Rozdział III
Podróży etap trzeci
Podróży etap trzeci
- Słuchajcie, moi drodzy - powiedział Trechevile do swoich kompanów - Dłużej tak nie może być. Nie możemy tu przecież siedzieć całą wieczność. Odparliśmy już dwa ataki. Może odeprzemy jeszcze trzeci i czwarty, ale co dalej? W końcu naszym przeciwnikom znudzi się oblężenie i podpalą tę budę z nami w środku. Usmażymy się tutaj wszyscy, zaś całą naszą misję diabli wezmą. Nie możemy na to pozwolić.
- To prawda - potwierdzili jego trzej towarzysze.
Francois popatrzył tępo w ścianę.
- Przyznam się, że perspektywa smażenia się tutaj na wolnym ogniu nie jest dla mnie kusząca - rzekł i pociągnął z butelki tęgiego łyka.
- A poza tym... - Trechevile zignorował jego komentarz - Podczas, gdy my tu siedzimy i bronimy się, Febre z hrabiną de Willer wywożą w głąb Francji ten przeklęty dokument. Także bardzo prawdopodobne jest to, że zanim dojedziemy na miejsce, transakcja zostanie już dokonana.
- Owszem, istnieje takie ryzyko - powiedział Raul - Ale co możemy zrobić?
- No właśnie, co? - dodał Francois otrząsając się z marazmu.
- Mam pomysł! - zawołał Fryderyk.
- Jaki? - zapytali pozostali, patrząc na swojego przyjaciela z wyraźnym zainteresowaniem.
- Posłuchajcie mnie. Chwycimy za broń, otworzymy drzwi i ruszymy do ataku. Przedrzemy się przez szyki gwardzistów, wskoczymy na konie, po czym pognamy dalej. Spodziewam się, że ci dranie ruszą za nami w pościg, ale powinniśmy dać sobie z nimi radę. Pamiętajcie, że są już osłabieni po dzisiejszych szturmach. To nam daje bardzo dużą przewagę, więc sądzę, iż powinno nam się udać.
Pomysł pana de Saudier nikomu jednak nie przypadł do gustu.
- Nie sądzę, abyśmy w ten sposób wygrali - rzekł Raul sceptycznym tonem - Istnieje za to ryzyko, że możemy w ten sposób wszyscy zginąć. Na otwartym polu będą nas mieli jak na talerzu. Tu przynajmniej chronią nas mocne ściany.
- To prawda - dodał Trechevile, oglądając dokładnie ściany oberży - A poza tym niezbyt mi się podoba pomysł szturmu na ich muszkiety. Przecież to pewne, że widząc, jak biegniemy otworzą ogień. Wystrzelają nas jak kaczki. Gdzie ty tu widzisz szansę na zwycięstwo?
- Choćby w tym, że oni nie zdążą do nas wymierzyć i wystrzelić - powiedział Fryderyk, choć po tym, co usłyszał od przyjaciół, sam już swoim słowom nie wierzył.
- Nie liczyłbym na to za bardzo - mruknął kapitan.
- A zatem co proponujesz? - zapytał Francois, który znowu musiał się napić czując, że na trzeźwo tego wszystkiego nie przełknie.
- Mam pewien pomysł, ale jest on dość ryzykowny.
- Jaki?
- Mianowicie taki, że jeden z nas, mam tu na myśli siebie, ściągnie na siebie ogień nieprzyjaciela. Dojdzie wówczas do groźnej walki, którą reszta z nas wykorzysta na ucieczkę.
- Ale niby jak mamy stąd uciec? - zapytał zdumiony pomysłem swego kapitana Fryderyk - Karczma jest przecież otoczona.
- Na to też jest sposób - wyjaśnił Trechevile, nie tracąc zimnej krwi - Otóż kiedy ja, to znaczy osoba poświęcająca się, zostanie i przyjmie na siebie ogień nieprzyjaciela, reszta pobiegnie na górę. Tam wejdziecie do wynajętego przez Raula pokoju. Jest tam, jak dobrze pamiętacie, kominek. Wyjdziecie przez niego na dach, a następnie po dachu ześlizgniecie się na dół. Następnie dostaniecie się do stajni, tylko tak, żeby pozostali gwardziści (bo niewątpliwie ktoś z nich pozostanie na zewnątrz) was nie zauważyli. Wskoczycie na konie i już was tu nie ma. Będziecie kontynuować naszą misję. Rozumiecie?
- Oczywiście! - zawołali chórem Francois i Fryderyk.
Jedynie Raul miał smutną minę i nic nie powiedział.
- Co ci jest, chłopcze? - zapytał go Trechevile, który szybko zauważył jego przygnębienie.
