środa, 7 lutego 2018

Rozdział 16

Rozdział XVI

Akcja ratunkowa

Tak, Drodzy Czytelnicy. Wzrok was nie myli, dobrze przeczytaliście. W klasztorze Saint Denis naprawdę zjawili się muszkieterowie. I to nie byle jacy muszkieterowie, ale nasi starzy, dobrzy znajomi. Wdarli się oni na teren klasztoru i starli się z gwardzistami pana ministra. Ale właściwie skąd się oni tu wzięli? I to jeszcze w habitach? Zaraz wszystko wyjaśnimy. Ale musimy się z Szanowanymi Czytelnikami cofnąć w czasie o jakąś godzinę. Wtedy właśnie się wszystko zaczęło.
A więc zaczynajmy.
Raul, Francois, Fryderyk i Trechevile, kiedy tylko dowiedzieli się od Grusnera, gdzie przebywa Luiza, od razu dosiedli koni i pognali na nich aż do klasztoru Saint Denis. Słyszeli pogłoski krążące o tym klasztorze dobrze wiedzieli, że jeśli choć połowa tych plotek jest prawdziwa, to pobyt tam oznacza kłopoty dla ich przyjaciółki. Raul oraz Francois byli przejęci problemami Luizy. Kapitan Trechevile również wzruszył się losem biednej dziewczyny, która za ofiarowaną im pomoc poniosła surową karę. Nawet Fryderyk, choć nie poznał osobiście Luizy, to jednak współczuł jej i pragnął pomóc. Dlatego też wszyscy pędzili najszybciej jak tylko się da.
Wbrew pozorom znalezienie klasztor Saint Denis było bardzo trudne. Może się to Czytelnikom wydawać dziwne, jeśli napiszemy, iż hrabina de Willer wraz z żołnierzami ministra Colgena dotarła tutaj w ciągu jednego dnia, a naszym bohaterom zajęło to kilka dni, jednak pamiętać należy, że hrabina doskonale poruszała się po terenach pana ministra, z kolei Raul i jego drużyna już tych ziem nie znali, ponadto musieli często zmieniać konie oraz uważać na ewentualnych szpiegów pana ministra Colgena, który z całą pewnością już wiedział o ich wyprawie. Na szczęście im dalej zagłębiali się na tereny ziem swego wroga, tym łatwiej było odnaleźć poszukiwane przez nich miejsce, które miało najgorszą opinię w całej Francji, więc wskazać jego położenia umiał każdy. Problem polegał na tym, że nie każdy chciał to zrobić. Ludzie bali się tego miejsca i unikali go jak ognia i nawet argument w postaci pełnej sakiewki nie przekonywał większości ludzi zapytanych o drogę. Prócz tego dzielni muszkieterowie musieli ostrożnie postępować z pieniędzmi, gdyż mieli ich co prawda dużo, ale nie na tyle, by nimi szastać na prawo i lewo.
Dopiero po dwóch dniach bezowocnego włóczenia się po terenach należących do szanownego pana ministra nasi bohaterowie znaleźli ludzi, którzy za odpowiednią opłatą wskazali im drogę do celu ich podróży, dzięki czemu czterej członkowie ekipy ratunkowej z łatwością je odnaleźli. O ile jednak znalezienie klasztoru Saint Denis było stosunkowe dość łatwe (jeśli można było nazwać „łatwym“ dwudniowe włóczenie się po całym terenie ziem pana ministra), to gorzej było z dostaniem się do niego. W normalnych warunkach byłaby taka czynność bardzo prosta, jednakże wtedy, kiedy w klasztorze znajdowało się aż szesnastu gwardzistów pana ministra (nie licząc hrabiego de Bernice) uzbrojonych po zęby i doskonale wyszkolonych w sztuce władania szpadą, sprawa stawała się o wiele trudniejsza.
Nie myślcie jednak, że nasi muszkieterowie z powodu tych trudności mieli zamiar zrezygnować z planu uratowania Luizy. Broń Boże! Żadne niebezpieczeństwa nie były im przeszkodą, gdy w grę wchodziło życie kobiety.
