z uśmiechem na twarzy królowa - My również jesteśmy dumni.
- Właśnie - zgodził się Ludwik XV i kontynuował swoją przemowę - Chcemy wam powiedzieć, że gdyby wszyscy nasi poddani byli aż takimi patriotami jak wy, to żaden nieprzyjaciel nie stanowiłby dla nas zagrożenia. Zawdzięczamy wam tak wiele, a tak niewiele możemy w zamian uczynić, albowiem żadna nagroda nie wynagrodzi wam dostatecznie krwi przelanej w obronie naszej godności, tronu i wolności. Ale co możemy, to dajemy. Te ordery już dawno się wam należały, dlatego też przyznajemy je wam jako nagrodę za dawne zasługi. Za obecne zaś otrzymacie wynagrodzenie już za chwilę. Najpierw jednak wręczymy wam spóźnione Ordery Św. Michała, które są najwyższym wojskowym odznaczeniem naszego kraju. Noście je z godnością i honorem.
To mówiąc skinął palcem na lokajów, którzy trzymali na poduszkach złote medale. Podeszli oni do władcy i uklękli przed nim. Król zaś osobiście wziął każdy z nich, po czym zawiesił go na szyi każdego z całej trójki muszkieterów. Następnie spojrzał na Francescę i uśmiechnął się do niej.
- Panno de Villervie, proszę podejść. Jeden order jest dla ciebie.
Francesca nieco onieśmielona tym wszystkim podeszła i dygnęła przed Jego Królewską Mością. Zaś władca Francji zawiesił jej na szyi medal. Po tej czynności Ludwik XV podszedł do Marii Leszczyńskiej i ujął ją za dłoń.
- Teraz czas na nagrody za obecne zasługi - powiedział król Francji uroczystym tonem.
Następnie spojrzał na dowódcę swoich muszkieterów.
- Kapitanie Andre Trechevile, służy pan nam wiernie od wielu już lat. Ostatnie piętnaście lat odsłużył pan w wojsku jako kapitan, dokonując wielu bohaterskich czynów w walce z wrogami naszymi i naszego kraju. Od dawna zasłużył pan na awans. Ma pan prawdziwe predyspozycje, aby zostać generałem. Dlatego też mianujemy cię... pułkownikiem...
Król uśmiechnął się niczym małe dziecko przyłapane na figlu i szybko dokończył swoją wypowiedź.
- Mianujemy cię pułkownikiem, panie Trechevile, gdyż jako generał nie mógłbyś spędzać z nami tyle czasu i musiałbyś stale włóczyć się po koszarach oraz frontach całej Europy, a tego wszak nie chcemy. Dlatego też ofiarujemy panu stopień pułkownika, a także tytuł księcia de Trechevile. Ponieważ jednak, jak słyszałem, wiele wsi i miast niegdyś należących do waszego rodu, zostało straconych przez długi twego brata, to niniejszym przywracamy je panu i dołączamy do pańskich ziem. Gratulujemy, książę de Trechevile.
- Dziękuje, Wasza Wysokość - odpowiedział Trechevile kłaniając się grzecznie królowi.
Władca Francji zwrócił teraz spojrzenie na Raula.
- Raulu Charmentall. Jesteś porucznikiem muszkieterów oraz ubogim szlachcicem. Nie posiadasz żadnego majątku ziemskiego. Dlatego też, za twoje zasługi dla nas, mianujemy cię kapitanem królewskich muszkieterów i nadajemy tytuł hrabiego, a także oświadczamy, że odtąd wszystkie ziemie, należące wcześniej do tego nędznego zdrajcy Colgena, przekazujemy niniejszym jako dziedziczne dobro dla ciebie i całej twojej rodziny po wsze czasy. Gratulujemy, panie hrabio de Charmentall.
- Dziękuję, Wasza Królewska Mość - odpowiedział Raul, kłaniając się królowi.
Król spojrzał teraz na Francois.
- Baronie Francois de Morce, namiestniku królewskich muszkieterów. Kapitanem właśnie mianowaliśmy pana hrabiego Charmentall. Potrzebuje on jednak swojego zastępcy. O ile nas pamięć nie myli, pan Raul, hrabia de Charmentall nie miał nigdy wierniejszego druha od pana. Zatem to właśnie pana mianujemy porucznikiem królewskich muszkieterów. Pański ojciec z barona staje się od tej chwili hrabią. Zaś pan, panie poruczniku, wicehrabią de Morce. Gratulujemy, wicehrabio.
- Dziękuję, Wasza Wysokość - odpowiedział Francois i podobnie jak jego przyjaciele ukłonił się królowi.
Król spojrzał teraz na Francescę.
- Panno de Villervie. Nie wiem, jak mogę was wynagrodzić za wasze bohaterskie czyny. Nie przewidzieliśmy bowiem, iż jeden z naszych jakże dzielnych muszkieterów okaże się być kobietą. Dlatego nie wiemy, w jaki sposób możemy was należycie uhonorować.
Trechevile zrobił krok w stronę króla.
- Proszę mi wybaczyć śmiałość, Wasza Królewska Mość...
Ludwik XV uśmiechnął się przyjaźnie.
- Nie krępujcie się, Mości Książę. Mówcie śmiało.
Trechevile pochylił lekko głowę na znak szacunku przed królem, po czym powiedział to, co zamierzał powiedzieć:
- Znam tę młodą damę nie od dziś i wiem, że jedynym jej pragnieniem jest poślubić tego oto, obecnego tutaj, kapitana królewskich muszkieterów, hrabiego Raula de Charmentall.
Król uśmiechnął się delikatnie, podobnie jak i królowa, po czym skierował spojrzenie swe na Francescę.
- Czy to prawda?
- Tak, Wasza Wysokość - odpowiedziała Francesca, kłaniając się.
Ludwik XV ponownie się uśmiechnął.
- A zatem uczynimy zadość waszej prośbie i polecamy, abyście się pobrali w ciągu najbliższych dni. Obiecujemy również sfinansować wasz ślub, o ile oczywiście zechcecie na nas ten ślub zaprosić.
Raul i Francesca jedynie zaśmiali się wesoło i pochylili lekko głowami na znak, że nawet nie marzyli o tak wielkim zaszczycie i z wielką radością ujrzą Ich Królewskie Moście na tak ważnej uroczystości. Trechevile zaś uśmiechnął się ponownie i powiedział:
- Czy wolno jeszcze coś powiedzieć, Wasza Wysokość?
- Ależ naturalnie - odpowiedział król - Mówcie śmiało, Mości Książę. Mówcie śmiało.
Trechevile dał wówczas Raulowi znak, którzy wziął za rękę Luizę i podprowadził ją nieco bliżej królewskiego tronu.
- Pozwolę sobie przedstawić Waszym Królewskim Mościom - mówił dalej świeżo upieczono książę - Oto panna Luiza Colgen, córka śp. ministra Colgena.
- Wiemy o tym. Znamy ją - odparła Maria Leszczyńska.
- Owszem, ale Wasza Wysokość, oto kolejna niespodzianka - dodał Trechevile z uśmiechem - Panna Luiza Colgen to w rzeczywistości panna Izabella Charmentall, siostra pana hrabiego de Charmentall, którą Colgen i jego nędzni słudzy porwali, gdy była dzieckiem. Teraz oto, ta cudownie odnaleziona panna, prosi zarówno w imieniu pana wicehrabiego de Morce oraz swojego brata, jak również swoim własnym, żeby mogła wyjść za mąż za świeżo mianowanego porucznika królewskich muszkieterów.
Król i królowa spojrzeli na siebie, a potem na zakochanych, po czym oboje zaczęli się wesoło śmiać.
- Doskonale - powiedziała Maria Leszczyńska klaszcząc w dłonie - Sfinansujemy zatem dwa wesela na raz.
- I w obu weźmiemy udział - dodał radośnie Ludwik XV.
- Będzie to dla nas wielki zaszczyt, Wasza Królewska Mość - odparł Francois, przytulając do siebie Luizę.
Ludwik XV spojrzał jeszcze raz na swoich najwierniejszych i zarazem najbardziej oddanych muszkieterów.
- My zaś ze swojej strony życzymy wam wiele szczęścia na nowej drodze życia, którą właśnie rozpoczynacie - rzekł uroczystym tonem.
- I niechaj dobry Bóg będzie z wami - dodała królowa spoglądając z uśmiechem na Francescę i Luizę.
Audiencja była skończona, więc trzej bohaterscy żołnierze oraz dwie towarzyszące im panie opuściły salę audiencyjną. Wyszli razem na plac przed Wersalem śmiejąc się wesoło.
Francois tymczasem oglądał swój złoty order.
- Przyjacielu, jak sądzisz - zapytał księcia Andre de Trechevile’a - Czy to rzeczywiście jest szczere złoto?
Trechevile przyjrzał się medalowi i zaśmiał się lekko.
- Wiesz co, przyjacielu? Zdziwiłbym się, gdyby tak było.