- Mam pewne wątpliwości co do tego planu - odpowiedział Raul - A mianowicie takie, co się stanie z tobą, to jest z tym ochotnikiem, który się poświęci i zostanie w oberży?
Francois i Fryderyk, którzy dotychczas się nad tym nie zastanawiali, teraz spojrzeli wymownie na Trechevile’a wyczekując jego odpowiedzi.
- No cóż - odparł kapitan biorąc głęboki wdech - Co do mnie, a raczej, co do tej osoby poświęcającej się, to ta osoba będzie musiała zostać tam, gdzie jest, oczywiście narażając się przy tym na śmierć i prawdopodobnie zginie. Ale cóż, przynajmniej polegnie na polu chwały.
- Niewielka to pociecha, jeśli można wysunąć swoją skromną uwagę - wtrącił kąśliwym tonem Francois - Czy umierasz w łóżku, czy też na polu chwały, zawsze co śmierć, to śmierć. Wszystko jedno, jak umierasz. Ważne, że umierasz.
- A tutaj, to się z tobą nie zgodzę, przyjacielu - zaoponował kapitan - Albowiem rodzaj śmierci ma nieraz ogromne znaczenie. Lecz nie czas teraz na rozmowy o etyce. Pora raczej na działanie. Jak już powiedziałem osobą, która tutaj musi zostać, jestem ja sam.
- Nie zostawimy cię tutaj - powiedział stanowczo Raul.
- Musicie, chłopcze. Musicie - odpowiedział im stanowczo Trechevile - Nie mamy innego wyboru.
- Nie sądzisz chyba, stryjku, że zostawimy cię tutaj samego na pastwę tych łajdaków?! - krzyczał Raul ze łzami w oczach - Nigdy! Nie po tym wszystkim, co razem przeszliśmy! Nie możemy cię zostawić!
- Nie tylko możecie, ale wręcz musicie, gdyż jest to konieczne dla powodzenia naszej misji! - zawołał do niego Trechevile.
- Pal licho naszą misję! Nie zostawimy cię tu na zgubę! - odparł butnie Charmentall.
- Właśnie! - dodał Francois, któremu udzielił się entuzjazm przyjaciela - Jeśli myślisz, że pozwolimy ci tu umrzeć…
- Więc narazicie dla mnie dobro naszej ukochanej Francji?! - krzyknął wściekłym tonem Trechevile - Zostawicie na zgubę nasz kraj, któremu wierną służbę przysięgaliście?! Tu już nie chodzi o to, czy zostawimy jednego człowieka na pewną śmierć! Tu chodzi o naszą ojczyznę! Jakże chcecie mnie ratować i porzucić jedyną szansę na ocalenie Francji?! Od tej misji zależy bardzo wiele! Nie możemy jej zaniechać! Jeśli przegramy, wybuchnie wojna. A jak wybuchnie wojna, to Colgen wykorzysta chaos, jaki niewątpliwie z tego powodu w stolicy wybuchnie i z pomocą tej swojej nędznej gwardii przejmie władzę. A wiecie, co to oznacza dla wszystkich stronników króla! Nie, moi drodzy! Tak nie można! W takich chwilach należy odrzucać sentymenty, a cel uświęca środki. Pamiętajcie o tym.
Wiedział doskonale, że takimi argumentami niezbyt przekonał swoich towarzyszy, ale nie miał teraz czasu się nad tym wszystkim zastanawiać.
- Teraz słuchajcie mnie uważnie. Kiedy dam wam sygnał, zrobicie to, co wam już wcześniej powiedziałem.
Raul popłakał się i rzucił się w objęcia Trechevile’a.
- Stryjku mój, wybacz mi tę chwilę słabości. To, co mówiłem, nie jest bynajmniej oznaką braku patriotyzmu, uwierz mi. Moje słowa są może mało honorowe, ale dyktowała mi je synowska miłość, jaką do ciebie żywię. Zachowałem się jak zwykły młokos, wiem to. Lecz cóż ja na to poradzę, że tak cię miłuję, iż najchętniej sam bym dał głowę po to, aby cię ocalić? Serce mówi mi, że nie wolno mi cię opuścić za nic w świecie. Lecz ty masz swój rozum, który jest mądrzejszy od mego serca i teraz widzę wyraźnie, że z nas dwóch to właśnie ty masz rację. Dlatego powiem ci, że wypełnimy nasze zadanie! Wypełnimy je, choćbyśmy mieli przy tym zginąć.
- To mi się podoba, kochany chłopcze! - powiedział ze łzami w oczach Trechevile, a po cichu dodał: - To samo powiedziałby mój syn, gdybym go oczywiście miał.
Lekko poklepał wychowanka po ramieniu, po czym wszyscy przeszli do wykonywania powierzonego im zadania.
