Rozdział XIII
Hermann Grusner w akcji
Hermann Grusner w akcji
- Wprost nie mogę uwierzyć, że wam się to udało! - zawołał radosnym głosem Fryderyk de Saudier - Naprawdę nie mogę w to uwierzyć!
- Ja również mam z tym trudności - powiedział Francois, uśmiechając się od ucha do ucha - To wprost graniczy z cudem!
- Owszem, macie rację, przyjaciele. Cud to był wielki - odpowiedział radośnie swoim przyjaciołom Raul - Przyznam się wam wszak, moi drodzy, że sceptycznie podchodzę do kwestii cudów.
- Ja również. Jednak jak widać nawet cuda się zdarzają, przyjaciele - dodał Trechevile, nalewając towarzyszom wina do szklanek.
Nasi czterej muszkieterowie mieli wszelkie powody do tego, aby być z siebie dumni. Przed godziną bowiem byli u audiencji u króla i królowej, którzy pogratulowali im wspaniałego sukcesu w tej niezwykle trudnej tajnej misji. Król obiecał, że wyda niedługo polecenie, by nagrodzono ich oddanie ojczyźnie Orderem Św. Michała, pomimo faktu, że nie wszyscy członkowie owej dzielnej czwórki spełniali wymagania niezbędne dla otrzymania tego najbardziej zaszczytnego dla szlachcica francuskiego wyróżnienia. Na razie jednak król, namówiony do tego przez swą królewską małżonkę, przyznał naszym bohaterom miesiąc urlopu. Muszkieterowie mogli go wykorzystać wedle własnego uznania. Naszych bohaterów bardzo ucieszył taki obrót spraw, niepokoił ich bowiem los Luizy, która, żeby im pomóc, naraziła się swojemu ojcu. Przeczuwali, że za pomoc wrogom pana ministra może ją spotkać bardzo dotkliwa kara. Oczywiście wiedzieli, że Colgen nie zabije własnej córki, ale też nie oczekiwali, że będzie wobec niej miły, zwłaszcza po tym, jak zdradziła jego i sprawę, którą on reprezentuje. Byli jednak pewni, iż nie zrobi jej krzywdy, która to pewność dodawała im otuchy.
Zastanawiali się, jak okrutny pan minister ją ukarał? Trechevile, kiedy pozostali zapytali go o zdanie w tej sprawie, odpowiedział:
- A co się robi z nieposłusznymi córkami? Zamyka się je w klasztorze. To przecież proste. Założę się o moją szpadę (a zapewniam was, iż ta szpada jest niezwykle drogocenna), że tam właśnie należy szukać naszej zguby.
- Ale w którym klasztorze może się ona teraz znajdować? - zapytał zaniepokojonym głosem Francois.
- Ba! Żebym ja to wiedział, drogi chłopcze - powiedział Trechevile, rozkładając bezradnie ręce - Gdybym miał chociaż mały cień możliwości odgadnięcia tego, to uwierzcie mi, że nie siedziałbym tu teraz z założonymi rękami, lecz pomógłbym wam ją uwolnić. Naprawdę! Ta dzielna niewiasta zasłużyła sobie na to, aby ją ratować z opresji. W końcu dla nas narażała swoją reputację, nie mówiąc już o życiu. Wyjątkowa to dziewczyna, a ja źle ją oceniłem, bo wszak najpierw sądziłem, że jest ona szpiegiem Colgena, lecz teraz widzę wyraźnie, że to nieprawda. Zwracam więc pannie Luizie honor, gdyż niesłusznie ją podejrzewałem. Musimy się dowiedzieć, gdzie ona jest i uratować ją. Jesteśmy jej to winni. Nie możemy pozostawić tej nieszczęsnej dziewczyny samej sobie. Założę się, że jest teraz w bardzo niewesołej sytuacji.
- To prawda - stwierdził Raul - Biedna Luiza. Tak się poświęcała, aby mi pomóc. Aż mnie strach bierze, gdy pomyślę sobie, co się z nią mogło stać po tym, kiedy ci nędznicy odkryli, że jest ona naszą wspólniczką.
- Nie przesadzaj - rzekł Fryderyk, klepiąc go przyjaźnie po ramieniu - Słyszałeś, co powiedział Andre? Na pewno nie zrobili jej nic złego.
- Ale wszak trzymają ją w zamknięciu - powiedział Charmentall, nie dając się pocieszyć - Już to samo w sobie jest złe.
- Wiesz, czasami więzienie bywa dla człowieka o wiele lepsze niż wolność - filozofował de Saudier.
- Może dla ciebie, głupcze! - krzyknął Francois, bardzo zdenerwowany słowami przyjaciela - Może dla ciebie, ale na pewno nie dla niej!
Rozmowa ta toczyła się w oberży „Pod Złamaną Szpadą”, gdzie nasi muszkieterowie poszli się pokrzepić winem i dobrym posiłkiem, a przy okazji zastanowić nad tym, co powinni zrobić. Narada jednak, choć bardzo się starali, nie doprowadziła do znalezienia wyjścia z tej sytuacji.
W końcu Francois powiedział, że ma już dość czekania i zerwał się z krzesła.
- Nie pozwolę, żeby ona była w niewoli! Pójdę do domu Colgena i zmuszę go, aby uwolnił Luizę!
To mówiąc chwycił za szpadę i zrobił krok w kierunku wyjścia, jednak Raul położył mu rękę na jednym ramieniu, a Trechevile na drugim i siłą posadzili go na krześle.
- Siadaj, narwańcu - mruknął gniewnie kapitan muszkieterów - Wiele jej nie pomożesz tym swoim porywczym zachowaniem.
- To wolisz, żebym tu siedział i pił spokojnie wino, podczas gdy ona siedzi gdzieś sama w pustym, ciemnym, zamkniętym pokoju?! - krzyknął oburzony Francois.
- Może nie rycz tak na całą karczmę?! - zapytał lekko poirytowany Raul - Nie wszyscy muszą słyszeć, o czym rozmawiamy.
- Racja, przepraszam - powiedział zawstydzony Francois i ściszył głos - Ale co mamy robić?
- Obawiam się, że teraz nic nie możemy zrobić - odpowiedział mu ponuro Fryderyk.
- Jak to, nic?! - zawołał głośno Francois, ale Raul i Trechevile oraz Fryderyk spojrzeli na niego takim spojrzeniem, że aż się od razu uspokoił i ściszył głos.
- Ale przecież musi być jakiś sposób, żeby jej pomóc.