Rozdział 26

Rozdział XXVI

Kolejna uczona przemowa pani Heleny de Saudier

Podczas, gdy Raul i Francesca wymieniali swoje poglądy dotyczące zaistniałej sytuacji, Andre Trechevile najpierw poszedł do swego pokoju w oberży, później zaś udał się z wizytą do pani Heleny de Saudier, która po wyzwoleniu z niewoli Colgena w zamku Le Vieux Diable przebywała ponownie w swoim przytulnym, paryskim mieszkanku. Nim tam jednak powróciła zdążyła zaprosić Trechevile’a na filiżankę czekolady o siódmej wieczorem. Spotkania przy tym jakże smacznym trunku należały już do tradycji i trudno byłoby im ich zaprzestać. Poza tym oboje na tyle mocno się lubili, że nie wyobrażali sobie życia bez spotkania się od czasu do czasu i porozmawiania przy filiżance czekolady oraz ciastkach.
Kapitan królewskich muszkieterów zastał gospodynię oczekującą na niego z gorącą czekoladą i dwiema filiżankami.
- Dobry wieczór, pani pułkownikowo - powiedział Trechevile.
- Dobry wieczór, panie kapitanie. Zapraszam pana bardzo serdecznie - odpowiedziała Helena de Saudier i wskazała na miejsce naprzeciwko niej.
Trechevile usiadł na fotelu i sięgnął ręką po filiżankę, do której pani pułkownikowa nalała wcześniej czekolady. Kapitan wziął szczypcami dwa kawałki cukru i wpuścił je do filiżanki. Zamieszał i delektował się smakiem ulubionego napoju.
- No i cóż, kapitanie? Jakże się pan czuje po wczorajszej akcji? - zapytała Helena de Saudier.
- No cóż... Czuję się bardzo zmęczony - kapitan uśmiechnął się do niej przyjaźnie - Zmęczony, ale zarazem bardzo usatysfakcjonowany.
 - Tego się spodziewałam - rzekła pani Helena, słodząc właśnie swoją czekoladę i mieszając ją łyżeczką - Ale za pewne, gdyby panu kazano, to ruszyłby pan już teraz na kolejną akcję. Mam rację?
To mówiąc wypiła łyczek ciepłego napoju.
- No chyba, że tak - odpowiedział jej z uśmiechem Trechevile.
- Tak też myślałam. Wy, muszkieterowie, nie wytrzymacie bez przygód i bez jakieś walki nawet tygodnia. Co tam tygodnia, nawet pół dnia nie wytrwacie w spokoju, tylko musicie się z kimś nie pojedynkować. A kiedy brakuje wam wrogów, bijecie się między sobą.
To mówiąc wypiła kolejny łyk czekolady.
Trechevile uśmiechnął się wesoło i powiedział:
- Pani przesadza, pani Heleno. Aż tak źle, to z nami nie jest.
- Uhhm! Jasne - powiedziała spod filiżanki Helena de Saudier - Wy, mężczyźni, wszyscy macie ze sobą coś wspólnego. Możecie się między sobą różnić prawie wszystkimi cechami, ale jedną macie wspólną.
- O! A jakaż to cecha?
- Skłonności do brawury i bijatyk.
Trechevile obruszył się lekko słysząc jej słowa.
- No, wie pani... Teraz to pani lekko przesadziła.
- Ależ mój panie, czy ja nie mam racji? Przecież każdy z was, choćby nie wiem, jak spokojny, ma diabła za koszulą. Jeszcze czekolady?
- Tak, poproszę.
Pani Helena nalała kapitanowi i ciągnęła dalej.
- Wiem o was bardzo dużo, ponieważ moja siostrzenica, Francesca...
- Udawała muszkietera i jako pan Fryderyk de Saudier, syn brata pani zmarłego męża, dokonała wielu walecznych czynów. Tak, wiem już o tym - dokończył za nią Trechevile.
- A skąd pan wie? Czyżby jakaś męska intuicja?
Kapitan muszkieterów zaśmiał się delikatnie, po czym przeszedł do wyjaśnień.
- Można by to tak określić. Otóż słyszałem, jak Raul nazwał Fryderyka „Francescą”, a było to tuż po jego pojedynku z Febrem. Widziałem również, że tuli on ją do siebie i mówi, że wie, kim ona jest. Poza tym od dawna już miałem przeczucie, że jak na mężczyznę, to jakoś dziwnie broni ona honoru wszystkich kobiet podczas naszych rozmów.
- No tak, ona tak już ma. To ją zdradziło - powiedziała sceptycznie pani Helena - Czy po czymś jeszcze pan doszedł prawdy?
- Owszem, tak.
- A wolno wiedzieć co to takiego było?
- No cóż, głównie to, że Raul mi powiedział, kim ona jest. Twierdzi, że ją rozpoznał od razu, kiedy zjawiła się w siedzibie muszkieterów ubrana w mundur naszych służb. A przynajmniej wydawało mu się, że ją poznaje, ale pewności nabrał dopiero po tych, jak w trójkę złapali tego łotra Raberica.
- Kiedy to panu powiedział?
- Zaraz po tym, jak to odkrył. Wcześniej ja sam, gdy rozmawiałem z tym jakże uroczym, młodym protegowanym Jej Królewskiej Mości, miałem już pewne podejrzenia co do jego płci, które później zostały potwierdzone. Wszak jednak były to tylko przypuszczenia. Raul okazał się być jednak o wiele bystrzejszy ode mnie, gdyż od początku znał prawdziwą tożsamość rzekomego bratanka pani zmarłego męża.
Helena de Saudier zaśmiała się wesoło.
- To nie wątpliwie wielka przewaga nad innymi, tak zawsze wszystko wiedzieć.
- Niewątpliwie - odparł równie wesoło kapitan muszkieterów.
Pani Helena de Saudier odłożyła pustą już filiżankę na stół, po czym wymownie spojrzała na Trechevile’a, który natychmiast chwycił imbryk, po czym nalał kobiecie czekolady.
- Niewątpliwie nawet gdyby Raul nie zdołał rozpoznać Francesci w przebraniu, to dziewczynę mógł zgubić ten przygodny postrzał, który bez najmniejszych wątpliwości mógł ujawnić jej prawdziwe oblicze - mówił dalej muszkieter.
- Który postrzał? Ach, ten postrzał! Teraz już sobie przypominam! - pani Helena wytężyła swoją pamięć - Lekarz, który wyciągał jej kulę z całą pewnością poznał podczas operacji, że jest ona kobietą. Zresztą byłby chyba ślepy, gdyby się w tym nie zorientował.
- No właśnie - odpowiedział na to Trechevile - Zorientował się w tym i od razu chciał o wszystkim powiedzieć mnie, Raulowi oraz Francois. Tyle tylko, że Francesca przekupiła lekarza, by zachował tę rewelację dla siebie.
- A o tym skąd pan wie?
- Od niej samej. Przyznała się do tego niedługo po bitwie o zamek Colgena. Nie wiedziała wszakże, iż Raul od dawna wie, kim ona jest i powiedział mi o tym już dawno. Jednak kiedy to zrobił, to obaj ustaliliśmy, że nie damy niczego po sobie poznać.
- Czyli całą mistyfikację diabli wzięli - zakpiła sobie pani Helena.
- Można to tak powiedzieć, łaskawa pani - odpowiedział uśmiechnięty Trechevile.
Pani de Saudier sączyła powoli czekoladę ze swojej filiżanki i patrzyła na kapitana muszkieterów swymi orzechowymi oczami.
- Czemu mi się pani tak przygląda? - zapytał kapitan muszkieterów.
- Patrzę na mężczyznę, który już jutro spotka się ze słynną królewską wdzięcznością - odpowiedziała Helena de Saudier popijając małymi łykami gorącą czekoladę.
- To chyba wielki szczęściarz ze mnie, nieprawdaż? Nie wiem jednak, dlaczego mówi pani o tym w taki sposób, jakby nie widziała pani w tym nic dobrego?
- Bo nie widzę - odparła spokojnie kobieta, pijąc dalej czekoladę - Nie widzę niczego dobrego w obsypywaniu kogoś złotem.
- O! A dlaczegóż to?
- Ponieważ wtedy obdarowani stają się zbyt pewni siebie. A to źle. Nie wolno mężczyzn zbytnio rozpieszczać - odpowiedziała szacowna wdowa żartobliwym tonem.
Trechevile zaśmiał się do niej lekko. Stwierdzenie to bardzo rozbawiło kapitana muszkieterów.
- No cóż... Nas ostatnio życie raczej nie rozpieszczało.
- Oczywiście. A jutro liczycie panowie na wielkie względy i wielkie święto, nieprawdaż?
- Skądże. To, na co się jutro wybieram, to tylko skromne wręczenie nagród za męstwo i odwagę.
- Dobrze, dobrze. Nazywaj to sobie pan, jak chcesz. Ja uważam, że to będzie tylko zwykły zaszczyt ucałowania królewskiej dłoni. Nie liczcie na zbyt wiele.
- O! A czemuż to pani tak uważa?
- Bo to prawda. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. W dodatku jest to koń bardzo kapryśny i narowisty. Lubi zrzucać ze swego grzbietu.
- Niemożliwe, żeby król Ludwik XV był taki. Przecież ocaliliśmy mu życie, notabene z narażeniem własnego.
- No i cóż z tego, łaskawy panie? Królowie mają bardzo krótką pamięć. Dzisiaj pamiętają, a jutro zapominają i wsadzają do więzienia. Nie można opierać się na ich obietnicach czy łaskach, tylko brać to, co pewne. A jak brać, to tyle ile się da i nikomu tego nie oddawać.
- I liczyć tylko na siebie - skwitował Trechevile.
- Właśnie - dodała Helena de Saudier.
Trechevile powrócił do picia czekolady i zaczął się zastanawiać nad sensem tych słów, które zawierały w sobie tyle samo goryczy, ile prawdy, czyli bardzo wiele.

