Rozdział XXVII
Królewska wdzięczność
Królewska wdzięczność
Następnego dnia czwórka dzielnych muszkieterów szykowała się na spotkanie z królem i królową Francji, którzy to mieli osobiście im wręczyć medale za bohaterstwo. A także wręczyć inne nagrody. Pojawił się jednak pewien problem natury jakże osobistej, choć niezmiernie przez to ważnej. Raul w nocy zniszczył mundur Francesci i dziewczyna nie mogła przybyć na dwór przebrana za Fryderyka. Na całe szczęście jednak okazało się to niepotrzebne. Królowa bowiem, od samego początku wtajemniczona w całą sprawę, teraz wyjawiła wszystko swojemu małżonkowi, który ubawiony intrygą kazał pannie de Villervie stawić się przed swoim obliczem w swej prawdziwej postaci. Dziewczyna, po upojnej nocy spędzonej z ukochanym, owinięta narzutą przekradła się do swego pokoju w oberży „Pod Złamaną Szpadą”, aby przebrać się w zapasowy mundur. Znalazła jednak tam suknię uszytą wedle najnowszej mody. Nie musimy dodawać, że strój ten wysłała jej przez umyślnego posłańca pani Helena. Do sukni była dołączona karta z wyjaśnieniami. Francesca odetchnęła z ulgą, że już nie będzie ona musiała udawać kogoś, kim nie jest. Prócz tego ucieszyła się bardzo i przebrała. W nowej, pięknej oraz bardzo modnej sukni udała się do pokoju Raula, który właśnie kończył zakładać mundur. Objęła go wówczas mocno i pocałowała. Charmentall uśmiechnął się do niej.
- Dzisiaj idziemy do Wersalu - powiedział młodzieniec.
- Wiem o tym - odpowiedziała mu jego ukochana.
- Ale w co ty się, biedaczko, ubierzesz? Przecież nie możesz pójść do króla i królowej jako kobieta.
- Ależ mogę, mój ty głuptasie - zaśmiała się Francesca.
Raul nie posiadał się ze zdumienia, gdy to usłyszał.
- Jakże to?
Dziewczyna w ramach wyjaśnień dała mu do przeczytania liścik od Heleny de Saudier. Muszkieter, po zapoznaniu się z lekturą owego pisma, cały rozpromieniał i pocałował ukochaną w usta.
- A więc król i królowa o wszystkim wiedzą. To więc oznacza koniec twojej maskarady.
- Nie inaczej. I koniec noszenia spodni. Tym lepiej. Jakoś nigdy ich nie lubiłam. Nigdy też nie czułam się prawdziwym mężczyzną.
- Mam nadzieję, że nigdy też nie będziesz się nim czuć. Ostatecznie w sukni wyglądasz o wiele cudowniej.
- Kłamczuch z ciebie. Przecież doskonale wiem, że najbardziej ci się podobam naga.
To mówiąc Francesca znacząco mrugnęła jednym okiem. Młodzieniec zaśmiał się delikatnie, po czym z śmiałością godną każdego Gaskończyka odrzekł:
- Nie będę zaprzeczał.
Zakochani zeszli na dół, gdzie przywitali ich Trechevile i Francois. Ten drugi nie był zdziwiony obecnością damy u boku przyjaciela, gdyż kapitan muszkieterów zdążył mu już wyjaśnić całą sytuację. Dlatego teraz radośnie życzył on szczęścia im obojgu. Jego radość była tym większa, że Trechevile poprzez gołębie pocztowe powiadomił wiernego Gerwazego o pomyślnym zakończeniu walki z Colgenem i kazał przywieść Luizę do Wersalu. Droga była dość daleka, ale wyruszając natychmiast po otrzymaniu informacji, powozem zaprzężonym w bardzo szybkie konie, można było zdążyć na czas, zwłaszcza jeśli dużo wcześniej wysłało się gołębia z listem. Zresztą ceremonia wręczenia nagród dla czterech dzielnych muszkieterów została wyznaczona na godziny popołudniowe, więc było dość czasu, aby zdążyć. I tak też się stało.