- Obawiam się, że Fryderyk ma rację - rzekł Trechevile patrząc na dno szklanki - Nie mamy żadnych wskazówek, które by nas doprowadziły do miejsca, gdzie ona jest uwięziona. Brakuje nam punktu zaczepienia, a bez niego nie ruszymy się z miejsca.
- Przecież sam mówiłeś, że jest pewnie zamknięta w klasztorze - przypomniał Francois.
- Owszem, ale to niewiele nam daje - stwierdził na to jego dowódca - Wiesz, ile jest klasztorów we Francji? Mamy przetrząsać je wszystkie? Poza tym kochany tatulek mógł ją wywieźć za granicę. Nie mówiąc już o tym, że w kwestii klasztoru mogę się przecież mylić. Colgen równie dobrze mógł nie umieścić jej w klasztorze, ale w zupełnie innym miejscu. I co wtedy? Chodzenie po omacku jest zbyt powolne, zbyt niebezpieczne oraz zbyt męczące. Nie mówiąc już o tym, że nie starczy nam na nie urlopu.
- Ale coś przecież trzeba zrobić!
- Tu się z tobą zgadzam. Trzeba coś zrobić. Ale póki nie wiemy nic na ten temat, musimy się na razie uspokoić i przerwać nasze działania.
- Przerwać? - zdumiał się Francois - Czyli zrezygnować?
- Nie, bynajmniej nie zrezygnować. Musimy tylko na razie nie robić niczego głupiego, rozumiesz? - wyjaśnił Trechevile stanowczym tonem - Lekkomyślnym zachowaniem nic nie osiągniemy. A tak możemy nawet coś zyskać.
- Zyskać? Niby co? - prychnął Francois.
- A choćby to, że spokojnym zachowaniem będziemy wzbudzać mniej zainteresowania ze strony osób postronnych - stwierdził Raul, rozglądając się wymownie dookoła.
Rzeczywiście, na naszych bohaterów było zwrócone bardzo wiele par oczu, które z wyraźnym zainteresowaniem, a przynajmniej zdumieniem patrzyły na zachowanie młodego barona de Morce.
Francois zrozumiał, że nieco przesadził tak głośno pokrzykując, więc usiadł spokojnie i zaczął powoli sączyć wino ze swojej szklanki.
Ponieważ jednak nasi przyjaciele nie potrafili teraz nic wymyślić, więc poszli spać do swoich pokoi. Pomyśleli sobie, że rano przyjdą im do głowy lepsze pomysły.
Jednakże rano nie tyle przyszły im do głowy nowe pomysły, co przyszło do nich coś zupełnie innego. A mianowicie było to... Ale o tym zaraz opowiemy. Nie należy bowiem zbyt wiele zdradzać Czytelnikom od razu, gdyż wówczas powieść staje się nieciekawa, czego my, jako autor niniejszej historii, próbujemy za wszelką cenę uniknąć.
Trechevile wstał wcześnie rano. Kiedy się obudził, z jego przyjaciół nie spał tylko Francois. Najwyraźniej niepokój o ukochaną nie pozwolił mu na długi sen, aż do rana. Natomiast Fryderyk i Raul jeszcze smacznie spali. To znaczy Raul spał, gdyż poszedł spać późno w nocy, jako ostatni. Nie mógł zasnąć i długo jeszcze rozmyślał o różnych sprawach, jakie niedawno wydarzyły się w jego życiu. Fryderyk natomiast był najbardziej spokojny z nich wszystkich i spał niczym kamień. Nie myślcie jednak sobie, Drodzy Czytelnicy, że były mu obojętne losy panny Luizy Colgen. Bynajmniej, on również się o nią bardzo niepokoił. Wszak ta odważna dziewczyna, narażała własną reputację (nie mówiąc już o życiu), żeby oni mogli wykonać swoją misję. Jakżeby mógł o tym zapomnieć? Nigdy! Jednak był wyczerpany ostatnimi wydarzeniami i potrzebował dłuższego snu, aby wróciły mu siły i i chęć do działania. Nie zrozumcie go proszę źle, lecz po prostu musiał się biedak wyspać po tym wszystkim, co ostatnio przeszedł. A nie były to zbyt przyjemne doświadczenia. Oblężenie w oberży, rana postrzałowa…
A zatem, ponieważ jeszcze czuł się zmęczony po tych przejściach, więc uznał za słuszne się porządnie wyspać. I mamy nadzieję, że Szanowny Czytelnik przyzna mu rację. W końcu taka walka to nie byle jaka sprawa.
Jak już więc powiedzieliśmy obecni byli tylko Trechevile i Francois. Zeszli oni na dół zamówić śniadanie u karczmarza. Zrobili to po cichu, pozwalając w ten sposób swoim przyjaciołom pospać sobie przez jakiś czas. Na dole oberżysta powiedział im, że czeka na nich pewien człowiek. Obaj panowie rozejrzeli się po gospodzie i szybko dostrzegli owego jegomościa, o którym mówił oberżysta. Był to człowiek około trzydziestoletni, niski, o ciemnych włosach, uniżenie kłaniający się co jakiś czas.
- Witamy szanownego pana - powiedział Andre Trechevile, siadając na krześle przy stoliku i dając znak tajemniczemu przybyszowi, żeby też to zrobił.
Przybysz, choć z lekkim wahaniem, usiadł na krześle naprzeciwko kapitana muszkieterów.
- Czy wolno wiedzieć, co tu pana sprowadza? - zapytał najstarszy z naszej dzielnej czwórki, patrząc na przybysza uważnie.
- No cóż, Herr Trechevile... - odezwał się ów człowieczek z wyraźnym niemieckim akcentem.
- Niemiec - powiedział do siebie po cichu Francois de Morce - Coś mi to przypomina. Tylko nie wiem, co.
- No cóż, Herr Trechevile, sprowadza mnie tu troska o naszą wspólną Freundin , której grozi poważne niebezpieczeństwo - wyjaśnił człowieczek, patrząc uważnie na Trechevile’a.
- Jaką wspólną przyjaciółkę? - zapytał Trechevile, który rozumiał po niemiecku.
- Luizę Colgen - odpowiedział człowiek.
Francois aż podskoczył na krześle, na którym siedział, kiedy w ich rozmowie padło to nazwisko.
- Powiedział pan, Luiza Colgen? - zapytał, jakby nie wierząc w to, co usłyszał.
- Jawohl, tak właśnie powiedziałem - powtórzył przybysz, patrząc na nich z zadziwiającym wręcz spokojem.
- I co z nią? Jak się czuje? Jest bezpieczna? - dopytywał się de Morce.
- Może spokojnie, dobrze? Dowiemy się wszystkiego, ale po kolei - uspokoił go Trechevile.