Do murów klasztoru zbliżyli się z łatwością, gdyż gwardziści nie byli zbyt zdyscyplinowaną jednostką i zapomnieli oni o wystawieniu straży na najwyższych punktach obserwacyjnych. Gdyby to zrobili, to wówczas z daleka zobaczyliby czterech konnych w błękitnych mundurach królewskich muszkieterów, pędzących w ich stronę. Ponieważ jednak tak nie zrobili, to nasi bohaterowie mieli ułatwione zadanie, ale tylko trochę, gdyż zagrożenie nadal istniało. Wiedzieli, że jeśli choć jeden gwardzista ich spostrzeże, to cały plan diabli wezmą. Drań natychmiast zaalarmuje swoich kompanów, a wówczas nici z zaskoczenia. Trzeba więc było przeprowadzić akcję tak, żeby żaden przeciwnik nie zorientował się w czym rzecz.
Muszkieterowie cicho podjechali pod mury klasztoru, przywiązali swe konie do drzew, a następnie podkradli się wzdłuż ścian do miejsca, które było najniższe. Wówczas Raul podsadził Fryderyka (który jako najmłodszy z całej grupy był również najlżejszy), żeby się trochę rozejrzał. Fryderyk stanął przyjacielowi na ramionach, uczepił się rękami muru i rozejrzał po dziedzińcu.
- I co tam widzisz? - zapytał szeptem Trechevile.
- Na razie się rozglądam - odszepnął mu w odpowiedzi de Saudier.
- No, to bądź łaskaw rozglądać się trochę szybciej. Ramiona mnie już bolą - mruknął złośliwie Raul.
- Cicho, bo nas usłyszą - uciszył go Fryderyk i rozglądał się dalej.
Kiedy już stwierdził, że zobaczył wszystko, zszedł powoli z ramion swego przyjaciela, nadeptując mu niechcący butem na nos.
- Aaaauuuuu! - wydyszał po cichu z bólu Charmentall - Uważaj, gdzie stawiasz te swoje buciory!
- Przepraszam! - odpowiedział szeptem Fryderyk i zszedł na dół.
- I co? - zapytał Trechevile.
- Co widziałeś? - dodał Francois.
- Jednego na pewno nie widział. Mojego nosa! - mruknął zły jak osa kawaler Raul.
Przyjaciele uciszyli go, cicho przy tym chichocząc.
- Bardzo śmieszne, bardzo - przedrzeźniał ich Raul, masując sobie nos - No więc jak? Co tam widziałeś, agencie?
- Na dziedzińcu jest pełno żołnierzy. Dużo, będzie ze szesnastu.
- Ilu? Szesnastu? - spytał Raul.
- Będzie z tylu - odparł na to Fryderyk.
- Nie kłamał jednak ten Niemiec - zamruczał pod nosem Francois.
- Jakich szesnastu, mój ty młody człowieku? - zakpił sobie z niego kapitan królewskich muszkieterów - Nie przemawiaj mi tutaj jakimś matematycznym żargonem. Po żołniersku mi tu gadaj. Więc jeszcze raz. Ilu ich jest?!
- Na każdego po czterech - poprawił się Fryderyk z uśmiechem.
- No! I taki język to ja rozumiem - powiedział zadowolony Trechevile, zacierając sobie dłonie na samą myśl o szykującej się bijatyce.
- Co robią gwardziści? - zapytał Raul.
- Chodzą po całym dziedzińcu - odpowiedział Fryderyk - Jedni piją, jedni coś robią, niektórzy pracują, inni jeszcze zaczepiają mniszki i łapią kury.
- Typowe dla takich hulaków - mruknął zniesmaczony kapitan - Czy można wejść do klasztoru od dziedzińca?
Fryderyk pokręcił przecząco głową.
- Nie. Od razu by nas spostrzegli i podnieśli alarm. Do tego na tym murze jesteśmy dla nich widoczni jak na dłoni. Zestrzelą nas z muszkietów jak kaczki.
- Może zaczekamy do zmroku? - zaproponował Raul.
