środa, 7 lutego 2018

Rozdział 08

Rozdział VIII

W którym wyjaśnione jest, co tymczasem działo się z panami de Morce i de Saudier

Francois obudził się tego ranka z okropnym bólem głowy. Wczorajszej nocy wypił sobie trochę wina z Fryderykiem, dlatego teraz męczył go kac. Takie są zresztą zwykle skutki suto zakrapianej kolacji. Baron de Morce już kiedyś przeżywał podobne męki, wiedział więc, jak sobie radzić w takiej sytuacji. Zażądał zatem, aby oberżysta przyniósł mu szybko szklankę soku ze świeżo wyciśniętych cytryn i kieliszek rumu. Do tego miskę zimnej wody i ręcznik do robienia okładów. Polecił również, aby to samo karczmarz zaniósł do pokoju Fryderyka de Saudier wraz z czekoladą. Potem Francois wypił kieliszek znakomitego trunku, szklankę cudownego, kwaskowatego, chłodnego soku i położył się na łóżku z zimnym, mokrym okładem na głowie. Dodać należy, że w głowie biednego Francois huczało teraz oraz głośno szumiało. Nieszczęśnik czuł się tak, jakby ktoś założył tam kuźnię i pilnie wykonywał terminową pracę. Uczucie to zdecydowanie było nie do pozazdroszczenia.
O ile jednak Francois dopiero po pewnym czasie poczuł się nieco lepiej, to z Fryderykiem nie było tak źle. Wypił on o wiele mniej niż jego kompan, więc kac go ominął. Prócz tego rana postrzałowa goiła się całkiem dobrze. Mógł już wstawać i chodzić, lecz w ograniczonym zakresie. Lekarz jednak zapewnił go, że już wkrótce będzie mógł dosiąść konia. Czas mu się niesamowicie dłużył, lecz wiedział, że nie może nic na to poradzić. Dlatego zadowalał się jedynie rozmowami z Francois, który niedawno przyjechał do tej samej oberży. Niedługo przed nim zaś zjawił się tam również sam Andre Trechevile, który jakimś cudem ocalał z opresji, w jakiej przyjaciele go musieli zostawić. Kapitan przekazał mu (a później również i Francois) swoje polecenia. Obaj przyjaciele mieli tu czekać na niego i Raula, kiedy ten (oczywiście z drobną pomocą swego dowódcy) zakończy zadanie, po czym upewniwszy się, że z Fryderykiem wszystko w porządku, kapitan odjechał. Zarówno de Morce, jak i de Saudier bardzo chcieli z nim jechać, ale niestety Fryderyk nie był wcale w stanie tego dokonać z powodu rany, natomiast Francois został do niego posłany przez kapitana. Trechevile uważał, że nad chłopakiem należy czuwać dzień i noc, gdyż w każdej chwili jego stan mógł się pogorszyć, zatem lepiej, żeby miał on przy sobie przyjaciela, mogącego w razie potrzeby sprowadzić pomoc. Mądry kapitan obawiał się również tego, że ludzie ministra mogą dopaść Fryderyka i dobić go. Francois zgodził się z argumentami dowódcy i pozostał z przyjacielem w oberży.
Co prawda nic złego się nie wydarzyło i bandyci Colgena nie pojawili się, ale Francois uznał, że lepiej dmuchać na zimne i wciąż czuwał przy Fryderyku. Poza tym jest to już powszechnie wiadoma rzecz, że leczenie przebiega o wiele skuteczniej i przyjemniej, gdy człowiek znajduje się pod troskliwą pieczą przyjaciela, aniżeli tylko pod stanowczym okiem lekarza. Bowiem na to, czego lekarz zabroni, przyjaciel zezwoli - mowa tu rzecz jasna o takich atrakcjach jak wino i inne rozrywki.