- No dobrze - powiedział już spokojniejszym tonem Francois - Niech pan mówi, panie…
Teraz dopiero sobie przypomniał, że w ogóle nie spytał przybysza o jego nazwisko.
- Jak pan się nazywa? - zapytał, naprawiając swój błąd.
- Grusner. Hermann Grusner, wielmożny panie. Jestem już od dawna sługą pana ministra Colgena i znam pannę Luizę od dziecka - odpowiedział przybysz, kłaniając się mu z krzesła.
- A więc, drogi panie Grusner, można wiedzieć, co pan wie o pannie Colgen? - zapytał Trechevile.
- Bitte sehr - odpowiedział Grusner - No więc, panna Luiza Colgen jest zamknięta w swoim pokoju na cztery spusty. Ludzie pana ministra pilnują jej dzień i noc. Ale można ją stamtąd uwolnić.
- Jak?! - zapytał wyraźnie zainteresowany Francois.
Andre Trechevile patrzył na Grusnera nieco podejrzliwym wzrokiem. Wydawał mu się niezwykle dziwny ten spokój jego rozmówcy, który mówił, że zna Luizę od dziecka oraz dał do zrozumienia, że jest jej przyjacielem. A przecież, o ile Trechevile zna się na ludzkiej naturze, kiedy osoba bliska wpada w tarapaty, to wówczas przyjaciele się o nią niepokoją i są wyraźnie zdenerwowani. Grusner natomiast jest taki spokojny. Czyż nie powinien też wykazać się większą obawą o losy tej biednej dziewczyny? Skoro jest jej przyjacielem, czemu tak spokojnie mówi teraz o tym wszystkim? Przyjaciel zwykle wykazuje się znacznie większą troską, czego dowodem jest choćby zachowanie zakochanego w pannie Luizie Francois de Morce. Tymczasem ten Niemiec, choć podawał się za człowieka bliskiego Luizie, wyglądał na mało przejętego jej losem. Nie, to nie było dziwne. To było podejrzane. Dlatego też kapitan patrzył na Niemca z lekkim niepokojem.
- Widzą panowie, sytuacja wygląda tak - zaczął wyjaśniać Grusner - Fraulein Luiza jest trzymana w swoim pokoju. Mają z nią kontakt tylko nieliczni. Mogę się panom pochwalić, że też jestem zaliczany do tego grona. Pomyślałem sobie, że mogę pójść i powiedzieć, że mam polecenie zaprowadzić pannę Luizę na modły do kościoła. Zamiast wszak na mszę, przyprowadzę ją tutaj. Potem musicie panowie uciekać z nią gdzieś w bezpieczne miejsce. Rozumiecie, panowie?
- Rozumiemy! - odpowiedzieli chórem Francois i Trechevile.
- Jaką mamy jednak pewność, że jest pan tym, za kogo się podaje? - zapytał Trechevile patrząc na Grusner podejrzliwie.
- No cóż, niestety nie mam żadnego dowodu na potwierdzenie mojej tożsamość, Herr Trechevile - odpowiedział Hermann Grusner, najwyraźniej zmieszany pytaniem kapitana muszkieterów - Ale mogę was zapewnić o jednym. Tylko ja wiem, gdzie w obecnej chwili znajduje się Fraulein Luiza. Jeśli mnie nie zaufacie, to nie znajdziecie nikogo innego, kto cokolwiek wam powie o dziewczynie. Rozważcie to.
Rzeczywiście, słowa Grusnera zawierały w sobie jakąś prawdę, trudno było temu zaprzeczać. Ale mimo wszystko jakoś to wszystko nie pasowało Trechevile’owi. Zresztą, on zawsze był podejrzliwy, zwłaszcza wobec tzw. życzliwych ludzi, którzy w taki spontaniczny sposób ofiarowali mu swoją pomoc. Tacy właśnie „życzliwi” ludzi budzili w nim lęk połączony z ogromną nieufnością. Z doświadczenia kapitan muszkieterów wiedział, że ludzie są raczej niechętni do takiej bezinteresownej pomocy obcym. Poza tym nigdy nie wierzył we wzniosłość jakichkolwiek uczuć. Życie nauczyło go bycia ostrożnym, zwłaszcza w kontaktach z obcymi sobie ludźmi.
Nagle jego rozważanie przerwał jakiś rumor przy schodach. Obrócił się w tamtą stronę. To Raul zszedł właśnie na dół i nagle stanął jak wryty, potykając się o tylne stopnie schodów i wpadając na nie.
- Raul, co ci się stało? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha! - zawołał wesoło Francois patrząc w jego stronę.
- Tak jakby go zobaczył - odpowiedział mu jego przyjaciel, patrząc w stronę stolika.
Francois śmiał się z miny Raula, natomiast Trechevile zrozumiał, że coś jest nie tak. Podszedł do Charmentalla i zapytał:
- Co ci się stało? Czemu tak pobladłeś?
- Widzisz tego mężczyznę, który siedzi przy stoliku? - zapytał Raul, wskazując na Grusnera.
- Tego? To Hermann Grusner, sługa Colgena - wyjaśnił Trechevile - Mówi, że Luiza jest więziona w domu ministra, ale że można ją stamtąd wydobyć i on przybył tu właśnie po to, żeby nam w tym pomóc. Mówi też, iż jest sługą ministra i chce pomóc panience Luizie.
- No, co do tego pierwszego, że ten jegomość nazywa się Grusner i pracuje dla Colgena, to ja się zgodzę. Ale z tym drugim, że chce nam pomóc uwolnić Luizę, to już nie.
- A to czemu? - zapytał zdumiony kapitan.
- Widziałem już tego typka u hrabiny de Willer.
Nazwisko to mocno wstrząsnęło do tej chwili niezwykle spokojnym Trechevilem. Teraz przeraził się on nie na żarty.
- Hrabiny de Willer? Czy jesteś pewien tego, co mówisz? - zapytał nie wierząc własnym uszom.
- Jestem tego całkowicie pewien - wyjaśniał Raul - Byłem wtedy z wizytą u hrabiny de Willer i Luizy. Rozmawialiśmy, piliśmy czekoladę, aż tu nagle wchodzi ten pan i mówi, że chce teraz rozmawiać z hrabiną na osobności. Ona zaś przeprosiła nas, po czym wyszła do drugiego pokoju rozmawiać z nim. Nie wiem, o czym tam dyskutowali, ponieważ mówili po niemiecku (a ja niestety nie znam tego języka), ale jeśli ten gość ma zamiar nam pomóc, to ja jestem Hiszpanem. Przekonaliśmy się już na własnej skórze, że hrabinie de Willer nie można ufać. A skoro jej nie można ufać, to tym bardziej ludziom, którzy się z nią przyjaźnią. Ten zaś jegomość wyraźnie pozostawał z hrabiną w przyjaznych stosunkach, gdy go ostatni raz widziałem.
