Rozdział V
Raul spotyka starego znajomego, ale nie jest z tego powodu zachwycony
Raul spotyka starego znajomego, ale nie jest z tego powodu zachwycony
Nasz bohater po odkryciu, że jest zdany na własne siły, postanowił rozpocząć stosowne działania. Pierwszą rzeczą, jaka mu przyszła do głowy, było przeczytanie wskazówki od Luizy. Ułatwiła ona mu ściganie Febre’a i hrabiny de Willer, a tym samym zwiększyła szansę na odzyskanie fatalnego dokumentu. Wiedział, że nie może dłużej czekać na Francois, w końcu nie było wiadomo dokładnie, kiedy on wróci (zachodziła wręcz wątpliwość, czy w ogóle wróci), a i czekanie na niego było niemożliwe, ponieważ czas go naglił. Podczas gdy on tu siedział bezczynnie agenci Colgena mogli w tym czasie sprzedać dokument, co przyczyniłoby się do wybuchu wojny. Plan więc należało przeprowadzić jak najszybciej, a każda minuta zwłoki może Francję drogo kosztować. Tego nasz bohater był pewien.
Raul otworzył list od Luizy. Po przeczytaniu go dowiedział się, że jego przeciwnicy jutro powinno dojechać już do miasta Forell. Oczywiście jutro oznaczało w wypadku młodego Charmentalla „dzisiaj”, bowiem muszkieter oczekując na przyjaciela stracił już nieco czasu. Wskoczył więc na konia i pognał przed siebie. Kilka razy zatrzymał się na krótki postój, aż pod wieczór dotarł do Forell. Był tak zmęczony, że prawie natychmiast po wynajęciu pokoju padł zmęczony na łóżko i zasnął. Rano zaś obudził się, a następnie zszedł na dół, aby zjeść śniadanie. Zapytał oberżysty, czy nie było czasem listu do niego. Odmowna odpowiedź bardzo go zaskoczyła. Zatem Luiza nie zostawiła mu żadnych nowych wskazówek. Zasmuciło go to bardzo. Pocieszała go wszak jedynie wiedza, że najprawdopodobniej Febre i hrabina de Willer z panną Colgen zatrzymali się tutaj na noc. Ostatecznie w takich małych miasteczkach nie było wielu oberż oferujących przyzwoite warunki, zwykle tylko jedna na całą okolicę, zaś pozostałe stanowiły raczej podrzędne spelunki. To dawało naszemu muszkieterowi pewną przewagę, choć niestety niewielką.
Gdy tak siedział załamany przy stoliku i nie wiedział, co dalej ma zrobić zauważył, że oberżysta rozmawia właśnie z jakąś osobą w płaszczu z kapturem. Była nią dziewczyna, na co wskazywał jej ubiór, zdecydowanie nie mogący być strojem męskim. Owa tajemnicza osoba zapytała o coś właściciela oberży, ten zaś wskazał ręką na Raula. Dziewczyna, zasłaniając sobie szczelnie twarz kapturem, by nikt poza muszkieterem jej nie ujrzał, podeszła do niego i zapytała:
- Pan Raul Charmentall?
- Tak, to ja - odpowiedział muszkieter wstając - A kto pyta?
- Mam wiadomość od panny Luizy - mówiła dalej dziewczyna - Lecz gdzie jest pan de Morce? I pozostali pana przyjaciele?
- Nie zjawi się. Ani on, ani żaden z moich trzech towarzyszy. Jestem tu sam. Gdzie jest ta wiadomość?
Dziewczyna wysunęła z fałdów swego płaszcza rękę z listem, który Raul pospiesznie wziął, po czym spojrzał uważnie na swego Hermesa, ten zaś powiedział mu:
- Proszę się mieć na baczności i nie opuszczać oberży „Pod Walecznym Kogutem”. Niedługo powinien pan znowu otrzymać instrukcje.
- Przekaż swojej pani, że jestem jej wdzięczny za to, że mi pomaga.
- Przekażę.
Chwilę później dziewczyna ruszyła w kierunku wyjścia.
- Nie zaczekasz na odpowiedź? - zdziwił się Raul.
- Nie mogę, proszę pana. Muszę jak najszybciej wrócić do domu. Niech pan pamięta, aby nie opuszczać oberży. A jeśli już, to nigdy nie na długo. Proszę również zawsze wieczorem być na miejscu i czekać na dalsze wiadomości.
To mówiąc dziewczyna odeszła, ponownie zasłaniając sobie szczelnie twarz kapturem.
Raula bardzo zadziwiło to wszystko, czego był właśnie świadkiem, lecz wiedział, że nie ma czasu do stracenia i musi się dowiedzieć, jakież to wiadomości ma dla niego panna Luiza. Otworzył więc liścik od Luizy. Szybko przeskoczył oczami po jego treści, która brzmiała mniej więcej tak:
Wynajęliśmy mały dom na ulicy Piekielnej 13. Przebywamy tam jako siostrzenica z ciotką i wujkiem, którzy wyjechali na prowincję w celu poprawy zdrowia. Dokument jest pilnie strzeżony. Nie dopuszczają mnie do tajemnicy, ale ja pilnie obserwuję. Wieczorem przyślę przez zaufaną służącą (tą samą, która dostarczyła wam ten list) dalsze informacje. Nie wiem, kiedy przybędzie ambasador. Ale dopóki się nie zjawi, jest szansa na powodzenia waszej misji.
Powodzenia.
L.C.
PS. Spalcie proszę ten liścik, tak jak i poprzednie. Nie mogą one wpaść w niepowołane ręce.
Raul dla pewności przeczytał liścik kilka razy, aby zapamiętać nazwę ulicy, przy której znajdował się ów dom, kryjówka hrabiny oraz Febre’a. Upewniwszy się, że zna ją bardzo dobrze, wrzucił list do kominka, po czym wrzucił tam także pozostałe wiadomości od panny Luizy Colgen, które na szczęście powierzył mu Francois na chwilę zanim zabrała go ze sobą straż miejska. Przez kilka minut wpatrywał się w tlące kawałki papieru. Odwrócił swój wzrok dopiero wtedy, gdy miał pewność, że całkowicie one spłonęły. Następnie stwierdził, że ma dość czasu i może się trochę rozejrzeć po okolicy. Co prawda panna Luiza prosiła go, aby nie opuszczał oberży, ale przecież dodała, że wolno mu to zrobić na krótki czas, on zaś nie miał najmniejszego zamiaru włóczyć się zbyt długo po okolicy. Wieczorem na pewno będzie już z powrotem, żeby odebrać kolejną wiadomość od panny Colgen.
- Gospodarzu... Gdybyś ktoś o mnie wypytywał, to proszę skierować tę osobę do mojego pokoju i poprosił, by poczekała na mnie, póki nie wrócę.
- A kiedy jaśnie pan wróci? - zapytał oberżysta.
- Powinienem wrócić przed zachodem słońca. Pamiętajcie, gospodarzu, gdyby ktoś o mnie wypytywał, to niech na mnie poczeka - przypomniał mu Raul.