- Nigdy w życiu! - zawołał Francois dość głośno, że jego przyjaciele musieli go uciszyć.
- Nigdy w życiu - odpowiedział już szeptem - Nie zostawię Luizy ani minuty dłużej w tym przeklętym przybytku dewocji. Poza tym, jaką mamy pewność, czy do jutra ona wytrzyma przy zdrowych zmysłach?
- Jeżeli w ogóle jest jeszcze przy zdrowych zmysłach - dodał Fryderyk - Słyszałem okropne rzeczy o tym klasztorze.
- Ja również, ale te rewelacja nam teraz nie pomogą - stwierdził sucho Trechevile - Musimy wedrzeć się do klasztoru inną drogą.
- No tak, ale jaką? - zapytał załamanym głosem Francois.
- Czekajcie, chyba już wiem! - powiedział cicho de Saudier, lecz było widać, że gdyby mógł, to by krzyknął z zadowolenia - Słuchajcie. Tutaj, od strony dziedzińca mur jest pilnowany i widać by nas było na nim wyraźnie.
- No tak - powiedział Raul, kiwając głową - Ale co nam to daje?
- To daje, że widziałem fragment muru od strony południowej. Chodzi tam tylko jeden gwardzista, do tego chyba zalany. Pilnuje muru, ale słabo. Niedaleko niego jest winnica. Można by się tam dostać po linie z hakiem, unieszkodliwić strażnika i wedrzeć się do środka. Potem już będzie nam łatwo pokonać gwardzistów i uwolnić Luizę.
- Cudowny pomysł, mój Fryderyku - powiedział Trechevile, a po cichu mruknął: - Tylko dlaczego nie mój?
- Ulisses nie umywa się do ciebie, przyjacielu - rzekł z uśmiechem Charmentall, klepiąc przyjaciela po ramieniu.
- Zatem do boju, panowie! - dodał Francois.
Muszkieterowie ruszyli więc zrealizować swój plan (a właściwie plan Fryderyka). Podkradli się do południowej strony klasztoru. Następnie Raul zarzucił linę z żelaznym hakiem na mur. Hak zahaczył o niego i zakotwiczył w nim. Raul sprawdził linę. Była ona naprężona, co oznaczało, że mocno trzymała się muru i można było po niej się wspinać. Zaczął więc wchodzić pierwszy, zaraz po nim na mur dotarli Francois, Fryderyk, a na końcu Trechevile. Kiedy już wszyscy stanęli na murze, wtedy rozejrzeli się w sytuacji panującej na dole. Na dole zaś gwardzista z muszkietem siedział pod murem i popijał wino z manierki. Co jakiś czas wstawał i przechadzał się, gdyż mięśnie mu ścierpły.
Trechevile dał znak przyjaciołom, że sam to załatwi. Wyjął nóż z cholewy buta, zaczaił się, skoczył z muru na gwardzistę i nim ten spostrzegł wbił mu ostrze swej broni prosto w serce. Zrobił to tak cicho i tak szybko, że pozostali gwardziści nie zdążyli niczego zauważyć. Po wykonaniu tego zadania Trechevile szybko odciągnął ciało gwardzisty na bok i dał ręką znak przyjaciołom, że mogą schodzić.
Raul, Francois i Fryderyk wykonali polecenie i zeszli po cichu z muru uważając, żeby nikt ich nie spostrzegł ani nie usłyszał. Kiedy już byli na miejscu to zauważyli, że Trechevile zdążył już założyć płaszcz gwardzisty i jego kapelusz, po czym szybko wrócił na miejsce zabitego, żeby nikt nie nabrał podejrzeń. Jego przyjaciele, zadowoleni z takiego obrotu spraw, szybko wskoczyli do piwnicy, by wykonać resztę swojego planu.
Trechevile stał pod murem i przechadzał się z muszkietem w przód i w tym mając nadzieję, że nikt nie zwrócił uwagi na to, co jego kompani robili. Jednak wino klasztorne widać było na tyle mocne, aby panowie gwardziści w niczym się nie zorientowali. Wszyscy byli zajęci sobą, więc kapitan uspokoił się trochę, ale tylko trochę. Nadal istniało bowiem ryzyko, że ktoś zauważył ich i może podnieść alarm. Na razie jednak się na to nie zanosiło. Póki co panował spokój.