Rozdział 25

Rozdział XXV

Wyjaśnienia

Po bitwie o zamek Le Vieux Diable król i królowa wraz z dworzanami, eskortowani przez swoich wiernych muszkieterów powrócili do Wersalu. Tam zaś wciąż przebywała resztka wiernych Colgenowi oddziałów, których bardzo zadziwił powrót Ich Królewskich Mości. Oczywiście nie mieli oni bladego pojęcia o tym, że ich przywódca nie żyje, kiedy więc kapitan Andre Trechevile oświadczył im, iż minister Colgen zginął, a oni sami nie mają już komu służyć, żołdaków ogarnęła panika. Zrozumieli, że za to, co zrobili nie mogą liczyć na jakikolwiek akt łaski, dlatego też poddali się bez walki. Zostali za to potraktowani bardzo łaskawie, król bowiem przebaczył winy każdemu z nich. Wszystkich pozostałych przy życiu gwardzistów Colgena skazano jedynie na więzienie, oszczędzając im w ten sposób śmierci na placu de Greve lub zesłania na galery.
Co zaś do naszych muszkieterów, to ci udali się zmęczeni całą akcją ratunkową oraz wydarzeniami mającymi miejsce bezpośrednio po powrocie króla i królowej z niewoli (a w których to musieli brać czynny udział) do swych pokoi w oberży „Pod Złamaną Szpadą”. Mieli się jednak wstawić następnego dnia przed obliczem Ich Królewskich Mości, ażeby odebrać nagrody stosowne do ich zasług.
Trechevile i Francois poszli do siebie, natomiast Raul i Fryderyk udali się do pokoju Charmentalla. Chcieli oni ze sobą porozmawiać w cztery oczy bez obecności osób postronnych. Weszli zatem oboje do środka, po czym porucznik muszkieterów zamknął za nimi drzwi.
- Tu możemy porozmawiać spokojnie i bez świadków - powiedział.
- To dobrze - odpowiedział mu Fryderyk i zdjął kapelusz z głowy, a następnie rzucił go niedbale na stół.
- Więc co masz mi do powiedzenia? - zapytał Charmentall, patrząc na swego kompana.
- To raczej ty mi powiedz, co masz mi do powiedzenia. To przecież był twój pomysł, żeby się rozmówić.
Fryderyk mówiąc to, patrzył uważnie w oczy swego rozmówcy bardzo ciekawy tego, co zaraz usłyszy.
- No cóż... Po prostu pragnąłbym się dowiedzieć paru niezmiernie istotnych dla mnie faktów - rzekł po chwili Charmentall.
- Dziwnym zbiegiem okoliczności ja też chce się dowiedzieć od ciebie kilku bardzo istotnych dla mnie faktów - odpowiedział mu de Saudier.
- Więc to nie przypadek, ale los. Przeznaczenie - zaśmiał się Raul.
- O ile oczywiście coś takiego w ogóle istnieje - zakpiła sobie złym tonem Francesca.
Drodzy Czytelnicy zapewne pomyślą, że popełniliśmy błąd używając imienia Francesca, ale możemy ich zapewnić, iż o żadnym błędzie nie może być tu w ogóle mowy. Pan Fryderyk de Saudier to w rzeczywistości panna Francesca de Villervie. Była ona cały czas przy swoim ukochanym, tyle tylko, że w męskim przebraniu. Ale dlaczego i w jakich okolicznościach do tego doszło, zaraz się o tym dowiemy.
- Więc może mi łaskawie wyjaśnisz, czemu udawałaś mężczyznę? - zapytał Raul.
- Czemu nie? Mogę ci to wyjaśnić - odpowiedziała drażliwym tonem Francesca - Jeśli obiecasz, że potem ty mi łaskawie objaśnisz, dlaczego, skoro mnie od razu poznałeś, nie odkryłeś tego przede mną i pozwalałeś mi się poniżać?
- Poniżać? Ja nie nazwałbym tego poniżaniem się, moja kochana - zaśmiał się Raul - To był raczej prawdziwy kunszt aktorski.
- To twoja wersja wydarzeń, czyli krótko mówiąc punkt widzenia - mruknęła Francesca krzyżując ręce na piersi - A jak mawiała mojej świętej pamięci matka, takie coś nic nie znaczy.
- Czyżby? - Charmentall stworzył na swej twarzy złośliwy uśmieszek - I co jeszcze zwykła mawiać twoja mamusia?
- Mianowicie to, że są trzy rodzaje prawdy: prawda dziecka, prawda kobiety i prawda mężczyzny. A to znaczy: cała prawda, tylko prawda i nic nie warta prawda.
- Uhmm… A zatem mam rozumieć, że twoja mamusia była wrogiem całego męskiego rodu?
- Można by to tak określić.
- Aha. Rozumiem. No to pogratulować ci otrzymanego wychowania. Tylko pozazdrościć.
To mówiąc Raul zaczął przechadzać się po pokoju.
- A nie uważasz, że to trochę niesprawiedliwe tak potępiać mężczyzn i zwalać na nich wszystkich winy całego świata oraz zachowywać się wobec nich tak, jakby byli oni sprawcami wszystkiego, co na tym świecie złe? - zapytał zatrzymując się przy jednym z krzeseł.
- Czyż nie są? - odpowiedziała mu pytaniem na pytanie Francesca.
- O ile mi wiadomo, moja droga, to nie Adam zerwał jabłko z drzewa dobra i zła, ale jego żoneczka Ewa. Według mnie to przez nią ludzie utracili raj. Co powiesz na taki argument?
- Biblię pisali mężczyźni z korzyścią dla siebie.
- Oczywiście.
Raul uśmiechnął się złośliwie, co wywołało złość u Francesci, która chwilę później powiedziała:
- Wiesz, co ci powiem? Jesteś jak moja ciotka Helena. Ona też uważa, że mężczyźni są i dobrzy i źli. Uważa również, iż nie możemy wszystkich win zwalać na nich. Idealnie się ze sobą zgadzacie. Możecie sobie podać ręce na znak przyjaźni i zgody.
- Serio? No to koniecznie muszę to zrobić, kiedy tylko uda mi się z nią spotkać. Ale przecież, przeżywszy tyle przygód ze mną, przyznasz chyba, że są i dobrzy mężczyźni?
- Dobrzy? A niby którzy? Może Trechevile, który na każdym kroku kpi sobie z kobiet?
- A choćby i on.
Francesca wzięła głęboki oddech i powiedziała spokojnie:
- Masz rację. On jest porządnym człowiekiem, pomimo tego, że szydzi sobie z kobiet. Ale on ma ku temu powody i można mu to wybaczyć.
- Wybaczyć? Powody? - Raul bezlitośnie kpił sobie z jej słów - Nie wiedziałem, że jakiemukolwiek mężczyźnie można wybaczyć tak podłe świętokradztwo, jak obrażenie płci pięknej, mój ty słodki kwiatuszku.
Francesca spojrzała na niego ze złością w oczach, ale powstrzymała się od komentarza.
- No i jest jeszcze ten twój przyjaciel, Francois. On też jest porządnym człowiekiem, choć lekko nerwowym.
- Nerwowym? I kto to mówi, Pani Rozbij W Złości Wazon?
Francesca chwyciła za rękojeść szpady, jaką miała u swego boku (cały czas bowiem była w mundurze muszkietera), wysunęła lekko jej ostrze, ale opanowała się szybko i wsunęła je z powrotem do pochwy. Ochłonąwszy dziewczyna postanowiła kontynuować rozmowę.
- Odchodzimy od tematu. Pozwolisz, że wrócimy do niego?
- Ależ naturalnie. Ja również niczego innego bardziej teraz nie pragnę - odpowiedział jej Raul.
Francesca więc usiadła spokojnie na krześle i dała znak ukochanemu, aby zrobił to samo.
- Jak już wiesz, udawałam przed wami muszkietera - zaczęła swoją opowieść panna Francesca.
- Tak, to prawda. A można wiedzieć, po co to robiłaś?
- Bo chciałam być bliżej ciebie.
- Mogłaś to osiągnąć, gdybyś mi powiedziała, że mnie nadal kochasz. A właśnie, czemu raczyłaś znów nawiązać ze mną kontakt? Czy to prawda, że twój wybranek nie okazał się taki wierny, jak myślałaś?
Francesca zacisnęła zęby z wściekłości, ale musiała potwierdzić, że to prawda.
- Wiedziałem. Najpierw pan muszkieter był zbyt biedny w porównaniu z wielkim panem, a teraz jest znowu bardzo kochany i bardzo szlachetny. Tak szlachetny, że z pewnością przyjmie on ukochaną, którą oszukał wielki pan. A skąd wiesz, że ja tak właśnie postąpię?
Francesca obserwowała go uważnie, gdy to mówił.
- Dlatego, że mnie kochasz - odpowiedziała cichym głosem.
- Tak sądzisz? - prychnął Raul - A co ci każe wysuwać takie wnioski?
- Rozpoznałeś mnie w męskim stroju. I to rozpoznałeś, jeśli oczywiście mogę ci wierzyć, już pierwszego dnia mojej służby.
- I sądzisz, że to jest dowód miłości?
- Właśnie tak sądzę.
Raul spuścił głowę w dół. Milczał przez chwilę, po czym rzekł:
- Masz rację. Masz rację co do mojej miłości do ciebie.
- Chyba jednak nie mam - powiedziała smutnym tonem Francesca.
- Jak to?
- Gdybyś mnie kochał, powiedziałbyś mi od razu, że mnie rozpoznałeś. Nie kpiłbyś sobie ze mnie, udając niewiedzę. I nie umizgiwałbyś się do tej całej Luizy. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale ona kocha Francois. Choć do ciebie, jak zauważyłam, też ma dużo sympatii.
- Owszem, zauważyłem to. Luiza bardzo często okazywała mi swoją sympatię.
Raul uśmiechał się złośliwie napawając się jej tłumioną wściekłością.
- Tak, aż nader często to robi - zakpiła sobie z niego Francesca - A ty, rzecz jasna, tę sympatię odwzajemniasz?
- Owszem, odwzajemniam.
- Czy kokietowanie Luizy i udawanie, że ją kochasz, miało może na celu zakpienie sobie ze mnie?
- Możliwe.
Francesca czuła, że powoli traci cierpliwość. Zerwała się ze swojego miejsca i krzyknęła:
- Nie baw się ze mną dłużej w zgadywanki! Chcę usłyszeć prawdę! Najprawdziwszą prawdę, choćby nie wiem jak okrutną. Tak czy nie?!
Raul pomimo krzyków ukochanej zachował stoicki spokój, po czym odpowiedział:
- Owszem, tak. Przyznaję, że chciałem sobie z ciebie lekko zakpić za to, że mnie tak potraktowałaś.
- Jak ja cię potraktowałam?! A ty jak potem potraktowałeś mnie, co?! Specjalnie w mojej obecności kpiłeś sobie z kobiet doskonale wiedząc, że mnie ten temat drażni.
- No cóż, być może nie byłem zbyt miły wymyślając takie tematy rozmowy, ale ostatecznie musiałem się jakoś odegrać. Sama potraktowałaś mnie bardzo niemiło. Nie sadziłaś więc chyba, że tak po prostu ci daruję taką uczynioną mi zniewagę.
- Zniewagę?! - zawołała Francesca przechadzając się po pokoju - Wy mężczyźni nie okazujecie za grosz wdzięczności. Powinieneś się cieszyć, że jeszcze cię chcę. Wielki mi pan obrażalski.
Francesca w rzeczywistości wcale już nie myślała o tej sprawie w taki sposób, ale teraz Raul rozdrażnił ją tak bardzo swymi wyrzutami, że nie panowała nad sobą i poczuła, że musi mu wygarnąć tak, żeby aż w pięty mu poszło. Szybko tego jednak pożałowała. W końcu prawdę mówiąc wcale już tak nie myślała. Wszystkie przygody, jakie przebyła w stroju muszkietera nauczyły jej pokory oraz tego, że na świecie są mężczyźni zarówno dobrzy, jak i mężczyźni źli. Podobnie zresztą jest z kobietami. Choć z trudem jej ta prawda przechodziła przez gardło, to musiała przyznać, że jej ciotka miała rację. I teraz, gdyby nie urażona kobieca duma, to już dawno przeprosiłaby swojego ukochanego Raula i pogodziła się z nim. Niestety, nie mogła tego zrobić. Nie ma bowiem nikogo bardziej dumnego niż urażona kobieta. Nie dopuszcza ona do siebie myśli, że może się mylić. Mężczyznom bardzo trudno jest tę dumę pokonać i zmusić ją do kapitulacji. Dlatego też dawno już zaprzestali takowej walki, w której i tak nigdy nie osiągną zwycięstwa.
Raul spojrzał się na Francescę i powiedział spokojnie:
- Cieszyć się? Cieszyć? Niech ci będzie. Zgoda. Więc się cieszę z tego, że porzuciłaś mnie dla jakiegoś hrabiego, a potem, gdy okazał się on być oszustem, łaskawie sobie o mnie przypomniałaś. Niewątpliwie mam z czego się cieszyć. Masz rację. Mam mnóstwo powodów do radości.
Francesce zrobiło się głupio, bo w końcu Raul miał rację. Możliwe, że zrozumiawszy głupotę swego postępowania wobec niego przeprosiłaby go, ale Charmentall wypalił jeszcze:
- Na szczęście Luiza potrafi lepiej okazywać miłość.
Słysząc ponownie imię swojej jakże znienawidzonej rywalki, panna de Villervie zdenerwowała się nie na żarty.
- Oczywiście! Kochana panna Luiza jest dla ciebie o wiele bardziej ważniejsza niż ja! No tak, zapomniałam o tym!
Raul zmieszał się lekko, widząc reakcję ukochanej.
- Tego nie powiedziałem.
- Ale tak jest, nieprawdaż? Tylko szkoda wielka, że ożeniwszy się z tą dziewczyną złamiesz serce najlepszemu przyjacielowi.
- Posłuchaj mnie...
- Tylko mi teraz nie mów, że nie wiesz nic o ich miłości. Bo wiesz o niej tak samo dobrze, jak ja.
- Wiem o ich miłości, ale nie o to chodzi.
- A o co chodzi?
- Ja nie mam najmniejszego zamiaru żenić się z Luizą.
Francesa spojrzała na niego wyniośle.
- No proszę, jaki ty jesteś! A Francois ma wobec niej uczciwe zamiary. Ty zaś, jak widzę, postępujesz niczym zwykła kanalia!
- Ależ Francesco…
- Nie franceskuj mi teraz! Wiem dobrze, co ci chodzi po głowie. Mam cię dość. Wychodzę i nie chcę cię więcej widzieć!
To mówiąc ruszyła ona w kierunku drzwi.
- Ależ kobieto! Luiza to moja siostra!
Francesca zatrzymała się w połowie drogi. Obejrzała się zdumiona i zapytała, jakby sama sobie nie wierząc:
- Siostra?
- Tak, moja rodzona siostra. Febre ją porwał w dniu, kiedy zabił mych rodziców, a Colgen ją wychował wmawiając jej, że jest jej ojcem oraz to, że jej matka zmarła próbując wydać na świat drugie dziecko. Wmawiał jej też, iż nigdy nie miała ona starszego brata. Luiza to moja młodsza siostra, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Naprawdę nazywa się Izabella Charmentall. Colgen zmienił jej nawet imię, aby nikt jej nie rozpoznał.
- W takim razie skąd wiesz, że to ona? - zapytała podejrzliwym tonem Francesca.
- Poznałem ją po pieprzyku po prawej stronie szyi. Poza tym ma na łokciu małe znamię w kształcie pręgi.
- O! To weszliście w taką zażyłość, że nawet pokazała ci swój łokieć?
- Nie kpij sobie, bardzo cię proszę. To wyszło na jaw podczas jednej naszej rozmowy. Prócz tego Luiza Colgen nie pamięta zbyt wiele o swojej przeszłości. Wszystko to połączyłem w całość i doszedłem do wniosku, że to musi być moja siostra. Powiedziałem jej o tym. Nie chciała mi z początku uwierzyć, ale po przemyśleniu sobie moich argumentów zrobiła to, po czym zaczęła nam pomagać w walce z intrygami Colgena. A teraz kocha Francois i trzeba im życzyć dużo szczęścia.
- Tobie też życzę dużo szczęścia, mój kochany - mruknęła Francesca i ruszyła w stronę drzwi.
- Zaczekaj! Ty wychodzisz? - zawołał do niej Raul.
- Muszę, mój kochany. Wybacz, ale oboje zbytnio sobie dokuczyliśmy, żeby teraz być razem.
- To twoja wersja wydarzeń. Żeński punkt widzenia.
- Nie, Raulu. To jest prawda. Udawałeś, że kochasz się w Luizie, aby mi zrobić na złość. Udawałeś, że mnie nie poznajesz. Kpiłeś sobie ze mnie dzień w dzień. Wybacz, ale ja nie mogę mieć takiego męża, który drwi z mej osoby i z moich uczuć. Jutro wracam do domu. Żegnaj.
To mówiąc nacisnęła klamkę od drzwi.
- Francesca!
Dziewczyna odwróciła się niego, a jej oczy ciskały błyskawice.
- No co?
- Nie rozumiesz, że nigdy przed naszą miłością nie uciekniesz? Ja cię kocham, a ty kochasz mnie!
- Nie! Ty mnie nie kochasz! Gdybyś mnie kochał, to byś sobie ze mnie nie kpił!
Raul uśmiechnął się do niej z politowaniem. W jego żyłach wówczas zaczęła buzować gaskońska krew. Już wiedział, co należy robić.
- O mój Boże.... Jak ja niby mam cię przekonać do siebie, co? Może w taki sposób, najdroższa?
I nim Francesca zdołała zaprotestować chłopak pochwycił ją mocno ramiona, a następnie złożył na jej ustach namiętny pocałunek. Dziewczyna próbowała się od niego oderwać oraz lekko bronić, ale słodycz jego ust była tak zniewalająca, że bardzo szybko zaprzestała swoich starań. Zdołała tylko wykrztusić z siebie „Raul, nie!”, po czym zarzuciła mu ręce na szyję i pozwoliła się całować. On natomiast porwał ją mocno w ramiona i zaniósł na swoje posłanie. Oboje na nie padli nie przestając pieścić nawzajem swoich warg. Już po chwili Francesca jednak pojęła, co Raul chce zrobić. I chociaż jej ciało drżało z namiętności, to zasady wpojone przez opiekunki powodowały, że wbrew sercu oraz rozumowi chciała się od niego uwolnić.
- Nie... Nie myśl sobie, że tak łatwo ci się to uda - sapała nieco zła, choć wiedziała, że sprzeciwia się teraz sama sobie - Nie myśl, że ci na to pozwolę.
Raul zły wyjął zza pasa nóż. Francesca przerażona pomyślała sobie, że właśnie nadeszła jej ostatnia chwila. Muszkieter jednak najspokojniej w świecie przeciął jej koszulę oraz spodnie rozcinając je na kawałki, po czym odrzucił odsłaniając powoli nagość jej pięknego ciała. Francesca, o dziwo, nie czuła przy tym najmniejszego nawet wstydu. Jedynie zaśmiała się, kiedy pozbawiał ją resztek męskiego odzienia.
- I coś ty narobił, wariacie jeden? - zaśmiała się - I w co teraz biedny Fryderyk się ubierze, co?
- W nic - odpowiedział Charmentall, chowając nóż oraz samemu się powoli rozbierając.
- Śmiałe... Ale jednak trochę zbyt ostre, jak na wyjście z domu, nie sądzisz? - chichotała Francesca czując w sercu wielką radość.
Muszkieter tymczasem bardzo powoli zdejmował koszulę odsłaniając swój tors. Dziewczyna wpatrywała się w niego zafascynowana i powoli przesunęła po nim palcami.
- Nie będzie już Fryderyka. Nigdy więcej go już nie będzie, rozumiesz? Przenigdy. Teraz będzie tylko Francesca. Moja Francesca... Słyszysz mnie? Moja Francesca. Moja żona.
Jego dłonie zachłannie i namiętnie pozbawiały go ubrania, żeby już dłużej nie musieć zwlekać z tym, czego oboje pragnęli. Po chwili byli oboje niczym Adam i Ewa w raju, zaś Raul obejmował ją i namiętnie całował. Francesca tak była zachwycona jego pieszczotami, że nawet nie zwróciła uwagi na to, co on powiedział. Dopiero po chwili się zorientowała i jak to ona, zareagowała lekkim oburzeniem.
- Ejże! - zawołała - Niby jaka żona?
- A co myślałaś? Że posiądę cię teraz, potem zostawię zhańbioną i nie poślubię? - zapytał Raul, sunąc dłonią po jej udach.
- A więc chcesz mnie zhańbić jedynie po to, żebym łatwiej się zgodziła za ciebie wyjść? - zaśmiała się dziewczyna.
Udawała co prawda oburzoną, ale w jakiś dziwny sposób sam pomysł niezwykle się jej spodobał.
Charmentall spojrzał na ukochaną z zawadiackim uśmiechem, po czym pokiwał wesoło głową.
Francesca zaczęła go delikatnie okładać pięściami.
- Och! Ty... Ty nędzny draniu! Ty łotrze! Nienawidzę cię, rozumiesz?! Nienawidzę! Niena...
Nie zdążyła jednak dokończyć swej wypowiedzi, bowiem jego wargi zamknęły jej ustami namiętnym pocałunkiem. A ona tylko objęła go mocno za szyję i nie chciała go puścić. Gdy już ten cud rozkoszy minął, wyszeptała za pomocą opuchniętych warg:
- Nie zgadzam się... Nie wyjdę za ciebie, Raul... Rozumiesz mnie? Cokolwiek teraz nie zrobisz, ja za ciebie nie wyjdę.
- To się jeszcze okażę, kwiatuszku.
- I nie mów do mnie „kwiatuszku”!
- Dobrze, kwiatuszku.
Już po kilku sekundach Raul porwał ją do krainy rozkoszy. Francesca nawet tam jednak długo protestowała przeciwko małżeństwu z nim, choć robiła to już tylko z zasady, by pokazać, że jej ukochany musi się natrudzić, żeby ją zdobyć. Dzielnemu muszkieterowi nie zajęło wszak wiele czasu, aby osiągnąć zwycięstwo nad jej uporem, a ich podróż do raju sprawiła, że stali się jednością.