Właściciel gospody obiecał tak postąpić. Raul podziękował mu zapytał jeszcze, jak można dojść do ulicy Piekielnej 13. Dowiedziawszy się zaś wszystkiego, co chciał wiedzieć, udał się tam natychmiast.
Ulica ta w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Była ona bowiem bardzo mroczna, tajemnicza i przepełniona bardzo niesympatyczną, niesamowitą aurą. Domy przypominały szereg szarych wysokich pudełek z małymi, wąskimi okienkami i odrapanymi drzwiami wejściowymi. Nie miały one w sobie nic z piękna kamieniczek Paryża. Brud, szarość, ciemność czyniły z tej ulicy miejsce niezbyt lubiane przez mieszkańców. Najgorsze były jednak te figury, zdobiące bramy domów, ogrody, a niekiedy nawet same domy. Były to najczęściej maszkarony i rzeźby nawiązujące do okresu gotyku, wiejące grozą. Wiele z nich przypominało w swoim wyglądzie diabły, inne zaś przedstawiały ohydne bestie z wilczymi łbami. Nawet w odważnych sercach takie poczwary potrafiły wzbudzić lęk, trudno więc zatem dziwić się naszemu bohaterowi, który chociaż do tchórzy nie należał, to poczuł niepokój, kiedy tylko trafił na tę ulicę. Gdyby nie to, że miał do wykonania ważną misję, wróciłby o oberży i to jak najszybciej. Ale cóż, siła wyższa.
Budynek, w jakim zatrzymała się nasza banda spiskowców planujących wciągnięcie Francji do wojny z Hiszpanią i przy okazji wzniecenie też wojny domowej, był najładniejszym ze wszystkich domów na tej ulicy. Albo też najgorszym - zależy, jak na to patrzeć. Nie miał na sobie aż tyle szarych kolorów, ale za to posiadał o wiele więcej rzeźb demonów oraz maszkaronów niż inne budynki. Otaczał go zaniedbany ogród. Właściciel domu był człowiekiem bogatym, ale nie mieszkał tutaj nigdy, gdyż wolał przebywać w stolicy, a dom zwykle wynajmował. Ponieważ najemcy nigdy się nie skarżyli, więc właściciel nie czuł najmniejszej nawet potrzeby, aby dbać o cokolwiek w swojej wiejskiej rezydencji. Był na to też zbyt chciwy pomimo tego, a być może właśnie dlatego, że posiadał ogromny majątek, jak bowiem wiadomo, ludzi bardzo bogatych charakteryzuje wyjątkowa chciwość.
Raul nie znał historii owego domu i nie interesowała go ona nawet w najmniejszym stopniu. Ostatecznie nie pomogłaby mu wcale w odzyskaniu dokumentu, więc po jakie licho ma on ją poznawać? Odpowiedź wydaje się tak prosta, że chyba nie musimy jej podawać. Ważne jest jednak to, co teraz zrobił nasz bohater.
Otóż Charmentall wdrapał się na wysoki mur oddzielający ogród od ulicy i zwinnie niczym wiewiórka wskoczył do środka. Miał nadzieję, że nikt go nie zauważył ani nie usłyszał. Na szczęście spadł na ziemię szybko i w miarę swoich możliwości bezszelestnie, więc nikt nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Zadowolony tym faktem Raul podkradł się powoli i cicho do domu. Rozejrzał się dookoła. Szukał jakiegoś okna, przez które mógłby wejść do środka, a potem zorientować się w sytuacji. Na szczęście jedno okienko było uchylone, co prawda tylko lekko, ale wystarczająco mocno, aby on mógł wejść do środka i dostać się do wnętrza. Uczynił to, także już po chwili stał w jakimś odosobnionym pokoju. Nikogo tu nie było a więc widocznie los mu sprzyjał. Raul szedł spokojnie, jak również w miarę możliwości przed siebie. Podszedł do drzwi i już miał przez nie wejść, gdy nagle usłyszał znajomy głos, który przemówił:
- Nie wiem, mój panie, o co ci w ogóle chodzi. Przecież skrupulatnie wykonujemy polecenia pana ministra, a wszystko idzie po naszej myśli. Czemuż więc się pan irytujesz?
Hrabina de Willer, pomyślał Raul. Ciekawe, z kim rozmawia i o czym? Poczekajmy, a odkryjemy to.
- Irytuję się dlatego, że nie dostałem jeszcze tego, na czym tak bardzo mi zależy. Nie dostałem Raula Charmentalla! Nie miałem okazji zabić go osobiście! A mógłbym już dawno to zrobić i to bez problemu!
To musi być Febre, przemknęło Raulowi przez głowę.
- A czy pan minister dał panu na to pozwolenie, mój drogi? - zapytała hrabina głosem, z którego biła złośliwość.
- Powiedział mi, że mogę usunąć tego człowieka tylko w przypadku uzasadnionej okoliczności, czyli jak zacznie mieszać się do naszych spraw. A on wmieszał się w nie jak mało kto, jednak pan minister wciąż łudzi się nadzieją, że ten młokos dołączy do nas. Cały czas ma wątpliwości przed wydaniem ostatecznego wyroku śmierci na tego gaskońskiego głupca. Gdyby nie to, zabiłbym tego śmiecia od razu, gdziekolwiek bym go znalazł. Nie wiem, czemu Colgen jeszcze się waha.
- A ja chyba wiem, dlaczego - powiedziała bardzo tajemniczym głosem hrabina de Willer.
- Wiesz, pani? - zapytał zdumiony Febre.
- A wiem.
- Więc dlaczego to robi?
- Z powodu drobnych wyrzutów sumienia.
- Phi! Wyrzutów sumienia? Dobre sobie! To ten stary łajdak ma jeszcze sumienie? - Febre nie krył swojego zdumienia.
- A i owszem. Może to pana dziwi, ale on wciąż ma sumienie - odparła na to hrabina de Willer.
- To źle. To bardzo źle. Ja swojego sumienia pozbyłem się już wiele lat temu. Przeszkadzało mi ono w wykonywaniu mojego fachu, dlatego też usunąłem je z mojej duszy i to raz na zawsze.
- Nie wątpię. Ale ponieważ on je sobie nie usunął, więc ono go dręczy.
- Dręczy?
- A tak. Dręczy i gryzie gorzej niż wściekły pies.
- Dlaczego?
- A to już pan powinieneś wiedzieć najlepiej, bo przecież to pan zawsze wykonywałeś dla niego brudną robotę, zwłaszcza tę jedną.
- Którą?
- Już nie pamiętasz? Pewną bardzo brudną robotę. Śmierdzącą robotę. Taką robotę, której tylko ty byś się podjął. Zabicie Gastona Charmentall.
Raulowi aż pociemniało w oczach, kiedy usłyszał te słowa. Gaston Charmentall? Jego ojciec? Młodzieniec co prawda doskonale wiedział, że Febre zabił jego ojca, ale zawsze myślał, że to był tylko zwykły bandycki napad albo też zlecenie wydanie przez jakiegoś podłego wroga. Ale żeby to zlecił Colgen, tego Raul się nie spodziewał. Ileż jeszcze zbrodni ma swoim koncie ten łajdak? Ilu ludzi jeszcze zlecił zabić temu diabłu w czerni? A ilu zleci jeszcze zabić?