Jedno tylko niepokoiło naszego pana de Morce. Mianowicie fakt, że lekarz, kiedy z nim rozmawiał o chorobie przyjaciela i operacji, jaką na nim musiał przeprowadzić, był dziwnie zaniepokojony. Miał taki wyraz twarzy, jakby coś okrywał. Coś niezmiernie ważnego, czego nie powinien ukrywać, ale do czego powiedzenia zmuszało go sumienie. Wyglądał tak samo, jak fryzjer króla Midasa, którego męczyła tajemnica królewskich oślich uszu. Co prawda pan baron nie podejrzewał przyjaciele o posiadanie takiego specyficznego narządu słuchu, lecz było to więcej niż pewne, że lekarz coś przed nim ukrywał. Cokolwiek to jednak było, nie puszczał pary z ust.
Francois, mimo początkowych niepokojów, ostatecznie postanowił się tym nie przejmować i spędzał wiele czasu w pokoju Fryderyka, pocieszał go oraz dodawał otuchy powtarzając wielokrotnie rady mądrego Trechevile’a. Młodzieńca szczególnie niepokoił los Raula, ponieważ ciągle się o niego wypytywał. Francois sam również przejawiał niepokój o Charmentalla, lecz nic na jego temat nie mógł powiedzieć. Nie miał pojęcia, co się działo z Raulem od momentu, gdy się z nim rozstał aresztowany przez straż miejską, pod absurdalnym zresztą zarzutem. Jak można było jego, barona de Morce posądzać o zabicie z zimną krwią w człowieka w wywołanej przez siebie burdzie? Oczywiście bardzo szybko sprawa się wyjaśniła, a on sam został uniewinniony i zwolniony, ale niestety stracił Raula z oczu. Przyjaciel bez niego podążył na miejsce spotkania spiskowców.
- Najgłupsze w tym wszystkim jest chyba to, że całe to oskarżenie było zmyślone od początku do końca - tłumaczył później Fryderykowi Francois - Podobno poraniłem w karczemnej bójce (którą to notabene sam miałem wywołać) jakiegoś szlachcica. Ponoć poraniłem go do tego stopnia, że aż go zabiłem. Tak więc mnie aresztowali do czasu wyjaśnienia tej sprawy. Ale na szczęście dzień po moim aresztowaniu w mieście zjawiła się moja rzekoma ofiara i wszystko zostało wyjaśnione. Natychmiast więc mnie wypuścili, a ja chciałem jechać do Raula, lecz po drodze spotkałem kapitana Trechevile’a, który to polecił mi opiekę nad tobą, sam zaś pognał, aby pomóc Raulowi. Mam wielką nadzieję, że jego obecność jakoś pomoże naszemu drogiemu Gaskończykowi.
- Ja również mam taką nadzieję - powiedział Fryderyk - Oby zdołał mu pomóc.
Obaj przyjaciele tak właśnie rozmawiali ze sobą poprzedniego dnia. Tego zaś nasi spotkali się w pokoju de Saudiera i zaczęli rozmowę na sprawy o wiele bardziej przyziemne.
- Jak tam się miewa nasz bohater? Nadal udajesz ciężko rannego? - zapytał Francois wchodząc do pokoju przyjaciela, gdy już jego głowę nie nękał uporczywy ból.
- Nie, skądże. Już mnie ta rola znudziła. Wolę bardziej udawać bożka. Przynajmniej ktoś będzie mi się kłaniał i oddawał cześć - odpowiedział Fryderyk uśmiechając się złośliwie do swego kompana.
- O! Widzę, że humor ci powrócił – zaśmiał się wesoło Francois, kiedy usłyszał słowa przyjaciela - A w sumie to chyba nawet zaostrzył. To bardzo dobrze. Wnoszę z tego, że wraca ci zdrowie, a kiedy wróci ci całkowicie, będziemy mogli dokończyć nasze zadanie.
- O ile dobrze pamiętam, to nasze zadanie mieli dokończyć Raul oraz nasz kochany kapitan.
- Owszem, ale póki co jeszcze ich nie ma. Więc istnieje możliwość, że polegli na polu chwały. Mam nadzieję, że tak nie jest, jednak gdyby nie daj Boże to miało okazać się prawdą, to myślę, iż w takim przypadku naszym obowiązkiem będzie dokończenie misji. Nie sądzisz, że mam rację?
