Rozdział VII
Transakcja zła
Transakcja zła
- Wy idioci! Głupcy! Durnie! I za co ja wam niby płacę?! Deklarujecie wierność panu ministrowi i jego sprawie, a nawet nie umiecie złapać jednego muszkietera! Co z was niby za bandyci?! Czy te lokajskie wdzianka odebrały wam zmysł myślenia?!
Tak właśnie oto krzyczała na swoich podwładnych hrabina de Willer, kiedy ci przynieśli jej wieść, że wrócili z niczym.
- Robiliśmy co w naszej mocy, pani hrabino - tłumaczyli się przerażeni gniewem swojej pani lokaje.
- Nie tłumacz mi tego, sama zdążyłam to zauważyć. Lepiej powiedz mi coś innego. Najlepiej coś, co by mi się spodobało.
- No więc, pani hrabino... Co prawda nie złapaliśmy tego muszkietera, ale odzyskaliśmy dokument.
- Przynajmniej jedna dobra wiadomość dzisiaj - mruknęła Paulina de Willer - Pokaż mi go więc.
- Proszę - powiedział lokaj, podając jej ów dokument i wychodząc wraz z innymi swymi towarzyszami.
- No, nareszcie - mruknęła hrabina, biorąc dokument do ręki - No i co teraz, mój panie muszkieterze? Cóż pan teraz powiesz? Nie udała się akcja uratowania kraju przed naszymi rządami, czyż nie?
Nagle jednak śmiech zniknął z jej twarzy. Przyjrzała się dokumentowi dokładnie. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie zobaczyła. Przyjrzała się jeszcze raz. Może coś się jej przywidziało, a może źle patrzyła? Nie, to nie było złudzenie, tylko prawda. Hrabia de Willer miała w ręku dokument, ale to zaledwie jego większa część, pozbawiona jednak najważniejszej rzeczy. Brakowało w niej podpisów królów zawierając pakt oraz ich pieczęci. Część dokumentu zawierająca to wszystko została wyrwana. Ów muszkieter zabrał ją ze sobą.
Hrabiną, jak się można domyślać, wstrząsnął poryw wściekłości. Przez chwilę powtarzała tylko słowo „nie!”, a potem zmięła dokument w rękach i już była gotowa podrzeć go na kawałki, gdy wyrwał go jej Febre.
- Uspokój się, pani - powiedział spokojnie, choć sam z trudem ten spokój zachował - To nam się może jeszcze przydać.
- Niby w jaki sposób?! Dokument jest wszak niekompletny! Ten łajdak wyrwał nam najważniejszą część i założę się o wszystko, co pan zechce, że już ją zniszczył! - zawołała hrabina gotując się ze wściekłości.
- To prawda. Nie możemy jednak zapominać o naszej misji.
- Tak?! I jak ją mamy wykonać z podartym dokumentem?! Może mi pan to łaskawie wyjaśni?!
Paulina de Willer była bardzo zdenerwowana, zaś jej wściekłość tylko się wzmogła, gdy na ustach Febre’a ukazał się jednak złośliwy uśmieszek.
- W bardzo prosty sposób - odpowiedział na jej pytanie człowiek w czerni - Dorobimy do tego resztę dokumentu.
- Niby jak dorobimy?
- Normalnie. W sąsiednim miasteczku mieszka pewien mój znajomy fałszerz. Z łatwością podrabia podpisy i pieczęcie. Po prostu przepisze cały dokument na nowym papierze, dorobi brakującą część, a wówczas po sprawie - wyjaśnił hrabinie Febre.
Człowiek w czerni był bardzo pewny siebie. Mimo tego hrabina nadal miała wątpliwości co do tego planu.
- Podrobi? Ciekawe niby jak? - zakpiła sobie - Przecież on nawet nie wie, jak ta pieczęć wygląda.
- Wie, na pewno wie. A nawet jeżeli nie wie, to w żadnym razie nam ten szczegół nie przeszkodzi. Wystarczy, żeby Hiszpanie uwierzyli, że są to pieczęcie króla Ludwika XV, władcy Anglii i pruskiego króla, a wywołają wojnę nie zastanowiwszy się nawet, czy dokument jest prawdziwy czy też fałszywy.
- Ale ktoś może przecież poznać się na tej fałszywce i wyjawić ten fakt - wciąż miała swoje wątpliwości hrabina de Willer.
- Niby kto? Król Ludwik? Nie uwierzą mu. Wiadomym jest, że wyprze się tego dokumentu, żeby uniknąć wojny. Jego świadectwo straci tutaj na wiarygodności, w końcu jest to osoba stronnicza. Nikt więc w jego wersję nie uwierzy. A nawet jeżeli uwierzy, to będzie już za późno. Wtedy to my będziemy w tym kraju dyktować prawa.
- Raczej minister Colgen.
- Owszem, ale my razem z nim, a zresztą, któż nam zabroni obalić ministra, gdy ten stanie się nam niewygodny? Wówczas to my będziemy rządzić Francją.
Febre odsłonił przed hrabiną swoje karty, a ona, jak się okazała, miała bardzo podobne zamiary. Też liczyła na to, że po zamachu stanu to nie pan minister będzie rządził, ale ona, jako taka nieformalna królowa Francji. Oczywiście wiedziała, że oficjalnie władczynią kraju zostać nie może, nikt by na to nie wyraził zgody, jednak przecież rodzina Burbonów jest liczna. Wystarczy osadzić na tronie jakąś marionetkę i potem ją kontrolować. Zresztą Colgen również nie bardzo liczył na to, że osobiście zasiądzie na tronie Francji. Miał na taką przyszłość nadzieję, jednak jako polityk był przede wszystkim pragmatykiem i wiedział, że należy się liczyć ze zdaniem Europy, a ona mogła nie zaakceptować Colgena na tronie, jednak jego nieoficjalna marionetka z rodu Burbonów to już co innego. Oczywiście te wszystkie fakty były tylko nieistotnymi szczegółami, bo w końcu jakie miało znaczenie, kto zasiada na tronie? Ważne jest jedynie to, kto pociąga za wszystkie sznurki.