- Nie mów pan, panie Febre, że już tego nie pamiętasz - szydziła sobie hrabina de Willer - Było to co prawda dwadzieścia lat temu, ale takie rzeczy zostają w pamięci na zawsze.
- Nigdy nie mówiłem, że zapomniałem o tej przygodzie - rzekł Febre z kpiną w głosie - Wręcz przeciwnie, zapamiętałem ją sobie bardzo dobrze. W końcu to właśnie tego dnia ten szczeniak Charmentall odciął mi ucho i zostawił tę bliznę. Oszpecił mnie do końca życia. Czegoś takiego się nie zapomina.
- I pewnie pamiętasz, dlaczego szanowny pan minister zlecił zabójstwo starego Charmentalla?
- Oczywiście, że tak. Ponieważ kochał się w jego żonie.
Raul był coraz bardziej zdumiony tym wszystkim, co usłyszał. Krew się w nim gotowała i najchętniej wpadłby do tego pomieszczenia, po czym zabiłby te dwa demony, jednak nie mógł ryzykować zdemaskowania i tym samym narażać na szwank ich misję.
- Czyli miłość? - zapytała hrabina.
- Można by to tak nazwać.
- Jak to, można by?
- Tak to - odpowiedział z naciskiem Febre - Wątpię, by ten łajdak znał kiedykolwiek takie uczucie jak miłość. A zresztą nawet jeżeli znał, to już jest teraz nieistotne. W każdym razie chciał, by ta paniusia była tylko z nim. Ona oczywiście się nie zgodziła. Więc postanowił ją porwać, a ja miałem wykonać to zadanie. Plan był prosty: przyjeżdżam i zabijam Charmentalla pod pretekstem nie płacenia podatków. Ją porywam, a dzieciaki, jeżeli będą stawiać opór, mogę również spokojnie usunąć. Niestety plan nieco odszedł od pierwowzoru. Pani Charmentall wystąpiła bowiem w obronie męża, a jeden z moich ludzi, wyjątkowy nadgorliwiec, strzelił do niej i zabił tę biedaczkę. Byłem wściekły, ale nie mogłem już tego zmienić. Chciałem więc naprawić jakoś swój błąd.
- I porwałeś tę małą?
- Oczywiście. Musiałem jakoś odkupić moją winę. Colgen nie był tym zbyt zachwycony, ale cóż. Przyjął to, co mu przyniosłem, a nawet zaczął się z tego cieszyć. Do dzisiaj okazuje swego rodzaju radość z tego powodu, o czym pani na pewno dobrze wiesz, bo wszak nie jest dla ciebie tajemnicą, co się obecnie dzieje z tą małą panną Charmentall.
- I owszem, mój panie. Doskonale o tym wiem.
Rozmowa się urwała.
Raul, doszedłszy do wniosku, że usłyszał wystarczająco dużo, wyszedł po cichu z domu przez okno i przedostał się po murze na ulicę. Wracając do karczmy rozmyślał cały czas o tym, co dane mu było odkryć. Był bardzo zszokowany. Co prawda, spodziewał się wielu rzeczy po tym łajdaku, ministrze Colgenie. Wiedział, że to człowiek gotowy na wszystko i czasami w najgorszych swoich obawach podejrzewał, iż mógł on zlecić usunięcie kilku nieprzychylnych mu ludzi, ale coś takiego? To było straszne. Jego ojciec i matka nie żyją. Siostra porwana. On sam zaś został sierotą. A to wszystko tylko po to, aby Colgen mógł zdobyć kobietę, o której pewnie by i tak zapomniał, gdyby tylko mu się udało? Nie, nie i jeszcze raz nie. Coś takiego w głowie się nie mieści. Morderstwo dla zdobycia kochanki? To nie tylko podłe, ale równocześnie bardzo głupie. Przecież jego matka nigdy nie pokochałaby mordercę swojego męża. Na co więc Colgen liczył? Na jej przychylność? Jeśli tak, to musiał być bardzo głupi, skoro miał takie śmiałe nadzieje. Ale cóż, ludzie zakochani często zachowują się irracjonalnie. Wystarczy tylko wspomnieć, jak Francois o mało nie zaszlachtował go na ciemnej ulicy, tylko dlatego, że był zazdrosny o Luizę.
No właśnie, Francois. Co się z nim stało? Czy jeszcze go zobaczy? O co właściwie był on oskarżony? A zresztą to nieważne, o co go posądzili. Cokolwiek by to nie było, to jego przyjaciel na pewno jest niewinny. Aresztowano go tylko po to, aby jeszcze bardziej osłabić ich drużynę. W ten sposób on sam stawał się łatwym łupem dla bandziorów Febre’a. Czyż nie to chodziło tym łotrom? Ale niech się strzegą! Zobaczą jeszcze, że żaden Gaskończyk nie poddaje się bez walki.
Zaczynało się ściemniać i powoli zbliżał się wieczór, czyli pora na odebranie wiadomości od panny Luizy. Nie można się było spóźnić, od tego spotkania bowiem zależały losy całej Francji. Charmentall więc skierował swoje kroki w stronę oberży „Pod Walecznym Kogutem”. Pogrążony we własnych, czarnych myślach młodzieniec nie zauważył jednak, że wszedł w bardzo ciemny zaułek i o mało co by w nim zabłądził. Na szczęście szybko się ocknął i postanowił zawrócić. Wtem, zupełnie niespodziewanie, na plecach poczuł pistolet i ciszę przerwał ochrypły głos:
- Pieniądze albo życie!
Raul nie miał czasu nawet się obejrzeć do tyłu, zresztą nie byłoby to w tym wypadku zbyt rozsądne. Nie zaszczycił jednak tajemniczego swego napastnika odpowiedzią.
- Głuchy jesteś?! - powtórzył ochrypły głos już lekko zirytowany - Powiedziałem „Pieniądze albo życie”!
- Nie dasz mi się zastanowić? - zapytał Raul z kpiną w głosie - Nie wiem, co mam wybrać. Muszę to sobie dobrze przemyśleć. Ostatecznie to nie jest przecież łatwa dcyzja.
- Dowcipny jak zawsze. To dobrze - kpił sobie właściciel ochrypłego głosu - To bardzo dobrze. Lepiej jest umierać ze śmiechem na ustach niż ze strachem w sercu.
- To ja mam umrzeć, mój panie?
- Oczywiście, mój panie.
- Więc po co te propozycje typu „Pieniądze albo życie”?
- Dla ozdoby. Przy okazji sam chyba przyznasz, że lepiej to brzmi, kiedy napadający na szlachcica z bronią w ręku bandyta mówi takie słowa, nieprawdaż?
- O tak, to niewątpliwie wielki plus całej sytuacji.
- No właśnie. Więc, mój panie, szykuj się na śmierć.
- A mógłbym chociaż zobaczyć twarz swego mordercy? - zapytał Raul licząc na to, że chociaż trochę zyska na czasie.
Bandyta prychnął z kpiną i powiedział:
- Właściwie nie wiem, po co ci to, ale proszę bardzo. Możesz zobaczyć moją twarz.