***
W Wersalu już wszyscy czekali przybycia naszych bohaterów. Na placu zebrali się mieszkańcy pałacu królewskiego. Gwardia muszkieterów odzianych w galowe mundury stanęła przed nimi na baczność, ustawiając muszkiety ku górze, co miało być symbolem szacunku dla całej czwórki narodowych bohaterów. Czterej uczestnicy wielu niesamowitych przygód (które były tu opisane) patrzyli na to niezwykle wzruszeni. Do tego jeszcze wjechała na dziedziniec kareta z herbem rodu Trechevile. Kapitan spojrzał wówczas na słońce.
- W ostatniej chwili - zaśmiał się wesoło.
Kareta zatrzymała się i wysiadł z niej Gerwazy, po czym podał on dłoń Luizie, która wyskoczyła z niej i radośnie piszcząc wskoczyła w ramiona Francois, ten zaś podniósł ją w górę, wesoło okręcił i pocałował czule jej usta. Luiza na chwilkę jeszcze wysunęła się z ramion ukochanego, by rzucić się na szyję Raulowi.
- Raul! Mój najdroższy braciszku! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wreszcie cię mogę śmiało tak nazywać.
Charmentall popatrzył jej wzruszony prosto w oczy.
- Luiza! Moja malutka siostrzyczka. Moja maleńka. Tak bardzo za tobą tęskniłem. Całe dwadzieścia lat. Pomyśl tylko, moja kochana siostrzyczko.Straciliśmy długie dwadzieścia lat ze swego życia.
- Wiem o tym, braciszku. Lecz teraz wszystko zostanie naprawione. Nadrobimy stracone lata i wszystko będzie takie, jak kiedyś. A może nawet jeszcze lepiej.
- To prawda, siostrzyczko. Nasi rodzice zostali pomszczeni. Zemsta się dokonała. Nic już nie stoi nad nami rzucając na nas mroczny cień. Koniec poszukiwań. Koniec trosk. Nareszcie nasza rodzina jest w komplecie.
Luiza uśmiechnęła się i spojrzała na Francois.
- Zgadza się. A jeśli wszystko dobrze pójdzie, to ona się powiększy. Prawda, panie de Morce?
To mówiąc dziewczyna zaśmiała się zalotnie. Francois jedynie uchylił przed nią kapelusza i odpowiedział jej czarującym męskim uśmiechem. Luizie jednak to wystarczyło, ponieważ wciąż była radośnie uśmiechnięta, po czym spojrzała na Francescę w sposób podobny, co na ukochanego. Ta jedynie zaśmiała się i mrugnęła do niej porozumiewawczo.
- No cóż.... Nim jednak nasza rodzina się powiększy czeka nas ostatni obowiązek do spełnienia - rzekł Raul uroczystym tonem - Audiencja u Jego Wysokości króla Francji.
- A zatem spieszmy się, moi przyjaciele! - zawołał wesoło Francois de Morce - Ruszajmy, bo inaczej jeszcze się spóźnimy. A tego przecież nie chcemy.
- Słuszna uwaga - dodał Andre Trechevile, podchodząc do nich - Poza tym królowi nie każe się czekać.
Trzej panowie poprawili szybko kapelusze na swoich głowach i ruszyli przodem do środka pałacu, natomiast obie panie spojrzały na siebie wesoło, pokiwały porozumiewawczo głowami i ruszyły za nimi.
***
W sali audiencyjnej było już wszystko przygotowane na przyjęcie bohaterskich obrońców królewskiej pary. Dworzanie Jego Królewskiej Mości czekali uśmiechnięci i patrzyli z podziwem na bohaterskich żołnierzy króla jegomości, mając po cichu nadzieję, że w chwili próby każdy z nich okaże się równie bohaterski i odważny, co ci skromni, bojowi i szlachetni muszkieterowie. Kilku lokajów stało z boku sali trzymając na poduszkach cztery złote medale, którymi były Ordery Św. Michała. Francois, łasy na wszelkie dobra doczesne, spojrzał na nie z błyskiem w oku.
Raul, Francois oraz Trechevile podeszli do tronów, na których siedzieli król i królowa, po czym zdjęli kapelusze i uklękli na jedno kolano. Król zaś powstał i spojrzał na nich z uśmiechem. Królowa zrobiła chwilę później to samo. Oczywiście ich wzrok utkwił na dwóch paniach stojących nieco w tyle za trzema dzielnymi muszkieterami. Ich łaska królewska również nie mogła obejść, a w każdym razie na pewno nie tej dzielnej panny, która w męskim przebraniu służyła królewskiej parze równie odważnie i wiernie co jej trzej koledzy właśnie klęczący przed królewskim majestatem.