Skoro więc Colgen może mieć swoją marionetkę na tronie Francji, to równie dobrze mogłaby ją mieć i hrabina de Willer. Ach, cóż to byłby za zaszczyt dla niej, skromnej hrabiny, niegdyś złodziejki i oszustki zostać nieoficjalną królową całego kraju. Takiego wywyższenia nie otrzymał jak dotąd nikt z jej klasy społecznej. Za sprawą swojej kukiełki pani Paulina nada samej sobie najwyższe zaszczytne tytuły i wszyscy będą kłaniać jej się w pas. Kogo zechce, będzie mogła wychłostać za nieposłuszeństwo. A już szczególnie dobierze się ona do skóry temu łajdakowi, Andre Trechevilowi, kapitanowi muszkieterów od siedmiu boleści. To w końcu przez niego ona została upokorzona. Co mu przeszkadzało, że zabiła jego brata i zagarnęła większą część majątku? Przecież chciała go dzielić razem z nim. On tego nie chciał, więc trudno, jego strata. Nie musiał jednak doprowadzać do jej procesu. Mógł jej darować, zachować to wszystko, co mu powiedziała dla siebie. Tak postąpiłby każdy szanujący się mężczyzna, mający w sobie choć iskrę szlachetności i honoru, a on co? Skazał ją na hańbiącą karę, której skutki długo musiała znosić. Nadejdzie jednak czas, kiedy kochany pan kapitan gorzko tego pożałuje. Oj, bardzo gorzko.
Cały ten plan hrabina powierzyła Febrowi, nie zdradzając jednak, że nie ma najmniejszego zamiaru dzielić się władzą królewską z kimś takim jak Febre. On będzie tylko jej pomocnikiem tak długo, aż się jej nie znudzi. Potem każe go ściąć i znajdzie sobie następnego kochanka. Z następnym zrobi to samo, potem będzie kolejny oraz kolejny et cetera. O tym jednak Febre nie miał prawa się dowiedzieć, w każdym razie na pewno jeszcze nie teraz. Dowie się o tym wszystkim, jak już będzie za późno. Za późno dla niego, rzecz jasna, bo dla niej wręcz przeciwnie.
Na razie jednak pani Paulina wyraziła zgodę na plan Febre’a. Ten zaś wziął ów feralny dokument i postanowił jeszcze dziś rano pojechać do fałszerza, aby ten wykonał kopię. Nie wiadomo dokładnie, jak długo potrwa sfałszowanie pieczęci i podpisu, ale mieli jeszcze trzy dni do zaplanowanej transakcji. To dużo czasu. Przez trzy dni może się wiele wydarzyć. Mają szansę na przeprowadzenie planu.
Febre ucałowawszy hrabinę de Willer ruszył ku wyjściu. Nagle jednak się zatrzymał i zapytał:
- Hrabino?
- Tak?
- A co z Luizą?
- Jak to, co z Luizą? A co ma z nią być? - zdziwiła się hrabina.
- Musi zostać ukarana za swoją zdradę - rzekł Febre.
- O tak, to niewątpliwie. Musi ją spotkać za to kara i zostanie ukarana, gwarantuję ci to.
- Jeśli pani pozwolisz, to ja mógłbym ją…
- Ani się waż! Życie tej dziewczyny jest w rękach ministra Colgena! Od niego tylko zależy, jaki spotka ją los. Nie nam o tym decydować. Kara ją nie ominie, ale ja za jej życie odpowiadam własną głową. Nie zapominajmy też, że pan minister ma szczególny sentyment do tej osóbki. Wątpię, aby był on zadowolony, gdybyśmy podjęli tak ważną decyzję bez jego wiedzy i pozwolenia, a zwłaszcza bez tego drugiego.
- Rozumiem - odpowiedział Febre i wyszedł.
***
Luiza została zamknięta w swoim pokoju. Nie mogła go opuścić, gdyż została zastraszona przez hrabinę, że jeśli ośmieli się to zrobić zostanie wychłostana. Dla pewności postawiono pod jej pokojem kilku lokajów jako strażników. Dziewczyna jednak nie odważyła się uciekać i dobrze zrobiła, gdyż lokaje mieli wyraźnie powiedziane, co mają zrobić w razie próby ucieczki. Zrozpaczona dziewczyna płakała w poduszkę. Dopiero po jakimś czasie udało jej się odzyskać spokój, ale niestety nie na długo.
Niech jednak Drodzy Czytelnicy nie myślą, że panna Luiza rozpaczała z powodu utraconej wolności. Owszem, to też był powód jej smutku, ale nie najważniejszy. Było coś dla niej o wiele bardziej ważnego. Martwiło ją, że nie będzie mogła już pomóc Raulowi. Teraz było to niemożliwe. Gdyby nie została zdekonspirowana, to jej pomoc mogłaby jeszcze wiele zmienić, ale teraz była po prostu bezsilna. To właśnie ta okropna rzecz doprowadzała pannę Luizę do rozpaczy.
Bardzo ją dręczyło również to, że nie wiedziała, co się stało z Raulem. Czy żyje? Czy wyszedł cało z opresji? Czy jego misja została zwieńczona sukcesem? To był teraz najważniejszy problem panny Luizy, obok rzecz jasna jej chwilowej bezsilności.
***
Następnego dnia Febre wyjechał z dokumentem (a raczej, z tym, co z niego zostało) do znajomego fałszerza. Wrócił od niego bardzo uradowany. Okazało się, że ów fałszerz bardzo dobrze wiedział, jak wyglądają pieczęcie królewskie i oświadczył, że z podrobieniem ich nie będzie wcale żadnych problemów. Za dwa dni wszystko powinno być już gotowe. Hrabina, gdy to wszystko usłyszała, odetchnęła z ulgą. Czyli wszystko szło zgodnie z planem. Doskonale. Oby tak dalej.