***

Godzinę później Francesca czule i z pieszczotą głaskała ciało swego ukochanego niesamowicie zachwycona tym, co właśnie między nimi zaszło. Wpatrywała się w jego oczy.
- Boże... Raul... To było... Niesamowite – szepnęła.
- Owszem, kochanie moje - odpowiedział jej ukochany z uśmiechem na ustach – Cudownie niesamowite. Wiesz co? Dochodzę do wniosku, że od razu trzeba było tak z tobą rozmawiać, a nie bawić się z tobą w milutkie rozmowy.
- Wiesz co, kochany?
- No co?
Francesca zaśmiała się lekko.
- Również doszłam do takiego samego wniosku. Wielka szkoda, że nie mieliśmy w sobie tyle odwagi, by zrobić to wcześniej. Tyle pięknych chwil bezpowrotnie nam upłynęło.
Charmentall głaskał powoli jej twarz.
- Nie ma jednak co płakać nad rozlanym mlekiem. Zrobiliśmy to w odpowiednim momencie.
Francesca lekko się zasępiła.
- Jest tylko jeden problem.
- Jakiż to, najdroższa?
Ukochana spojrzała na niego.
- Skąd my teraz weźmiemy zakrwawioną pościel na dowód, że byłam dziewicą w dniu ślubu?
Raul położył się obok niej i zaśmiał się do niej lekko. Dotykał powoli jej spoconego i pięknego ciała zachwycając się każdym jego szczegółem.
- Możemy wsiąść tę pościel, w której to teraz zrobiliśmy. Ja nie widzę w tym żadnego problemu.
- No tak, właściwie to możemy tak postąpić - zaśmiała się Francesca - Masz rację. Tak się rozcina węzeł gordyjski.
Obejmowali się i rozmawiali tak wesoło ze sobą przez dłuższy czas. Panna de Villervie opowiedziała przy okazji swemu ukochanemu, dlaczego tak dobrze umie posługiwać się szpadą.
- Widzisz... Moja świętej pamięci matka uważała, że powinnam poznać tę technikę, więc zadbała o to, bym uczyła się szermierki. Jak widzę, bardzo mi się potem przydała ta umiejętność.
- Istotnie. Niejeden raz ocaliła ci życie - odpowiedział Raul.
W końcu młodych kochanków dopadło zmęczenie, więc postanowili oboje pozwolić porwać się w objęcia Morfeusza. Nim to jednak nastąpiło Francesca przyciągnęła ukochanego na siebie i pocałowała jego usta.
- Kocham cię, najdroższy - wyszeptała.
- Wiem o tym, najdroższa - zaśmiał się lekko - Gdybym tego nie wiedział, to nie brałbym sobie ciebie za żonę.
Ona zaś z uśmiechem niewiniątka objęła go mocno rękami za szyję, a nogami za biodra. Powoli także rozchyliła przed nim uda.
- Wierzę ci, kochanie. I zostanę twoją żonę. Ale teraz jeszcze raz pokaż mi, jak bardzo mocno mnie kochasz.
To mówiąc jeszcze mocniej rozszerzyła swe zgrabne uda, dając mu w ten sposób do siebie swobodny dostęp. On zaś nie kazał jej na siebie długo czekać i zgodnie z życzeniem ukochanej udowodnił jeszcze raz, jak bardzo ją kochał, a czynił to w najpiękniejszy sposób na całym świecie.

Rozdział 24

Rozdział XXIV

Śmierć demona

Colgen patrzył przerażony przez okno, jak królewscy muszkieterowie rozprawiają się z jego żołnierzami wypierając ich z dziedzińca i murów zamku. Wielu już zginęło, niektórzy poddali się i siedzieli związani pod ścianą. Jeszcze inni przerażeni skakali z murów do rzeki, gdzie ginęli w nurtach zimnej wody. Minister patrzył na to załamany i wiedział już, że gra jest skończona. Jego osobista gwardia zawiodła. Czy po to Febre zjeździł całą Francję w poszukiwaniu największych łajdaków i zabijaków na tym świecie, żeby teraz ci nędzni muszkieterowie zniszczyli jego plan? Tak precyzyjnie układany przez długi czas koncept zrujnować w zaledwie jeden dzień? Żałosne. Cóż, widać nikomu nie można ufać. Colgen stał załamany pocierając dłońmi skronie.
- Moja własna gwardia... - mamrotał niczym w amoku - Moja własna gwardia... Tak długo zbierana... Została rozbita w perzynę przez tych podłych nędzników! Ech, cóż to za ludzi mi sprowadziłeś, Febre? Można się zastrzelić z rozpaczy... Cały plan teraz diabli wezmą.
Nagle przyszło mu coś do głowy.
- Lecz niech nie liczą, że mnie dostaną. Niech nie liczą, że cokolwiek to zmieni. Może i zdobędą zamek, może i pokonają moich ludzi. Ale nie uratują króla ani królowej. Nie zobaczą ich nigdy więcej! Ani mnie! Chcą mnie usmażyć w ogniu piekielnym? Proszę bardzo, ale spalimy się w nim razem. Wszyscy!
Rozważania pana ministra przerwało zjawienie się Hermanna Grusnera z wiadomością, że muszkieterowie zajmują już cały zamek, a gwardziści zapewne zostaną pokonani.
- Walczmy do samego końca! - ryknął Colgen nie próbując już ukryć swojej wściekłości - Rzuć do walki wszystkich moich żołnierzy! Nawet jeśli musimy przegrać, to zróbmy to z fasonem!
To mówiąc chwycił pistolet leżący na stole i wetknął go sobie za pas.
- A ja? - zapytał Niemiec.
- Co ty?
- A co ja mam zrobić, Herr Minister? - dopytywał się Grusner - Co ja mam robić?
- Co ty masz zrobić? - zapytał już mocno zdenerwowany Colgen - Ty mnie pytasz, co masz robić? Odpowiem ci zatem. Zrób coś użytecznego choć raz!
- Ale co konkretnie mam zrobić? - Niemiec wciąż wydawał się co najmniej zdezorientowany.
Colgen złapał go mocno za koszulę.
- Po prostu nie stój bezczynnie i przestań panikować! Zamiast tego zrób coś pożytecznego! Choć raz się na coś przydaj! Chociaż raz!
Zdenerwowany Colgen wybiegł z komnaty.
Hermann Grusner był wręcz rozwścieczony niewdzięcznością ministra. Wściekły spojrzał w stronę drzwi, przez które wybiegł jego pracodawca, po czym zaczął mówić sam do siebie po niemiecku.
- Grusner zrób to. Grusner zrób tamto. Mam już tego dość. Pracuję dla niego, wykonuję wszystkie jego polecenia, a co dostaję od niego w zamian? Niewdzięczność. Ani odrobiny wdzięczności za moją wierną służbę. Mam tego dość! Minister traktuje mnie jak psa. Nie! Nawet nie jak psa! On mnie traktuje gorzej niż psa. Ale ja mu jeszcze pokażę. Grubo się myli, jeśli sądzi, że ten kundel, którego ciągle kopie, nigdy go nie ugryzie. Właśnie teraz go ugryzie! Mam zrobić coś pożytecznego, tak?! No to zrobię coś pożytecznego! I to nawet bardzo pożytecznego. Bylebyś tylko pan tego nie pożałował, panie Colgen. Przez te wszystkie lata, kiedy ci służyłem, nie miałaś przede mną tajemnic dotyczących tego zamku. Wiem, co tu trzymasz w podziemiach i pozbawię cię tego. Nareszcie Hermann Grusner zrobi coś pożytecznego... dla Hermanna Grusnera.
Po tych słowach Niemiec wyszedł z pokoju, a następnie zajrzał do jednej z komnat. Wszedł do niej. Podszedł do biurka stojącego w rogu. Odnalazł ukrytą szufladę. Otworzył ją i wyjął mały, srebrny kluczyk. Potem zszedł do piwnic zamkowych, podszedł do żelaznych drzwi i otworzył je.

***

Raul wraz z przyjaciółmi przedarł się przez wrogi oddział i wpadł do głównego gmachu zamku. Szukał tam króla oraz królowej. A wraz z nim szukali pary królewskiej Francois, Fryderyk i Trechevile. Cała czwórka muszkieterów biegała po długich korytarzach szukając więźniów Colgena. Po drodze natknęli się na spory oddział gwardzistów, musieli więc się z nimi rozprawić. Nie zajęło to im jednak wiele czasu i dość szybko powrócili do poszukiwań. Kilkakrotnie się rozdzielali, po czym znowu spotykali. Nic to jednak im nie dało.
- Odnaleźliście króla i królową? - zapytał Trechevile, kiedy spotkali się po raz czwarty z rzędu.
- Niestety nie - odpowiedział załamanym głosem Francois.
- Jakby zapadli się pod ziemię - dodał Fryderyk.
- Tego na pewno nie mogli zrobić - powiedział Trechevile rozglądając się dookoła - Rozejrzyjcie się dokładnie. Przecież muszą gdzieś tu być.
- Pobiegnę na górę jeszcze raz. Może zapomniałem zajrzeć do jakiegoś pokoju - zawołał Raul.
- Dobrze, sprawdź jeszcze raz - zgodził się Andre Trechevile - A my rozejrzymy się na niższych piętrach.
- Tak jest! To ja na górę - powiedział Raul i pobiegł na górę.
- A my na dół. Szybko! - rozkazał Trechevile.

***

Raul wbiegł na górne piętra zamku Colgena. Zaglądał do wszystkich pokoi, ale nie odszukał ani króla, ani królowej. W jednej z komnat znalazł kilku dworzan Ludwika XV. Od nich dowiedział się, gdzie znajdują się władcy Francji. Młody muszkieter popędził więc tam, ile miał sił w nogach. Dotarł wreszcie do komnaty, która była więzieniem Ludwika XV oraz Marii Leszczyńskiej. Drzwi były zamknięte na klucz. Skierował wiec pistolet w stronę zamku w drzwiach i wystrzelił. Kopnął drzwi, po czym otworzył je na oścież, po czym wpadł do pokoju. Zastał tam już Ludwika XV spokojnie siedzącego na krześle, a także Marię Leszczyńską stającą koło okna. Przy niej stała Helena de Saudier i trzymała mocno dłoń swojej pani próbując ją pocieszyć.
Ich Królewskie Moście obawiali się tego, że walka tocząca się na dziedzińcu zamku stanie się dla Colgena pretekstem, żeby jak najszybciej pozbawić ich życia. Dlatego też, kiedy usłyszeli, że ktoś się dobija do ich komnaty pomyśleli, że spełniły się ich najgorsze obawy. Sądzili, że to być może ich mroczny Cerber lub jego zbiry. Gdy zamek został przestrzelony spodziewali się najgorszego. Odetchnęli więc z ulgą, gdy ujrzeli młodzieńca w mundurze muszkietera. Królowi wydawał się znajomy, lecz nie był w stanie powiązać jego twarzy z nazwiskiem. Królowa od razu rozpoznała młodzieńca, który ją ocalił z rąk bandytów. Zaś Helena de Saudier zaśmiała się radośnie i zawołała:
- Raul! Jesteś nareszcie! Znalazłeś nas!
- Ale jak ci się to udało, mój chłopcze? - zapytała Maria Leszczyńska patrząc na niego niczym na anioła.
- Nie ma czasu na wyjaśnienia. Musimy stąd uciekać - odpowiedział Raul - Muszkieterowie kapitana Trechevile’a walczą w obronie Waszych Królewskich Mości. Ale nie możemy zbyt długo wystawiać ich na próbę. Nie wiemy, jak skończy się walka.
- Słusznie - odrzekł mu Ludwik XV wstając i przybierając królewską pozę - Widzisz, kochanie? Mówiłem ci, że moi muszkieterowie nas nie zawiodą.
- Mówiłeś, mój drogi, mówiłeś - przytakiwała mu Maria Leszczyńska, która nie chciała się z nim więcej na ten temat kłócić.
Helena de Saudier podeszła do Raula i zapytała:
- Raul, przyjacielu, powiedz mi... Gdzie Fryderyk?
- Jest z nami. Walczy u naszego boku.
- Boże kochany! Jest tu z wami? Przecież on może zginąć! - przeraziła się Helena de Saudier - Musicie go ciągle tak narażać? Wystarczająco się już poświęcał dla króla i kraju.
- Pani pułkownikowa wybaczy, jednakże my wszyscy walczymy razem ramię w ramię - odpowiedział jej z dumą w głosie Raul Charmentall - Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. To nie jest tak, że tylko jeden z nas się naraża. Narażamy się razem albo żaden z nas nie ryzykuje. Zresztą nie traćmy czasu na rozmowy. Colgen może w każdej chwili się tu zjawić, aby zabić Ich Królewskie Moście.
- Masz rację, Raul - zgodziła się z nim Helena de Saudier - Wasze Królewskie Mości, musimy stąd uciekać!
- Ale dokąd uciekać? I niby po co? - zapytał Ludwik XV - Nie lepiej poczekać, aż bitwa się skończy?
- Musimy uciekać choćby po to, aby mój siostrzeniec i jego druhowie nie poświęcali się za nas na marne - odpowiedziała pułkownika.
- Słusznie mówisz, Heleno - potwierdziła słowa wiernej służki Maria Leszczyńska - Ruszajmy zatem!