- Myślę, że ją masz. Ale jednocześnie uważam, iż lepiej będzie, jeśli Raul i Andre dokończą zadanie bez naszego wsparcia. No i że w ogóle nie polegną na tym... jak ty to nazwałeś? A tak! Na polu chwały!
Francois de Morce usiadł na krześle niedaleko łóżka, w którym to spoczywał Fryderyk. Młodzieniec pomimo tego, iż czuł się lepiej, musiał wciąż jeszcze dużo leżeć i odpoczywać, przynajmniej przez jeszcze kilka dni. Tak więc obaj toczyli oni rozmowę na siedząco i leżąco.
- Przeszedł ci już kac? - zapytał po chwili Fryderyk.
- Owszem, jednak to, co się przez niego nacierpiałem, to moje - odparł Francois - Teraz już wiem, co czuł Zeus, gdy na świat przyszła Atena.
- Faktycznie. To sytuacja nie do pozazdroszczenia.
Przez chwilę obaj milczeli.
- Wiesz, co ci powiem, mój drogi Fryderyku? - zagadnął nagle swego kompana Francois.
- Nie. Nie wiem, co mi powiesz, mój drogi Francois - odpowiedział Fryderyk z uśmiechem na twarzy - A wiesz, dlaczego tego nie wiem?
- Nie, nie wiem. Dlaczego tego nie wiesz?
- Bo jeszcze tego nie powiedziałeś.
Francois parsknął śmiechem, słysząc takie dictum.
- Tobie to rzeczywiście humor się zaostrzył. Może częściej powinieneś dostawać kulkę, żeby potem umieć tak każdemu złośliwie odpowiedzieć? Już niedługo będziesz nie do pokonania w grach słownych.
Fryderyk lekko trącił go w ramię.
- Ale tak mówiąc zupełnie poważnie. Czy ty uważasz, że ja wróżbitą jakimś jestem, czy co? Niby skąd mam wiedzieć, co ty właśnie mi chcesz powiedzieć? Twoim zdaniem kto ja niby jestem? Pan wszystkowiedzący?
- Z tego co wiem, to nie. Ty jesteś pan „niewiele wiedzący”.
Fryderyk rzucił w niego poduszką. Francois złapał ją w locie i odrzucił do niego. De Saudier więc włożył ją sobie pod głowę i położył się.
- No więc, jak wspomniałem na początku rozmowy, chciałem ci coś powiedzieć. Coś, czego ty się nie możesz się nawet domyślić ani o tym nie wiesz, gdy o to pytam - mówił Fransois, nie zrażony czynem przyjaciela.
- A powinienem wiedzieć? - zapytał wesołym tonem Fryderyk.
- Niekoniecznie.
- Więc po co o to pytałeś?
- Mniejsza z tym. Chciałem ci powiedzieć, że jesteś w bardzo dobrej sytuacji.
- Dlaczegóż to? - zdumiał się de Saudier.
- Ponieważ leżysz tu sobie tak spokojnie i o nic się nie martwisz, wszyscy spełniają twoje życzenia i starają dogodzić. Jesteś rozpieszczany niczym małe dziecko - wyjaśnił przyjacielowi Francois.
Fryderyk parsknął śmiechem, gdy to usłyszał.
- I to cię tak nęci? Jak chcesz, mogę się z tobą zamienić.
- Dziękuję bardzo, ale raczej nie skorzystam. Wolę nie mieć ran od kuli. Po prostu zazdroszczę ci, że możesz sobie tak spokojnie odpoczywać, a inni muszą ci dogadzać. Choroby za to ci nie zazdroszczę.
- Pewnie, że nie zazdrościsz. W końcu nie ma czego zazdrościć.
Do pokoju wszedł oberżysta wnosząc tacę z zamówiony przez barona de Morce napojami. Postawił ją na stole, ukłonił się pokornie, życzył obu panom powrotu do zdrowia i wyszedł.