To mówiąc zbój wyszedł z cienia i stanął przed Raulem. Charmentall przyjrzał się mu dobrze. Zobaczył wówczas zbójecką gębę pozbawioną jednego oka. Już wiedział, kto jest jego napastnikiem.
- Nie poznajesz mnie, kochasiu? - zapytał zbój.
- Ależ owszem, poznaję - powiedział Raul mściwym tonem - Ty jesteś Jacques Raberic.
- We własnej osobie, Charmentall. Miło, że jeszcze umiesz rozpoznać swoich starych przyjaciół.
- To ty jesteś na wolności? - zdumiał się Raul - Myślałem, że wciąż gnijesz w Bastylii albo na galerach.
- Jeszcze nie zbudowali takiego więzienia, z którego nie mógłbym uciec. Zwłaszcza, że miałem bogatego protektora - wyjaśnił Raberic wciąż mierząc do Raula z pistoletu.
- O! No proszę, to interesujące. A kogóż to? Nie odpowiadaj, niech zgadnę? Pana ministra Colgena?
- Skąd to wiesz? - Jacques Raberic wyglądał na zdumionego, a wręcz przerażonego tym faktem, jednak szybko zdołał nad sobą opanować - Tak, właśnie jego mam na myśli. Wyciągnął mnie z Bastylii i wysłał tutaj. Spodziewał się, że jeden z was może dotrzeć tutaj pomimo tylu pułapek, jakie na ciebie i twoich kompanów zastawił. Miałem więc unieszkodliwić tego szczęśliwca, który tu dotrze chcąc przeszkodzić planom pana ministra. Ironia losu... Nie spodziewałem się, że to będziesz ty, ale to nawet lepiej. Mamy okazję wyrównać nasze rachunki.
- Myślisz, że ujdzie ci to bezkarnie, Raberic?! - wysyczał przez zęby Raul.
Bandyta zaśmiał się podle.
- A dlaczegóż by nie? Nikt nas tu przecież nie widział, zaś jutro straż miejska znajdzie twojego trupa i pomyśli, że zapuściłeś się tam, gdzie nie powinieneś i padłeś ofiarą napadu bandyckiego napadu. Takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza tutaj. Nikt nie powiąże twojej śmierci ze mną, a tym bardziej z panem ministrem.
- Dlaczego nie zlecił tego zadania temu swojemu cynglowi? Jak mu tam… Febre? Tak on się zwie? Niby czemu on tego nie może zrobić?
Młodzieniec chciał jak najszybciej wymyślić dobry plan działania, ale żeby to zrobić musiał zyskać na czasie. W tym celu postanowił zagadać tego łotra najdłużej, jak się tylko da.
- Febre? - zakpił sobie Raberic - Temu idiocie miałby on to zlecić? Przyznaję, że jest on niewątpliwie zabójczo skuteczny, ale cóż, teraz musi ochraniać hrabinę i ten ich dokumencik. Założę się, że o wiele bardziej go teraz interesuje flirtowanie z tą paniusią niż walka z tobą.
- Zdziwiłbyś się, jak bardzo się mylisz.
- Być może. Tak czy siak, pożegnaj się ze swoimi przyjaciółmi. I nie mam na myśli tej muszkieterskiej zgrai, która pewnie teraz gdzieś zdycha na prowincji.
To mówiąc Raberic wymierzył w niego pistolet, który wcześniej tylko chwilowo opuścił w dół.
Raul na szczęście miał już gotowy plan działania. Teraz liczyła się tylko prędkość. Młodzieniec szybko pochylił się ku ziemi, złapał kamyk i cisnął nim w twarz Raberica. Następnie jednym zwinnym ciosem wytrącił mu pistolet z dłoni, który upadłszy na ziemię wypalił głośno. Potem Charmentall chwycił za szpadę i ruszył do natarcia. Jednak Raberic też nie próżnował przez ten czas i również pochwycił za swoją broń. Rozpoczął się pojedynek. Raul, pamiętając lekcje Trechevile’a, po ostrym ataku, przeszedł do taktycznej obrony. Raberic atakował zawzięcie i z furią, czym zyskał chwilową przewagę, ale widać było, że wyraźnie nie doceniał swego przeciwnika. Charmentall specjalnie osłabiał go, aby później móc lepiej zadać mu cios ostateczny. Rzeczywiście, jego metoda skutkowała i Raberic zaczął słabnąć. Raul wykonał więc słynny sztych, polegający na tym, że upada się na ziemię, wykonuje obrót na głowie i uderza przeciwnika szpadą w pierś. Nasz bohater wykonał ten cios z niebywałą precyzją. Niestety, ostrze szpady natrafiło na przeszkodę. Była nią kolczuga, którą Raberic miał pod kaftanem. Najwidoczniej ten łotr nigdy nie zmieniał swoich zwyczajów. Zwłaszcza tych dotyczących środków bezpieczeństwa.
Raberic zaśmiał się podle i zadał własny cios. Ostrze jego przejechało Raulowi po żebrach. Chłopak jęknął z bólu cofając się o krok, ale dostrzegł swoją szansę. Wykorzystał ją i ciął przeciwnika przez głowę. Nie był to może bardzo mocny cios, ale poskutkował. Raberic głucho wycharczał coś niezrozumiałego i upadł na ziemię. Charmentall pozbierał się, wytarł szpadę i schował do pochwy. Następnie ruszył z powrotem do karczmy „Pod Walecznym Kogutem“. Po drodze natknął się na kilku ludzi i paru żołnierzy ze straży miejskiej. Przybiegli oni przerażeni wystrzałem z pistoletu Raberica. Raul skierował ich wszystkich do swego napastnika radząc im, aby się pospieszyli, jeśli chcą go jeszcze żywego odwieść do aresztu, gdyż został on przez niego porządnie zaprawiony.
Kiedy już się upewnić, że Raberic zostaje aresztowany Raul wrócił do oberży. Właściciel powiadomił go, że była tu przed paroma minutami jakaś dama. Nie widział jej twarzy, gdyż miała na sobie płaszcz z kapturem, ale prosiła, by przekazać panu Charmentall ten list. To mówiąc wręczył mu kopertę z listem.
Raul wziął go i zapłaciwszy oberżyście za fatygę udał się do swego pokoju. Upewniwszy się, że jest sam i nikt nie będzie mu przeszkadzał, otworzył list. Znalazł tam kilka zdań:
Jak już wspomniałam dokument hrabina de Willer trzyma w swoim modlitewniku, z którego nie spuszcza oka. Ukraść go będzie wyjątkowo trudno. Musi pan się bardzo postarać. Hrabina ma modlitewnik w swoim pokoju, dostanie się do niego nie będzie proste.
Mam pewien pomysł. Możesz, mój panie, wejść przez mój pokój. To trzecie okno na lewo, wychodzące na ogród. Hasło: trzy szybkie stuknięcia. Odzew: dwa stuknięcia. Pomogę, jak tylko będę mogła.
Życzę szczęścia.
L.C.
PS. Ambasador będzie tu za cztery dni. Tyle chyba powinno wystarczyć.