Trechevile spojrzał uważnie na Grusnera, który właśnie, wtrącając do rozmowy niemieckie słówka, opowiadał Francois o pannie Luizie i o tym, jak ciężko ona znosi swoją niedolę, jaka na nią teraz spadła.
- To co robimy? - zapytał Trechevile.
- Zawołaj tu Francois. Niech tu do nas przyjdzie. Obserwujmy razem przez chwilkę naszego nowego znajomego. Zobaczymy, co wówczas zrobi. Może rzeczywiście chce nam pomóc (w co jednak, szczerze mówiąc, mocno wątpię). Ale jeśli chce nas oszukać, to marny jego los.
- Francois! Pozwól na chwilkę! - zawołał młodego barona Trechevile.
Baron de Morce wstał z krzesła i podszedł do nich.
- O co chodzi? Przerywacie mi słuchanie opowieść o pannie Luizie - marudził młodzieniec, podchodząc do nich.
- To bardzo ważne. Porozmawiamy na górze, dobrze? - zapytał Raul.
- Dobrze, tylko prędko, Grusner ma pomysł, jak uratować Luizę. Ten pomysł jest genialny - mówił dalej podekscytowanym głosem Francois.
- Nie wątpię - mruknął złośliwie Trechevile.
Przyjaciele udali się razem do pokoju Raula, gdzie przez małą dziurkę w podłodze, jaką Raul wyciął nożem w desce, obserwowali Grusnera. To, co on zrobił, przeszło ich najśmielsze oczekiwanie. Zobaczyli, jak Niemiec otwiera butelkę wina, która stała na stole i dosypuje do niej czegoś, co na pewno nie było cukrem. Potem szybko zakorkował butelkę, a następnie postawił na stole, jak gdyby nigdy nic.
- Masz teraz tego swojego miłego pana Grusnera - mruknął złośliwym tonem Trechevile.
- Nie mogę w to uwierzyć - powiedział Francois patrząc na co, robił Niemiec - A wydawał się taki zacny i sympatyczny oraz uczciwy.
- Bo ci opowiadał o Luizie? To jeszcze żaden dowód, że jest uczciwy - powiedział kapitan z kpiną w głosie - Widocznie Colgen go przysłał, by nas tu wszystkich otruć.
- Ale za co?
- Za co, za co? Pytasz, jakbyś nie wiedział. Przecież to nasza czwórka przeszkodziła mu w intrydze mającej na celu doprowadzeniu do wojny francusko-hiszpańskiej, podczas której ten nędzny łotr chciał przeprowadzić zamach stanu i przejąć władzę. Rozumiesz?
- Ale skąd on wie, że mu w tym przeszkodziliśmy?
Trechevile zarumienił się lekko na twarzy, gdy Francois o to zapytał. On już dobrze wiedział, co było konsekwencją takiego obrotu spraw. Jego nocna wizyta w pokoju hrabiny de Willer, podczas której powiedział jej, iż z ich planów wyszły nici. Następnego dnia po tej rozmowie Paulina musiała powiedzieć o wszystkim swemu mocodawcy, ten zaś wysłał Grusnera, aby ich otruł. Kapitan wstydził się teraz swojej głupoty, która kazała mu pójść dwie noce temu do tej kobiety, ale z drugiej strony dzięki temu wreszcie coś się dzieje. Prócz tego nawet gdyby nie postąpił, to szanowny pan minister i tak by odkrył fakt, że jego intryga zawiodła. W końcu bywał w pałacu, a tam już praktycznie wszyscy opowiadali sobie piękną historię bohaterskiej wyprawy czterech szlachetnych muszkieterów. Mimo wszystko Trechevile czuł, że postąpił lekkomyślnie idąc wtedy do hrabiny, ale nie mógł tego powiedzieć swoim przyjaciołom, bo wówczas musiałby wyjaśnić, po co to zrobił, a przecież nie chciał nikomu ze swoich kompanów (poza Raulem, oczywiście) wyjaśnić, że hrabina de Willer to kobieta z jego opowieści, która rzekomo nie żyje.
- Pewnie Colgen dowiedział się o tym odwiedzając pałac królewski - odpowiedział kapitan muszkieterów - W końcu tam to już nie jest żadna tajemnica. Zresztą czy to ważne, skąd on o tym wie? Ważne, że wie. Jak więc już mówiłem, zanim mi przerwałeś swoim pytaniem, drogi Francois, teraz wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Ta napaść na karetę królowej, to zamieszanie z dokumentem, ten Niemiec, którego widziano kręcącego się w pobliżu archiwum królewskich dokumentów. Założę się, że to był właśnie on. Ilu bowiem niemieckich sekretarzy pracuje w Wersalu? Teraz wszystko jest dla mnie zrozumiałe.
Raul i Francois patrzyli uważnie na swego dowódcę, również powoli zaczynając wszystko rozumieć. Dotąd mieli oni pewne wątpliwości, czy ich podejrzenia są słuszne. Co prawda, Luiza poświadczyła te podejrzenia słowem honoru, ale też istniała możliwość, że Colgen o niczym nie wiedział i ktoś to robi wbrew jego woli, zaś panna Luiza tłumaczy sobie to wszystko, co się wokół niej dzieje, mrocznym planem swojego ojca. Ale teraz już nie było najmniejszych wątpliwości, że Colgen to wszystko uknuł i widocznie dalej knuje swoje niecne plany, skoro przysłał tu swego sekretarza.
- To co robimy? - zapytał Raul.
- Jak to, co? Nadziejemy go na szpadę i będzie po kłopocie - zawołał Francois, kładąc dłoń na rękojeści swojej broni.
- Uspokój się, mój narwany przyjacielu - uspokoił go kapitan Andre Trechevile, kładąc mu rękę na dłoni - Zrobimy to inaczej. Obudź Fryderyka. Będzie nam potrzebny. Miejcie w pogotowiu pistolety i szpady. Zapolujemy sobie na Niemca.
Po tych słowach uśmiechnął się w niezwykle szatański sposób, który nawet Raula i Francois przestraszył, choć bynajmniej nie należeli oni do ludzi strachliwych.
- Ja również mam z tym trudności - powiedział Francois, uśmiechając się od ucha do ucha - To wprost graniczy z cudem!