- No, nareszcie. Mamy teraz tutaj rum, kubek soku cytrynowego i dla wzmocnienia czekoladę. Bardzo dobrze. Marzę wręcz o soku z cytryny! A ty pewnie wolałbyś filiżankę gorącej czekolady? - zapytał przyjaciela baron de Morce.
- O, bardzo chętnie - odpowiedział de Saudier.
Francois nalał sobie kwaskowaty sok a Fryderykowi, podał filiżankę z czekoladą.
- Ile słodzisz? - zapytał.
- Wrzuć dwa kawałki cukru. Tylko niech będą duże - poprosił chory - Jestem na dobrej drodze do zejścia z tego świata, więc nie będę sobie odmawiał przyjemności, ani tym bardziej słodyczy.
- Słuszna postawa - powiedział Francois, po czym osłodził i zamieszał jego czekoladę.
- Ponieważ w naszym życiu ostatnio nie wydarzyło się nic godnego uwagi, więc zapytam cię, mój przyjacielu, czy może coś interesującego ci się przyśniło? - zapytał po chwili milczenia baron de Morce.
- A i owszem, ale same głupstwa, a tych nie można zaliczyć do rzeczy interesujących - odpowiedział wesoło Fryderyk.
- Raczej nie. Ale wiesz, czasem nawet głupstwo może być ciekawe. Ja na przykład mam często sny z kobietami. Nie będę ci zdradzał szczegółów, ale powiem ci jedno. To, co one w tych snach ze mną wyrabiają, to umm...! Powiadam ci! Naprawdę paluszki lizać.
- A co one niby w tych snach robią? - zapytał wyraźnie zainteresowany słowami przyjaciela Fryderyk.
- Niby kto?
- No jak to, kto? Te kobiety!
- Ach, one! No, chyba nie muszę ci tego tłumaczyć.
Patrząc na uśmiechniętą minę Francois, Fryderyk de Saudier stwierdził, że faktycznie nie powinien wypytywać o szczegóły, gdyż doskonale się ich domyślał.
- A wracając do snów, to co ci śniło ostatnio? - zapytał de Morce.
- Że jestem hermafrodytą - odpowiedział de Saudier z kpiną w głosie.
- Niby czym?
- Nie wiesz? To ten bohater z mitologii greckiej.
- Aha, już wiem! A raczej nie „ten”, tylko „ta”.
- No cóż, to zależy od punktu widzenia. On bowiem nie był do końca ani jednym ani drugim. A tobie, mój drogi Francois, to co się śniło?
- A mianowicie tej nocy, tak dla odmiany, zamiast kobiety, przyszedł do mnie bocian.
- Bocian? - zdziwił się Fryderyk.
Wydawało mu się, że jego przyjacielowi mogą się śnić różne dziwne rzeczy, ale na pewno nie bociany, te stworzenia dość niezwykłe, o których wielu ludzi, będących swego czasu w Afryce, lubiło opowiadać niekiedy wręcz historie nie z tej ziemi.
- A tak, bocian - odpowiedział mu Francois najzupełniej poważnie.
- I co on robił w tym śnie? Zapewne coś ci powiedział, prawda?
- Dlaczego tak myślisz?
- Ponieważ osoby, jakie widzimy we snach, prawie zawsze coś do nas mówią. Nawet, jeśli są mieszkańcami królestwa zwierząt.
- „Prawie”, mój drogi. Prawie zawsze, chłopcze, a to wielka różnica. Ale tym razem masz rację…
- Jak zawsze zresztą - zażartował sobie Fryderyk.
- Raczej jak rzadko - odpowiedział Francois złośliwym tonem i ciągnął dalej - No więc, ów bocian podszedł do mnie, bo leżałem wtedy w łóżku (zarówno w śnie, jak i na jawie) i słodziutkim głosem do mnie rzekł:
- Może byś się napił?
Francois otrząsnął się.
- Słucham? Nie, mylisz się. Bocian tak do mnie nie powiedział.
- Nie mówię, że ci tak bocian powiedział, tylko się pytam, czy byś się napił tego soku, którą trzymasz w ręku.