Wieczorem przybył do nich niespodziewany gość. Był to hrabia de Bernice, który czatował w pobliżu. Jeśli naszych Czytelników dziwi jego obecność wyjaśnić musimy, iż ów człowiek na rozkaz Colgena opuścił Paryż znacznie wcześniej niż Febre i hrabina Paulina de Willer, po czym porozstawiał on ludzi ministra nakazując im zatrzymanie za wszelką cenę muszkieterów. To także de Bernice wydobył z Bastylii Raberica i nakazał mu zabić tego z czwórki naszych przyjaciół, który wydostanie się z ich poprzednich pułapek. To on również odpowiadał za aresztowanie Francois. Gdy zobaczył młodzieńca z Raulem w mieście niedaleko celu ich podróży zrozumiał, że musi działać. Postarał się więc o osadzenie barona de Morce w więzieniu, sam zaś powiadomił Raberica, aby czuwał on i przeszedł do działania, gdy nadejdzie pora. Później zajął się swoimi sprawami, aby teraz bardzo z siebie zadowolony przyjechać na ulicę Piekielną 13 oraz zapytać swoich wspólników o postępy.
- Przekaż panu ministrowi wiadomość, że już wkrótce będzie miał te swoje efekty - odpowiedziała hrabina de Willer usłyszawszy tę całą tyradę słów - Potrzeba nam jeszcze tylko trochę czasu.
- Czasu? - zakpił sobie Filip de Bernice - Czyż nie mieliście go pod dostatkiem? Czyż nie umożliwiliśmy wam łatwą, bezpieczną podróż? Czyż nie unieszkodliwiliśmy już tych wścibskich muszkieterów? Ja i moi ludzie prowadziliśmy was niczym ślepców przez rzekę! Zostawiłem cały oddział naszej gwardii, aby ich powstrzymać przed dalszym przejazdem. Opłaciłem dla pewności zbójów oraz zadbałem o to, żeby aresztowano pod byle jakim zarzutem pana de Morce. Wysłałem również Raberica po to, by usunął wam z drogi Charmentalla. Czyż nie ułatwiłem wam zadania? A wy co? Prosicie o czas! Daliśmy wam tyle czasu, że mogliście przeprowadzić tę transakcję kilka razy.
- Po pierwsze, to hiszpański dyplomata jeszcze nie przybył. Musimy więc jeszcze poczekać na niego dwa dni - odezwał się Febre przerywając mu jego wywód - A po drugie, to te twoje pułapki na niewiele się zdały, bo Charmentall przeżył.
- Jak to przeżył?! - zawołał zdumiony de Bernice.
- Niestety, przeżył.
Następnie Febre opowiedział wszystko, co się wydarzyło poprzedniej nocy.
- No, to pięknie. Bardzo pięknie. O mały włos, a pozwolilibyście sobie sprzątnąć ten dokument sprzed nosa. Pięknie, bardzo pięknie - narzekał de Bernice - Colgen nie będzie zachwycony z waszej działalności. Ośmielę się również zasugerować, że będzie wściekły.
- Ty się tyle nie mądrz, mój drogi, ale lepiej wymyśl, jak wytłumaczysz ministrowi, że twoje genialne pułapki nie zatrzymały naszych muszkieterów - odpowiedziała butnie na jego oskarżenia hrabina de Willer.
- Minister Colgen wcale się nie spodziewał, że te pułapki całkowicie ich powstrzymają - mruknął hrabia de Bernice - A poza tym to na waszych barkach spoczywała odpowiedzialność za wykonanie tego zadania, jak i również to na wasze głowy spadnie bura od pana ministra, gdy się dowie o znikomych postępach w tej sprawie.
Febre i hrabina byli rozwścieczeni jego słowami, ale nic nie mogli zrobić. Wiedzieli doskonale, że de Bernice ma rację. To oni zawiedli i tylko oni poniosą za to odpowiedzialność. Lepiej więc będzie dla nich, jeśli coś zrobią i to szybko.
- Daj nam, panie hrabio, trochę czasu - powiedział Febre błagalnym tonem, tak do niego niepodobnym, a teraz wymuszonym okolicznościami - Za dwa dni kopia dokumentu będzie gotowa i wówczas dokonamy transakcji.
- A więc kopia jeszcze nie jest gotowa?! Pięknie! Cudownie! - zawołał de Bernice - Ciekawe, czego jeszcze nie zrobiliście, a co powinniście zrobić już dawno?!
- Nie zabiliśmy cię jeszcze, ty głupcze! - warknął Febre rozwścieczony jego pretensjami - Ale nie martw się, to jest do naprawienia.
Słysząc tę groźbę pod swoim adresem hrabia de Bernice stwierdził, że zdecydowanie przesadził ze swoimi pretensjami, więc odchrząknął tylko i mruknął:
- A zatem, co mam przekazać Szanownemu Panu Ministrowi?
- Przekaż mu, że Hiszpanie lekko opóźnili swoje przybycie z powodu kłopotów z powozem (albo wymyśl sobie inny pretekst, on i tak tego nie sprawdzi), ale już za dwa dni będą w ustalonym przez nas miejscu, a wtedy przeprowadzimy transakcję - wymyśliła na doczekaniu odpowiedź hrabina de Willer.
- Oby tak było - rzekł Filip de Bernice, grożąc kobiecie palcem - Nie chciałbym być w waszej skórze, jeśli tak się nie stanie.
To mówiąc wyszedł z domu, wsiadł do swojej karety i odjechał.
***
W ciągu dwóch dni fałszerz podrobił całkiem dobrze nie tylko podpis oraz pieczęć, ale również całe pismo (oryginał zachował dla siebie, tak na wszelki wypadek, jakby ten miał mu być jeszcze potrzebny). Tego samego dnia przybył zaufany człowiek od ambasadora i jego sekretarza. Przyniósł wieści, że Hiszpanie już przybyli i pragną dokonać transakcji. Ponieważ wszak nie chcą zwracać na siebie zbytniej uwagi, to proponują na miejsce jej dokonania kapliczkę stojącą tuż przed lasem graniczącym z miastem. Tam właśnie (to znaczy przed kapliczką) obaj panowie będą czekać około północy i zapłacą za dokument.