- Moi panowie.... Wczorajszego dnia i dwie noce temu przysłużyliście się naszej ukochanej Francji bardziej niż ktokolwiek z waszej formacji - rzekł król uroczystym tonem - Francja jest z was naprawdę dumna.
- I nie tylko Francja - dodała z uśmiechem na twarzy królowa - My również jesteśmy dumni.
- Właśnie - zgodził się Ludwik XV i kontynuował swoją przemowę - Chcemy wam powiedzieć, że gdyby wszyscy nasi poddani byli aż takimi patriotami jak wy, to żaden nieprzyjaciel nie stanowiłby dla nas zagrożenia. Zawdzięczamy wam tak wiele, a tak niewiele możemy w zamian uczynić, albowiem żadna nagroda nie wynagrodzi wam dostatecznie krwi przelanej w obronie naszej godności, tronu i wolności. Ale co możemy, to dajemy. Te ordery już dawno się wam należały, dlatego też przyznajemy je wam jako nagrodę za dawne zasługi. Za obecne zaś otrzymacie wynagrodzenie już za chwilę. Najpierw jednak wręczymy wam spóźnione Ordery Św. Michała, które są najwyższym wojskowym odznaczeniem naszego kraju. Noście je z godnością i honorem.
To mówiąc skinął palcem na lokajów, którzy trzymali na poduszkach złote medale. Podeszli oni do władcy i uklękli przed nim. Król zaś osobiście wziął każdy z nich, po czym zawiesił go na szyi każdego z całej trójki muszkieterów. Następnie spojrzał na Francescę i uśmiechnął się do niej.
- Panno de Villervie, proszę podejść. Jeden order jest dla ciebie.
Francesca nieco onieśmielona tym wszystkim podeszła i dygnęła przed Jego Królewską Mością. Zaś władca Francji zawiesił jej na szyi medal. Po tej czynności Ludwik XV podszedł do Marii Leszczyńskiej i ujął ją za dłoń.
- Teraz czas na nagrody za obecne zasługi - powiedział król Francji uroczystym tonem.
Następnie spojrzał na dowódcę swoich muszkieterów.
- Kapitanie Andre Trechevile, służy pan nam wiernie od wielu już lat. Ostatnie piętnaście lat odsłużył pan w wojsku jako kapitan, dokonując wielu bohaterskich czynów w walce z wrogami naszymi i naszego kraju. Od dawna zasłużył pan na awans. Ma pan prawdziwe predyspozycje, aby zostać generałem. Dlatego też mianujemy cię... pułkownikiem...
Król uśmiechnął się niczym małe dziecko przyłapane na figlu i szybko dokończył swoją wypowiedź.
- Mianujemy cię pułkownikiem, panie Trechevile, gdyż jako generał nie mógłbyś spędzać z nami tyle czasu i musiałbyś stale włóczyć się po koszarach oraz frontach całej Europy, a tego wszak nie chcemy. Dlatego też ofiarujemy panu stopień pułkownika, a także tytuł księcia de Trechevile. Ponieważ jednak, jak słyszałem, wiele wsi i miast niegdyś należących do waszego rodu, zostało straconych przez długi twego brata, to niniejszym przywracamy je panu i dołączamy do pańskich ziem. Gratulujemy, książę de Trechevile.
- Dziękuje, Wasza Wysokość - odpowiedział Trechevile kłaniając się grzecznie królowi.
Władca Francji zwrócił teraz spojrzenie na Raula.
- Raulu Charmentall. Jesteś porucznikiem muszkieterów oraz ubogim szlachcicem. Nie posiadasz żadnego majątku ziemskiego. Dlatego też, za twoje zasługi dla nas, mianujemy cię kapitanem królewskich muszkieterów i nadajemy tytuł hrabiego, a także oświadczamy, że odtąd wszystkie ziemie, należące wcześniej do tego nędznego zdrajcy Colgena, przekazujemy niniejszym jako dziedziczne dobro dla ciebie i całej twojej rodziny po wsze czasy. Gratulujemy, panie hrabio de Charmentall.
- Dziękuję, Wasza Królewska Mość - odpowiedział Raul, kłaniając się królowi.
Król spojrzał teraz na Francois.