***

Febre szukał młodego Charmentalla po wszystkich korytarzach oraz pokojach zamku. Nie wdawał się w walki z muszkieterami, choć miał ochotę zabić osobiście każdego z nich. Teraz nie miał wszak na to czasu, gdyż szukał tylko jednej osoby, Raula Charmentall. Tego młodego chłystka, który śmiał rzucić mu wyzwanie i przysiąc zemstę. Już on mu da zemstę, tylko najpierw musi go znaleźć, a znajdzie go na pewno tutaj, o ile ten młodzik nie opuścił jeszcze zamku. Człowiek w czerni przypuszczał, że Raul nie ustąpi, dopóki nie odnajdzie króla i królowej. Febre bardzo dobrze znał takich młodych ludzi jak ten muszkieter. Młodych i porywczych a przy tym bardzo odważnych. Z łatwością wykorzysta jego zapalczywość do własnych celów. Wystarczyło odpowiednio rozegrać tę grę.
W chwili, kiedy Febrowi chodziły po głowie takie myśli, usłyszał tupot czyichś butów. Ktoś zbiegał ze schodów na dół. Dobra nasza, pomyślał ów nikczemnik. To pewnie Charmentall szuka władców Francji. To dobrze, to bardzo dobrze. Znajdzie więc, ale własną zgubę. Zbir ministra Colgena zaczaił się za ścianą i czekał. Wreszcie tajemniczy człowiek zbiegł po schodach na sam dół. Febre już miał go zaatakować, ale zmienił zdanie. To nie był Raul, lecz Trechevile. Człowiek w czerni poczuł nagle w sercu lęk. Wiedział, jak wygląda obecny kapitan królewskich muszkieterów. Co prawda nie miał nigdy możliwości zetknąć się z nim twarzą w twarz, ale wiedza o jego wyglądzie była mu dobrze znana, dlatego z miejsca go rozpoznał i poczuł w sercu ogromny lęk. Dziwić mu się nie w sposób, w końcu człowiek, na którego wpadł, był postrachem bandytów i przestępców w całej Francji. To on nakłaniał muszkieterów do współpracy z żandarmerią przy ściganiu złoczyńców. On również pokrzyżował wiele planów Febre’a. Nic zatem dziwnego, że ten nędznik, który nigdy nikogo się nie obawiał, teraz przeraził się i to bardzo. Cofnął się więc powoli licząc na to, że Trechevile go nie zauważy. Niestety, zauważył. Kapitan muszkieterów odwrócił się i spostrzegł łotra.
- Ty musisz być Febre! - zawołał Trechevile na widok swego dawnego wroga - Nareszcie się spotykamy.
- Kapitan Andre Trechevile, kopę lat! - powiedział ironicznie Febre - Dawnośmy się nie widzieli, prawda?
- Nigdy nie mieliśmy okazji spotkać się twarzą w twarz. Nie licząc oczywiście sytuacji, kiedy udawałem ambasadora hiszpańskiego.
- W rzeczy samej. Wtedy widzieliśmy się pierwszy raz, choć trudno to nazwać oficjalnym poznaniem się.
- Istotnie. Dlatego Cieszę się, że obaj wreszcie możemy poznać się oficjalnie. Wiele o tobie słyszałem.
- Ja o tobie także. Zwykle natykałeś się na moich ludzi, ale nigdy na mnie. Nie ukrywam, że na swój sposób mnie to smuciło.
- Mnie również. Prawie cię dopadłem dwadzieścia lat temu. To było na tydzień przed tym, jak zarżnąłeś państwa Charmentall.
- Spełniłem tylko swój obowiązek wobec króla i narodu.
- Chyba raczej obowiązek wobec tego nędznika Colgena - zakpił sobie Trechevile podchodząc powoli do niego.
- Ja jedynie ukarałem winowajców - odparł Febre cofając się przed nim - Gaston Charmentall nie płacił podatków. Był zwykłym złodziejem.
- Kpisz chyba sobie.
- Wszak kto nie płaci podatków, jest złodziejem. A on nie płacił.
- Nie bądź śmieszny, Febre. Nie udawaj głupca. Obaj dobrze wiemy, że nie było żadnych zaległości podatkowych. Po prostu Colgen zlecił ci zamordowanie rodziców Raula.
- Pierwszy błąd, mój drogi przyjacielu - powiedział wściekły Febre - Miałem zabić tylko jednego z nich.
- Słusznie. Przepraszam. Tylko jednego - kpił sobie z niego Trechevile - Drugiego z rodziców miałeś jedynie uprowadzić i zawieść do Colgena. To była matka Raula. Twój pracodawca chciał z niej zrobić swoją kochankę.
- To już nie moja sprawa, co on chciał z nią zrobić - odparł Febre - Nie mój interes, co zleceniodawca robi z przedmiotem zlecenia.
- Przedmiotem zlecenia, tak? Kobieta piękna, szlachetna oraz pełna dobroci, to dla ciebie tylko przedmiot i wyłącznie przedmiot? A jej mąż, jeden z najszlachetniejszych ludzi na świecie to kto niby jest? Także rzecz?
- A owszem. Bo każdy człowiek jest przedmiotem, którego pożąda lub nienawidzi inny przedmiot troszkę wyżej stojący na szczeblach drabiny społecznej. Ale nie będę się teraz wdawał z tobą w dyskusję. Mam co innego na głowie.
Po tych słowach Febre chciał odejść.
- Doprawdy? A co może mieć na głowie taki nędzny i podły morderca, jak ty? - zapytał Trechevile, zagradzając mu drogę szpadą.
Febre spojrzał wściekle na niego. Najchętniej zabiłby tego zuchwalca gołymi rękami. Lecz przed kapitanem muszkieterów Andre Trechevilem zawsze czuł respekt, więc odpowiedział:
- Skoro koniecznie musisz wiedzieć, to zamierzam dokończyć pewne zlecenie ministra.
Chciał iść, ale Trechevile nadal zagradzał mu drogę swoją szpadą.
- Czy chodzi o Raula Charmentall? - zapytał kapitan.
- Człowieku, zejdź mi z drogi - wysyczał Febre przez zęby.
- Obawiam się, że nie mogę tego zrobić, człowieku - mówił z wyraźną nutą gniewu w głosie Trechevile - Widzisz, Raul to mój wychowanek i przyjaciel. Nie pozwolę, byś go skrzywdził. Stawaj do walki.
To mówiąc stanął przy drzwiach i skierował ostrze szpady na niego.
- Trechevile, nie bądź głupcem. Zejdź mi z drogi dobrowolnie, bo sam cię usunę - powiedział spokojnie Febre.
Gdyby ów muszkieter nie był tym, kim był, zginąłby na miejscu. Febre jednak czuł przed nim lęk połączony z szacunkiem. Wolał nie wdawać się w walkę z kapitanem. Z człowiekiem, który już tyle razy pokrzyżował jego plany.
- Nawet nie próbuj! - powiedział Trechevile z groźbą w głosie.
- Lepiej nie stój mi na drodze, głupi starcze, bo i ty wylądujesz w zaświatach.
- Nie groź mi lepiej, chłystku, bo się przeliczysz. I nie wyzywaj mnie od starców, bo sam nie jesteś ode mnie wiele młodszy. Poza tym nazywając mnie starcem ubliżasz nie tylko mnie, ale też i każdemu, który poległ dziś z mojej ręki.
- Ubliżałem nawet samemu Bogu, więc co mi tam ludzie?! Zejdź mi z drogi, Trechevile.
- Nie!
- Dobrze ci radzę, zejdź mi z drogi, bo zginiesz.
- Zostaw Raula w spokoju!
Febre zrozumiał, że jedynym możliwym sposobem przejścia przez te schody jest pokonanie Trechevile’a. Wycedził przez zęby:
- Jak chcesz. Najpierw wykończę ciebie.
Chwilę później rozpoczął się zacięty pojedynek pomiędzy dwoma dawnymi adwersarzami. Febre nacierał na Trechevile’a, który to ze stoickim spokojem odpierał jego ataki. Podły sługa Colgena nacierał jednak coraz silniej, dlatego kapitan muszkieterów musiał się cofać pod naporem jego ciosów. Cofając się wchodził na górę po schodach cały czas odwrócony do nich tyłem, gdyż musiał odpierać ciosy Febre’a. Nagle poczuł, że traci grunt pod nogami. Okazało się, że nie zwrócił uwagi podczas walki na ostatni stopień, potknął się i upadł. Febre zaś bezlitośnie wykorzystał tnąc szpadą lewą rękę, którą Trechevile zdołał zasłonić serce. Kapitan muszkieterów jęknął z bólu i wypuścił z rąk szpadę, którą Febre odkopnął do tyłu. Morderca w czerni uśmiechnął się do niego jadowicie.
- Mówiłem ci, staruszku: Zejdź mi z drogi - mruknął, uśmiechając się złośliwie - Nie posłuchałeś mnie, więc teraz giń, głupcze.
To mówiąc wymierzył w niego szpadę.
Wtem w jego broń uderzyło coś mocnego i twardego. Tym czymś była inna szpada.
Febre spojrzał się w stronę, skąd wyszło to ostrze blokujące jego cios. Zauważył wówczas młodego muszkietera, który właśnie przeszkodził mu w ostatecznym wyeliminowaniu kapitana Trechevile. Tym muszkieterem był Raul, człowiek, którego szukał.
- No proszę, Charmentall - powiedział bardzo zadowolony Febre - A już myślałem, że się nie zjawisz. Wreszcie się spotykamy.
- O tak, Febre. Czas już na to najwyższy - odpowiedział mu Raul - Zabiłeś moich rodziców.
- Tylko ojca. Twoja matka nie miała zginąć - poprawił go człowiek w czerni - I nie ja ją zabiłem.
- Wiem o tym, nędzniku.
Febre spojrzał na niego zdziwiony.
- Wiesz? A skąd?
- Ty i hrabina de Willer macie bardzo długie języki. Za długie - kpił sobie z niego Raul - Wystarczyło tylko podsłuchać to i tamto.
- Hrabina de Willer? - zapytał zdumiony Febre słysząc jego słowa - Co się z nią stało? Gdzie ona jest?
- Jest już na tamtym świecie. Tam, gdzie i ty się znajdziesz za kilka minut - odpowiedział mu Trechevile.
Febre wściekł się. Charmentall i jego kompani zabili hrabinę de Willer. Zabili jego kochankę i najwspanialszą kobietę, którą znał. No cóż... Mówi się trudno. Podobała mu się, nawet bardzo, ale przecież nie będzie udawał, że mu jej brakuje. Owszem, rozzłościła go ta wiadomość, ale przecież nie będzie ronić po niej łez.
- Zabiliście hrabinę de Willer, bo nie miała możliwości bronić się przed wami - powiedział Febre, kiedy Raul podnosił rannego Trechevile’a z ziemi - Ale ja nie jestem słabą kobietą, której jedyną bronią są wdzięk i inteligencja. Jestem mężczyzną, który umie bardzo dobrze się fechtować, o czym zaraz będziesz mógł się przekonać, gaskoński głupcze. Pożałujesz, że kiedykolwiek wszedłeś mi w drogę.
To mówiąc skierował ostrze swojej szpady w jego pierś.
- Stryjku. Król i królowa znajdują się tuż nad nami. Jest z nimi pani pułkownikowa de Saudier. Zabierz ich stamtąd, proszę - wyszeptał Raul do Trechevile’a.
- Nie martw się, zaraz się tym zajmę, chłopcze - odpowiedział kapitan muszkieterów i ruszył na górę.
- Walczmy, Febre - powiedział Charmentall, szykując szpadę do walki - Na śmierć i życie.
- Albo tylko śmierć. Śmierć dla ciebie, rzecz jasna - odparł człowiek w czerni, po czym zasalutował mu szpadą.
Raul odpowiedział mu tym samym.
Dwaj przeciwnicy ruszyli na siebie niemalże jednocześnie. Szpady poszły w ruch. Szczęk ścierającego się ze sobą oręża nie ustawał ani na minutę. Raul i Febre raz po raz atakowali lub bronili się przed ciosami. Żaden z nich nie miał zamiaru przegrać. Stawką tu było ich życie, a także reputacja znakomitego szermierza, której żaden nie chciał utracić.

***

Grusner otworzył jedną z dwóch małych skrzyń, które znajdowały się w maleńkim pomieszczeniu w zamkowych piwnicach. Znajdowało się w niej złoto, srebro. drogie kamienie, złote naczynia, perły, naszyjniki, złote bransoletki itp. drobiazgi z gatunków tych, przez które ludzie skłonni byli podrzynać sobie nawzajem gardła. Potem otworzył drugą skrzynię. Było w niej to samo, co w pierwszej.
- Cały majątek pana Colgena - powiedział Grusner do siebie.
Co za szczęście. Takie bogactwo! Patrzył teraz na skarby i zacierał z radości ręce.
- Wszystko z rabunku i kradzieży. Ukrywał to przed całym światem. Leżało to bez pożytku, lecz teraz przyniesie komuś korzyść i to niemałą. Oczywiście tym kimś będę ja.
Wyjął kilka solidnych worków i zaczął ładować do nich kosztowności.

***

Raul i Febre walczyli coraz zacieklej. Podczas walki przeszli z środku zamku na jego mury. Dalej jednak nie przerywali szermierki. Raul podczas walki przyjmował pozycję obronną i raczej cofał się pod naporem ciosów Febre’a, aniżeli go atakował. Jednakże czasem to on przejmował pozycję atakującego, a wówczas to człowiek w czerni musiał odpierać ataki. Mur na szczęście był dość szeroki, by zmieścili się na nim obaj szermierze. Ale mimo to i tak dwaj przeciwnicy musieli uważać, by z niego nie spaść. Nie było łatwe, zwłaszcza gdy jednocześnie toczy się pojedynek na szpady.
- Dzielnie walczysz, Gaskończyku! - mruknął Febre.
- Ty też całkiem dobrze, panie morderco - zakpił sobie Raul.
Walczyli dalej.
- Trechevile dobrze cię wyszkolił, jak widzę - powiedział człowiek w czerni - Niestety obawiam się, że te twoje żałosne umiejętności to za mało, by mnie pokonać.
- To się okaże - odparł mu na to Charmentall.
Walka trwała dalej.
Niestety Raul nagle poczuł się zmęczony pojedynkiem. W dodatku podczas zadawania ciosów stracił na chwilę równowagę i w ostatniej chwili ledwie ją odzyskał. Zrozumiał wówczas, że taka dalsza walka poprzez odpieranie ataku jest dla niego niebezpieczna. Zastosował więc podstęp. Odbił kolejny cios Febre’a, po czym uchylił się przed następnym skacząc z muru. Nie spadł jednak, lecz złapał się muru ręką. Wykonał zręczny obrót na ręce, po czym skoczył i wylądował tuż za swoim przeciwnikiem. Ten jednak przewidział to, gdyż natychmiast obrócił się, odbijając cios, który Raul wymierzył prosto w jego serce.
Podstęp jednak się udał i to Febre został zmuszony do wycofywania się, zaś Raul go atakował. W taki oto sposób dotarli do jednej z wieżyczek zamku. Wieżyczka ta nie była jeszcze ukończona, więc rusztowanie służące do jej do budowy nadal tam stało. Walka przeniosła się na owo rusztowanie.