- Około północy i to jeszcze pod lasem? - zdziwiła się hrabina, gdy usłyszała warunki ambasadora i jego sekretarza.
Wolałaby, że transakcja miała mieście w karczmie i w ciągu dnia. Dla jej kompana jednak nie stanowiło to żadnego problemu.
- A czemuż by nie? - zapytał Febre - To nawet lepsze miejsce. Nikt nas przynajmniej nie zauważy i nie zwrócimy na siebie takiej uwagi jak w dzień.
- Zgoda, ale o północy ci panowie nie zauważą oraz nie będą mogli w pełni docenić mojej urody - powiedziała hrabina lekko zawiedziona.
Febre zaśmiał się, gdy usłyszał ów argument wystosowany przeciwko warunkom Hiszpanów.
- Nic nie szkodzi. Ważne, że ja ją widzę i doceniam. Nikogo innego do tego nie trzeba.
***
O północy kareta z Febrem i hrabiną de Willer dojechała na miejsce. Hiszpanów jeszcze nie było, więc musieli na nich poczekać kilka minut, aż końcu jednak w ciemności dało się słyszeć stukot kopyt i dźwięk kół. To właśnie pędziła w ich stronę kareta z dyplomatami. Gdy tylko podjechała natychmiast stanęła i wyszły z niej dwie postacie. Byli to ambasador króla Hiszpanii i jego sekretarz. Wokół panowała ciemność i twarze tajemniczych jegomości nie były zbyt widoczne, ale nikt nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, że to właśnie oni.
- Nareszcie - pomyślała hrabina i podeszła do jednego z nich.
- Miło mi panów powitać. Mam nadzieję, że podróż była udana? - zapytała po hiszpańsku.
- O tak, moja pani. I owszem, była takowa - odpowiedział ambasador w tym samym języku.
- Tak, nie skarżymy się - dodał drugi z nich, którego głos wydał się hrabinie dziwnie znajomy.
Ponieważ jednak Paulina de Willer nie miała teraz czasu się nad tym zastanawiać, gdyż czas naglił, przywołała Febre’a, aby podał jej dokument. Febre wykonał polecenie, natomiast pani hrabina przekazała go pierwszemu ambasadorowi. Temu, którego zagadnęła.
- Ile płacimy? - zapytał ambasador chowając dokument zza pazuchę.
- 100 000 liwrów, zgodnie z umową - odpowiedziała mu hrabina po hiszpańsku.
Ambasador dał natychmiast znak swemu sekretarzowi, ten natomiast powtórzył ów gest służącemu, który to natychmiast podskoczył do karocy i przyniósł z niej skrzynkę z pieniędzmi i wręczył ją hrabinie, która od razu przekazała ją Febrowi.
- Czyli wszystko między nami już w porządku? - zapytała pani de Willer uśmiechając się w sposób szatański.
- Oczywiście - odpowiedział jej ambasador.
- Nie przeliczy pani pieniędzy? - zapytał sekretarz, którego głos po raz kolejny wydał się hrabinie znajomy.
- A po co? Między uczciwymi ludźmi takie ceregiele są niepotrzebne. Poza tym my tego nie robimy dla zysku, ale jedynie przez wzgląd na nasze kraje, nieprawdaż? - stwierdziła ironicznie hrabina.
- O tak, niewątpliwie - potwierdził skwapliwie ambasador.
Następnie dyplomaci ukłonili się nisko hrabinie, po czym wsiedli do karety, zatrzasnęli za sobą drzwiczki i odjechali, niknąc powoli w mroku nocy.
Hrabina de Willer i Febre stali jeszcze chwilę, patrząc na nich i również ruszyli w swoją stronę.
- No i kłopot z głowy - mruknął Febre ocierając pot z czoła.
- Tak, rzeczywiście - dodała hrabina de Willer spoglądając na niego z uśmiechem.
Febre spojrzał na towarzyszącą mu kobietę i rzekł:
- Wyglądasz, moja pani, na nie do końca zachwyconą. Nie rozumiem, o co ci chodzi. Przecież dokument już został sprzedany, muszkieterowie nie zdołali nam przeszkodzić. Wszystko więc jest w porządku.
- Niby tak, ale odczuwam niejasne wrażenie, że coś tu jest nie tak. Zbyt łatwo nam to poszło.
- Utarczkę z tymi wścibskimi muszkieterami nazywasz pani czymś łatwym?
- Nie, ale ta cała transakcja moim zdaniem zbyt łatwo się odbyła. Prócz tego nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeden z tych ludzi miał dziwnie mi znajomy głos.
Febre wybuchnął śmiechem słysząc jej argument. Hrabina zła zadarła nosa i powiedziała:
- Nie widzę powodu do śmiechu. To tylko takie przypuszczenie, ale nie mogę się pozbyć tego wrażenia, że już gdzieś słyszałam głos sekretarza pana ambasadora.
- Daj już spokój, moja pani. Przemęczasz się i tyle. Nie płacą nam za myślenie bez przerwy. Co zaś do ambasadora oraz jego sekretarza (czy kim on tam był), to po prostu jesteś przewrażliwiona i coś ci się przywidziało. Uspokój się więc, jak również bądź dobrej myśli. Przecież wszystko jest już w porządku.
- Tak, na pewno - odpowiedziała hrabina z lekkim powątpiewaniem w głosie.
Tak właśnie oto krzyczała na swoich podwładnych hrabina de Willer, kiedy ci przynieśli jej wieść, że wrócili z niczym.
- Robiliśmy co w naszej mocy, pani hrabino - tłumaczyli się przerażeni gniewem swojej pani lokaje.
- Nie tłumacz mi tego, sama zdążyłam to zauważyć. Lepiej powiedz mi coś innego. Najlepiej coś, co by mi się spodobało.