- Baronie Francois de Morce, namiestniku królewskich muszkieterów. Kapitanem właśnie mianowaliśmy pana hrabiego Charmentall. Potrzebuje on jednak swojego zastępcy. O ile nas pamięć nie myli, pan Raul, hrabia de Charmentall nie miał nigdy wierniejszego druha od pana. Zatem to właśnie pana mianujemy porucznikiem królewskich muszkieterów. Pański ojciec z barona staje się od tej chwili hrabią. Zaś pan, panie poruczniku, wicehrabią de Morce. Gratulujemy, wicehrabio.
- Dziękuję, Wasza Wysokość - odpowiedział Francois i podobnie jak jego przyjaciele ukłonił się królowi.
Król spojrzał teraz na Francescę.
- Panno de Villervie. Nie wiem, jak mogę was wynagrodzić za wasze bohaterskie czyny. Nie przewidzieliśmy bowiem, iż jeden z naszych jakże dzielnych muszkieterów okaże się być kobietą. Dlatego nie wiemy, w jaki sposób możemy was należycie uhonorować.
Trechevile zrobił krok w stronę króla.
- Proszę mi wybaczyć śmiałość, Wasza Królewska Mość...
Ludwik XV uśmiechnął się przyjaźnie.
- Nie krępujcie się, Mości Książę. Mówcie śmiało.
Trechevile pochylił lekko głowę na znak szacunku przed królem, po czym powiedział to, co zamierzał powiedzieć:
- Znam tę młodą damę nie od dziś i wiem, że jedynym jej pragnieniem jest poślubić tego oto, obecnego tutaj, kapitana królewskich muszkieterów, hrabiego Raula de Charmentall.
Król uśmiechnął się delikatnie, podobnie jak i królowa, po czym skierował spojrzenie swe na Francescę.
- Czy to prawda?
- Tak, Wasza Wysokość - odpowiedziała Francesca, kłaniając się.
Ludwik XV ponownie się uśmiechnął.
- A zatem uczynimy zadość waszej prośbie i polecamy, abyście się pobrali w ciągu najbliższych dni. Obiecujemy również sfinansować wasz ślub, o ile oczywiście zechcecie na nas ten ślub zaprosić.
Raul i Francesca jedynie zaśmiali się wesoło i pochylili lekko głowami na znak, że nawet nie marzyli o tak wielkim zaszczycie i z wielką radością ujrzą Ich Królewskie Moście na tak ważnej uroczystości. Trechevile zaś uśmiechnął się ponownie i powiedział:
- Czy wolno jeszcze coś powiedzieć, Wasza Wysokość?
- Ależ naturalnie - odpowiedział król - Mówcie śmiało, Mości Książę. Mówcie śmiało.
Trechevile dał wówczas Raulowi znak, którzy wziął za rękę Luizę i podprowadził ją nieco bliżej królewskiego tronu.
- Pozwolę sobie przedstawić Waszym Królewskim Mościom - mówił dalej świeżo upieczono książę - Oto panna Luiza Colgen, córka śp. ministra Colgena.
- Wiemy o tym. Znamy ją - odparła Maria Leszczyńska.
- Owszem, ale Wasza Wysokość, oto kolejna niespodzianka - dodał Trechevile z uśmiechem - Panna Luiza Colgen to w rzeczywistości panna Izabella Charmentall, siostra pana hrabiego de Charmentall, którą Colgen i jego nędzni słudzy porwali, gdy była dzieckiem. Teraz oto, ta cudownie odnaleziona panna, prosi zarówno w imieniu pana wicehrabiego de Morce oraz swojego brata, jak również swoim własnym, żeby mogła wyjść za mąż za świeżo mianowanego porucznika królewskich muszkieterów.
Król i królowa spojrzeli na siebie, a potem na zakochanych, po czym oboje zaczęli się wesoło śmiać.
- Doskonale - powiedziała Maria Leszczyńska klaszcząc w dłonie - Sfinansujemy zatem dwa wesela na raz.
- I w obu weźmiemy udział - dodał radośnie Ludwik XV.
- Będzie to dla nas wielki zaszczyt, Wasza Królewska Mość - odparł Francois, przytulając do siebie Luizę.
Ludwik XV spojrzał jeszcze raz na swoich najwierniejszych i zarazem najbardziej oddanych muszkieterów.
- My zaś ze swojej strony życzymy wam wiele szczęścia na nowej drodze życia, którą właśnie rozpoczynacie - rzekł uroczystym tonem.
- I niechaj dobry Bóg będzie z wami - dodała królowa spoglądając z uśmiechem na Francescę i Luizę.