Raul zgodnie ze swoim zwyczajem przeczytał list kilka razy, po czym upewniwszy się, że wszystko już pamięta, wrzucił go wraz z kopertą do ognia w kominku. Dla pewności poprawił palenisko pogrzebaczem. Potem zaczął myśleć.
Luiza miała rację. Cztery dni to wystarczająco dużo, żeby odzyskać dokument. Pora więc zacząć działać.
Raul otworzył list od Luizy. Po przeczytaniu go dowiedział się, że jego przeciwnicy jutro powinno dojechać już do miasta Forell. Oczywiście jutro oznaczało w wypadku młodego Charmentalla „dzisiaj”, bowiem muszkieter oczekując na przyjaciela stracił już nieco czasu. Wskoczył więc na konia i pognał przed siebie. Kilka razy zatrzymał się na krótki postój, aż pod wieczór dotarł do Forell. Był tak zmęczony, że prawie natychmiast po wynajęciu pokoju padł zmęczony na łóżko i zasnął. Rano zaś obudził się, a następnie zszedł na dół, aby zjeść śniadanie. Zapytał oberżysty, czy nie było czasem listu do niego. Odmowna odpowiedź bardzo go zaskoczyła. Zatem Luiza nie zostawiła mu żadnych nowych wskazówek. Zasmuciło go to bardzo. Pocieszała go wszak jedynie wiedza, że najprawdopodobniej Febre i hrabina de Willer z panną Colgen zatrzymali się tutaj na noc. Ostatecznie w takich małych miasteczkach nie było wielu oberż oferujących przyzwoite warunki, zwykle tylko jedna na całą okolicę, zaś pozostałe stanowiły raczej podrzędne spelunki. To dawało naszemu muszkieterowi pewną przewagę, choć niestety niewielką.
Gdy tak siedział załamany przy stoliku i nie wiedział, co dalej ma zrobić zauważył, że oberżysta rozmawia właśnie z jakąś osobą w płaszczu z kapturem. Była nią dziewczyna, na co wskazywał jej ubiór, zdecydowanie nie mogący być strojem męskim. Owa tajemnicza osoba zapytała o coś właściciela oberży, ten zaś wskazał ręką na Raula. Dziewczyna, zasłaniając sobie szczelnie twarz kapturem, by nikt poza muszkieterem jej nie ujrzał, podeszła do niego i zapytała:
- Pan Raul Charmentall?
- Tak, to ja - odpowiedział muszkieter wstając - A kto pyta?
- Mam wiadomość od panny Luizy - mówiła dalej dziewczyna - Lecz gdzie jest pan de Morce? I pozostali pana przyjaciele?
- Nie zjawi się. Ani on, ani żaden z moich trzech towarzyszy. Jestem tu sam. Gdzie jest ta wiadomość?
Dziewczyna wysunęła z fałdów swego płaszcza rękę z listem, który Raul pospiesznie wziął, po czym spojrzał uważnie na swego Hermesa, ten zaś powiedział mu:
- Proszę się mieć na baczności i nie opuszczać oberży „Pod Walecznym Kogutem”. Niedługo powinien pan znowu otrzymać instrukcje.
- Przekaż swojej pani, że jestem jej wdzięczny za to, że mi pomaga.
- Przekażę.
Chwilę później dziewczyna ruszyła w kierunku wyjścia.
- Nie zaczekasz na odpowiedź? - zdziwił się Raul.
- Nie mogę, proszę pana. Muszę jak najszybciej wrócić do domu. Niech pan pamięta, aby nie opuszczać oberży. A jeśli już, to nigdy nie na długo. Proszę również zawsze wieczorem być na miejscu i czekać na dalsze wiadomości.
To mówiąc dziewczyna odeszła, ponownie zasłaniając sobie szczelnie twarz kapturem.
Raula bardzo zadziwiło to wszystko, czego był właśnie świadkiem, lecz wiedział, że nie ma czasu do stracenia i musi się dowiedzieć, jakież to wiadomości ma dla niego panna Luiza. Otworzył więc liścik od Luizy. Szybko przeskoczył oczami po jego treści, która brzmiała mniej więcej tak:
Wynajęliśmy mały dom na ulicy Piekielnej 13. Przebywamy tam jako siostrzenica z ciotką i wujkiem, którzy wyjechali na prowincję w celu poprawy zdrowia. Dokument jest pilnie strzeżony. Nie dopuszczają mnie do tajemnicy, ale ja pilnie obserwuję. Wieczorem przyślę przez zaufaną służącą (tą samą, która dostarczyła wam ten list) dalsze informacje. Nie wiem, kiedy przybędzie ambasador. Ale dopóki się nie zjawi, jest szansa na powodzenia waszej misji.
Powodzenia.
L.C.
PS. Spalcie proszę ten liścik, tak jak i poprzednie. Nie mogą one wpaść w niepowołane ręce.
Raul dla pewności przeczytał liścik kilka razy, aby zapamiętać nazwę ulicy, przy której znajdował się ów dom, kryjówka hrabiny oraz Febre’a. Upewniwszy się, że zna ją bardzo dobrze, wrzucił list do kominka, po czym wrzucił tam także pozostałe wiadomości od panny Luizy Colgen, które na szczęście powierzył mu Francois na chwilę zanim zabrała go ze sobą straż miejska. Przez kilka minut wpatrywał się w tlące kawałki papieru. Odwrócił swój wzrok dopiero wtedy, gdy miał pewność, że całkowicie one spłonęły. Następnie stwierdził, że ma dość czasu i może się trochę rozejrzeć po okolicy. Co prawda panna Luiza prosiła go, aby nie opuszczał oberży, ale przecież dodała, że wolno mu to zrobić na krótki czas, on zaś nie miał najmniejszego zamiaru włóczyć się zbyt długo po okolicy. Wieczorem na pewno będzie już z powrotem, żeby odebrać kolejną wiadomość od panny Colgen.
- Gospodarzu... Gdybyś ktoś o mnie wypytywał, to proszę skierować tę osobę do mojego pokoju i poprosił, by poczekała na mnie, póki nie wrócę.
- A kiedy jaśnie pan wróci? - zapytał oberżysta.
- Powinienem wrócić przed zachodem słońca. Pamiętajcie, gospodarzu, gdyby ktoś o mnie wypytywał, to niech na mnie poczeka - przypomniał mu Raul.
Właściciel gospody obiecał tak postąpić. Raul podziękował mu zapytał jeszcze, jak można dojść do ulicy Piekielnej 13. Dowiedziawszy się zaś wszystkiego, co chciał wiedzieć, udał się tam natychmiast.
Ulica ta w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Była ona bowiem bardzo mroczna, tajemnicza i przepełniona bardzo niesympatyczną, niesamowitą aurą. Domy przypominały szereg szarych wysokich pudełek z małymi, wąskimi okienkami i odrapanymi drzwiami wejściowymi. Nie miały one w sobie nic z piękna kamieniczek Paryża. Brud, szarość, ciemność czyniły z tej ulicy miejsce niezbyt lubiane przez mieszkańców. Najgorsze były jednak te figury, zdobiące bramy domów, ogrody, a niekiedy nawet same domy. Były to najczęściej maszkarony i rzeźby nawiązujące do okresu gotyku, wiejące grozą. Wiele z nich przypominało w swoim wyglądzie diabły, inne zaś przedstawiały ohydne bestie z wilczymi łbami. Nawet w odważnych sercach takie poczwary potrafiły wzbudzić lęk, trudno więc zatem dziwić się naszemu bohaterowi, który chociaż do tchórzy nie należał, to poczuł niepokój, kiedy tylko trafił na tę ulicę. Gdyby nie to, że miał do wykonania ważną misję, wróciłby o oberży i to jak najszybciej. Ale cóż, siła wyższa.