- Owszem, macie rację, przyjaciele. Cud to był wielki - odpowiedział radośnie swoim przyjaciołom Raul - Przyznam się wam wszak, moi drodzy, że sceptycznie podchodzę do kwestii cudów.
- Ja również. Jednak jak widać nawet cuda się zdarzają, przyjaciele - dodał Trechevile, nalewając towarzyszom wina do szklanek.
Nasi czterej muszkieterowie mieli wszelkie powody do tego, aby być z siebie dumni. Przed godziną bowiem byli u audiencji u króla i królowej, którzy pogratulowali im wspaniałego sukcesu w tej niezwykle trudnej tajnej misji. Król obiecał, że wyda niedługo polecenie, by nagrodzono ich oddanie ojczyźnie Orderem Św. Michała, pomimo faktu, że nie wszyscy członkowie owej dzielnej czwórki spełniali wymagania niezbędne dla otrzymania tego najbardziej zaszczytnego dla szlachcica francuskiego wyróżnienia. Na razie jednak król, namówiony do tego przez swą królewską małżonkę, przyznał naszym bohaterom miesiąc urlopu. Muszkieterowie mogli go wykorzystać wedle własnego uznania. Naszych bohaterów bardzo ucieszył taki obrót spraw, niepokoił ich bowiem los Luizy, która, żeby im pomóc, naraziła się swojemu ojcu. Przeczuwali, że za pomoc wrogom pana ministra może ją spotkać bardzo dotkliwa kara. Oczywiście wiedzieli, że Colgen nie zabije własnej córki, ale też nie oczekiwali, że będzie wobec niej miły, zwłaszcza po tym, jak zdradziła jego i sprawę, którą on reprezentuje. Byli jednak pewni, iż nie zrobi jej krzywdy, która to pewność dodawała im otuchy.
Zastanawiali się, jak okrutny pan minister ją ukarał? Trechevile, kiedy pozostali zapytali go o zdanie w tej sprawie, odpowiedział:
- A co się robi z nieposłusznymi córkami? Zamyka się je w klasztorze. To przecież proste. Założę się o moją szpadę (a zapewniam was, iż ta szpada jest niezwykle drogocenna), że tam właśnie należy szukać naszej zguby.
- Ale w którym klasztorze może się ona teraz znajdować? - zapytał zaniepokojonym głosem Francois.
- Ba! Żebym ja to wiedział, drogi chłopcze - powiedział Trechevile, rozkładając bezradnie ręce - Gdybym miał chociaż mały cień możliwości odgadnięcia tego, to uwierzcie mi, że nie siedziałbym tu teraz z założonymi rękami, lecz pomógłbym wam ją uwolnić. Naprawdę! Ta dzielna niewiasta zasłużyła sobie na to, aby ją ratować z opresji. W końcu dla nas narażała swoją reputację, nie mówiąc już o życiu. Wyjątkowa to dziewczyna, a ja źle ją oceniłem, bo wszak najpierw sądziłem, że jest ona szpiegiem Colgena, lecz teraz widzę wyraźnie, że to nieprawda. Zwracam więc pannie Luizie honor, gdyż niesłusznie ją podejrzewałem. Musimy się dowiedzieć, gdzie ona jest i uratować ją. Jesteśmy jej to winni. Nie możemy pozostawić tej nieszczęsnej dziewczyny samej sobie. Założę się, że jest teraz w bardzo niewesołej sytuacji.
- To prawda - stwierdził Raul - Biedna Luiza. Tak się poświęcała, aby mi pomóc. Aż mnie strach bierze, gdy pomyślę sobie, co się z nią mogło stać po tym, kiedy ci nędznicy odkryli, że jest ona naszą wspólniczką.
- Nie przesadzaj - rzekł Fryderyk, klepiąc go przyjaźnie po ramieniu - Słyszałeś, co powiedział Andre? Na pewno nie zrobili jej nic złego.
- Ale wszak trzymają ją w zamknięciu - powiedział Charmentall, nie dając się pocieszyć - Już to samo w sobie jest złe.
- Wiesz, czasami więzienie bywa dla człowieka o wiele lepsze niż wolność - filozofował de Saudier.
- Może dla ciebie, głupcze! - krzyknął Francois, bardzo zdenerwowany słowami przyjaciela - Może dla ciebie, ale na pewno nie dla niej!
Rozmowa ta toczyła się w oberży „Pod Złamaną Szpadą”, gdzie nasi muszkieterowie poszli się pokrzepić winem i dobrym posiłkiem, a przy okazji zastanowić nad tym, co powinni zrobić. Narada jednak, choć bardzo się starali, nie doprowadziła do znalezienia wyjścia z tej sytuacji.
W końcu Francois powiedział, że ma już dość czekania i zerwał się z krzesła.
- Nie pozwolę, żeby ona była w niewoli! Pójdę do domu Colgena i zmuszę go, aby uwolnił Luizę!
To mówiąc chwycił za szpadę i zrobił krok w kierunku wyjścia, jednak Raul położył mu rękę na jednym ramieniu, a Trechevile na drugim i siłą posadzili go na krześle.
- Siadaj, narwańcu - mruknął gniewnie kapitan muszkieterów - Wiele jej nie pomożesz tym swoim porywczym zachowaniem.
- To wolisz, żebym tu siedział i pił spokojnie wino, podczas gdy ona siedzi gdzieś sama w pustym, ciemnym, zamkniętym pokoju?! - krzyknął oburzony Francois.
- Może nie rycz tak na całą karczmę?! - zapytał lekko poirytowany Raul - Nie wszyscy muszą słyszeć, o czym rozmawiamy.
- Racja, przepraszam - powiedział zawstydzony Francois i ściszył głos - Ale co mamy robić?
- Obawiam się, że teraz nic nie możemy zrobić - odpowiedział mu ponuro Fryderyk.
- Jak to, nic?! - zawołał głośno Francois, ale Raul i Trechevile oraz Fryderyk spojrzeli na niego takim spojrzeniem, że aż się od razu uspokoił i ściszył głos.
- Ale przecież musi być jakiś sposób, żeby jej pomóc.
- Obawiam się, że Fryderyk ma rację - rzekł Trechevile patrząc na dno szklanki - Nie mamy żadnych wskazówek, które by nas doprowadziły do miejsca, gdzie ona jest uwięziona. Brakuje nam punktu zaczepienia, a bez niego nie ruszymy się z miejsca.
- Przecież sam mówiłeś, że jest pewnie zamknięta w klasztorze - przypomniał Francois.