Audiencja była skończona, więc trzej bohaterscy żołnierze oraz dwie towarzyszące im panie opuściły salę audiencyjną. Wyszli razem na plac przed Wersalem śmiejąc się wesoło.
Francois tymczasem oglądał swój złoty order.
- Przyjacielu, jak sądzisz - zapytał księcia Andre de Trechevile’a - Czy to rzeczywiście jest szczere złoto?
Trechevile przyjrzał się medalowi i zaśmiał się lekko.
- Wiesz co, przyjacielu? Zdziwiłbym się, gdyby tak było.
- Dzisiaj idziemy do Wersalu - powiedział młodzieniec.
- Wiem o tym - odpowiedziała mu jego ukochana.
- Ale w co ty się, biedaczko, ubierzesz? Przecież nie możesz pójść do króla i królowej jako kobieta.
- Ależ mogę, mój ty głuptasie - zaśmiała się Francesca.
Raul nie posiadał się ze zdumienia, gdy to usłyszał.
- Jakże to?
Dziewczyna w ramach wyjaśnień dała mu do przeczytania liścik od Heleny de Saudier. Muszkieter, po zapoznaniu się z lekturą owego pisma, cały rozpromieniał i pocałował ukochaną w usta.
- A więc król i królowa o wszystkim wiedzą. To więc oznacza koniec twojej maskarady.
- Nie inaczej. I koniec noszenia spodni. Tym lepiej. Jakoś nigdy ich nie lubiłam. Nigdy też nie czułam się prawdziwym mężczyzną.
- Mam nadzieję, że nigdy też nie będziesz się nim czuć. Ostatecznie w sukni wyglądasz o wiele cudowniej.
- Kłamczuch z ciebie. Przecież doskonale wiem, że najbardziej ci się podobam naga.
To mówiąc Francesca znacząco mrugnęła jednym okiem. Młodzieniec zaśmiał się delikatnie, po czym z śmiałością godną każdego Gaskończyka odrzekł:
- Nie będę zaprzeczał.
Zakochani zeszli na dół, gdzie przywitali ich Trechevile i Francois. Ten drugi nie był zdziwiony obecnością damy u boku przyjaciela, gdyż kapitan muszkieterów zdążył mu już wyjaśnić całą sytuację. Dlatego teraz radośnie życzył on szczęścia im obojgu. Jego radość była tym większa, że Trechevile poprzez gołębie pocztowe powiadomił wiernego Gerwazego o pomyślnym zakończeniu walki z Colgenem i kazał przywieść Luizę do Wersalu. Droga była dość daleka, ale wyruszając natychmiast po otrzymaniu informacji, powozem zaprzężonym w bardzo szybkie konie, można było zdążyć na czas, zwłaszcza jeśli dużo wcześniej wysłało się gołębia z listem. Zresztą ceremonia wręczenia nagród dla czterech dzielnych muszkieterów została wyznaczona na godziny popołudniowe, więc było dość czasu, aby zdążyć. I tak też się stało.
***
W Wersalu już wszyscy czekali przybycia naszych bohaterów. Na placu zebrali się mieszkańcy pałacu królewskiego. Gwardia muszkieterów odzianych w galowe mundury stanęła przed nimi na baczność, ustawiając muszkiety ku górze, co miało być symbolem szacunku dla całej czwórki narodowych bohaterów. Czterej uczestnicy wielu niesamowitych przygód (które były tu opisane) patrzyli na to niezwykle wzruszeni. Do tego jeszcze wjechała na dziedziniec kareta z herbem rodu Trechevile. Kapitan spojrzał wówczas na słońce.
- W ostatniej chwili - zaśmiał się wesoło.
Kareta zatrzymała się i wysiadł z niej Gerwazy, po czym podał on dłoń Luizie, która wyskoczyła z niej i radośnie piszcząc wskoczyła w ramiona Francois, ten zaś podniósł ją w górę, wesoło okręcił i pocałował czule jej usta. Luiza na chwilkę jeszcze wysunęła się z ramion ukochanego, by rzucić się na szyję Raulowi.
- Raul! Mój najdroższy braciszku! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że wreszcie cię mogę śmiało tak nazywać.
Charmentall popatrzył jej wzruszony prosto w oczy.