Pół godziny później doszło do przewidzianego przez Andre Trechevile trzeciego ataku gwardzistów. Nasi przyjaciele tym razem jednak nie stanęli razem do obrony. Zrobił to jedynie kapitan. Raul, Francois i Fryderyk, na głośny okrzyk Trechevile’a „Uciekajcie!” ruszyli biegiem na górę, po czym wykonali to, co już ich dowódca zadecydował: wbiegli do pokoju Raula, przecisnęli się przez komin, weszli na dach i zsunęli się z niego, a następnie dotarli do stajni. Tam było co prawda kilku gwardzistów na straży, ale unieszkodliwienie ich nie stanowiło większego problemu. Kiedy zaś już wszystko było gotowe do drogi, nasza trójka wskoczyła na konie i pognała je jak najszybciej potrafiła. Gwardziści byli już w karczmie, więc nie zdołali ich zauważyć. Raul rzucił jeszcze okiem na oberżę, gdzie, jak się domyślał, Andre Trechevile stawiał zaciekły opór napastnikom. Młodzieniec bardzo chciał mu pomóc, ale cóż... Wiedział doskonale, co powiedziałby jego opiekun, gdyby porzucił swoją misję ratowanie kraju dla sprawy prywatnej. Na pewno nie byłby tym zachwycony. Więc chcąc nie chcąc towarzysze broni musieli go zostawić i wykonać swoje zadanie.
Jazda trwała już dwie godziny, a oni nadal pędzili co koń wyskoczy. Co prawda, teraz nieco zwolnili, gdyż pościgu gwardzistów nie było widać. Poza tym musieli dać wytchnąć swoim wierzchowcom, gdyż takiego tempa długo by nie wytrzymały. Zrobili nawet krótki postój, ale tylko taki, jaki był konieczny. Potem już, nabrawszy nowych sił, zarówno jeźdźcy, jak i wierzchowce, ruszyli możliwie szybko w kierunku wiodącym do miejsca wspomnianego w liście panny Luizy.
Gnali ścieżką, przechodzącą przez pola. Pędzili aż kłębił się za nimi tuman kurzu. Myśleli, że droga jest swobodna i spokojna, niestety w tej sprawie przeliczyli się. Zauważyli pracujących na polu chłopów, lecz nie przyjrzeli im się dokładnie. Był to ich poważny błąd. Gdyby bowiem tak postąpili, to wówczas zauważyliby, że ci chłopi wyjmują ze snopów siana muszkiety, po czym otwierają do nich ogień. Konie spłoszone hukiem zaczęły przerażone gnać przed siebie z zawrotną wręcz prędkością. Muszkieterowie szybko zrozumieli w jakie popadli tarapaty.
- To zasadzka! - krzyknął Raul, przekrzykując świszczące nad ich głowami kule - Uciekajmy stąd!
- Gnaj co tchu każdy, komu życie miłe! - zawołał Francois i pognał swego wierzchowca.
- Pędź, koniku, pędź! - wołał Fryderyk.
Trzej przyjaciele pognali niczym wiatr na swych koniach. Przebrani za chłopów bandyci nadal do nich strzelali aż do chwili, gdy odległość stała się zbyt wielka, by pociski mogły ich dogonić. Wówczas to dopiero zagrożenie minęło. Przyjaciele zatrzymali się wówczas na chwilę, by odpocząć. Jednak kiedy chcieli sobie już pogratulować skutecznej ucieczki zauważyli, że Fryderyk trzyma się ręką za pierś i słania na koniu. Jego jednego bowiem dosięgła kula z muszkietu. Raul i Francois przerażeni pognali z nim szybko przed siebie, na zmianę podtrzymując rannego przyjaciela. Dojechali do najbliższego miasta i zatrzymali się w oberży. Tam ułożyli młodzieńca w jednym z pokoi i ruszyli na poszukiwanie medyka.
Szczęściem w nieszczęściu było dla nich to, że w tej samej gospodzie dzień wcześniej zatrzymali się Febre i hrabina de Willer. Raul dowiedział się o tym od oberżysty, którzy przekazał im liścik panny Luizy z podanym kolejnym miejscem postoju.
- Dobra nasza - szepnął Charmentall - Niedługo ich dogonimy.