Budynek, w jakim zatrzymała się nasza banda spiskowców planujących wciągnięcie Francji do wojny z Hiszpanią i przy okazji wzniecenie też wojny domowej, był najładniejszym ze wszystkich domów na tej ulicy. Albo też najgorszym - zależy, jak na to patrzeć. Nie miał na sobie aż tyle szarych kolorów, ale za to posiadał o wiele więcej rzeźb demonów oraz maszkaronów niż inne budynki. Otaczał go zaniedbany ogród. Właściciel domu był człowiekiem bogatym, ale nie mieszkał tutaj nigdy, gdyż wolał przebywać w stolicy, a dom zwykle wynajmował. Ponieważ najemcy nigdy się nie skarżyli, więc właściciel nie czuł najmniejszej nawet potrzeby, aby dbać o cokolwiek w swojej wiejskiej rezydencji. Był na to też zbyt chciwy pomimo tego, a być może właśnie dlatego, że posiadał ogromny majątek, jak bowiem wiadomo, ludzi bardzo bogatych charakteryzuje wyjątkowa chciwość.
Raul nie znał historii owego domu i nie interesowała go ona nawet w najmniejszym stopniu. Ostatecznie nie pomogłaby mu wcale w odzyskaniu dokumentu, więc po jakie licho ma on ją poznawać? Odpowiedź wydaje się tak prosta, że chyba nie musimy jej podawać. Ważne jest jednak to, co teraz zrobił nasz bohater.
Otóż Charmentall wdrapał się na wysoki mur oddzielający ogród od ulicy i zwinnie niczym wiewiórka wskoczył do środka. Miał nadzieję, że nikt go nie zauważył ani nie usłyszał. Na szczęście spadł na ziemię szybko i w miarę swoich możliwości bezszelestnie, więc nikt nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Zadowolony tym faktem Raul podkradł się powoli i cicho do domu. Rozejrzał się dookoła. Szukał jakiegoś okna, przez które mógłby wejść do środka, a potem zorientować się w sytuacji. Na szczęście jedno okienko było uchylone, co prawda tylko lekko, ale wystarczająco mocno, aby on mógł wejść do środka i dostać się do wnętrza. Uczynił to, także już po chwili stał w jakimś odosobnionym pokoju. Nikogo tu nie było a więc widocznie los mu sprzyjał. Raul szedł spokojnie, jak również w miarę możliwości przed siebie. Podszedł do drzwi i już miał przez nie wejść, gdy nagle usłyszał znajomy głos, który przemówił:
- Nie wiem, mój panie, o co ci w ogóle chodzi. Przecież skrupulatnie wykonujemy polecenia pana ministra, a wszystko idzie po naszej myśli. Czemuż więc się pan irytujesz?
Hrabina de Willer, pomyślał Raul. Ciekawe, z kim rozmawia i o czym? Poczekajmy, a odkryjemy to.
- Irytuję się dlatego, że nie dostałem jeszcze tego, na czym tak bardzo mi zależy. Nie dostałem Raula Charmentalla! Nie miałem okazji zabić go osobiście! A mógłbym już dawno to zrobić i to bez problemu!
To musi być Febre, przemknęło Raulowi przez głowę.
- A czy pan minister dał panu na to pozwolenie, mój drogi? - zapytała hrabina głosem, z którego biła złośliwość.
- Powiedział mi, że mogę usunąć tego człowieka tylko w przypadku uzasadnionej okoliczności, czyli jak zacznie mieszać się do naszych spraw. A on wmieszał się w nie jak mało kto, jednak pan minister wciąż łudzi się nadzieją, że ten młokos dołączy do nas. Cały czas ma wątpliwości przed wydaniem ostatecznego wyroku śmierci na tego gaskońskiego głupca. Gdyby nie to, zabiłbym tego śmiecia od razu, gdziekolwiek bym go znalazł. Nie wiem, czemu Colgen jeszcze się waha.
- A ja chyba wiem, dlaczego - powiedziała bardzo tajemniczym głosem hrabina de Willer.
- Wiesz, pani? - zapytał zdumiony Febre.
- A wiem.
- Więc dlaczego to robi?
- Z powodu drobnych wyrzutów sumienia.
- Phi! Wyrzutów sumienia? Dobre sobie! To ten stary łajdak ma jeszcze sumienie? - Febre nie krył swojego zdumienia.
- A i owszem. Może to pana dziwi, ale on wciąż ma sumienie - odparła na to hrabina de Willer.
- To źle. To bardzo źle. Ja swojego sumienia pozbyłem się już wiele lat temu. Przeszkadzało mi ono w wykonywaniu mojego fachu, dlatego też usunąłem je z mojej duszy i to raz na zawsze.
- Nie wątpię. Ale ponieważ on je sobie nie usunął, więc ono go dręczy.
- Dręczy?
- A tak. Dręczy i gryzie gorzej niż wściekły pies.
- Dlaczego?
- A to już pan powinieneś wiedzieć najlepiej, bo przecież to pan zawsze wykonywałeś dla niego brudną robotę, zwłaszcza tę jedną.
- Którą?
- Już nie pamiętasz? Pewną bardzo brudną robotę. Śmierdzącą robotę. Taką robotę, której tylko ty byś się podjął. Zabicie Gastona Charmentall.
Raulowi aż pociemniało w oczach, kiedy usłyszał te słowa. Gaston Charmentall? Jego ojciec? Młodzieniec co prawda doskonale wiedział, że Febre zabił jego ojca, ale zawsze myślał, że to był tylko zwykły bandycki napad albo też zlecenie wydanie przez jakiegoś podłego wroga. Ale żeby to zlecił Colgen, tego Raul się nie spodziewał. Ileż jeszcze zbrodni ma swoim koncie ten łajdak? Ilu ludzi jeszcze zlecił zabić temu diabłu w czerni? A ilu zleci jeszcze zabić?
- Nie mów pan, panie Febre, że już tego nie pamiętasz - szydziła sobie hrabina de Willer - Było to co prawda dwadzieścia lat temu, ale takie rzeczy zostają w pamięci na zawsze.
- Nigdy nie mówiłem, że zapomniałem o tej przygodzie - rzekł Febre z kpiną w głosie - Wręcz przeciwnie, zapamiętałem ją sobie bardzo dobrze. W końcu to właśnie tego dnia ten szczeniak Charmentall odciął mi ucho i zostawił tę bliznę. Oszpecił mnie do końca życia. Czegoś takiego się nie zapomina.
- I pewnie pamiętasz, dlaczego szanowny pan minister zlecił zabójstwo starego Charmentalla?
- Oczywiście, że tak. Ponieważ kochał się w jego żonie.