- Luiza! Moja malutka siostrzyczka. Moja maleńka. Tak bardzo za tobą tęskniłem. Całe dwadzieścia lat. Pomyśl tylko, moja kochana siostrzyczko.Straciliśmy długie dwadzieścia lat ze swego życia.
- Wiem o tym, braciszku. Lecz teraz wszystko zostanie naprawione. Nadrobimy stracone lata i wszystko będzie takie, jak kiedyś. A może nawet jeszcze lepiej.
- To prawda, siostrzyczko. Nasi rodzice zostali pomszczeni. Zemsta się dokonała. Nic już nie stoi nad nami rzucając na nas mroczny cień. Koniec poszukiwań. Koniec trosk. Nareszcie nasza rodzina jest w komplecie.
Luiza uśmiechnęła się i spojrzała na Francois.
- Zgadza się. A jeśli wszystko dobrze pójdzie, to ona się powiększy. Prawda, panie de Morce?
To mówiąc dziewczyna zaśmiała się zalotnie. Francois jedynie uchylił przed nią kapelusza i odpowiedział jej czarującym męskim uśmiechem. Luizie jednak to wystarczyło, ponieważ wciąż była radośnie uśmiechnięta, po czym spojrzała na Francescę w sposób podobny, co na ukochanego. Ta jedynie zaśmiała się i mrugnęła do niej porozumiewawczo.
- No cóż.... Nim jednak nasza rodzina się powiększy czeka nas ostatni obowiązek do spełnienia - rzekł Raul uroczystym tonem - Audiencja u Jego Wysokości króla Francji.
- A zatem spieszmy się, moi przyjaciele! - zawołał wesoło Francois de Morce - Ruszajmy, bo inaczej jeszcze się spóźnimy. A tego przecież nie chcemy.
- Słuszna uwaga - dodał Andre Trechevile, podchodząc do nich - Poza tym królowi nie każe się czekać.
Trzej panowie poprawili szybko kapelusze na swoich głowach i ruszyli przodem do środka pałacu, natomiast obie panie spojrzały na siebie wesoło, pokiwały porozumiewawczo głowami i ruszyły za nimi.
***
W sali audiencyjnej było już wszystko przygotowane na przyjęcie bohaterskich obrońców królewskiej pary. Dworzanie Jego Królewskiej Mości czekali uśmiechnięci i patrzyli z podziwem na bohaterskich żołnierzy króla jegomości, mając po cichu nadzieję, że w chwili próby każdy z nich okaże się równie bohaterski i odważny, co ci skromni, bojowi i szlachetni muszkieterowie. Kilku lokajów stało z boku sali trzymając na poduszkach cztery złote medale, którymi były Ordery Św. Michała. Francois, łasy na wszelkie dobra doczesne, spojrzał na nie z błyskiem w oku.
Raul, Francois oraz Trechevile podeszli do tronów, na których siedzieli król i królowa, po czym zdjęli kapelusze i uklękli na jedno kolano. Król zaś powstał i spojrzał na nich z uśmiechem. Królowa zrobiła chwilę później to samo. Oczywiście ich wzrok utkwił na dwóch paniach stojących nieco w tyle za trzema dzielnymi muszkieterami. Ich łaska królewska również nie mogła obejść, a w każdym razie na pewno nie tej dzielnej panny, która w męskim przebraniu służyła królewskiej parze równie odważnie i wiernie co jej trzej koledzy właśnie klęczący przed królewskim majestatem.
- Moi panowie.... Wczorajszego dnia i dwie noce temu przysłużyliście się naszej ukochanej Francji bardziej niż ktokolwiek z waszej formacji - rzekł król uroczystym tonem - Francja jest z was naprawdę dumna.
- I nie tylko Francja - dodała z uśmiechem na twarzy królowa - My również jesteśmy dumni.
- Właśnie - zgodził się Ludwik XV i kontynuował swoją przemowę - Chcemy wam powiedzieć, że gdyby wszyscy nasi poddani byli aż takimi patriotami jak wy, to żaden nieprzyjaciel nie stanowiłby dla nas zagrożenia. Zawdzięczamy wam tak wiele, a tak niewiele możemy w zamian uczynić, albowiem żadna nagroda nie wynagrodzi wam dostatecznie krwi przelanej w obronie naszej godności, tronu i wolności. Ale co możemy, to dajemy. Te ordery już dawno się wam należały, dlatego też przyznajemy je wam jako nagrodę za dawne zasługi. Za obecne zaś otrzymacie wynagrodzenie już za chwilę. Najpierw jednak wręczymy wam spóźnione Ordery Św. Michała, które są najwyższym wojskowym odznaczeniem naszego kraju. Noście je z godnością i honorem.