Niestety sytuacja nie była tak wesoła, jak mu się wydawało. Stan ich przyjaciela był nie do pozazdroszczenia, kula bowiem trafiła Fryderyka niedaleko serca. Rana, która z początku wydawała się niegroźna, okazała się bardzo niebezpieczna dla życia i konieczna była szybko operacja, bo rannemu groziło wykrwawienie się na śmierć. Francois odnalazł lekarza, najlepszego w całym mieście, który w dodatku okazał się być również bardzo dobrym znajomym muszkietera i jego ojca, przybył więc szybko i od razu, bez zadawania zbędnych pytań, zabrał się do operacji. Raul i Francois czuwali długo przed pokojem swojego przyjaciela, aż nawet przysnęli na krzesłach. Obudził ich dopiero doktor z wiadomością, że wszystko już w porządku i operacja się udała.
- Na pewno? - dopytywał się Raul - Nie przeoczył pan niczego?
Lekarz uśmiechnął się do niego z politowaniem, ale i przyjaźnią w oczach.
- Widzę, że niepokoicie się panowie o swojego przyjaciela, więc nie obrażę się o takie pytania. Oczywiście, że niczego nie przeoczyłem.
- A kula? Wyjął ją pan bez problemów? - pytał Francois.
- Cóż, trudności oczywiście były, ale nie aż tak poważne, jak myślałem - odpowiedział lekarz - Wasz przyjaciel niedługo poczuje się lepiej, ale póki co musi leżeć i długo wypoczywać.
- Jak długo? - zapytał Raul.
- Tydzień, może dwa. Trudno mi z całą pewnością powiedzieć. Ale jeśli panom się spieszy, to musicie jechać bez niego. Nie ma innego wyjścia.
- Jakże to? - zapytał Francois - Nie możemy się przecież rozdzielać. Nasza siła jest w jedności i w grupie. Rozdzieleni stanowimy łatwy łup dla naszych przeciwników.
Raul uspokoił go i dał mu po cichu do zrozumienia, żeby lepiej nie mówił tego przy lekarzu. Ostatecznie nie powinien on za dużo wiedzieć. Co prawda jest znajomym ojca barona de Morce, ale nigdy nie wiadomo, jakich jeszcze ma on kompanów? Być może takich, których oni woleliby uniknąć? W takiej sytuacji nie powinien znać ich planów.
Doktor nie wiedział o tym, co myśli o nim pan Charmentall, ponieważ powiedział spokojnym tonem:
- Możecie się nie martwić, panowie. Ja z nim zostanę i zajmę się nim. Możecie jechać dalej. Ze mną nic mu się nie stanie.
- Dobrze, panie doktorze, a co do kosztów, to… - zaczął Francois, ale lekarz mu przerwał.
- Spokojnie, panie baronie, spokojnie. Koszta nie grają tu roli. Można je ustalić nieco później. Na razie liczy się to, że wasz przyjaciel potrzebuje opieki, a ja mu ją zapewnię. Nie możecie wozić go przecież ze sobą z taką raną. Musicie go tu zostawić.
- Ma pan absolutną rację - rzekł smutnym głosem Raul - To jedyne wyjście. Francois... Obawiam się, że nie mamy wyboru.
Młody baron de Morce był zdecydowanie sceptycznie nastawiony do całej sprawy, ale ustąpił. Kiedy więc już wszystko ustalono doktor udał się na spoczynek i poradził muszkieterom, żeby zrobili to samo. Raul oraz Francois posłuchali jego rady, po czym poszli spać. Rano zaś odwiedzili Fryderyka i porozmawiali z nim. Przekazali mu to, co poradził im lekarz. Młody de Saudier zaś uznał, bez najmniejszego wahania zresztą, że jest to jedyne wyjście z sytuacji. Przyjaciele nie chcieli go zostawiać. Najmocniej oponował Francois.
- Przecież właśnie o to chodzi tym draniom! Żeby nas rozdzielić! Kiedy będziemy sami, z łatwością nas wykończą! Pojedynczo. Jednego po drugim - wołał baron de Morce, niespokojny o los przyjaciela.
Jednakże musiał przyjąć ten fakt do wiadomości. Sytuacja była bardzo niebezpieczna i wymagała szybkiego podjęcia decyzji. Dlatego też decyzja szybko zapadła.
Raul i Francois pojechali więc dalej sami. Niepokoili się o Fryderyka, niepokoili się też o możliwość wykonania swojej misji, a także zatrważał ich dziwny wyraz twarzy lekarza, gdy ten z nimi rozmawiał. Niby był on spokojny, ale jego mina mówiła coś zupełnie innego. Zachowywał się tak, jakby przemilczał przed nimi jakiś niezmiernie ważny fakt. Jeśli jednak to prawda, to co przed nimi ukrywał? Może fakt, że rany Fryderyka grożą mu śmiercią? A może coś zupełnie innego dręczyło jego sumienie? Cokolwiek to było, dwaj przyjaciele nie umieli tego ustalić.
- To prawda - potwierdzili jego trzej towarzysze.
Francois popatrzył tępo w ścianę.