***

Colgen szybko odkrył, że pokój, w którym to byli uwięzieni król oraz królowa jest pusty. Spóźnił się i ptaszki wyfrunęły. Zaklął wściekły pod nosem wiedząc, że to już koniec. Musiał zapomnieć o zabiciu władców Francji. Chciał ich posłać na tamten świat i choć w ten sposób dokuczyć muszkieterom. Okazało się to jednak niemożliwe. Ludwik XV i Maria Leszczyńska uciekli. Colgen musiał więc zrezygnować z tego planu. Cóż... Teraz należy zapomnieć o zemście i ratować własną skórę. W końcu tylko ona mu już została.
Pobiegł do swojego pokoju i zaczął się pakować. Zabierał ze sobą kosztowności i wszystko, co tylko przedstawiało jakąkolwiek wartość. Chciał pobiec również na dół, aby zabrać dwie skrzynie z kosztownościami i razem z nimi uciec tunelem podziemnym, który prowadził nad pobliską rzekę. Stamtąd zaś już spokojnie można uciec za granicę. Plan był możliwy do realizacji, bo przy zamku znajdowała się mała łódka. Niewielka, ale dość duża, by można w niej było pomieścić w cały dobytek i swoją osobę.
Nagle drzwi do pokoju otworzyły się i stanął w nich Francois de Morce.
- Wybiera się pan gdzieś, panie ministrze? - zapytał z kpiną w głosie.
Colgen obrócił się i zobaczył go.
- Och, mój drogi baronie de Morce - powiedział głupkowatym tonem - Ja się niby gdzieś wybieram? A kto mówi, że się gdzieś wybieram?
- Pański bagaż, panie ministrze - powiedział Francois wskazując na bagaż ministra ostrzem swojej szpady.
Minister zachichotał nerwowo.
- Ach! Chodzi ci o ten bagaż?! To tylko na wszelki wypadek!
- Wszelki wypadek? - kpił sobie baron.
Colgen zrozumiał, że nie oszuka młodego muszkietera. Musiał więc wymyślić inną strategię.
- Zgoda. Otóż to. Mam teraz zamiar opuścić ukochaną Francję raz na zawsze i nikt, a już na pewno nie taki chłystek jak ty, nie przeszkodzi mi w tym!
Minister cofał się powoli tyłem do biurka, na którym położył pistolet przeszkadzający mu w pakowaniu rzeczy osobistych. Powoli dłońmi namacał broń i zacisnął na niej palce.
Francois bacznie obserwował go.
- Obawiam się, panie ministrze, że nie mogę na to panu pozwolić - powiedział - Gdyż, widzi pan, jest pan zdrajcą swego narodu. Spiskował pan przeciwko Miłościwie Nam Panującemu Ludwikowi XV. Musi pana spotkać za to kara.
Colgen cały czas tylko milczał i patrzył na niego spokojnie, choć na jego twarzy malowała się wściekłość.
- Stanie pan przed sądem i odpowie za swoje czyny - powiedział Francois zbliżając się do niego powolnym krokiem - Zapewniam przy tym pana, panie ministrze, że nasze prawo jest bezwzględne wobec takich ludzi jak pan.
- Prawo to ja! - zawołał wściekle Colgen.
- Nie tym razem, panie ministrze.
- Przepuść mnie, dobrze ci radzę.
- Nie ma mowy.
- Przepuść mnie!
- Nie.
Wtem Colgen wyjął szybko pistolet zza pleców, wymierzył w młodego muszkietera i zawołał:
- W takim razie zdychaj marnie, nędzny głupcze!
Wtem padł strzał, lecz to nie minister strzelił, gdyż otrzymał on strzał w dłoń. Upuścił trzymaną w niej broń i upadł na podłogę wijąc się przy tym z bólu. W drzwiach zaś obok Francoisa stał Fryderyk, trzymając w ręku dymiący jeszcze pistolet.
Obaj muszkieterowie podbiegli do ministra. Fryderyk szybkim ruchem nogi odkopnął pistolet Colgena, który Francois szybko podniósł, mierząc nim w tego łotra.
- Dobra robota, chłopcy! - zawołał Trechevile, wbiegając do pokoju.
Za nim w drzwiach stali król, królowa i spora grupa muszkieterów.
- Mamy cię, zdrajco! - powiedział Ludwik XV z mściwą satysfakcją - Teraz zapłacisz za wszystkie swoje zbrodnie.
- Pilnować mi go! - dodała groźnym głosem Maria Leszczyńska.
Kilku muszkieterów wbiegło do pokoju i wycelowało w Colgena swoje muszkiety.
- A my pędźmy do Raula! - rzekł Trechevile - Może być w wielkim niebezpieczeństwie.
- Raul?! O nie! - zawołał przerażony Fryderyk de Saudier, po czym ruszył biegiem, niemalże taranując swego dowódcę.

***

Raul ledwie uchylił się przed ciosem szpady Febre’a. Ten zaś atakował z coraz większą zawziętością. Dwaj przeciwnicy z trudem utrzymywali się na rusztowaniu. Raul uskoczył potem na deski, które zachwiały się pod jego ciężarem. Febre skoczył za nim, ale trafił na drewnianą belkę. Raul zrobił taki uskok, że trafił obiema stopami na koniec jednej z desek. Ta zaś podbiła się do góry i uderzyła mocno jego przeciwnika prosto w brodę. Upadł on na rusztowanie, jednak nie zleciał z niego, gdyż prędko się podniósł i ponownie zaatakował. Raul odbijał jego ciosy z taką samą zaciętością, co człowiek w czerni je zadawał.
- Zginiesz marnie, gaskoński głupcze! - ryknął Febre.
- Nie licz na to, ty płatny morderco! - odpowiedział mu tym samym tonem Raul.
Nagle Febre uderzył tak, że Charmentall, odbijając jego cios, stracił równowagę i spadł z rusztowania. Miał jednak szczęście i chwycił się liny. Przeleciał na niej kilka metrów i wylądował na kolejnej belce rusztowania. Febre widząc to złapał znajdującą się w pobliżu linę i poleciał za młodym muszkieterem, który szybko ciął go szpadą przez prawy policzek.
- Teraz będziesz miał obie strony twarzy jednakowe - zakpił sobie.
Febre wściekły natarł na niego zawzięcie. Charmentall odskoczył w bok, złapał się liny i odleciał na bok. Jego wróg ruszył za nim. Przez krótką chwilę obaj przeciwnicy bujali się na linach i uderzali nawzajem szpadami. Wreszcie znów znaleźli się na belkach rusztowania i nacierali na siebie niczym dwa krogulce.
Obserwowali to z dołu Francois, Fryderyk i Trechevile.
- Idę mu na pomoc! - zawołał de Saudier.
- Nie!
Trechevile zastawił mu ręką drogę.
- Przecież on może zginąć! - Fryderyk był niemalże bliski płaczu na samą myśl o tym.
- Właśnie! Mamy pozwolić mu umrzeć?! - zapytał równie przerażony Francois.
- Raul na pewno da sobie radę - uspokoił ich Trechevile, choć nie do końca wierzył w to, co mówił.
- A co, jeśli nie da sobie rady?! - zapytał Francois również przejęty losem przyjaciela.
- Właśnie! Zostawimy go na pastwę losu? - dopytywał się Fryderyk.
Kapitan popatrzył na niego spokojnie.
- To jest sprawa pomiędzy Raulem a Febrem. Nie możemy się wtrącać. Zresztą, Raul by tego nie chciał.
Wyjaśnienie Trechevile ich przekonało. Jedynie Fryderyk jeszcze miał pewne wątpliwości.
Tymczasem Raul i Febre walczyli ze sobą nadal, zaciekle atakując jeden drugiego. Teraz właśnie trzymając się jedną ręką rusztowania, a drugą ściskając rękojeść szpady, nacierali na siebie bardzo ostro. Raul pamiętał rady Trechevile’a i robił wszystko, by bardziej odpierać ataki, niż samemu atakować. Niekiedy jednak sam musiał przejść do ofensywy. Zmęczony ciosami przeskoczył na deski rusztowania, a nędzny człowiek w czerni za nim.
Młody Charmentall natarł na przeciwnika. Niestety zaatakował zbyt zaciekle, co spowodowało, że Febre wykorzystał to i wytrącił mu szpadę z ręki, po czym przyłożył mu ostrze swojej do gardła. Trzymając tak młodego Gaskończyka na ostrzu swej broni odkopnął nogą szpadę Raula, która zleciała z rusztowania.
- I co teraz, młody głupcze? - zapytał Febre, patrząc z mściwością w oczach na Raula - Postanowiłeś pomścić na mnie śmierć ojczulka, a teraz co? Sam zdechniesz u mych stóp, do tego jeszcze błagając mnie o litość nad sobą. Będziesz błagać o nią mnie, mordercę swego ojca. A ja ci okażę łaskę. Okażę ci ją i dobiję cię, byś nie musiał cierpieć. Wówczas to wszyscy powiedzą: Któż jest mocniejszy nad Febre’a?
- Nie liczyłbym na to - odpowiedział mu butnie Raul.
Febre chciał zadać mu ostatni, śmiertelny cios, dzielny młodzieniec jednak uskoczył i zleciał z rusztowania. Złapał się na szczęście liny i po niej zjechał na niższe piętro. Cały czas trzymając się jej rozejrzał się dookoła. Zobaczył swoją szpadę zaplątaną w sznury. Znajdowała się poniżej jego stóp. Zaczął się zniżać do niej powoli i spokojnie. Tymczasem Febre już pędził do niego, skacząc po piętrach rusztowania. Raul sięgał już palcami po szpadę, zachwiał się jednak i omal nie puścił liny.
- Raul! - zawołał Fryderyk i zasłonił sobie usta z przerażenia.
- Wstawaj, przyjacielu! - krzyknął Francois - Wstawaj i walcz!
- Raul, trzymaj się! - dodał bojowym tonem Trechevile.
Zrobił to w taki sposób, że aż Francois i Fryderyk spojrzeli się na niego zdumieni jego przerażeniem. Zwykle bowiem kapitan nie okazywał swoich emocji.
Raul, usłyszawszy te słowa poczuł nagle, że wracają mu siły do dalszej walki. Sięgał więc palcami po szpadę, ale Febre stał już coraz bliżej niego. Chłopak był ręką coraz bliżej swej broni, zaś jego przeciwnik stał tuż za nim. Zamachnął się na niego szpadą. Zaraz wbije ją w Gaskończyka.
- Namiestniku de Morce! Teraz nadeszła TA chwila, w której trzeba się wtrącić! - krzyknął Trechevile.
Francois de Morce zrozumiał, o co mu chodzi i wyjąwszy pistolet wymierzył z niego, po czym strzelił do Febre’a. Nie trafił go co prawda, ale kula uderzyła w kołowrotek do wciągania ciężarów, będący tuż obok głowy nikczemnika. Człowiek w czerni zachwiał się, zaś Raul zdołał chwycić wreszcie swoją szpadę i uzbrojony był gotowy do walki.
Rozbujał on linę, której kurczowo się trzymał, po czym przeskoczył na belkę na której stał jego wróg, po czym zaatakował go. Febre obrócił się szybko i odbijał po kolei jego ciosy. Raul nacierał szybko i zaciekle. Miał w oczach zawziętość oraz wściekłość. Pod wpływem tego natarcia człowiek w czerni był zmuszony ustąpić mu pola. Młody Charmentall natarł na niego i wykonując cios szpadą, którego nauczył się podczas ćwiczeń z Trechevilem (a który, jak wiemy, już raz mu ocaliło życie) wbił ostrze swojej szpady prosto w jego serce.
Febre zacharczał, wyjęczał coś w ucho Raula. Chłopak wyrwał szpadę z jego serca. Wówczas morderca pana Gastona Charmentall spojrzał na młodzieńca ostatni raz, zachwiał się i zleciał z rusztowania.
Raul popatrzył się na leżące na ziemi ciało, po czym powiedział:
- Ojcze, zostałeś pomszczony!
Następnie złapał jedną z lin, która sięgała do ziemi i zjechał po niej na sam dół.
- Raul! - zawołali jednocześnie Francois, Trechevile i Fryderyk.
Fryderyk podbiegł do Raula i przytulił go czule. Nawet zbyt czule jak na mężczyznę. Nie uszło to oczywiście uwadze kapitana i młodego barona.
Raul pogłaskał Fryderyka pieszczotliwie po głowie i powiedział:
- Spokojnie, Francesco, spokojnie. Już wszystko dobrze. Już wszystko w porządku. Jak widzisz wciąż żyję.
Fryderyk spojrzał się na niego zdumiony.
- Jak ty mnie nazwałeś? - zapytał - Przecież ja nie jestem...
- Oj, daj spokój. Jak długo masz zamiar jeszcze udawać, zwłaszcza, że wiem, kim jesteś.
- Ty wiesz?
- Wiem.
Raul uśmiechnął się przekornie. Fryderyk natomiast patrzył na niego jednocześnie zły i zdumiony.
- Od kiedy wiesz? - zapytał.
- Już od dawna to wiedziałem, ale nie dawałem po sobie tego poznać. Zorientowałem się w twoim małym oszustwie, kiedy Francois rzucił uwagę, że masz zbyt kobiecą urodę. Zacząłem się nad tym zastanawiać, gdyż od samego początku twój głos, ruchy i zachowanie wydawały mi się dziwnie znajome. W końcu zrozumiałem, kim jesteś.
- I nic mi nie powiedziałeś? Pozwoliłeś mi się poniżać i wygłupiać przed tobą udając kogoś, kim nie jestem?
- Chciałem ci dać nauczkę za to, że mnie odrzuciłaś, moja droga. Ale nie czas teraz na takie pogaduszki.
- Słusznie - powiedział Trechevile, podchodząc do nich - Mamy teraz inne sprawy na głowie.
- Więc chodźmy je rozwiązać i to raz na zawsze! - zawołał wesoło Francois de Morce.
- Chodźmy zatem! - zaśmiał się Raul.
Przyjaciele poszli więc załatwić owe sprawy, o których przed chwilą mówili. Po drodze minęli leżące na ziemi ciało Febre’a.
- Tak oto zginął jeden z najbardziej niebezpiecznych ludzi w całej Francji - powiedział Trechevile filozoficznym tonem - I pomyśleć tylko, że ja przez tyle lat chciałem tego dokonać. Widać nie było mi to pisane. Może lepiej jednak, że ty to zrobiłeś, mój chłopcze. Ty miałeś z nim porachunki, ja ścigałem go jako przedstawiciel prawa. Ja bym musiał go aresztować, ty zaś mogłeś i pozbawiłeś go życia. Dzięki tobie już nigdy więcej nikogo nie skrzywdzi.
Pozostali zaś patrzyli na ciało człowieka, który nawet po śmierci budził grozę i przerażenie.