To mówiąc skinął palcem na lokajów, którzy trzymali na poduszkach złote medale. Podeszli oni do władcy i uklękli przed nim. Król zaś osobiście wziął każdy z nich, po czym zawiesił go na szyi każdego z całej trójki muszkieterów. Następnie spojrzał na Francescę i uśmiechnął się do niej.
- Panno de Villervie, proszę podejść. Jeden order jest dla ciebie.
Francesca nieco onieśmielona tym wszystkim podeszła i dygnęła przed Jego Królewską Mością. Zaś władca Francji zawiesił jej na szyi medal. Po tej czynności Ludwik XV podszedł do Marii Leszczyńskiej i ujął ją za dłoń.
- Teraz czas na nagrody za obecne zasługi - powiedział król Francji uroczystym tonem.
Następnie spojrzał na dowódcę swoich muszkieterów.
- Kapitanie Andre Trechevile, służy pan nam wiernie od wielu już lat. Ostatnie piętnaście lat odsłużył pan w wojsku jako kapitan, dokonując wielu bohaterskich czynów w walce z wrogami naszymi i naszego kraju. Od dawna zasłużył pan na awans. Ma pan prawdziwe predyspozycje, aby zostać generałem. Dlatego też mianujemy cię... pułkownikiem...
Król uśmiechnął się niczym małe dziecko przyłapane na figlu i szybko dokończył swoją wypowiedź.
- Mianujemy cię pułkownikiem, panie Trechevile, gdyż jako generał nie mógłbyś spędzać z nami tyle czasu i musiałbyś stale włóczyć się po koszarach oraz frontach całej Europy, a tego wszak nie chcemy. Dlatego też ofiarujemy panu stopień pułkownika, a także tytuł księcia de Trechevile. Ponieważ jednak, jak słyszałem, wiele wsi i miast niegdyś należących do waszego rodu, zostało straconych przez długi twego brata, to niniejszym przywracamy je panu i dołączamy do pańskich ziem. Gratulujemy, książę de Trechevile.
- Dziękuje, Wasza Wysokość - odpowiedział Trechevile kłaniając się grzecznie królowi.
Władca Francji zwrócił teraz spojrzenie na Raula.
- Raulu Charmentall. Jesteś porucznikiem muszkieterów oraz ubogim szlachcicem. Nie posiadasz żadnego majątku ziemskiego. Dlatego też, za twoje zasługi dla nas, mianujemy cię kapitanem królewskich muszkieterów i nadajemy tytuł hrabiego, a także oświadczamy, że odtąd wszystkie ziemie, należące wcześniej do tego nędznego zdrajcy Colgena, przekazujemy niniejszym jako dziedziczne dobro dla ciebie i całej twojej rodziny po wsze czasy. Gratulujemy, panie hrabio de Charmentall.
- Dziękuję, Wasza Królewska Mość - odpowiedział Raul, kłaniając się królowi.
Król spojrzał teraz na Francois.
- Baronie Francois de Morce, namiestniku królewskich muszkieterów. Kapitanem właśnie mianowaliśmy pana hrabiego Charmentall. Potrzebuje on jednak swojego zastępcy. O ile nas pamięć nie myli, pan Raul, hrabia de Charmentall nie miał nigdy wierniejszego druha od pana. Zatem to właśnie pana mianujemy porucznikiem królewskich muszkieterów. Pański ojciec z barona staje się od tej chwili hrabią. Zaś pan, panie poruczniku, wicehrabią de Morce. Gratulujemy, wicehrabio.
- Dziękuję, Wasza Wysokość - odpowiedział Francois i podobnie jak jego przyjaciele ukłonił się królowi.
Król spojrzał teraz na Francescę.
- Panno de Villervie. Nie wiem, jak mogę was wynagrodzić za wasze bohaterskie czyny. Nie przewidzieliśmy bowiem, iż jeden z naszych jakże dzielnych muszkieterów okaże się być kobietą. Dlatego nie wiemy, w jaki sposób możemy was należycie uhonorować.
Trechevile zrobił krok w stronę króla.
- Proszę mi wybaczyć śmiałość, Wasza Królewska Mość...