- No więc, pani hrabino... Co prawda nie złapaliśmy tego muszkietera, ale odzyskaliśmy dokument.
- Przynajmniej jedna dobra wiadomość dzisiaj - mruknęła Paulina de Willer - Pokaż mi go więc.
- Proszę - powiedział lokaj, podając jej ów dokument i wychodząc wraz z innymi swymi towarzyszami.
- No, nareszcie - mruknęła hrabina, biorąc dokument do ręki - No i co teraz, mój panie muszkieterze? Cóż pan teraz powiesz? Nie udała się akcja uratowania kraju przed naszymi rządami, czyż nie?
Nagle jednak śmiech zniknął z jej twarzy. Przyjrzała się dokumentowi dokładnie. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie zobaczyła. Przyjrzała się jeszcze raz. Może coś się jej przywidziało, a może źle patrzyła? Nie, to nie było złudzenie, tylko prawda. Hrabia de Willer miała w ręku dokument, ale to zaledwie jego większa część, pozbawiona jednak najważniejszej rzeczy. Brakowało w niej podpisów królów zawierając pakt oraz ich pieczęci. Część dokumentu zawierająca to wszystko została wyrwana. Ów muszkieter zabrał ją ze sobą.
Hrabiną, jak się można domyślać, wstrząsnął poryw wściekłości. Przez chwilę powtarzała tylko słowo „nie!”, a potem zmięła dokument w rękach i już była gotowa podrzeć go na kawałki, gdy wyrwał go jej Febre.
- Uspokój się, pani - powiedział spokojnie, choć sam z trudem ten spokój zachował - To nam się może jeszcze przydać.
- Niby w jaki sposób?! Dokument jest wszak niekompletny! Ten łajdak wyrwał nam najważniejszą część i założę się o wszystko, co pan zechce, że już ją zniszczył! - zawołała hrabina gotując się ze wściekłości.
- To prawda. Nie możemy jednak zapominać o naszej misji.
- Tak?! I jak ją mamy wykonać z podartym dokumentem?! Może mi pan to łaskawie wyjaśni?!
Paulina de Willer była bardzo zdenerwowana, zaś jej wściekłość tylko się wzmogła, gdy na ustach Febre’a ukazał się jednak złośliwy uśmieszek.
- W bardzo prosty sposób - odpowiedział na jej pytanie człowiek w czerni - Dorobimy do tego resztę dokumentu.
- Niby jak dorobimy?
- Normalnie. W sąsiednim miasteczku mieszka pewien mój znajomy fałszerz. Z łatwością podrabia podpisy i pieczęcie. Po prostu przepisze cały dokument na nowym papierze, dorobi brakującą część, a wówczas po sprawie - wyjaśnił hrabinie Febre.
Człowiek w czerni był bardzo pewny siebie. Mimo tego hrabina nadal miała wątpliwości co do tego planu.
- Podrobi? Ciekawe niby jak? - zakpiła sobie - Przecież on nawet nie wie, jak ta pieczęć wygląda.
- Wie, na pewno wie. A nawet jeżeli nie wie, to w żadnym razie nam ten szczegół nie przeszkodzi. Wystarczy, żeby Hiszpanie uwierzyli, że są to pieczęcie króla Ludwika XV, władcy Anglii i pruskiego króla, a wywołają wojnę nie zastanowiwszy się nawet, czy dokument jest prawdziwy czy też fałszywy.
- Ale ktoś może przecież poznać się na tej fałszywce i wyjawić ten fakt - wciąż miała swoje wątpliwości hrabina de Willer.
- Niby kto? Król Ludwik? Nie uwierzą mu. Wiadomym jest, że wyprze się tego dokumentu, żeby uniknąć wojny. Jego świadectwo straci tutaj na wiarygodności, w końcu jest to osoba stronnicza. Nikt więc w jego wersję nie uwierzy. A nawet jeżeli uwierzy, to będzie już za późno. Wtedy to my będziemy w tym kraju dyktować prawa.
- Raczej minister Colgen.
- Owszem, ale my razem z nim, a zresztą, któż nam zabroni obalić ministra, gdy ten stanie się nam niewygodny? Wówczas to my będziemy rządzić Francją.
Febre odsłonił przed hrabiną swoje karty, a ona, jak się okazała, miała bardzo podobne zamiary. Też liczyła na to, że po zamachu stanu to nie pan minister będzie rządził, ale ona, jako taka nieformalna królowa Francji. Oczywiście wiedziała, że oficjalnie władczynią kraju zostać nie może, nikt by na to nie wyraził zgody, jednak przecież rodzina Burbonów jest liczna. Wystarczy osadzić na tronie jakąś marionetkę i potem ją kontrolować. Zresztą Colgen również nie bardzo liczył na to, że osobiście zasiądzie na tronie Francji. Miał na taką przyszłość nadzieję, jednak jako polityk był przede wszystkim pragmatykiem i wiedział, że należy się liczyć ze zdaniem Europy, a ona mogła nie zaakceptować Colgena na tronie, jednak jego nieoficjalna marionetka z rodu Burbonów to już co innego. Oczywiście te wszystkie fakty były tylko nieistotnymi szczegółami, bo w końcu jakie miało znaczenie, kto zasiada na tronie? Ważne jest jedynie to, kto pociąga za wszystkie sznurki.