***

Hermann Grusner przeszedł przez podziemny tunel z dwoma workami na plecach oraz trzymając w ręku kolejny. Wyszedł niedaleko murów przy rzece - tej samej, której przypłynęli Raul oraz jego przyjaciele. Niemiec zamierzał uciec małą szalupą, która stała na brzegu gotowa do drogi. Był to środek ucieczki przewidziany przez Colgena w przypadku niepomyślnego rozwoju sytuacji. Jednakże kiedy ujrzał duża łódź, którą przypłynęli czterej muszkieterowie stwierdził, że ten środek transportu będzie dla niego o wiele bardziej użyteczny. Załadował więc szybko wszystkie worki na dno łodzi muszkieterów, dodając do niego również koszyk z prowiantem, który wcześniej sobie naszykował. Potem odbił łodzią od brzegu, wskoczył do niej, ujął wiosła i powoli odpłynął z prądem.
- Żegnaj, ponure zamczysko Le Vieux Diable - szeptał po niemiecku wiosłując tak szybko, jak się tylko da - Żegnajcie dzielni muszkieterowie. Żegnaj i ty, ministrze Colgen, nędzna kreaturo. Obym cię już nigdy więcej nie spotkał na swojej drodze.
Gdyby ktoś teraz wyjrzał zza murów zobaczyłby łódź wyładowaną wypchanymi czterema workami oraz koszem pełnym prowiantu, z jednym tylko człowiekiem w środku, który wiosłował ile sił w rękach, by po chwili zniknąć za horyzontem pogrążonym w mroku nocy. Nikt jednak tego nie uczynił.

***

W chwili, kiedy to sprytny Niemiec umykał rzeką ze swoim cennym łupem, Colgen był prowadzony przez muszkieterów przed oblicze króla. Tego samego króla, którego chciał zdetronizować i któremu groził śmiercią, a teraz został rzucony pod jego nogi jak pospolity bandyta.
Ludwik XV spojrzał mu prosto w oczy i powiedział ironicznie:
- Witaj, kuzynie. Cieszy mnie nasze ponowne spotkanie. Jak widzisz, tym razem role się odwróciły. Teraz to ja jestem wolnym człowiekiem, a ty więźniem.
Colgen próbował się tłumaczyć i bronić, a nawet przepraszać, lecz to mu nie pomogło. Po tym, co od niego doznał, król nie zamierzał go słuchać.
- Nie poniżaj się, nędzniku, bo i tak nic ci to nie pomoże - powiedział Ludwik XV, patrząc na niego z pogardą - Wiedz, że za to, co zrobiłeś, poniesiesz zasłużoną karę. Zostaniesz publicznie stracony w taki sposób, jaki prawo przewiduje dla zdrajców i królobójców.
- Nadszedł kres twojej działalności - dodała wręcz mrocznym głosem królowa – Nikomu już nigdy nie uczynisz krzywdy.
Colgen wpatrywał się w oboje uważnie. Był przerażony i drżał ze strachu niczym liść osiki.
- Nie... Nie... Nie! Nie pozwolę na to! Nie będziecie mnie publicznie torturować i zabijać na oczach paryskiej gawiedzi! Nie pozwolę na to!
- Zabrać mi stąd tego nędznika i umieścić tam, gdzie jego miejsce, czyli lochu - mruknął król machając ręką na Colgena.
Dwaj muszkieterowie pochwycili więźnia pod pachy i podnieśli go z ziemi. Ex-minister jednak wyrwał się im i zaczął uciekać. Wskoczył szybko na mury i biegł nimi, próbując jakoś uciec z zamku.
- Stój! Rozkazuję ci, stój! - wykrzyknął za nim Ludwik XV.
Colgen jednak wcale się nie zatrzymał, król postanowił sam zatrzymać niepokornego więźnia. Wyrwał z rąk Trechevile’a pistolet, wymierzył go i strzelił do uciekiniera. Strzał był celny, a podły ex-minister dostał kulę prosto w serce. Jęknął z bólu, złapał się za ranę i zleciał z murów prosto na jedną ze swoich flag, jakie wisiały na basztach jego zamku, a która zerwała się pod wpływem wiatru.
Takie widocznie było jego przeznaczenie.

Rozdział 23

Rozdział XXIII

Bitwa o zamek Le Vieux Diable

Zamek Le Vieux Diable zbudowano dawno temu, na małej wysepce pośrodku wielkiego, starego lasu. Przez las prowadziła do niego jedna tylko droga. Budowlę z dwóch stron otaczała rzeka. Jej tafla była gładka i mimo nocy, która powoli ciemną kołdrą prawie bezgwiezdnego nieba przysłaniała cały świat, była dokładnie widoczna. Gwardziści Colgena wystawili straże, które powoli chodziły po murach i pilnowały, aby nikt nie przedostał się na teren zamku. Jednakże ich czujna uwaga nie została w żaden sposób skierowana na rzekę. Gdyby wszak tak się stało, to na pewno zauważyliby oni dużą łódź powoli sunącą po ciemnej wstędze wody w stronę zamku.
W łodzi siedziało czterech mężczyzn. Na głowach mieli kapelusze, zaś u boku szpady. Dwóch z nich wiosłowało, jeden siedział na dziobie łodzi, a czwarty siedział z tyłu i obserwował uważnie teren za nimi. Łódka powoli oraz w miarę możliwości bezszelestnie sunęła przez ciemną powierzchnię rzeki.
- Teraz ostrożnie - powiedział mężczyzna, który siedział na dziobie - Dobijamy do brzegu.
Wiosłujący posłuchali go i dopłynęli powoli do brzegu rzeki, po czym wyskoczyli z łodzi, którą wciągnęli nieco na ląd, by nie odpłynęła z prądem. Następnie ostrożnie przyczołgali się do murów zamku i przylgnęli do nich. Odczekali chwilę upewniwszy się, że strażnicy ich nie zauważyli.
- Nie spostrzegli nas? - zapytał Fryderyk.
- Przypuszczam, że nie - odpowiedział Trechevile - Może są zajęci obserwacją ptactwa wodnego lub też leśnego, tak dla odmiany?
Żart ten wywołał lekki chichot u całej czwórki mężczyzn, w których jak podejrzewamy, Drodzy Czytelnicy od razu oraz bez trudu rozpoznali naszych bohaterów. Muszkieterowie właśnie podjęli próbę uwolnienia króla i królowej.
- Strażnicy nie zwrócili na nas uwagi - powiedział Raul.
- Skąd ta pewność? - zapytał Francois rozglądając się dookoła.
- Jakby zauważyli, to już by do nas strzelali.
Francois zastanowił się nad jego słowami.
- Faktycznie, to logiczne rozumowanie.
Trechevile rozejrzał się dookoła.
- Jeżeli będziemy stać i gadać pod murami, to na pewno nas niedługo zauważą, a raczej usłyszą - mruknął złośliwie do swoich przyjaciół.
- Słuszna uwaga - powiedział Fryderyk z ironicznym uśmieszkiem - Nie trzeba tyle kłapać dziobem.
- Sam masz dziób, mądralo - prychnął mu w twarz Francois - Ja to mam usta.
- Francois, nie kłóć się z nim - próbował uspokoić przyjaciół Raul.
- Kiedy on mnie obraża - odparł baron de Morce.
- Zamknijcie się wszyscy, na miłość boską! - zgromił ich cichym, acz stanowczym głosem Trechevile - Myśleć nie można. Przez te wasze kłótnie mogą nas usłyszeć.
- Wybacz - powiedział po cichu de Morce.
Kapitan muszkieterów wyjął z łodzi linę z hakiem. Zmierzył wzrokiem ścianę i ocenił jej wysokość.
- Dorzucisz tam linę? - zapytał Charmentall.
- Postaram się - odpowiedział kapitan muszkieterów.
To mówiąc wykonał on silny zamach ręką i rzucił hak wysoko w górę. Udało mu się zahaczyć nim o mur. Trechevile wówczas sprawdził jej naprężenie. Było ono takie, jakie być powinno.
- Wchodzę pierwszy. A wy za mną - polecił przyjaciołom Trechevile.
Chwilę później zaczął się powoli wspinać na blanki.
- Oby tylko nie spadł - powiedział przerażony Raul.
- Oby nie spadł. Bo inaczej narobi większego rabanu niż moja matka podczas kłótni małżeńskiej - szepnął Francois.
- No właśnie. A hałasu nam tu przecież nie trzeba - dodał Fryderyk.
- Cicho! - skarcił przyjaciół Charmentall.
Trechevile po chwili był już na górze. Machnął ręką na znak, że można wchodzić. Widząc to Raul zaczął się wspinać, a za raz po nim Francois, a na końcu Fryderyk. W tym samym czasie Andre Trechevile zabił strażnika, który niespodziewanie się tam pojawił, po czym rzucił sztyletem w drugiego gwardzistę. Rzut był silny i precyzyjny, dlatego strażnik zginął ugodzony ostrzem prosto w serce.
Przez ten czas Raul, Francois i Fryderyk dotarli już na mury.
- Jesteśmy! - zameldował po cichy Raul.
- Bardzo dobrze. Teraz szybko na dół, po tych schodach. Szybko, póki nas nie zauważyli! - zakomenderował Andre Trechevile, wskazując palcem kamienne stopnie prowadzące w dół prosto na dziedziniec - Ja zostanę na górze i dam znać naszym ludziom. Wy otwórzcie bramę. Pospieszcie się.
Jego przyjaciele szybko ruszyli po schodach na dziedziniec zamku, aby otworzyć bramę i opuścić most zwodzony. Niestety zostali zauważeni przez strażników, którzy natychmiast ich zaatakowali. Na ich drodze stanął jednak Raul.
- Wy otwórzcie bramę i podnieście most! Ja zatrzymam towarzystwo! - zawołał Charmentall w kierunku swych przyjaciół i stanął do walki.
- Uszanujmy jego ostatnią wolę - powiedział Francois i pobiegł w kierunku bramy.
- Ostatnią? - zdziwił się Fryderyk.
- Rusz się! - baron de Morce pociągnął go za rękę
W czasie, gdy na dole rozpoczęła się walka, na górze Andre Trechevile próbował z pomocą krzesiwa rozpalić pochodnię. Szło mu to jednak dość opornie, bo iskry wciąż nie chciały się sypać.
- No dalej! Dalej! - wściekał się kapitan - No, rozpal się wreszcie! Za co ty mi to robisz?! No, za co?!
W stronę Trechevile’a podbiegł jeden ze strażników i zaatakował go szpadą. Kapitan jednak nie dał się zaskoczyć, gdyż uchylił się w ostatniej chwili przed ciosem, po czym chwycił w obie dłonie niezapaloną jeszcze pochodnię i uderzył nią swego przeciwnika prosto w twarz. Powtórzył cios uderzając go jeszcze w głowę, wskutek czego strażnik z krzykiem zleciał na sam dół.
- Miłego lotu, przyjacielu - powiedział złośliwie Trechevile i powrócił do zapalania opornej pochodni.
Tymczasem na dziedzińcu toczyła się ostra walka. Raul odpierał ataki kolejnych przeciwników, podczas gdy Francois i Fryderyk próbowali jakoś podnieść kratę w bramie zamku. Nie było to jednak łatwe, gdyż była ona bardzo ciężka. Powoli jednak i z prawdziwym wysiłkiem podnosili ją w górę.
- Ależ to diabelstwo jest ciężkie! - sapał Fryderyk de Saudier, męcząc się z urządzeniem do podnoszenia kraty.
- Podnoś i nie gadaj! - warknął na niego Francois, pomagając mu.
W tym samym czasie jeden strażnik dobiegł do nich i zaatakował obu panów. Próbował on ciąć szpadą twarz barona de Morce, ten jednak w ostatniej chwili się uchylił, także broń uderzyła w kołowrotek, którym przyjaciele podnosili w górę kratę. Napastnik próbował uderzyć ponownie, lecz Francois wyrwał zza pasa pistolet i strzelił. Strażnik został ugodzony kulą między oczy, po czym osunął się martwy na ziemię.
- Jednego mniej - mruknął de Morce.
Następnie odrzuciwszy bezużyteczną już broń podbiegł do Fryderyka i wraz z nim powrócił do podnoszenia kraty w górę.
- Powstrzymaj ich jeszcze trochę, Raul! - zawołał do przyjaciela de Morce.
Raul właśnie szarpał się zaciekle z jednym z napastników.
- Oczywiście! Nie musicie się spieszyć! - zawołał kpiącym tonem, nie przerywając przy tym walki.
W końcu jednak krata została podniesiona w górę, a następnie most zwodzony opuszczony, zaś Trechevile wreszcie pokonał uparte krzesiwo zapalając wreszcie z jego pomocą pochodnię. Następnie podbiegł do murów i zaczął nią machać.