Ludwik XV uśmiechnął się przyjaźnie.
- Nie krępujcie się, Mości Książę. Mówcie śmiało.
Trechevile pochylił lekko głowę na znak szacunku przed królem, po czym powiedział to, co zamierzał powiedzieć:
- Znam tę młodą damę nie od dziś i wiem, że jedynym jej pragnieniem jest poślubić tego oto, obecnego tutaj, kapitana królewskich muszkieterów, hrabiego Raula de Charmentall.
Król uśmiechnął się delikatnie, podobnie jak i królowa, po czym skierował spojrzenie swe na Francescę.
- Czy to prawda?
- Tak, Wasza Wysokość - odpowiedziała Francesca, kłaniając się.
Ludwik XV ponownie się uśmiechnął.
- A zatem uczynimy zadość waszej prośbie i polecamy, abyście się pobrali w ciągu najbliższych dni. Obiecujemy również sfinansować wasz ślub, o ile oczywiście zechcecie na nas ten ślub zaprosić.
Raul i Francesca jedynie zaśmiali się wesoło i pochylili lekko głowami na znak, że nawet nie marzyli o tak wielkim zaszczycie i z wielką radością ujrzą Ich Królewskie Moście na tak ważnej uroczystości. Trechevile zaś uśmiechnął się ponownie i powiedział:
- Czy wolno jeszcze coś powiedzieć, Wasza Wysokość?
- Ależ naturalnie - odpowiedział król - Mówcie śmiało, Mości Książę. Mówcie śmiało.
Trechevile dał wówczas Raulowi znak, którzy wziął za rękę Luizę i podprowadził ją nieco bliżej królewskiego tronu.
- Pozwolę sobie przedstawić Waszym Królewskim Mościom - mówił dalej świeżo upieczono książę - Oto panna Luiza Colgen, córka śp. ministra Colgena.
- Wiemy o tym. Znamy ją - odparła Maria Leszczyńska.
- Owszem, ale Wasza Wysokość, oto kolejna niespodzianka - dodał Trechevile z uśmiechem - Panna Luiza Colgen to w rzeczywistości panna Izabella Charmentall, siostra pana hrabiego de Charmentall, którą Colgen i jego nędzni słudzy porwali, gdy była dzieckiem. Teraz oto, ta cudownie odnaleziona panna, prosi zarówno w imieniu pana wicehrabiego de Morce oraz swojego brata, jak również swoim własnym, żeby mogła wyjść za mąż za świeżo mianowanego porucznika królewskich muszkieterów.
Król i królowa spojrzeli na siebie, a potem na zakochanych, po czym oboje zaczęli się wesoło śmiać.
- Doskonale - powiedziała Maria Leszczyńska klaszcząc w dłonie - Sfinansujemy zatem dwa wesela na raz.
- I w obu weźmiemy udział - dodał radośnie Ludwik XV.
- Będzie to dla nas wielki zaszczyt, Wasza Królewska Mość - odparł Francois, przytulając do siebie Luizę.
Ludwik XV spojrzał jeszcze raz na swoich najwierniejszych i zarazem najbardziej oddanych muszkieterów.
- My zaś ze swojej strony życzymy wam wiele szczęścia na nowej drodze życia, którą właśnie rozpoczynacie - rzekł uroczystym tonem.
- I niechaj dobry Bóg będzie z wami - dodała królowa spoglądając z uśmiechem na Francescę i Luizę.
Audiencja była skończona, więc trzej bohaterscy żołnierze oraz dwie towarzyszące im panie opuściły salę audiencyjną. Wyszli razem na plac przed Wersalem śmiejąc się wesoło.
Francois tymczasem oglądał swój złoty order.
- Przyjacielu, jak sądzisz - zapytał księcia Andre de Trechevile’a - Czy to rzeczywiście jest szczere złoto?
Trechevile przyjrzał się medalowi i zaśmiał się lekko.
- Wiesz co, przyjacielu? Zdziwiłbym się, gdyby tak było.
No i takie właśnie zakończenia najbardziej lubię! Jednak król okazał się naprawdę hojny, nadając swym najdzielniejszym muszkieterom ziemie i szlachetne tytuły, bo i w pełni sobie na to zasłużyli swą wierną służbą i bohaterskimi czynami, jakich dokonali, ratując władców przed śmiercią z rąk podłego zdrajcy i przywracając im tron.
OdpowiedzUsuń