- Przyznam się, że perspektywa smażenia się tutaj na wolnym ogniu nie jest dla mnie kusząca - rzekł i pociągnął z butelki tęgiego łyka.
- A poza tym... - Trechevile zignorował jego komentarz - Podczas, gdy my tu siedzimy i bronimy się, Febre z hrabiną de Willer wywożą w głąb Francji ten przeklęty dokument. Także bardzo prawdopodobne jest to, że zanim dojedziemy na miejsce, transakcja zostanie już dokonana.
- Owszem, istnieje takie ryzyko - powiedział Raul - Ale co możemy zrobić?
- No właśnie, co? - dodał Francois otrząsając się z marazmu.
- Mam pomysł! - zawołał Fryderyk.
- Jaki? - zapytali pozostali, patrząc na swojego przyjaciela z wyraźnym zainteresowaniem.
- Posłuchajcie mnie. Chwycimy za broń, otworzymy drzwi i ruszymy do ataku. Przedrzemy się przez szyki gwardzistów, wskoczymy na konie, po czym pognamy dalej. Spodziewam się, że ci dranie ruszą za nami w pościg, ale powinniśmy dać sobie z nimi radę. Pamiętajcie, że są już osłabieni po dzisiejszych szturmach. To nam daje bardzo dużą przewagę, więc sądzę, iż powinno nam się udać.
Pomysł pana de Saudier nikomu jednak nie przypadł do gustu.
- Nie sądzę, abyśmy w ten sposób wygrali - rzekł Raul sceptycznym tonem - Istnieje za to ryzyko, że możemy w ten sposób wszyscy zginąć. Na otwartym polu będą nas mieli jak na talerzu. Tu przynajmniej chronią nas mocne ściany.
- To prawda - dodał Trechevile, oglądając dokładnie ściany oberży - A poza tym niezbyt mi się podoba pomysł szturmu na ich muszkiety. Przecież to pewne, że widząc, jak biegniemy otworzą ogień. Wystrzelają nas jak kaczki. Gdzie ty tu widzisz szansę na zwycięstwo?
- Choćby w tym, że oni nie zdążą do nas wymierzyć i wystrzelić - powiedział Fryderyk, choć po tym, co usłyszał od przyjaciół, sam już swoim słowom nie wierzył.
- Nie liczyłbym na to za bardzo - mruknął kapitan.
- A zatem co proponujesz? - zapytał Francois, który znowu musiał się napić czując, że na trzeźwo tego wszystkiego nie przełknie.
- Mam pewien pomysł, ale jest on dość ryzykowny.
- Jaki?
- Mianowicie taki, że jeden z nas, mam tu na myśli siebie, ściągnie na siebie ogień nieprzyjaciela. Dojdzie wówczas do groźnej walki, którą reszta z nas wykorzysta na ucieczkę.
- Ale niby jak mamy stąd uciec? - zapytał zdumiony pomysłem swego kapitana Fryderyk - Karczma jest przecież otoczona.
- Na to też jest sposób - wyjaśnił Trechevile, nie tracąc zimnej krwi - Otóż kiedy ja, to znaczy osoba poświęcająca się, zostanie i przyjmie na siebie ogień nieprzyjaciela, reszta pobiegnie na górę. Tam wejdziecie do wynajętego przez Raula pokoju. Jest tam, jak dobrze pamiętacie, kominek. Wyjdziecie przez niego na dach, a następnie po dachu ześlizgniecie się na dół. Następnie dostaniecie się do stajni, tylko tak, żeby pozostali gwardziści (bo niewątpliwie ktoś z nich pozostanie na zewnątrz) was nie zauważyli. Wskoczycie na konie i już was tu nie ma. Będziecie kontynuować naszą misję. Rozumiecie?
- Oczywiście! - zawołali chórem Francois i Fryderyk.
Jedynie Raul miał smutną minę i nic nie powiedział.
- Co ci jest, chłopcze? - zapytał go Trechevile, który szybko zauważył jego przygnębienie.
- Mam pewne wątpliwości co do tego planu - odpowiedział Raul - A mianowicie takie, co się stanie z tobą, to jest z tym ochotnikiem, który się poświęci i zostanie w oberży?
Francois i Fryderyk, którzy dotychczas się nad tym nie zastanawiali, teraz spojrzeli wymownie na Trechevile’a wyczekując jego odpowiedzi.
- No cóż - odparł kapitan biorąc głęboki wdech - Co do mnie, a raczej, co do tej osoby poświęcającej się, to ta osoba będzie musiała zostać tam, gdzie jest, oczywiście narażając się przy tym na śmierć i prawdopodobnie zginie. Ale cóż, przynajmniej polegnie na polu chwały.