- Jak ja nie znoszę takiej ciszy przed burzą - pomyślał Trechevile, przechadzając się wzdłuż muru z muszkietem zabitego gwardzisty - Zaraz rozpęta się tu piekło, a teraz panuje anielski wręcz spokój. Mam nadzieję, że Raul i pozostali uratują Luizę, zanim te półgłówki zorientują się co i jak.

***

- Hej, Bognes, przynieś nam jeszcze wina z piwnicy!
- A dlaczego ja?! - zawołał wezwany.
- A dlaczego nie?! - padła odpowiedź.
- Idź lepiej po wino, chłopie. Napijemy się przecież razem. A jeśli przyniesiesz szybko, to dostaniesz więcej niż my! - dodał trzeci gwardzista pojednawczym tonem.
- No dobra, idę - powiedział przekonany Bognes i ruszył do piwnicy.
Po drodze minął gwardzistę stojącego pod murem, który na jego widok osunął nieco kapelusz na głowę. Bognes jednak wzruszył na to ramionami i szedł swoją drogą. W końcu co obchodziło zachowanie jego kompana? Miał przynieść wino, więc to właśnie robił.
Zszedł do piwnicy. Na schodach natknął się na trzy mniszki, stojące sobie spokojnie i rozmawiające o czymś. Próbował przejść pomiędzy nimi, ale nie mógł, było za ciasno. One zaś bezczelnie stały sobie w miejscu i nie chciały się z niego ruszyć. Obejść ich też nie było można. Korytarz był za wąski. Zostało tylko jedno, grzecznie je poprosić, by się rozstąpiły.
- Czy mogłyby szanowne panie usunąć mi się z drogi? Muszę jakoś tędy przejść! - zapytał Bognes.
Zakonnice spojrzały na niego spod lekko nasuniętych na swe policzki welonów i bez słowa rozstąpiły się.
- Jakże mi miło! Dziękuję! - mruknął poirytowanym tonem Bognes i ruszył w kierunku piwnicy.
Zdążył jednak ledwo co chwycić butelkę wina, gdy wtem jakaś postać stanęła za nim. Obrócił się i wtem ktoś zatkał mu usta i wbił sztylet w serce. Zabity zdążył jeszcze wycharczeć „Mordują“, po czym skonał.
Tak oto zginął Paul Bognes, morderca z Lotaryngii, zabójca dziesięciu mężczyzn i pięciu kobiet.

***

Tymczasem na dziedzińcu gwardziści czekali na wino. Oczekiwanie trwało bardzo długo, więc znudzeni tym żołnierze postanowili działać.
- Ten Bognes to skończony kretyn. Jak długo on szuka tego wina? - mruknął jeden z nich, najstarszy stopniem - Tagnes! Idź tam i zobacz, co się dzieje!
- A dlaczego ja? - zapytał Tagnes.
- Bo ja tu dowodzę i tak rozkazałem!
- Przypominam ci, że dowodzi tu de Bernice, a nie ty.
- A ja ci przypominam, że nasz kochany pan hrabia zabawia się teraz w przekonywanie do siebie niesfornej panny, zaś ty nie pyskuj, tylko idź po to wino, bo inaczej sobie z tobą porozmawiam!
- Dobrze, dobrze. Już idę. Tyle hałasu o jakieś głupie wino.
To mówiąc zszedł do piwnicy, nim się jednak obejrzał, spotkał go los poprzednika.
Nie będziemy się rozpisywać nad śmiercią dwóch kolejnych bandytów, którzy polegli w ten sam sposób. Powiemy jedynie tyle, że z tym ostatnim poszło tajemniczym mniszkom najgorzej, gdyż zdołał on się wyrwać z rąk swoich oprawców, dotrzeć do dowódcy oddziału i wyszeptać ostatkiem sił „Zdrada”, po czym padł na ziemię i skonał.