- Racja - odpowiedział Francois i wypił łyk soku cytrynowego - No więc, bocian powiedział mi…
- No, co ci powiedział, mój przyjacielu?
- „Za niespełna rok ojcem zostaniesz” - wyjaśnił Francois.
- No proszę, to niezwykłe - zażartował sobie Fryderyk słysząc słowa przyjaciela - Nasz pan de Morce widzi we śnie bociana i dowiaduje się, że będzie ojcem. Czyż to nie jest niezwykłe?
- Owszem, a ja natomiast powiedziałem mu…
- „Chcesz w dziób?”
Francois zdumiał się, kiedy to usłyszał. Zrobił nieco urażoną minę i spojrzał groźnie na przyjaciela.
- Mówiłeś do mnie?
- Nie, skądże znowu, przyjacielu. Ja się tak tylko głośno zastanawiam, czy tak odpowiedziałeś temu bocianowi - wyjaśnił Fryderyk.
- Jeśli cię to interesuje, to nie tak mu odpowiedziałem - rzekł Francois urażonym tonem.
- A co mu odpowiedziałeś?
- Mianowicie rzekłem mu tak: „Mój kochany bocianku. To co mówisz jest bardzo miłe, ale może tak łaskawie mi wyjaśnisz, kim będzie matula tego dziecka, które mi wywróżyłeś?”.
- To ciekawe - powiedział Fryderyk - A co on ci na to odpowiedział? Bo chyba coś ci odpowiedział.
- A gdzie tam odpowiedział. Obudziłem się, zanim zdążył cokolwiek wyklekotać. Próbowałem zasnąć dalej i usłyszeć odpowiedź, ale niestety już mi się nie udało.
- Zasnąć?
- Nie, znaleźć tego bociana i usłyszeć odpowiedź.
- Szkoda.
- Ano pewnie, że szkoda, bo chętnie bym się dowiedział, czy tą matką moich przyszłych dzieci będzie moja kochana Luiza.
- A, Luiza. No oczywiście, a jakaż inna miałaby być? - zakpił sobie de Saudier.
- Oczywiście, czy mogłaby być inna?
- Skoro nie mogłaby być inna, to po co pytasz?
- Dla pewności.
Nagle ta jakże miła rozmowa została przerwana, ponieważ do pokoju wszedł karczmarz i rzekł, że dwóch panów właśnie pragnie się widzieć z panami de Morce oraz de Saudier.
- A kim oni są? - zapytał Francois podejrzliwym tonem.
- Nie wiem, nie podali nazwisk.
- Wprowadź ich tutaj.
Karczmarz ukłonił się i już miał wykonać polecenie, gdy wtem okazało się, że owi jegomoście sami wkroczyli do pokoju.
- No, co tam, chłopcy? Wszystko w porządku? - zapytał jeden.
- A ty Fryderyk, nadal się wylegujesz w łóżku? - dodał drugi - Może byś tak łaskawie wstał i nas ugościł?
Francois i Fryderyk spojrzeli zdumieni na drzwi i po chwili wybuchli radosnym śmiechem.
Przybyszami okazali się Trechevile i Raul.

1 komentarz:

  1. Rozmowa, jaka wywiązała się pomiędzy Fryderykiem a Francoisem, była doprawdy zabawna. Ciekaw jestem, czy sen Francoisa o bocianie rzeczywiście okaże się wróżbą. Jeśli tak, to z całą pewnością matką tego dziecka zostanie Luiza, skoro Francois jest przekonany o tym, że nie mogłaby być nią żadna inna poza nią. Zaś całe to nieporozumienie, przez które został aresztowany, z całą pewnością zostało z góry ustalone, a jedynym celem tego całego incydentu było rozdzielenie go z Raulem. Na szczęście on doskonale poradził sobie sam z pewną pomocą Trechevile’a, któremu na szczęście udało się wyjść cało z opresji i zdążyć przybyć do miasta w samą porę, by dopomóc Raulowi w zdobyciu dokumentu.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...