Skoro więc Colgen może mieć swoją marionetkę na tronie Francji, to równie dobrze mogłaby ją mieć i hrabina de Willer. Ach, cóż to byłby za zaszczyt dla niej, skromnej hrabiny, niegdyś złodziejki i oszustki zostać nieoficjalną królową całego kraju. Takiego wywyższenia nie otrzymał jak dotąd nikt z jej klasy społecznej. Za sprawą swojej kukiełki pani Paulina nada samej sobie najwyższe zaszczytne tytuły i wszyscy będą kłaniać jej się w pas. Kogo zechce, będzie mogła wychłostać za nieposłuszeństwo. A już szczególnie dobierze się ona do skóry temu łajdakowi, Andre Trechevilowi, kapitanowi muszkieterów od siedmiu boleści. To w końcu przez niego ona została upokorzona. Co mu przeszkadzało, że zabiła jego brata i zagarnęła większą część majątku? Przecież chciała go dzielić razem z nim. On tego nie chciał, więc trudno, jego strata. Nie musiał jednak doprowadzać do jej procesu. Mógł jej darować, zachować to wszystko, co mu powiedziała dla siebie. Tak postąpiłby każdy szanujący się mężczyzna, mający w sobie choć iskrę szlachetności i honoru, a on co? Skazał ją na hańbiącą karę, której skutki długo musiała znosić. Nadejdzie jednak czas, kiedy kochany pan kapitan gorzko tego pożałuje. Oj, bardzo gorzko.
Cały ten plan hrabina powierzyła Febrowi, nie zdradzając jednak, że nie ma najmniejszego zamiaru dzielić się władzą królewską z kimś takim jak Febre. On będzie tylko jej pomocnikiem tak długo, aż się jej nie znudzi. Potem każe go ściąć i znajdzie sobie następnego kochanka. Z następnym zrobi to samo, potem będzie kolejny oraz kolejny et cetera. O tym jednak Febre nie miał prawa się dowiedzieć, w każdym razie na pewno jeszcze nie teraz. Dowie się o tym wszystkim, jak już będzie za późno. Za późno dla niego, rzecz jasna, bo dla niej wręcz przeciwnie.
Na razie jednak pani Paulina wyraziła zgodę na plan Febre’a. Ten zaś wziął ów feralny dokument i postanowił jeszcze dziś rano pojechać do fałszerza, aby ten wykonał kopię. Nie wiadomo dokładnie, jak długo potrwa sfałszowanie pieczęci i podpisu, ale mieli jeszcze trzy dni do zaplanowanej transakcji. To dużo czasu. Przez trzy dni może się wiele wydarzyć. Mają szansę na przeprowadzenie planu.
Febre ucałowawszy hrabinę de Willer ruszył ku wyjściu. Nagle jednak się zatrzymał i zapytał:
- Hrabino?
- Tak?
- A co z Luizą?
- Jak to, co z Luizą? A co ma z nią być? - zdziwiła się hrabina.
- Musi zostać ukarana za swoją zdradę - rzekł Febre.
- O tak, to niewątpliwie. Musi ją spotkać za to kara i zostanie ukarana, gwarantuję ci to.
- Jeśli pani pozwolisz, to ja mógłbym ją…
- Ani się waż! Życie tej dziewczyny jest w rękach ministra Colgena! Od niego tylko zależy, jaki spotka ją los. Nie nam o tym decydować. Kara ją nie ominie, ale ja za jej życie odpowiadam własną głową. Nie zapominajmy też, że pan minister ma szczególny sentyment do tej osóbki. Wątpię, aby był on zadowolony, gdybyśmy podjęli tak ważną decyzję bez jego wiedzy i pozwolenia, a zwłaszcza bez tego drugiego.
- Rozumiem - odpowiedział Febre i wyszedł.
***
Luiza została zamknięta w swoim pokoju. Nie mogła go opuścić, gdyż została zastraszona przez hrabinę, że jeśli ośmieli się to zrobić zostanie wychłostana. Dla pewności postawiono pod jej pokojem kilku lokajów jako strażników. Dziewczyna jednak nie odważyła się uciekać i dobrze zrobiła, gdyż lokaje mieli wyraźnie powiedziane, co mają zrobić w razie próby ucieczki. Zrozpaczona dziewczyna płakała w poduszkę. Dopiero po jakimś czasie udało jej się odzyskać spokój, ale niestety nie na długo.
Niech jednak Drodzy Czytelnicy nie myślą, że panna Luiza rozpaczała z powodu utraconej wolności. Owszem, to też był powód jej smutku, ale nie najważniejszy. Było coś dla niej o wiele bardziej ważnego. Martwiło ją, że nie będzie mogła już pomóc Raulowi. Teraz było to niemożliwe. Gdyby nie została zdekonspirowana, to jej pomoc mogłaby jeszcze wiele zmienić, ale teraz była po prostu bezsilna. To właśnie ta okropna rzecz doprowadzała pannę Luizę do rozpaczy.
Bardzo ją dręczyło również to, że nie wiedziała, co się stało z Raulem. Czy żyje? Czy wyszedł cało z opresji? Czy jego misja została zwieńczona sukcesem? To był teraz najważniejszy problem panny Luizy, obok rzecz jasna jej chwilowej bezsilności.
***
Następnego dnia Febre wyjechał z dokumentem (a raczej, z tym, co z niego zostało) do znajomego fałszerza. Wrócił od niego bardzo uradowany. Okazało się, że ów fałszerz bardzo dobrze wiedział, jak wyglądają pieczęcie królewskie i oświadczył, że z podrobieniem ich nie będzie wcale żadnych problemów. Za dwa dni wszystko powinno być już gotowe. Hrabina, gdy to wszystko usłyszała, odetchnęła z ulgą. Czyli wszystko szło zgodnie z planem. Doskonale. Oby tak dalej.
Wieczorem przybył do nich niespodziewany gość. Był to hrabia de Bernice, który czatował w pobliżu. Jeśli naszych Czytelników dziwi jego obecność wyjaśnić musimy, iż ów człowiek na rozkaz Colgena opuścił Paryż znacznie wcześniej niż Febre i hrabina Paulina de Willer, po czym porozstawiał on ludzi ministra nakazując im zatrzymanie za wszelką cenę muszkieterów. To także de Bernice wydobył z Bastylii Raberica i nakazał mu zabić tego z czwórki naszych przyjaciół, który wydostanie się z ich poprzednich pułapek. To on również odpowiadał za aresztowanie Francois. Gdy zobaczył młodzieńca z Raulem w mieście niedaleko celu ich podróży zrozumiał, że musi działać. Postarał się więc o osadzenie barona de Morce w więzieniu, sam zaś powiadomił Raberica, aby czuwał on i przeszedł do działania, gdy nadejdzie pora. Później zajął się swoimi sprawami, aby teraz bardzo z siebie zadowolony przyjechać na ulicę Piekielną 13 oraz zapytać swoich wspólników o postępy.