To w zupełności wystarczyło, aby od razu cały oddział gwardii pana ministra rzucił się w stronę piwnicy z winem. Dowódca biegł już i celował pistoletem w stronę mniszek, które to właśnie stamtąd wyszły. Gwardzista stojący pod murem (w którym, jak mamy nadzieję, Drodzy Czytelnicy z łatwością rozpoznał Trechevile’a) podłożył mu muszkiet pod nogi, tak, że łotr przewrócił się. Pistolet wówczas wypali, a kula z niego wystrzelona minęła o kilka centymetrów głowę jednej z mniszek. Dowódca obrócił się w stronę sprawcy swego upadku i zobaczył, że nie jest to jego żołnierz. Znał dobrze twarz każdego swego podwładnego. Domyślili się więc, że to na pewno ktoś obcy. Ktoś, przed kim mieli strzec uwięzioną.
- Zdrada, panowie! Zdrada! - krzyknął dowódca.
I rzucił się ze szpadą na Trechevile’a.
Na szczęście dzielny pan kapitan miał refleks równie szybki, co myśl, wyciągnął więc szybko szpadę i odbił jego ciosy.
- Do broni, muszkieterowie! - zawołał gromkim głosem.
W tej samej chwili domniemane mniszki welony z twarzy z twarzy i okazało się, że są to Raul i Fryderyk. Dobyli oni szybko szpad i rzucili się w wir walki. Fryderyk zaatakował jednego gwardzistę i rozpoczął wyuczoną od dawna paradę obronną. Gwardzista nie był tak dobrze przeszkolony jak on i po chwili padł martwy pod ciosem jego szpady. Raul walczył z dwoma przeciwnikami naraz i miał nieco trudniejsze zadanie. Na szczęście w porę przyszedł mu z pomocą Trechevile, który zabił już dowódcę oddziału. Ich wspólna walka sprawiła, że obaj wrogowie wkrótce leżeli na ziemi, jeden z przebitym sercem, drugi z przeciętym gardłem.
- Dobra robota, chłopcze - pogratulował mu Trechevile.
- Dzięki, stryjku - odpowiedział Raul - Ale ich jest tu więcej!
- Damy sobie radę, chłopcze. Jednak łatwiej wam będzie walczyć, jeśli ty i Fryderyk zrzućcie te habity.
- Słuszna uwaga - zaśmiał się Raul i szybkim zdjął z siebie habit.
Fryderyk postąpił tak jak on, dzięki czemu obaj znów byli w swoich ukochanych mundurach, które mieli pod habitami.
Rozpoczęła się kolejna walka.
Trechevile natarł na jednego gwardzistę, szybkim ruchem łokcia trafił go w szczękę, podbił ramieniem rękę i przebił ostrzem swojej szpady. Raul odbijał ciosy atakującego go przeciwnika, jednakże szybko uzyskał nad nim przewagę i zabił go. Fryderykowi szło nieco gorzej, gdyż trafił zawziętego przeciwnika a przy tym i dobrego szermierza. Podczas walki młody chłopak potknął się o kamień i przewrócił na ziemię. Wyszło mu to jednak na dobre, gdyż kiedy przeciwnik go zaatakował, odbił dwa jego ciosy, a z trzecim wbił mu szpadę w serce z o wiele większą łatwością, niż gdyby stał na nogach. Po dokonaniu tego czynu, szybko poderwał się i ruszył do dalszej walki.

***

Luiza siedziała w swoim pokoju i zastanawiała się, co może ją jeszcze spotkać w tym okropnym miejscu. Była dzisiaj zmuszana do modłów, do jedzenia okropnego, postnego jedzenia, oglądania widoku mniszek, których nie znosiła, a także wysłuchiwania po raz kolejny żałosnych oświadczyn hrabiego de Bernice. Do tego jeszcze wściekły hrabia wystąpił przed nią z całą tyradą oskarżeń przeciwko jej ukochanemu, baronowi de Morce. Nie mogła uwierzyć w to wszystko, co właśnie od niego usłyszała. Na pewno to wszystko jest nieprawdą. To muszą być tylko podłe oskarżenia wymyślone na doczekaniu, żeby oczernić przed nią barona de Morce. Ona nie może w to uwierzyć i nie chce w to uwierzyć. A co jeżeli to jednak prawda? Nie, to nie możliwe. To nie może być prawdą. Francois jest człowiekiem dobrym i szlachetnym. Obce mu jest takie postępowanie.