***

W lesie nie opodal zamku Le Vieux Diable czekał gotów do walki ogromny oddział muszkieterów Jego Królewskiej Mości. Ubrani byli w swe ukochane błękitne mundury z białym krzyżem i uzbrojeni w broń od Julesa Versnera. Broń to była w większości ukradziona oraz przemycona przez granicę. Przechowywał ją dla Versnera oberżysta u którego się ukrywał. Informator kapitana Trechevile’a sprzedawał ją po cichu różnym klientom, przeważnie tym o bardzo podejrzanej reputacji. Jednakowoż żołnierzy króla nie interesowało pochodzenie muszkietów, pistoletów, noży i haków, w jakie zostali uzbrojeni. Ważne było dla nich jedynie to, że mogli dzięki tej broni uwolnić swego króla z niewoli, a tym samym odzyskać swoją godność i miano gwardii królewskiej.
Czekali na sygnał od czterech przyjaciół. Mieli oni wedrzeć się do środka, pokonać straże i dać znak pochodnią, że krata w bramie jest już podniesiona, most zwodzony opuszczony i można dostać się do zamku. Czas mijał, lecz znaku jeszcze nie było. Ostatecznie jednak zadanie kapitana i jego kompanów należało do kategorii zadań niezwykle trudnych, dlatego też muszkieterowie ustalili z Trechevilem, że jeśli w najbliższym czasie nie otrzymają umówionego znaku, wówczas to będzie znaczyło, iż akcja się nie powiodła i żołnierze mają się wycofać.
Nagle na murach zamku ukazał się człowiek machający pochodnią.
- Sierżancie, sprawdźcie, co to jest! Czy to nasz znak? - powiedział jeden z podoficerów.
Sierżant przyłożył lunetę do oka. Zobaczył Trechevile’a machającego zawzięcie pochodnią.
- Tak! To sygnał! - odpowiedział sierżant.
- Słyszycie, panowie?! Sygnał! Jest już sygnał! Kapitan Trechevile dał nam sygnał! - zawołał podoficer - Za mną, żołnierze! Za mną!
Muszkieterom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Uderzyli ostrogami konie i pognali w stronę zamku. Żołnierze Colgena za późno ich spostrzegli. Zdołali co prawda jeszcze oddać salwę z armat, ale nie wiele ona pomogła, bo muszkieterowie wjechali już na dziedziniec zamkowy.
- No, nareszcie! Przyjechała kapela! - zawołał wesoło Trechevile.
- Jesteśmy z tobą, kapitanie! - zawołał jeden z żołnierzy króla.
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! - krzyknęli chórem muszkieterowie, wpadając do zamku z obnażonymi szpadami i pistoletami wyjętymi zza pasów.
Padło kilka strzałów, po których paru gwardzistów przeniosło się na tamten świat. Wówczas to rozpoczęła się bitwa. Muszkieterowie opanowali bez trudu dziedziniec i mury zamku, zabijając przy tym bezlitośnie każdego napotkanego przeciwnika. Walka rozszerzyła się.

***

Tymczasem w zamku już rozniosła się wieść, że wrogowie pokonali mury, wtargnęli do środka i odnoszą zwycięstwo. Minister Colgen bardzo się przeraził, gdy to usłyszał.
- Niech to diabli! - ryknął uderzając pięścią w stół - To znów ci przeklęci muszkieterowie! A myślałem, że się ich pozbyłem na dobre. Popełniłem poważny błąd poprzestając na rozwiązaniu ich oddziałów. Trzeba było wszystkich wsadzić tych wszystkich żołnierzyków do Bastylii! Miałbym teraz problem z głowy. Wysłać wszystkich gwardzistów do walki! Zgnieciemy ich jak robaki - dodał, ściskając obie dłonie tak, jakby wyciskał cytrynę.
- Jawohl! - zawołał Grusner i ruszył wykonać polecenie.
Febre patrzył tylko spokojnie na Colgen i czekał, na jego rozkazy. Colgen jednak mruczał sam do siebie.
- Przeklęci muszkieterowie! Jak oni śmieli?! Buntować się przeciwko mnie?! Mnie?! Ale to im nie ujdzie płazem. Zapłacą mi za to! Wszyscy, po kolei! Do tego jeszcze ten Charmentall, Trechevile i pozostali. Niech ich zaraza! Trzeba było ich wszystkich od razu zabić, kiedy miałem ku temu okazję, a nie bawić się w sentymenty i spłacanie długów wdzięczności.
Pan minister był na siebie tym bardziej wściekły, że Raul Charmentall żył. Był pewien, że bitwa, która się rozgrywała, jest tylko i wyłącznie jego zasługą. Sądził, że to właśnie ów młody porucznik muszkieterów był inspiratorem wszelkiej wrogiej mu działalności.
Ale skoro młody muszkieter i jego kompani wciąż żyli, to oznaczało to tylko jedno. Raberic ponownie go zawiódł. Nędzny i nic nie warty głupiec. Do niczego się nie nadawał. Trzeba było do tej akcji wysłać Febre’a. Sęk jednak w tym, że Colgen wolał mieć tego człowieka przy sobie jako swoją osobistą ochronę. Sądził, że Raberic da sobie radę z tak prostym zadaniem jak usunięcie z tego świata jednego człowieka. Zwykły nieudacznik z niego i nic poza tym. Cóż... Raberic zawiódł go po raz ostatni. Więcej tego nie zrobi. Gdy już rozbije w bitwie muszkieterów, każe stracić tego idiotę.
- Charmentall to największa przeszkoda w moim życiu - mówił dalej Colgen chodząc wściekły po pokoju - Niechby mi ktoś wreszcie ją usunął z życia raz na zawsze!
Słysząc te słowa Febre uśmiechnął się lekko tym swoim słynnym, diabolicznym uśmieszkiem, po czym podszedł do drzwi i otworzył je.
- A ty gdzie idziesz? - spytał Colgen zdumiony jego zachowaniem.
- Jak to, gdzie? Na dziedziniec - odpowiedział Febre.
- Ale po co? - zdziwił się minister.
- Po co? Jeszcze pan pyta? Ano po to, żeby wreszcie usunąć z naszego życia największą przeszkodę - mruknął Febre mściwym głosem - Już dawno chciałem to zrobić i widzę, że nie ma na co czekać. Usunę wreszcie tego młodzika z naszego życia... Raz na zawsze.
To mówiąc wyszedł.

                                                  ***

Maria Leszczyńska stała w swoim pokoju niedaleko niewielkiego okna i zastanawiała się, jak się to wszystko skończy? Ona oraz jej mąż siedzieli zamknięci w komnacie, pilnowani tam przez całą dobę. Królowa Francji, pomimo swego młodego wieku, zdawała sobie doskonale sprawę, że ich sytuacja w tym zamku jest po prostu beznadziejna. A wszystko przez to, iż jej królewski małżonek był tak nierozważny i podpisał podsunięty mu przez Colgena dokument nie czytając go nawet, bo był za bardzo zmęczony polowaniem. Nie chciało mu się męczyć oczu czytaniem państwowych papierów! Jakże można było być tak nierozważnym, tak nieroztropnym, tak bezmyślnym, żeby podpisać cokolwiek bez uprzedniego, dokładnego wręcz sprawdzenia jego treści? Dowodziło to tylko, jak lekkomyślny jest Ludwik XV. Król Francji tak się nie zachowuje. W ogóle żaden władca nie może być lekkomyślny. Każdy król powinien nie tylko dbać o swoich poddanych, ale też wykazywać się rozwagą oraz roztropnością. Inaczej nie jest królem, lecz tylko bezmyślnym manekinem na tronie. Marionetką, którą każdy sobie może sterować wedle własnego upodobania. Maria Leszczyńska nie miała zamiaru być marionetką w czyichkolwiek rękach. Była córką króla Polski. Co prawda ex-króla, ale zawsze króla. Do tego wniosła w wianie Francji Lotaryngię, której władcą jest jej ojciec. Jaki z tego wniosek? Pochodzi z królewskiego rodu i nie pozwoli sobą pomiatać.
Król Ludwik XV nie wiedział, o czym właśnie myśli jego małżonka. Siedział tylko na swoim krześle załamany tym, co się niedawno stało. Milczał pogrążony we własnych myślach. Jego żona nie miała sumienia go dłużej dręczyć za nierozwagę, którą się wykazał, a której okrutne wręcz konsekwencje doświadczyli oboje na własnej skórze. Stwierdziła, że już wystarczająco dużo usłyszał od niej na ten temat. Teraz należało się zastanowić, co dalej? Co można zrobić? Jak wyjść z tego piekła?
Gdy tak się zastanawiała to usłyszała odgłosy strzałów i walki.
- Co się tam dzieje na dziedzińcu? Heleno, możesz zobaczyć?
- Oczywiście, Najjaśniejsza Pani.
Kobieta podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Po chwili jednak radośnie uśmiechnęła się, odwróciła głowę w stronę królowej i zawołała:
- Wasza Wysokość! Wasza Wysokość!
- Co się tam dzieje na dziedzińcu, Heleno? Zauważyłaś coś? - zapytała Maria Leszczyńska.
- Wasza Wysokość! To są... To są...
Była tak podniecona, że z trudem łapała powietrze w płuca.
- No! Powiesz to wreszcie, czy nie?! - krzyknęła królowa.
Hrabina de Saudier uspokoiła się oraz złapała się za serce. Dopiero po chwili zdołała dojść do siebie, aby mówić już spokojnie i z opanowaniem.
- Wasza Wysokość! Muszkieterowie!
- Co muszkieterowie? - zapytała zdumiona Maria Leszczyńska.
- Muszkieterowie są w zamku! - dokończyła zapytana.
- Są w zamku? - uradowała się królowa, zaś król podniósł głowę i spojrzał na nią zdumiony.
- Tak, są w zamku. Wygląda na to, że właśnie przybyli nam z pomocą - tłumaczyła hrabina de Saudier - Prowadzą ich do boju Andre Trechevile i Raul Charmentall.
- Trechevile? Charmentall? - spytała Maria Leszczyńska.
Dopiero po chwili Jej Królewska Mość przypomniała sobie, że właśnie ci muszkieterowie i jeszcze dwóch innych ocaliło niedawno jej życie. Widać wciąż byli oni równie waleczni jak wtedy, gdy obronili ją przed bandytami.
- To moi muszkieterowie! Moi dzielni muszkieterowie! - zawołał uradowany i zarazem wzruszony Ludwik XV.
Królowa spojrzała na niego z ironią w oczach.
- Tak, twoi muszkieterowie. Ci sami muszkieterowie, których ty tak bezmyślnie wyrzuciłeś ze służby - przypomniała mu.
- Wiem, ale to nieważne. Wierzę, że oni zapomnieli o tym i wrócili, by nas uratować - rzekł podnieconym tonem Ludwik XV - Moi kochani muszkieterowie! Wiedziałem, że można na nich polegać.
- Pytanie tylko, czy oni nas tu znajdą? - zapytała przerażona Maria Leszczyńska - I to zanim mściwy Colgen nie poderżnie nam gardeł?
- Bądź spokojna, najdroższa. Moi muszkieterowie na pewno nas tu znajdą - uspokajał swoją żonę Ludwik XV.
- Mam nadzieję. Ale co, jeśli nie? - w sercu królowej nadal gościły wątpliwości i obawy.
- To wtedy będziemy mieli poważne kłopoty - stwierdziła smutnym głosem Helena de Saudier.

***

Raul zaatakował kolejnego przeciwnika rozcinając mu gardło po kilku ciosach szpady. Obok niego walczył z dwoma gwardzistami Francois. Fryderyk bił się równie dzielnie jak oni, jednak jego ciosy o wiele częściej raniły wrogów, a znacznie rzadziej zabijały.
Tymczasem młody Charmentall natarł na kolejnego przeciwnika, który właśnie zaatakował Trechevile’a. Młodzieniec wykonał podskok oraz kilka szybkich obrotów po ziemi, wyskoczył przed kapitana i jego przeciwnika, po czym wbił gwardziście szpadę w serce.
- Dobra robota, chłopcze! - pochwalił go Trechevile - Dziękuję ci.
- Dla ciebie wszystko, mój kapitanie! - odpowiedział mu Raul, po czym rzucił się w wir walki.
Muszkieterowie zwyciężali. Ich przeciwnicy padali jeden po drugim od ciosów ich szpad, noży oraz kul z pistoletów. Gwardziści zaczęli się powoli wycofywać z pola walki. Niektórzy nawet popełniali samobójstwo skacząc z murów na ziemię, gdyż uważali, że taka śmierć jest mniej bolesna niż powolne konanie od ciosu szpady przeciwnika lub długie gnicie w lochu. Królewscy muszkieterowie zauważyli to szybko i bez żadnego problemu wykorzystali tę przewagę.
- Panowie, oni uciekają! - zawołał wesoło Fryderyk widząc, co się święci.
- Więc na nich! - krzyknął Trechevile.
Radośnie zaczął machnąć szpadą nad swoją głową, po czym wskazał na przeciwników i zawołał:
- Za Francję! Za króla!
I poprowadził muszkieterów do ostatecznego natarcia.

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...