- Przekaż panu ministrowi wiadomość, że już wkrótce będzie miał te swoje efekty - odpowiedziała hrabina de Willer usłyszawszy tę całą tyradę słów - Potrzeba nam jeszcze tylko trochę czasu.
- Czasu? - zakpił sobie Filip de Bernice - Czyż nie mieliście go pod dostatkiem? Czyż nie umożliwiliśmy wam łatwą, bezpieczną podróż? Czyż nie unieszkodliwiliśmy już tych wścibskich muszkieterów? Ja i moi ludzie prowadziliśmy was niczym ślepców przez rzekę! Zostawiłem cały oddział naszej gwardii, aby ich powstrzymać przed dalszym przejazdem. Opłaciłem dla pewności zbójów oraz zadbałem o to, żeby aresztowano pod byle jakim zarzutem pana de Morce. Wysłałem również Raberica po to, by usunął wam z drogi Charmentalla. Czyż nie ułatwiłem wam zadania? A wy co? Prosicie o czas! Daliśmy wam tyle czasu, że mogliście przeprowadzić tę transakcję kilka razy.
- Po pierwsze, to hiszpański dyplomata jeszcze nie przybył. Musimy więc jeszcze poczekać na niego dwa dni - odezwał się Febre przerywając mu jego wywód - A po drugie, to te twoje pułapki na niewiele się zdały, bo Charmentall przeżył.
- Jak to przeżył?! - zawołał zdumiony de Bernice.
- Niestety, przeżył.
Następnie Febre opowiedział wszystko, co się wydarzyło poprzedniej nocy.
- No, to pięknie. Bardzo pięknie. O mały włos, a pozwolilibyście sobie sprzątnąć ten dokument sprzed nosa. Pięknie, bardzo pięknie - narzekał de Bernice - Colgen nie będzie zachwycony z waszej działalności. Ośmielę się również zasugerować, że będzie wściekły.
- Ty się tyle nie mądrz, mój drogi, ale lepiej wymyśl, jak wytłumaczysz ministrowi, że twoje genialne pułapki nie zatrzymały naszych muszkieterów - odpowiedziała butnie na jego oskarżenia hrabina de Willer.
- Minister Colgen wcale się nie spodziewał, że te pułapki całkowicie ich powstrzymają - mruknął hrabia de Bernice - A poza tym to na waszych barkach spoczywała odpowiedzialność za wykonanie tego zadania, jak i również to na wasze głowy spadnie bura od pana ministra, gdy się dowie o znikomych postępach w tej sprawie.
Febre i hrabina byli rozwścieczeni jego słowami, ale nic nie mogli zrobić. Wiedzieli doskonale, że de Bernice ma rację. To oni zawiedli i tylko oni poniosą za to odpowiedzialność. Lepiej więc będzie dla nich, jeśli coś zrobią i to szybko.
- Daj nam, panie hrabio, trochę czasu - powiedział Febre błagalnym tonem, tak do niego niepodobnym, a teraz wymuszonym okolicznościami - Za dwa dni kopia dokumentu będzie gotowa i wówczas dokonamy transakcji.
- A więc kopia jeszcze nie jest gotowa?! Pięknie! Cudownie! - zawołał de Bernice - Ciekawe, czego jeszcze nie zrobiliście, a co powinniście zrobić już dawno?!
- Nie zabiliśmy cię jeszcze, ty głupcze! - warknął Febre rozwścieczony jego pretensjami - Ale nie martw się, to jest do naprawienia.
Słysząc tę groźbę pod swoim adresem hrabia de Bernice stwierdził, że zdecydowanie przesadził ze swoimi pretensjami, więc odchrząknął tylko i mruknął:
- A zatem, co mam przekazać Szanownemu Panu Ministrowi?
- Przekaż mu, że Hiszpanie lekko opóźnili swoje przybycie z powodu kłopotów z powozem (albo wymyśl sobie inny pretekst, on i tak tego nie sprawdzi), ale już za dwa dni będą w ustalonym przez nas miejscu, a wtedy przeprowadzimy transakcję - wymyśliła na doczekaniu odpowiedź hrabina de Willer.
- Oby tak było - rzekł Filip de Bernice, grożąc kobiecie palcem - Nie chciałbym być w waszej skórze, jeśli tak się nie stanie.
To mówiąc wyszedł z domu, wsiadł do swojej karety i odjechał.
***
W ciągu dwóch dni fałszerz podrobił całkiem dobrze nie tylko podpis oraz pieczęć, ale również całe pismo (oryginał zachował dla siebie, tak na wszelki wypadek, jakby ten miał mu być jeszcze potrzebny). Tego samego dnia przybył zaufany człowiek od ambasadora i jego sekretarza. Przyniósł wieści, że Hiszpanie już przybyli i pragną dokonać transakcji. Ponieważ wszak nie chcą zwracać na siebie zbytniej uwagi, to proponują na miejsce jej dokonania kapliczkę stojącą tuż przed lasem graniczącym z miastem. Tam właśnie (to znaczy przed kapliczką) obaj panowie będą czekać około północy i zapłacą za dokument.
- Około północy i to jeszcze pod lasem? - zdziwiła się hrabina, gdy usłyszała warunki ambasadora i jego sekretarza.
Wolałaby, że transakcja miała mieście w karczmie i w ciągu dnia. Dla jej kompana jednak nie stanowiło to żadnego problemu.
- A czemuż by nie? - zapytał Febre - To nawet lepsze miejsce. Nikt nas przynajmniej nie zauważy i nie zwrócimy na siebie takiej uwagi jak w dzień.