A może jednak to prawda? No bo ostatecznie, co ona wiedziała o swoim ukochanym? Niewiele. Bardzo niewiele. A nawet gdyby wiedziała, czyż nie czytała wiele razy u słynnych pisarzy, choćby u Szekspira, że ludzka psychika jest najbardziej skomplikowaną rzeczą na świecie, że nigdy nie można być jej takim pewnym całkowicie? Więc na pewno trudno jej było mieć pewność, jak Francois mógł się zachować, a jak nie mógł. Czyli, że mógłby zrobić to, co zarzucał mu de Bernice. To się stać mogło.
Ale przecież „mogło” nie oznacza wcale, że tak rzeczywiście było. Między słowami „mogło” a „stało się” jest zasadnicza różnica, którą należy wziąć pod uwagę. Luiza zaś była niezwykle rozważną dziewczyną, więc zrozumiała tę różnicę. Nadzieja znowu wróciła do jej umysłu i od razu odzyskała spokój ducha. Wyjaśniła sobie, że nie może ona posądzać swego ukochanego Francois o coś, co nie jest udowodnione. A gdyby nawet zrobił to, o co go oskarża jego rywal, to zanim ona by go oceniała, musiałaby najpierw wysłuchać, co ma do powiedzenia na ten temat oskarżony. Czyż to nie starożytni Rzymianie powiadali, że zawsze należy wysłuchać drugiej strony”? Tak, zdaje się, że to oni właśnie stworzyli to przysłowie. A zresztą mniejsza o ich autora. Ważne jest, że teraz trzeba się trzymać tej zasady i nie oceniać ludzi zbyt pochopnie, na podstawie pozorów.
Jak na razie jednak ważniejszym problemem było opuszczenie tego okropnego miejsca. Luiza rozmyślała, jakby tu uciec z klasztoru. Wiedziała jednak, że to bardzo trudne zadanie. Na murach i przy bramie trzymali straż gwardziści jej ojca. Łotry, którzy natychmiast zamkną ją z powrotem w pokoju. I oczywiście de Bernice zamelduje o wszystkim Colgenowi, który na pewno zachwycony tą sytuacją nie będzie. Może nawet zmieni jej warunki pobytu tutaj na gorsze? Taka możliwość istniała zawsze i była ona bardzo prawdopodobna. Więc może lepiej teraz nie ryzykować, skoro w obecnej sytuacji żyło jej się całkiem dobrze, ale mogło zawsze być gorzej, jeżeli Colgen się rozgniewa? Tak, chyba tak będzie najlepiej zrobić. Po prostu siedzieć tu i dalej trwać dzielnie przy swoim postanowieniu opierania się przed poślubieniem hrabiego de Bernice i nieakceptowania planów detronizacji króla. Tak, to jak na razie jest jej jedyne wyjście z sytuacji. Przynajmniej na razie. Może potem coś lepszego jej przyjdzie do głowy. Ale póki co należało się wstrzymać od gwałtownych działań i trzeba było jakoś się uspokoić. No i czekać na ukochanego, bo wiedziała, że on wkrótce przybędzie po nią. On i Raul, drugi bardzo ważny mężczyzna w jej życiu. Jej cudowny przyjaciel, mądry towarzysz rozmów i bohaterski muszkieter. Jemu również mogła zaufać jak mało komu. Gdyby nie była zakochana we Francois, niewątpliwie wyszłaby za Raula. Ale cóż, serce nie sługa, a baron de Morce pierwszy je zdobył. Poza tym, nie mogłaby i tak wyjść za Raula, ponieważ on był…
Ale tego to już nie powiemy wam, dociekliwi Czytelnicy. Dowiecie się o tym w swoim czasie.