- Niewielka to pociecha, jeśli można wysunąć swoją skromną uwagę - wtrącił kąśliwym tonem Francois - Czy umierasz w łóżku, czy też na polu chwały, zawsze co śmierć, to śmierć. Wszystko jedno, jak umierasz. Ważne, że umierasz.
- A tutaj, to się z tobą nie zgodzę, przyjacielu - zaoponował kapitan - Albowiem rodzaj śmierci ma nieraz ogromne znaczenie. Lecz nie czas teraz na rozmowy o etyce. Pora raczej na działanie. Jak już powiedziałem osobą, która tutaj musi zostać, jestem ja sam.
- Nie zostawimy cię tutaj - powiedział stanowczo Raul.
- Musicie, chłopcze. Musicie - odpowiedział im stanowczo Trechevile - Nie mamy innego wyboru.
- Nie sądzisz chyba, stryjku, że zostawimy cię tutaj samego na pastwę tych łajdaków?! - krzyczał Raul ze łzami w oczach - Nigdy! Nie po tym wszystkim, co razem przeszliśmy! Nie możemy cię zostawić!
- Nie tylko możecie, ale wręcz musicie, gdyż jest to konieczne dla powodzenia naszej misji! - zawołał do niego Trechevile.
- Pal licho naszą misję! Nie zostawimy cię tu na zgubę! - odparł butnie Charmentall.
- Właśnie! - dodał Francois, któremu udzielił się entuzjazm przyjaciela - Jeśli myślisz, że pozwolimy ci tu umrzeć…
- Więc narazicie dla mnie dobro naszej ukochanej Francji?! - krzyknął wściekłym tonem Trechevile - Zostawicie na zgubę nasz kraj, któremu wierną służbę przysięgaliście?! Tu już nie chodzi o to, czy zostawimy jednego człowieka na pewną śmierć! Tu chodzi o naszą ojczyznę! Jakże chcecie mnie ratować i porzucić jedyną szansę na ocalenie Francji?! Od tej misji zależy bardzo wiele! Nie możemy jej zaniechać! Jeśli przegramy, wybuchnie wojna. A jak wybuchnie wojna, to Colgen wykorzysta chaos, jaki niewątpliwie z tego powodu w stolicy wybuchnie i z pomocą tej swojej nędznej gwardii przejmie władzę. A wiecie, co to oznacza dla wszystkich stronników króla! Nie, moi drodzy! Tak nie można! W takich chwilach należy odrzucać sentymenty, a cel uświęca środki. Pamiętajcie o tym.
Wiedział doskonale, że takimi argumentami niezbyt przekonał swoich towarzyszy, ale nie miał teraz czasu się nad tym wszystkim zastanawiać.
- Teraz słuchajcie mnie uważnie. Kiedy dam wam sygnał, zrobicie to, co wam już wcześniej powiedziałem.
Raul popłakał się i rzucił się w objęcia Trechevile’a.
- Stryjku mój, wybacz mi tę chwilę słabości. To, co mówiłem, nie jest bynajmniej oznaką braku patriotyzmu, uwierz mi. Moje słowa są może mało honorowe, ale dyktowała mi je synowska miłość, jaką do ciebie żywię. Zachowałem się jak zwykły młokos, wiem to. Lecz cóż ja na to poradzę, że tak cię miłuję, iż najchętniej sam bym dał głowę po to, aby cię ocalić? Serce mówi mi, że nie wolno mi cię opuścić za nic w świecie. Lecz ty masz swój rozum, który jest mądrzejszy od mego serca i teraz widzę wyraźnie, że z nas dwóch to właśnie ty masz rację. Dlatego powiem ci, że wypełnimy nasze zadanie! Wypełnimy je, choćbyśmy mieli przy tym zginąć.
- To mi się podoba, kochany chłopcze! - powiedział ze łzami w oczach Trechevile, a po cichu dodał: - To samo powiedziałby mój syn, gdybym go oczywiście miał.
Lekko poklepał wychowanka po ramieniu, po czym wszyscy przeszli do wykonywania powierzonego im zadania.