Raul był coraz bardziej zdumiony tym wszystkim, co usłyszał. Krew się w nim gotowała i najchętniej wpadłby do tego pomieszczenia, po czym zabiłby te dwa demony, jednak nie mógł ryzykować zdemaskowania i tym samym narażać na szwank ich misję.
- Czyli miłość? - zapytała hrabina.
- Można by to tak nazwać.
- Jak to, można by?
- Tak to - odpowiedział z naciskiem Febre - Wątpię, by ten łajdak znał kiedykolwiek takie uczucie jak miłość. A zresztą nawet jeżeli znał, to już jest teraz nieistotne. W każdym razie chciał, by ta paniusia była tylko z nim. Ona oczywiście się nie zgodziła. Więc postanowił ją porwać, a ja miałem wykonać to zadanie. Plan był prosty: przyjeżdżam i zabijam Charmentalla pod pretekstem nie płacenia podatków. Ją porywam, a dzieciaki, jeżeli będą stawiać opór, mogę również spokojnie usunąć. Niestety plan nieco odszedł od pierwowzoru. Pani Charmentall wystąpiła bowiem w obronie męża, a jeden z moich ludzi, wyjątkowy nadgorliwiec, strzelił do niej i zabił tę biedaczkę. Byłem wściekły, ale nie mogłem już tego zmienić. Chciałem więc naprawić jakoś swój błąd.
- I porwałeś tę małą?
- Oczywiście. Musiałem jakoś odkupić moją winę. Colgen nie był tym zbyt zachwycony, ale cóż. Przyjął to, co mu przyniosłem, a nawet zaczął się z tego cieszyć. Do dzisiaj okazuje swego rodzaju radość z tego powodu, o czym pani na pewno dobrze wiesz, bo wszak nie jest dla ciebie tajemnicą, co się obecnie dzieje z tą małą panną Charmentall.
- I owszem, mój panie. Doskonale o tym wiem.
Rozmowa się urwała.
Raul, doszedłszy do wniosku, że usłyszał wystarczająco dużo, wyszedł po cichu z domu przez okno i przedostał się po murze na ulicę. Wracając do karczmy rozmyślał cały czas o tym, co dane mu było odkryć. Był bardzo zszokowany. Co prawda, spodziewał się wielu rzeczy po tym łajdaku, ministrze Colgenie. Wiedział, że to człowiek gotowy na wszystko i czasami w najgorszych swoich obawach podejrzewał, iż mógł on zlecić usunięcie kilku nieprzychylnych mu ludzi, ale coś takiego? To było straszne. Jego ojciec i matka nie żyją. Siostra porwana. On sam zaś został sierotą. A to wszystko tylko po to, aby Colgen mógł zdobyć kobietę, o której pewnie by i tak zapomniał, gdyby tylko mu się udało? Nie, nie i jeszcze raz nie. Coś takiego w głowie się nie mieści. Morderstwo dla zdobycia kochanki? To nie tylko podłe, ale równocześnie bardzo głupie. Przecież jego matka nigdy nie pokochałaby mordercę swojego męża. Na co więc Colgen liczył? Na jej przychylność? Jeśli tak, to musiał być bardzo głupi, skoro miał takie śmiałe nadzieje. Ale cóż, ludzie zakochani często zachowują się irracjonalnie. Wystarczy tylko wspomnieć, jak Francois o mało nie zaszlachtował go na ciemnej ulicy, tylko dlatego, że był zazdrosny o Luizę.
No właśnie, Francois. Co się z nim stało? Czy jeszcze go zobaczy? O co właściwie był on oskarżony? A zresztą to nieważne, o co go posądzili. Cokolwiek by to nie było, to jego przyjaciel na pewno jest niewinny. Aresztowano go tylko po to, aby jeszcze bardziej osłabić ich drużynę. W ten sposób on sam stawał się łatwym łupem dla bandziorów Febre’a. Czyż nie to chodziło tym łotrom? Ale niech się strzegą! Zobaczą jeszcze, że żaden Gaskończyk nie poddaje się bez walki.
Zaczynało się ściemniać i powoli zbliżał się wieczór, czyli pora na odebranie wiadomości od panny Luizy. Nie można się było spóźnić, od tego spotkania bowiem zależały losy całej Francji. Charmentall więc skierował swoje kroki w stronę oberży „Pod Walecznym Kogutem”. Pogrążony we własnych, czarnych myślach młodzieniec nie zauważył jednak, że wszedł w bardzo ciemny zaułek i o mało co by w nim zabłądził. Na szczęście szybko się ocknął i postanowił zawrócić. Wtem, zupełnie niespodziewanie, na plecach poczuł pistolet i ciszę przerwał ochrypły głos:
- Pieniądze albo życie!
Raul nie miał czasu nawet się obejrzeć do tyłu, zresztą nie byłoby to w tym wypadku zbyt rozsądne. Nie zaszczycił jednak tajemniczego swego napastnika odpowiedzią.
- Głuchy jesteś?! - powtórzył ochrypły głos już lekko zirytowany - Powiedziałem „Pieniądze albo życie”!
- Nie dasz mi się zastanowić? - zapytał Raul z kpiną w głosie - Nie wiem, co mam wybrać. Muszę to sobie dobrze przemyśleć. Ostatecznie to nie jest przecież łatwa dcyzja.
- Dowcipny jak zawsze. To dobrze - kpił sobie właściciel ochrypłego głosu - To bardzo dobrze. Lepiej jest umierać ze śmiechem na ustach niż ze strachem w sercu.
- To ja mam umrzeć, mój panie?
- Oczywiście, mój panie.
- Więc po co te propozycje typu „Pieniądze albo życie”?
- Dla ozdoby. Przy okazji sam chyba przyznasz, że lepiej to brzmi, kiedy napadający na szlachcica z bronią w ręku bandyta mówi takie słowa, nieprawdaż?
- O tak, to niewątpliwie wielki plus całej sytuacji.
- No właśnie. Więc, mój panie, szykuj się na śmierć.
- A mógłbym chociaż zobaczyć twarz swego mordercy? - zapytał Raul licząc na to, że chociaż trochę zyska na czasie.
Bandyta prychnął z kpiną i powiedział:
- Właściwie nie wiem, po co ci to, ale proszę bardzo. Możesz zobaczyć moją twarz.
To mówiąc zbój wyszedł z cienia i stanął przed Raulem. Charmentall przyjrzał się mu dobrze. Zobaczył wówczas zbójecką gębę pozbawioną jednego oka. Już wiedział, kto jest jego napastnikiem.
- Nie poznajesz mnie, kochasiu? - zapytał zbój.
- Ależ owszem, poznaję - powiedział Raul mściwym tonem - Ty jesteś Jacques Raberic.
- We własnej osobie, Charmentall. Miło, że jeszcze umiesz rozpoznać swoich starych przyjaciół.
- To ty jesteś na wolności? - zdumiał się Raul - Myślałem, że wciąż gnijesz w Bastylii albo na galerach.
- Jeszcze nie zbudowali takiego więzienia, z którego nie mógłbym uciec. Zwłaszcza, że miałem bogatego protektora - wyjaśnił Raberic wciąż mierząc do Raula z pistoletu.