Rozważania Luizy przerwało wejście do pokoju mniszki. Miała nisko pochyloną głowę i milczała. Dziewczynę to jednakże wcale nie zdziwiło. Mniszki w klasztorze często chodziły z nisko pochylonymi głowami. To nie była więc dla niej jakaś nowość.
- Co się stało, siostro? To już pora na modły? - zdumiałam się Luiza.
Mniszka jednak nie odpowiedziała, tylko milczała dalej.
Luiza zdumiała się teraz naprawdę. Wpatrywała się w zakonnicę coraz bardziej zaskoczona.
- Siostro, czemu nic nie mówicie? - zapytała coraz bardziej zdumiona, nie mówiąc o tym, że również przerażona.
Wówczas mniszka podniosła głowę w górę i oczom Luizy ukazała się uśmiechnięta twarz Francois.
- Luizo, moja kochana! - zawołał młody muszkieter.
- Francois, najdroższy! - odpowiedziała wzruszona Luiza, nie mogąc uwierzyć, że to, co widzi, jest prawdą.
Podbiegła do ukochanego i przytuliła się do niego czule.
- Och, Francois, mój kochany. Tęskniłam za tobą. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Nawet nie umiesz sobie wyobrazić, przez co ja musiałam tu przejść - wołała Luiza, tuląc się do ukochanego.
- Mogę sobie wyobrazić - odpowiedział de Morce, głaszcząc jej włosy – Ale już, cicho, spokojnie, ukochana moja. Już po wszystkim.
- Tak długo czekałam na ciebie, kochany. Tak bardzo długo. Podczas podróży do Forell, a potem przebywając tutaj myślałam niemalże wyłącznie o tobie. Siedziałam tu w odosobnieniu, a ciebie nie było przy mnie. Nie było ze mną mojego ukochanego muszkietera.
- Ale teraz już jestem i nie opuszczę cię nigdy. Jednak lepiej chodźmy już stąd. Czas nagli. Musimy stąd jak najszybciej uciekać, a przy okazji muszę pomóc naszym przyjaciołom.
- Przyjaciołom? - Luiza spojrzała na niego - Kto jeszcze jest z tobą?
- Raul, Fryderyk i Andre, to jest, kapitan Trechevile - odpowiedział Francois.
- Raul też tutaj jest? - zawołała przerażona Luiza - I ty go zostawiłeś samego?! To straszne! Mój drogi, przecież on może zginąć! Nie powinieneś był go opuszczać.
- Ale nie mogłem też cię tu dłużej zostawiać samej! - wytłumaczył się Francois.
- Wiem i miło z twojej strony, że o mnie pamiętałeś. Jednakże trzeba teraz ratować Raula i tych pozostałych desperatów walczących w mojej obronie - powiedziała stanowczo panna Colgen.
- Więc chodźmy stąd. Szybko.
To mówiąc Francois chwycił Luizę za rękę i szybkim biegiem ruszył po zaułkach klasztoru.
Niedaleko jednak zdołali nasi zakochani dobiec. Po kilku minutach ucieczki wpadli prosto na otwarte drzwi, w których ktoś już stał.
- Proszę, proszę, kogóż ja tu widzę? Toż to pan baron de Morce we własnej osobie - usłyszeli oboje znany, kpiący głos.
W drzwiach stał hrabia de Bernice.

1 komentarz:

  1. Znowu Fryderyk udowodnił, że ma głowę na karku i potrafi logicznie myśleć, dzięki czemu udało im się wedrzeć niepostrzeżenie na teren klasztoru. Luizie zaś nie pozostało nic więcej, jak tylko siedzieć i rozmyślać. No i w końcu dwaj rywale: Francois i de Bernice, ponownie się spotkali, stając ze sobą oko w oko. De Bernice doprawdy mógłby sobie to wszystko odpuścić, skoro wyraźnie widzi, że Luiza wcale go nie chce i trwa uparcie przy swym postanowieniu, że nie przyjmie jego oświadczyn, skoro nic do niego nie czuje.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...