- Owszem, ale to niewiele nam daje - stwierdził na to jego dowódca - Wiesz, ile jest klasztorów we Francji? Mamy przetrząsać je wszystkie? Poza tym kochany tatulek mógł ją wywieźć za granicę. Nie mówiąc już o tym, że w kwestii klasztoru mogę się przecież mylić. Colgen równie dobrze mógł nie umieścić jej w klasztorze, ale w zupełnie innym miejscu. I co wtedy? Chodzenie po omacku jest zbyt powolne, zbyt niebezpieczne oraz zbyt męczące. Nie mówiąc już o tym, że nie starczy nam na nie urlopu.
- Ale coś przecież trzeba zrobić!
- Tu się z tobą zgadzam. Trzeba coś zrobić. Ale póki nie wiemy nic na ten temat, musimy się na razie uspokoić i przerwać nasze działania.
- Przerwać? - zdumiał się Francois - Czyli zrezygnować?
- Nie, bynajmniej nie zrezygnować. Musimy tylko na razie nie robić niczego głupiego, rozumiesz? - wyjaśnił Trechevile stanowczym tonem - Lekkomyślnym zachowaniem nic nie osiągniemy. A tak możemy nawet coś zyskać.
- Zyskać? Niby co? - prychnął Francois.
- A choćby to, że spokojnym zachowaniem będziemy wzbudzać mniej zainteresowania ze strony osób postronnych - stwierdził Raul, rozglądając się wymownie dookoła.
Rzeczywiście, na naszych bohaterów było zwrócone bardzo wiele par oczu, które z wyraźnym zainteresowaniem, a przynajmniej zdumieniem patrzyły na zachowanie młodego barona de Morce.
Francois zrozumiał, że nieco przesadził tak głośno pokrzykując, więc usiadł spokojnie i zaczął powoli sączyć wino ze swojej szklanki.
Ponieważ jednak nasi przyjaciele nie potrafili teraz nic wymyślić, więc poszli spać do swoich pokoi. Pomyśleli sobie, że rano przyjdą im do głowy lepsze pomysły.
Jednakże rano nie tyle przyszły im do głowy nowe pomysły, co przyszło do nich coś zupełnie innego. A mianowicie było to... Ale o tym zaraz opowiemy. Nie należy bowiem zbyt wiele zdradzać Czytelnikom od razu, gdyż wówczas powieść staje się nieciekawa, czego my, jako autor niniejszej historii, próbujemy za wszelką cenę uniknąć.
Trechevile wstał wcześnie rano. Kiedy się obudził, z jego przyjaciół nie spał tylko Francois. Najwyraźniej niepokój o ukochaną nie pozwolił mu na długi sen, aż do rana. Natomiast Fryderyk i Raul jeszcze smacznie spali. To znaczy Raul spał, gdyż poszedł spać późno w nocy, jako ostatni. Nie mógł zasnąć i długo jeszcze rozmyślał o różnych sprawach, jakie niedawno wydarzyły się w jego życiu. Fryderyk natomiast był najbardziej spokojny z nich wszystkich i spał niczym kamień. Nie myślcie jednak sobie, Drodzy Czytelnicy, że były mu obojętne losy panny Luizy Colgen. Bynajmniej, on również się o nią bardzo niepokoił. Wszak ta odważna dziewczyna, narażała własną reputację (nie mówiąc już o życiu), żeby oni mogli wykonać swoją misję. Jakżeby mógł o tym zapomnieć? Nigdy! Jednak był wyczerpany ostatnimi wydarzeniami i potrzebował dłuższego snu, aby wróciły mu siły i i chęć do działania. Nie zrozumcie go proszę źle, lecz po prostu musiał się biedak wyspać po tym wszystkim, co ostatnio przeszedł. A nie były to zbyt przyjemne doświadczenia. Oblężenie w oberży, rana postrzałowa…
A zatem, ponieważ jeszcze czuł się zmęczony po tych przejściach, więc uznał za słuszne się porządnie wyspać. I mamy nadzieję, że Szanowny Czytelnik przyzna mu rację. W końcu taka walka to nie byle jaka sprawa.
Jak już więc powiedzieliśmy obecni byli tylko Trechevile i Francois. Zeszli oni na dół zamówić śniadanie u karczmarza. Zrobili to po cichu, pozwalając w ten sposób swoim przyjaciołom pospać sobie przez jakiś czas. Na dole oberżysta powiedział im, że czeka na nich pewien człowiek. Obaj panowie rozejrzeli się po gospodzie i szybko dostrzegli owego jegomościa, o którym mówił oberżysta. Był to człowiek około trzydziestoletni, niski, o ciemnych włosach, uniżenie kłaniający się co jakiś czas.
- Witamy szanownego pana - powiedział Andre Trechevile, siadając na krześle przy stoliku i dając znak tajemniczemu przybyszowi, żeby też to zrobił.
Przybysz, choć z lekkim wahaniem, usiadł na krześle naprzeciwko kapitana muszkieterów.
- Czy wolno wiedzieć, co tu pana sprowadza? - zapytał najstarszy z naszej dzielnej czwórki, patrząc na przybysza uważnie.
- No cóż, Herr Trechevile... - odezwał się ów człowieczek z wyraźnym niemieckim akcentem.
- Niemiec - powiedział do siebie po cichu Francois de Morce - Coś mi to przypomina. Tylko nie wiem, co.
- No cóż, Herr Trechevile, sprowadza mnie tu troska o naszą wspólną Freundin , której grozi poważne niebezpieczeństwo - wyjaśnił człowieczek, patrząc uważnie na Trechevile’a.
- Jaką wspólną przyjaciółkę? - zapytał Trechevile, który rozumiał po niemiecku.
- Luizę Colgen - odpowiedział człowiek.
Francois aż podskoczył na krześle, na którym siedział, kiedy w ich rozmowie padło to nazwisko.
- Powiedział pan, Luiza Colgen? - zapytał, jakby nie wierząc w to, co usłyszał.
- Jawohl, tak właśnie powiedziałem - powtórzył przybysz, patrząc na nich z zadziwiającym wręcz spokojem.
- I co z nią? Jak się czuje? Jest bezpieczna? - dopytywał się de Morce.
- Może spokojnie, dobrze? Dowiemy się wszystkiego, ale po kolei - uspokoił go Trechevile.
- No dobrze - powiedział już spokojniejszym tonem Francois - Niech pan mówi, panie…
Teraz dopiero sobie przypomniał, że w ogóle nie spytał przybysza o jego nazwisko.
- Jak pan się nazywa? - zapytał, naprawiając swój błąd.
- Grusner. Hermann Grusner, wielmożny panie. Jestem już od dawna sługą pana ministra Colgena i znam pannę Luizę od dziecka - odpowiedział przybysz, kłaniając się mu z krzesła.