Pół godziny później doszło do przewidzianego przez Andre Trechevile trzeciego ataku gwardzistów. Nasi przyjaciele tym razem jednak nie stanęli razem do obrony. Zrobił to jedynie kapitan. Raul, Francois i Fryderyk, na głośny okrzyk Trechevile’a „Uciekajcie!” ruszyli biegiem na górę, po czym wykonali to, co już ich dowódca zadecydował: wbiegli do pokoju Raula, przecisnęli się przez komin, weszli na dach i zsunęli się z niego, a następnie dotarli do stajni. Tam było co prawda kilku gwardzistów na straży, ale unieszkodliwienie ich nie stanowiło większego problemu. Kiedy zaś już wszystko było gotowe do drogi, nasza trójka wskoczyła na konie i pognała je jak najszybciej potrafiła. Gwardziści byli już w karczmie, więc nie zdołali ich zauważyć. Raul rzucił jeszcze okiem na oberżę, gdzie, jak się domyślał, Andre Trechevile stawiał zaciekły opór napastnikom. Młodzieniec bardzo chciał mu pomóc, ale cóż... Wiedział doskonale, co powiedziałby jego opiekun, gdyby porzucił swoją misję ratowanie kraju dla sprawy prywatnej. Na pewno nie byłby tym zachwycony. Więc chcąc nie chcąc towarzysze broni musieli go zostawić i wykonać swoje zadanie.
Jazda trwała już dwie godziny, a oni nadal pędzili co koń wyskoczy. Co prawda, teraz nieco zwolnili, gdyż pościgu gwardzistów nie było widać. Poza tym musieli dać wytchnąć swoim wierzchowcom, gdyż takiego tempa długo by nie wytrzymały. Zrobili nawet krótki postój, ale tylko taki, jaki był konieczny. Potem już, nabrawszy nowych sił, zarówno jeźdźcy, jak i wierzchowce, ruszyli możliwie szybko w kierunku wiodącym do miejsca wspomnianego w liście panny Luizy.
Gnali ścieżką, przechodzącą przez pola. Pędzili aż kłębił się za nimi tuman kurzu. Myśleli, że droga jest swobodna i spokojna, niestety w tej sprawie przeliczyli się. Zauważyli pracujących na polu chłopów, lecz nie przyjrzeli im się dokładnie. Był to ich poważny błąd. Gdyby bowiem tak postąpili, to wówczas zauważyliby, że ci chłopi wyjmują ze snopów siana muszkiety, po czym otwierają do nich ogień. Konie spłoszone hukiem zaczęły przerażone gnać przed siebie z zawrotną wręcz prędkością. Muszkieterowie szybko zrozumieli w jakie popadli tarapaty.
- To zasadzka! - krzyknął Raul, przekrzykując świszczące nad ich głowami kule - Uciekajmy stąd!
- Gnaj co tchu każdy, komu życie miłe! - zawołał Francois i pognał swego wierzchowca.
- Pędź, koniku, pędź! - wołał Fryderyk.
Trzej przyjaciele pognali niczym wiatr na swych koniach. Przebrani za chłopów bandyci nadal do nich strzelali aż do chwili, gdy odległość stała się zbyt wielka, by pociski mogły ich dogonić. Wówczas to dopiero zagrożenie minęło. Przyjaciele zatrzymali się wówczas na chwilę, by odpocząć. Jednak kiedy chcieli sobie już pogratulować skutecznej ucieczki zauważyli, że Fryderyk trzyma się ręką za pierś i słania na koniu. Jego jednego bowiem dosięgła kula z muszkietu. Raul i Francois przerażeni pognali z nim szybko przed siebie, na zmianę podtrzymując rannego przyjaciela. Dojechali do najbliższego miasta i zatrzymali się w oberży. Tam ułożyli młodzieńca w jednym z pokoi i ruszyli na poszukiwanie medyka.
Szczęściem w nieszczęściu było dla nich to, że w tej samej gospodzie dzień wcześniej zatrzymali się Febre i hrabina de Willer. Raul dowiedział się o tym od oberżysty, którzy przekazał im liścik panny Luizy z podanym kolejnym miejscem postoju.
- Dobra nasza - szepnął Charmentall - Niedługo ich dogonimy.
Niestety sytuacja nie była tak wesoła, jak mu się wydawało. Stan ich przyjaciela był nie do pozazdroszczenia, kula bowiem trafiła Fryderyka niedaleko serca. Rana, która z początku wydawała się niegroźna, okazała się bardzo niebezpieczna dla życia i konieczna była szybko operacja, bo rannemu groziło wykrwawienie się na śmierć. Francois odnalazł lekarza, najlepszego w całym mieście, który w dodatku okazał się być również bardzo dobrym znajomym muszkietera i jego ojca, przybył więc szybko i od razu, bez zadawania zbędnych pytań, zabrał się do operacji. Raul i Francois czuwali długo przed pokojem swojego przyjaciela, aż nawet przysnęli na krzesłach. Obudził ich dopiero doktor z wiadomością, że wszystko już w porządku i operacja się udała.
- Na pewno? - dopytywał się Raul - Nie przeoczył pan niczego?
Lekarz uśmiechnął się do niego z politowaniem, ale i przyjaźnią w oczach.
- Widzę, że niepokoicie się panowie o swojego przyjaciela, więc nie obrażę się o takie pytania. Oczywiście, że niczego nie przeoczyłem.