- O! No proszę, to interesujące. A kogóż to? Nie odpowiadaj, niech zgadnę? Pana ministra Colgena?
- Skąd to wiesz? - Jacques Raberic wyglądał na zdumionego, a wręcz przerażonego tym faktem, jednak szybko zdołał nad sobą opanować - Tak, właśnie jego mam na myśli. Wyciągnął mnie z Bastylii i wysłał tutaj. Spodziewał się, że jeden z was może dotrzeć tutaj pomimo tylu pułapek, jakie na ciebie i twoich kompanów zastawił. Miałem więc unieszkodliwić tego szczęśliwca, który tu dotrze chcąc przeszkodzić planom pana ministra. Ironia losu... Nie spodziewałem się, że to będziesz ty, ale to nawet lepiej. Mamy okazję wyrównać nasze rachunki.
- Myślisz, że ujdzie ci to bezkarnie, Raberic?! - wysyczał przez zęby Raul.
Bandyta zaśmiał się podle.
- A dlaczegóż by nie? Nikt nas tu przecież nie widział, zaś jutro straż miejska znajdzie twojego trupa i pomyśli, że zapuściłeś się tam, gdzie nie powinieneś i padłeś ofiarą napadu bandyckiego napadu. Takie rzeczy się zdarzają, zwłaszcza tutaj. Nikt nie powiąże twojej śmierci ze mną, a tym bardziej z panem ministrem.
- Dlaczego nie zlecił tego zadania temu swojemu cynglowi? Jak mu tam… Febre? Tak on się zwie? Niby czemu on tego nie może zrobić?
Młodzieniec chciał jak najszybciej wymyślić dobry plan działania, ale żeby to zrobić musiał zyskać na czasie. W tym celu postanowił zagadać tego łotra najdłużej, jak się tylko da.
- Febre? - zakpił sobie Raberic - Temu idiocie miałby on to zlecić? Przyznaję, że jest on niewątpliwie zabójczo skuteczny, ale cóż, teraz musi ochraniać hrabinę i ten ich dokumencik. Założę się, że o wiele bardziej go teraz interesuje flirtowanie z tą paniusią niż walka z tobą.
- Zdziwiłbyś się, jak bardzo się mylisz.
- Być może. Tak czy siak, pożegnaj się ze swoimi przyjaciółmi. I nie mam na myśli tej muszkieterskiej zgrai, która pewnie teraz gdzieś zdycha na prowincji.
To mówiąc Raberic wymierzył w niego pistolet, który wcześniej tylko chwilowo opuścił w dół.
Raul na szczęście miał już gotowy plan działania. Teraz liczyła się tylko prędkość. Młodzieniec szybko pochylił się ku ziemi, złapał kamyk i cisnął nim w twarz Raberica. Następnie jednym zwinnym ciosem wytrącił mu pistolet z dłoni, który upadłszy na ziemię wypalił głośno. Potem Charmentall chwycił za szpadę i ruszył do natarcia. Jednak Raberic też nie próżnował przez ten czas i również pochwycił za swoją broń. Rozpoczął się pojedynek. Raul, pamiętając lekcje Trechevile’a, po ostrym ataku, przeszedł do taktycznej obrony. Raberic atakował zawzięcie i z furią, czym zyskał chwilową przewagę, ale widać było, że wyraźnie nie doceniał swego przeciwnika. Charmentall specjalnie osłabiał go, aby później móc lepiej zadać mu cios ostateczny. Rzeczywiście, jego metoda skutkowała i Raberic zaczął słabnąć. Raul wykonał więc słynny sztych, polegający na tym, że upada się na ziemię, wykonuje obrót na głowie i uderza przeciwnika szpadą w pierś. Nasz bohater wykonał ten cios z niebywałą precyzją. Niestety, ostrze szpady natrafiło na przeszkodę. Była nią kolczuga, którą Raberic miał pod kaftanem. Najwidoczniej ten łotr nigdy nie zmieniał swoich zwyczajów. Zwłaszcza tych dotyczących środków bezpieczeństwa.
Raberic zaśmiał się podle i zadał własny cios. Ostrze jego przejechało Raulowi po żebrach. Chłopak jęknął z bólu cofając się o krok, ale dostrzegł swoją szansę. Wykorzystał ją i ciął przeciwnika przez głowę. Nie był to może bardzo mocny cios, ale poskutkował. Raberic głucho wycharczał coś niezrozumiałego i upadł na ziemię. Charmentall pozbierał się, wytarł szpadę i schował do pochwy. Następnie ruszył z powrotem do karczmy „Pod Walecznym Kogutem“. Po drodze natknął się na kilku ludzi i paru żołnierzy ze straży miejskiej. Przybiegli oni przerażeni wystrzałem z pistoletu Raberica. Raul skierował ich wszystkich do swego napastnika radząc im, aby się pospieszyli, jeśli chcą go jeszcze żywego odwieść do aresztu, gdyż został on przez niego porządnie zaprawiony.
Kiedy już się upewnić, że Raberic zostaje aresztowany Raul wrócił do oberży. Właściciel powiadomił go, że była tu przed paroma minutami jakaś dama. Nie widział jej twarzy, gdyż miała na sobie płaszcz z kapturem, ale prosiła, by przekazać panu Charmentall ten list. To mówiąc wręczył mu kopertę z listem.
Raul wziął go i zapłaciwszy oberżyście za fatygę udał się do swego pokoju. Upewniwszy się, że jest sam i nikt nie będzie mu przeszkadzał, otworzył list. Znalazł tam kilka zdań:
Jak już wspomniałam dokument hrabina de Willer trzyma w swoim modlitewniku, z którego nie spuszcza oka. Ukraść go będzie wyjątkowo trudno. Musi pan się bardzo postarać. Hrabina ma modlitewnik w swoim pokoju, dostanie się do niego nie będzie proste.
Mam pewien pomysł. Możesz, mój panie, wejść przez mój pokój. To trzecie okno na lewo, wychodzące na ogród. Hasło: trzy szybkie stuknięcia. Odzew: dwa stuknięcia. Pomogę, jak tylko będę mogła.
Życzę szczęścia.
L.C.
PS. Ambasador będzie tu za cztery dni. Tyle chyba powinno wystarczyć.
Raul zgodnie ze swoim zwyczajem przeczytał list kilka razy, po czym upewniwszy się, że wszystko już pamięta, wrzucił go wraz z kopertą do ognia w kominku. Dla pewności poprawił palenisko pogrzebaczem. Potem zaczął myśleć.
Luiza miała rację. Cztery dni to wystarczająco dużo, żeby odzyskać dokument. Pora więc zacząć działać.
Raul miał wyjątkowe szczęście, że natrafił akurat na rozmowę dotyczącą zabójstwa jego rodziców, jaka wywiązała się pomiędzy hrabiną a Febrem. Teraz przynajmniej wie z czyjego rozkazu jego rodzice ponieśli śmierć. Miał też wielkie szczęście, że zdołał zagadać tego tępego gamonia Rabericka, co wykorzystał na wytrącenie go z równowagi.
OdpowiedzUsuń