- A więc, drogi panie Grusner, można wiedzieć, co pan wie o pannie Colgen? - zapytał Trechevile.
- Bitte sehr - odpowiedział Grusner - No więc, panna Luiza Colgen jest zamknięta w swoim pokoju na cztery spusty. Ludzie pana ministra pilnują jej dzień i noc. Ale można ją stamtąd uwolnić.
- Jak?! - zapytał wyraźnie zainteresowany Francois.
Andre Trechevile patrzył na Grusnera nieco podejrzliwym wzrokiem. Wydawał mu się niezwykle dziwny ten spokój jego rozmówcy, który mówił, że zna Luizę od dziecka oraz dał do zrozumienia, że jest jej przyjacielem. A przecież, o ile Trechevile zna się na ludzkiej naturze, kiedy osoba bliska wpada w tarapaty, to wówczas przyjaciele się o nią niepokoją i są wyraźnie zdenerwowani. Grusner natomiast jest taki spokojny. Czyż nie powinien też wykazać się większą obawą o losy tej biednej dziewczyny? Skoro jest jej przyjacielem, czemu tak spokojnie mówi teraz o tym wszystkim? Przyjaciel zwykle wykazuje się znacznie większą troską, czego dowodem jest choćby zachowanie zakochanego w pannie Luizie Francois de Morce. Tymczasem ten Niemiec, choć podawał się za człowieka bliskiego Luizie, wyglądał na mało przejętego jej losem. Nie, to nie było dziwne. To było podejrzane. Dlatego też kapitan patrzył na Niemca z lekkim niepokojem.
- Widzą panowie, sytuacja wygląda tak - zaczął wyjaśniać Grusner - Fraulein Luiza jest trzymana w swoim pokoju. Mają z nią kontakt tylko nieliczni. Mogę się panom pochwalić, że też jestem zaliczany do tego grona. Pomyślałem sobie, że mogę pójść i powiedzieć, że mam polecenie zaprowadzić pannę Luizę na modły do kościoła. Zamiast wszak na mszę, przyprowadzę ją tutaj. Potem musicie panowie uciekać z nią gdzieś w bezpieczne miejsce. Rozumiecie, panowie?
- Rozumiemy! - odpowiedzieli chórem Francois i Trechevile.
- Jaką mamy jednak pewność, że jest pan tym, za kogo się podaje? - zapytał Trechevile patrząc na Grusner podejrzliwie.
- No cóż, niestety nie mam żadnego dowodu na potwierdzenie mojej tożsamość, Herr Trechevile - odpowiedział Hermann Grusner, najwyraźniej zmieszany pytaniem kapitana muszkieterów - Ale mogę was zapewnić o jednym. Tylko ja wiem, gdzie w obecnej chwili znajduje się Fraulein Luiza. Jeśli mnie nie zaufacie, to nie znajdziecie nikogo innego, kto cokolwiek wam powie o dziewczynie. Rozważcie to.
Rzeczywiście, słowa Grusnera zawierały w sobie jakąś prawdę, trudno było temu zaprzeczać. Ale mimo wszystko jakoś to wszystko nie pasowało Trechevile’owi. Zresztą, on zawsze był podejrzliwy, zwłaszcza wobec tzw. życzliwych ludzi, którzy w taki spontaniczny sposób ofiarowali mu swoją pomoc. Tacy właśnie „życzliwi” ludzi budzili w nim lęk połączony z ogromną nieufnością. Z doświadczenia kapitan muszkieterów wiedział, że ludzie są raczej niechętni do takiej bezinteresownej pomocy obcym. Poza tym nigdy nie wierzył we wzniosłość jakichkolwiek uczuć. Życie nauczyło go bycia ostrożnym, zwłaszcza w kontaktach z obcymi sobie ludźmi.
Nagle jego rozważanie przerwał jakiś rumor przy schodach. Obrócił się w tamtą stronę. To Raul zszedł właśnie na dół i nagle stanął jak wryty, potykając się o tylne stopnie schodów i wpadając na nie.
- Raul, co ci się stało? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha! - zawołał wesoło Francois patrząc w jego stronę.
- Tak jakby go zobaczył - odpowiedział mu jego przyjaciel, patrząc w stronę stolika.
Francois śmiał się z miny Raula, natomiast Trechevile zrozumiał, że coś jest nie tak. Podszedł do Charmentalla i zapytał:
- Co ci się stało? Czemu tak pobladłeś?
- Widzisz tego mężczyznę, który siedzi przy stoliku? - zapytał Raul, wskazując na Grusnera.
- Tego? To Hermann Grusner, sługa Colgena - wyjaśnił Trechevile - Mówi, że Luiza jest więziona w domu ministra, ale że można ją stamtąd wydobyć i on przybył tu właśnie po to, żeby nam w tym pomóc. Mówi też, iż jest sługą ministra i chce pomóc panience Luizie.
- No, co do tego pierwszego, że ten jegomość nazywa się Grusner i pracuje dla Colgena, to ja się zgodzę. Ale z tym drugim, że chce nam pomóc uwolnić Luizę, to już nie.
- A to czemu? - zapytał zdumiony kapitan.
- Widziałem już tego typka u hrabiny de Willer.
Nazwisko to mocno wstrząsnęło do tej chwili niezwykle spokojnym Trechevilem. Teraz przeraził się on nie na żarty.
- Hrabiny de Willer? Czy jesteś pewien tego, co mówisz? - zapytał nie wierząc własnym uszom.
- Jestem tego całkowicie pewien - wyjaśniał Raul - Byłem wtedy z wizytą u hrabiny de Willer i Luizy. Rozmawialiśmy, piliśmy czekoladę, aż tu nagle wchodzi ten pan i mówi, że chce teraz rozmawiać z hrabiną na osobności. Ona zaś przeprosiła nas, po czym wyszła do drugiego pokoju rozmawiać z nim. Nie wiem, o czym tam dyskutowali, ponieważ mówili po niemiecku (a ja niestety nie znam tego języka), ale jeśli ten gość ma zamiar nam pomóc, to ja jestem Hiszpanem. Przekonaliśmy się już na własnej skórze, że hrabinie de Willer nie można ufać. A skoro jej nie można ufać, to tym bardziej ludziom, którzy się z nią przyjaźnią. Ten zaś jegomość wyraźnie pozostawał z hrabiną w przyjaznych stosunkach, gdy go ostatni raz widziałem.
Trechevile spojrzał uważnie na Grusnera, który właśnie, wtrącając do rozmowy niemieckie słówka, opowiadał Francois o pannie Luizie i o tym, jak ciężko ona znosi swoją niedolę, jaka na nią teraz spadła.