- A kula? Wyjął ją pan bez problemów? - pytał Francois.
- Cóż, trudności oczywiście były, ale nie aż tak poważne, jak myślałem - odpowiedział lekarz - Wasz przyjaciel niedługo poczuje się lepiej, ale póki co musi leżeć i długo wypoczywać.
- Jak długo? - zapytał Raul.
- Tydzień, może dwa. Trudno mi z całą pewnością powiedzieć. Ale jeśli panom się spieszy, to musicie jechać bez niego. Nie ma innego wyjścia.
- Jakże to? - zapytał Francois - Nie możemy się przecież rozdzielać. Nasza siła jest w jedności i w grupie. Rozdzieleni stanowimy łatwy łup dla naszych przeciwników.
Raul uspokoił go i dał mu po cichu do zrozumienia, żeby lepiej nie mówił tego przy lekarzu. Ostatecznie nie powinien on za dużo wiedzieć. Co prawda jest znajomym ojca barona de Morce, ale nigdy nie wiadomo, jakich jeszcze ma on kompanów? Być może takich, których oni woleliby uniknąć? W takiej sytuacji nie powinien znać ich planów.
Doktor nie wiedział o tym, co myśli o nim pan Charmentall, ponieważ powiedział spokojnym tonem:
- Możecie się nie martwić, panowie. Ja z nim zostanę i zajmę się nim. Możecie jechać dalej. Ze mną nic mu się nie stanie.
- Dobrze, panie doktorze, a co do kosztów, to… - zaczął Francois, ale lekarz mu przerwał.
- Spokojnie, panie baronie, spokojnie. Koszta nie grają tu roli. Można je ustalić nieco później. Na razie liczy się to, że wasz przyjaciel potrzebuje opieki, a ja mu ją zapewnię. Nie możecie wozić go przecież ze sobą z taką raną. Musicie go tu zostawić.
- Ma pan absolutną rację - rzekł smutnym głosem Raul - To jedyne wyjście. Francois... Obawiam się, że nie mamy wyboru.
Młody baron de Morce był zdecydowanie sceptycznie nastawiony do całej sprawy, ale ustąpił. Kiedy więc już wszystko ustalono doktor udał się na spoczynek i poradził muszkieterom, żeby zrobili to samo. Raul oraz Francois posłuchali jego rady, po czym poszli spać. Rano zaś odwiedzili Fryderyka i porozmawiali z nim. Przekazali mu to, co poradził im lekarz. Młody de Saudier zaś uznał, bez najmniejszego wahania zresztą, że jest to jedyne wyjście z sytuacji. Przyjaciele nie chcieli go zostawiać. Najmocniej oponował Francois.
- Przecież właśnie o to chodzi tym draniom! Żeby nas rozdzielić! Kiedy będziemy sami, z łatwością nas wykończą! Pojedynczo. Jednego po drugim - wołał baron de Morce, niespokojny o los przyjaciela.
Jednakże musiał przyjąć ten fakt do wiadomości. Sytuacja była bardzo niebezpieczna i wymagała szybkiego podjęcia decyzji. Dlatego też decyzja szybko zapadła.
Raul i Francois pojechali więc dalej sami. Niepokoili się o Fryderyka, niepokoili się też o możliwość wykonania swojej misji, a także zatrważał ich dziwny wyraz twarzy lekarza, gdy ten z nimi rozmawiał. Niby był on spokojny, ale jego mina mówiła coś zupełnie innego. Zachowywał się tak, jakby przemilczał przed nimi jakiś niezmiernie ważny fakt. Jeśli jednak to prawda, to co przed nimi ukrywał? Może fakt, że rany Fryderyka grożą mu śmiercią? A może coś zupełnie innego dręczyło jego sumienie? Cokolwiek to było, dwaj przyjaciele nie umieli tego ustalić.
Trechevile okazał się bardzo pomysłowy i zdolny do najwyższego poświęcenia, co zresztą zawsze wpajał swoim podwładnym, aby zawsze byli gotowi do poświęcenia życia dla króla i ojczyzny, którym przecież służyli. Jeszcze do tego wszystkiego Raul i Francois musieli pozostawić ciężko rannego Fryderyka pod opieką lekarza, który najwyraźniej coś przed nimi skrywa, co tylko potęguje ich zmartwienie o stan zdrowia przyjaciela. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że sami muszą wyruszyć w dalszą drogę tylko we dwóch, a na pewno Colgen nie omieszkał się zastawić na nich jeszcze kilku zasadzek w celu pozbycia się ich i niedopuszczenia do przejęcia przez nich ukradzionego dokumentu.
OdpowiedzUsuń