- Zgoda, ale o północy ci panowie nie zauważą oraz nie będą mogli w pełni docenić mojej urody - powiedziała hrabina lekko zawiedziona.
Febre zaśmiał się, gdy usłyszał ów argument wystosowany przeciwko warunkom Hiszpanów.
- Nic nie szkodzi. Ważne, że ja ją widzę i doceniam. Nikogo innego do tego nie trzeba.
***
O północy kareta z Febrem i hrabiną de Willer dojechała na miejsce. Hiszpanów jeszcze nie było, więc musieli na nich poczekać kilka minut, aż końcu jednak w ciemności dało się słyszeć stukot kopyt i dźwięk kół. To właśnie pędziła w ich stronę kareta z dyplomatami. Gdy tylko podjechała natychmiast stanęła i wyszły z niej dwie postacie. Byli to ambasador króla Hiszpanii i jego sekretarz. Wokół panowała ciemność i twarze tajemniczych jegomości nie były zbyt widoczne, ale nikt nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, że to właśnie oni.
- Nareszcie - pomyślała hrabina i podeszła do jednego z nich.
- Miło mi panów powitać. Mam nadzieję, że podróż była udana? - zapytała po hiszpańsku.
- O tak, moja pani. I owszem, była takowa - odpowiedział ambasador w tym samym języku.
- Tak, nie skarżymy się - dodał drugi z nich, którego głos wydał się hrabinie dziwnie znajomy.
Ponieważ jednak Paulina de Willer nie miała teraz czasu się nad tym zastanawiać, gdyż czas naglił, przywołała Febre’a, aby podał jej dokument. Febre wykonał polecenie, natomiast pani hrabina przekazała go pierwszemu ambasadorowi. Temu, którego zagadnęła.
- Ile płacimy? - zapytał ambasador chowając dokument zza pazuchę.
- 100 000 liwrów, zgodnie z umową - odpowiedziała mu hrabina po hiszpańsku.
Ambasador dał natychmiast znak swemu sekretarzowi, ten natomiast powtórzył ów gest służącemu, który to natychmiast podskoczył do karocy i przyniósł z niej skrzynkę z pieniędzmi i wręczył ją hrabinie, która od razu przekazała ją Febrowi.
- Czyli wszystko między nami już w porządku? - zapytała pani de Willer uśmiechając się w sposób szatański.
- Oczywiście - odpowiedział jej ambasador.
- Nie przeliczy pani pieniędzy? - zapytał sekretarz, którego głos po raz kolejny wydał się hrabinie znajomy.
- A po co? Między uczciwymi ludźmi takie ceregiele są niepotrzebne. Poza tym my tego nie robimy dla zysku, ale jedynie przez wzgląd na nasze kraje, nieprawdaż? - stwierdziła ironicznie hrabina.
- O tak, niewątpliwie - potwierdził skwapliwie ambasador.
Następnie dyplomaci ukłonili się nisko hrabinie, po czym wsiedli do karety, zatrzasnęli za sobą drzwiczki i odjechali, niknąc powoli w mroku nocy.
Hrabina de Willer i Febre stali jeszcze chwilę, patrząc na nich i również ruszyli w swoją stronę.
- No i kłopot z głowy - mruknął Febre ocierając pot z czoła.
- Tak, rzeczywiście - dodała hrabina de Willer spoglądając na niego z uśmiechem.
Febre spojrzał na towarzyszącą mu kobietę i rzekł:
- Wyglądasz, moja pani, na nie do końca zachwyconą. Nie rozumiem, o co ci chodzi. Przecież dokument już został sprzedany, muszkieterowie nie zdołali nam przeszkodzić. Wszystko więc jest w porządku.
- Niby tak, ale odczuwam niejasne wrażenie, że coś tu jest nie tak. Zbyt łatwo nam to poszło.
- Utarczkę z tymi wścibskimi muszkieterami nazywasz pani czymś łatwym?
- Nie, ale ta cała transakcja moim zdaniem zbyt łatwo się odbyła. Prócz tego nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jeden z tych ludzi miał dziwnie mi znajomy głos.
Febre wybuchnął śmiechem słysząc jej argument. Hrabina zła zadarła nosa i powiedziała:
- Nie widzę powodu do śmiechu. To tylko takie przypuszczenie, ale nie mogę się pozbyć tego wrażenia, że już gdzieś słyszałam głos sekretarza pana ambasadora.
- Daj już spokój, moja pani. Przemęczasz się i tyle. Nie płacą nam za myślenie bez przerwy. Co zaś do ambasadora oraz jego sekretarza (czy kim on tam był), to po prostu jesteś przewrażliwiona i coś ci się przywidziało. Uspokój się więc, jak również bądź dobrej myśli. Przecież wszystko jest już w porządku.
- Tak, na pewno - odpowiedziała hrabina z lekkim powątpiewaniem w głosie.
Gdyby nie Febre, to hrabina w przypływie wściekłości podarłaby dokument i byłoby po krzyku, choć wydaje mi się, że muszkieterom udało się wyprowadzić ich w pole, doprawdy znakomitym zagraniem, gdyż coś mi się zdaje, że tym rzekomym hiszpańskim ambasadorem i sekretarzem byli nikt inny, jak tylko Raul i Trechevile. Febre i hrabina z kolei są tak żądni władzy, że po realizacji planów ministra, które ułatwią im zdobycie władzy w państwie, zamierzają się go pozbyć, aby sami mogli zyskać jak największe wpływy. Tyle tylko, że ta podła i bezwzględna hrabina zamierza po jakimś czasie pozbyć się również swojego wspólnika, kiedy tylko jej się znudzi. Ona doprawdy jest pozbawiona wszelkich skrupułów i raczej nikt nie jest w stanie wzbudzić w niej żadnego uczucia. Ta kobieta to prawdziwy potwór, nieliczący się absolutnie z nikim i myślący tylko o sobie. Do tego jest niezwykle próżna i zakochana w sobie i jestem pewien, że to zaślepienie własną osobą pewnego dnia ją zgubi.
OdpowiedzUsuń