- To co robimy? - zapytał Trechevile.
- Zawołaj tu Francois. Niech tu do nas przyjdzie. Obserwujmy razem przez chwilkę naszego nowego znajomego. Zobaczymy, co wówczas zrobi. Może rzeczywiście chce nam pomóc (w co jednak, szczerze mówiąc, mocno wątpię). Ale jeśli chce nas oszukać, to marny jego los.
- Francois! Pozwól na chwilkę! - zawołał młodego barona Trechevile.
Baron de Morce wstał z krzesła i podszedł do nich.
- O co chodzi? Przerywacie mi słuchanie opowieść o pannie Luizie - marudził młodzieniec, podchodząc do nich.
- To bardzo ważne. Porozmawiamy na górze, dobrze? - zapytał Raul.
- Dobrze, tylko prędko, Grusner ma pomysł, jak uratować Luizę. Ten pomysł jest genialny - mówił dalej podekscytowanym głosem Francois.
- Nie wątpię - mruknął złośliwie Trechevile.
Przyjaciele udali się razem do pokoju Raula, gdzie przez małą dziurkę w podłodze, jaką Raul wyciął nożem w desce, obserwowali Grusnera. To, co on zrobił, przeszło ich najśmielsze oczekiwanie. Zobaczyli, jak Niemiec otwiera butelkę wina, która stała na stole i dosypuje do niej czegoś, co na pewno nie było cukrem. Potem szybko zakorkował butelkę, a następnie postawił na stole, jak gdyby nigdy nic.
- Masz teraz tego swojego miłego pana Grusnera - mruknął złośliwym tonem Trechevile.
- Nie mogę w to uwierzyć - powiedział Francois patrząc na co, robił Niemiec - A wydawał się taki zacny i sympatyczny oraz uczciwy.
- Bo ci opowiadał o Luizie? To jeszcze żaden dowód, że jest uczciwy - powiedział kapitan z kpiną w głosie - Widocznie Colgen go przysłał, by nas tu wszystkich otruć.
- Ale za co?
- Za co, za co? Pytasz, jakbyś nie wiedział. Przecież to nasza czwórka przeszkodziła mu w intrydze mającej na celu doprowadzeniu do wojny francusko-hiszpańskiej, podczas której ten nędzny łotr chciał przeprowadzić zamach stanu i przejąć władzę. Rozumiesz?
- Ale skąd on wie, że mu w tym przeszkodziliśmy?
Trechevile zarumienił się lekko na twarzy, gdy Francois o to zapytał. On już dobrze wiedział, co było konsekwencją takiego obrotu spraw. Jego nocna wizyta w pokoju hrabiny de Willer, podczas której powiedział jej, iż z ich planów wyszły nici. Następnego dnia po tej rozmowie Paulina musiała powiedzieć o wszystkim swemu mocodawcy, ten zaś wysłał Grusnera, aby ich otruł. Kapitan wstydził się teraz swojej głupoty, która kazała mu pójść dwie noce temu do tej kobiety, ale z drugiej strony dzięki temu wreszcie coś się dzieje. Prócz tego nawet gdyby nie postąpił, to szanowny pan minister i tak by odkrył fakt, że jego intryga zawiodła. W końcu bywał w pałacu, a tam już praktycznie wszyscy opowiadali sobie piękną historię bohaterskiej wyprawy czterech szlachetnych muszkieterów. Mimo wszystko Trechevile czuł, że postąpił lekkomyślnie idąc wtedy do hrabiny, ale nie mógł tego powiedzieć swoim przyjaciołom, bo wówczas musiałby wyjaśnić, po co to zrobił, a przecież nie chciał nikomu ze swoich kompanów (poza Raulem, oczywiście) wyjaśnić, że hrabina de Willer to kobieta z jego opowieści, która rzekomo nie żyje.
- Pewnie Colgen dowiedział się o tym odwiedzając pałac królewski - odpowiedział kapitan muszkieterów - W końcu tam to już nie jest żadna tajemnica. Zresztą czy to ważne, skąd on o tym wie? Ważne, że wie. Jak więc już mówiłem, zanim mi przerwałeś swoim pytaniem, drogi Francois, teraz wszystko zaczyna się układać w logiczną całość. Ta napaść na karetę królowej, to zamieszanie z dokumentem, ten Niemiec, którego widziano kręcącego się w pobliżu archiwum królewskich dokumentów. Założę się, że to był właśnie on. Ilu bowiem niemieckich sekretarzy pracuje w Wersalu? Teraz wszystko jest dla mnie zrozumiałe.
Raul i Francois patrzyli uważnie na swego dowódcę, również powoli zaczynając wszystko rozumieć. Dotąd mieli oni pewne wątpliwości, czy ich podejrzenia są słuszne. Co prawda, Luiza poświadczyła te podejrzenia słowem honoru, ale też istniała możliwość, że Colgen o niczym nie wiedział i ktoś to robi wbrew jego woli, zaś panna Luiza tłumaczy sobie to wszystko, co się wokół niej dzieje, mrocznym planem swojego ojca. Ale teraz już nie było najmniejszych wątpliwości, że Colgen to wszystko uknuł i widocznie dalej knuje swoje niecne plany, skoro przysłał tu swego sekretarza.
- To co robimy? - zapytał Raul.
- Jak to, co? Nadziejemy go na szpadę i będzie po kłopocie - zawołał Francois, kładąc dłoń na rękojeści swojej broni.
- Uspokój się, mój narwany przyjacielu - uspokoił go kapitan Andre Trechevile, kładąc mu rękę na dłoni - Zrobimy to inaczej. Obudź Fryderyka. Będzie nam potrzebny. Miejcie w pogotowiu pistolety i szpady. Zapolujemy sobie na Niemca.
Po tych słowach uśmiechnął się w niezwykle szatański sposób, który nawet Raula i Francois przestraszył, choć bynajmniej nie należeli oni do ludzi strachliwych.
Francois jest gwałtowny, naiwny i w gorącej wodzie kąpany. Najpierw działa, potem myśli. Z kolei spokojny i opanowany Trechevile stanowi jego całkowite przeciwieństwo. Zupełnie jak d’Artagnan i Atos z powieści Dumasa. To było do przewidzenia, że podły Grusner próbuje ich oszukać, aby zdobyć ich zaufanie i dzięki temu móc się ich pozbyć. Całe szczęście, że Trechevile nie jest w ciemię bity, a Raul rozpoznał w tym podstępnym i zdradzieckim Niemcu wspólnika Pauliny.
OdpowiedzUsuń