środa, 7 lutego 2018

Rozdział 23

Rozdział XXIII

Bitwa o zamek Le Vieux Diable

Zamek Le Vieux Diable zbudowano dawno temu, na małej wysepce pośrodku wielkiego, starego lasu. Przez las prowadziła do niego jedna tylko droga. Budowlę z dwóch stron otaczała rzeka. Jej tafla była gładka i mimo nocy, która powoli ciemną kołdrą prawie bezgwiezdnego nieba przysłaniała cały świat, była dokładnie widoczna. Gwardziści Colgena wystawili straże, które powoli chodziły po murach i pilnowały, aby nikt nie przedostał się na teren zamku. Jednakże ich czujna uwaga nie została w żaden sposób skierowana na rzekę. Gdyby wszak tak się stało, to na pewno zauważyliby oni dużą łódź powoli sunącą po ciemnej wstędze wody w stronę zamku.
W łodzi siedziało czterech mężczyzn. Na głowach mieli kapelusze, zaś u boku szpady. Dwóch z nich wiosłowało, jeden siedział na dziobie łodzi, a czwarty siedział z tyłu i obserwował uważnie teren za nimi. Łódka powoli oraz w miarę możliwości bezszelestnie sunęła przez ciemną powierzchnię rzeki.
- Teraz ostrożnie - powiedział mężczyzna, który siedział na dziobie - Dobijamy do brzegu.
Wiosłujący posłuchali go i dopłynęli powoli do brzegu rzeki, po czym wyskoczyli z łodzi, którą wciągnęli nieco na ląd, by nie odpłynęła z prądem. Następnie ostrożnie przyczołgali się do murów zamku i przylgnęli do nich. Odczekali chwilę upewniwszy się, że strażnicy ich nie zauważyli.
- Nie spostrzegli nas? - zapytał Fryderyk.
- Przypuszczam, że nie - odpowiedział Trechevile - Może są zajęci obserwacją ptactwa wodnego lub też leśnego, tak dla odmiany?
Żart ten wywołał lekki chichot u całej czwórki mężczyzn, w których jak podejrzewamy, Drodzy Czytelnicy od razu oraz bez trudu rozpoznali naszych bohaterów. Muszkieterowie właśnie podjęli próbę uwolnienia króla i królowej.
- Strażnicy nie zwrócili na nas uwagi - powiedział Raul.
- Skąd ta pewność? - zapytał Francois rozglądając się dookoła.
- Jakby zauważyli, to już by do nas strzelali.
Francois zastanowił się nad jego słowami.
- Faktycznie, to logiczne rozumowanie.
Trechevile rozejrzał się dookoła.
- Jeżeli będziemy stać i gadać pod murami, to na pewno nas niedługo zauważą, a raczej usłyszą - mruknął złośliwie do swoich przyjaciół.
- Słuszna uwaga - powiedział Fryderyk z ironicznym uśmieszkiem - Nie trzeba tyle kłapać dziobem.
- Sam masz dziób, mądralo - prychnął mu w twarz Francois - Ja to mam usta.
- Francois, nie kłóć się z nim - próbował uspokoić przyjaciół Raul.
- Kiedy on mnie obraża - odparł baron de Morce.
- Zamknijcie się wszyscy, na miłość boską! - zgromił ich cichym, acz stanowczym głosem Trechevile - Myśleć nie można. Przez te wasze kłótnie mogą nas usłyszeć.
- Wybacz - powiedział po cichu de Morce.
Kapitan muszkieterów wyjął z łodzi linę z hakiem. Zmierzył wzrokiem ścianę i ocenił jej wysokość.
- Dorzucisz tam linę? - zapytał Charmentall.
- Postaram się - odpowiedział kapitan muszkieterów.
To mówiąc wykonał on silny zamach ręką i rzucił hak wysoko w górę. Udało mu się zahaczyć nim o mur. Trechevile wówczas sprawdził jej naprężenie. Było ono takie, jakie być powinno.
- Wchodzę pierwszy. A wy za mną - polecił przyjaciołom Trechevile.
Chwilę później zaczął się powoli wspinać na blanki.
- Oby tylko nie spadł - powiedział przerażony Raul.
- Oby nie spadł. Bo inaczej narobi większego rabanu niż moja matka podczas kłótni małżeńskiej - szepnął Francois.
- No właśnie. A hałasu nam tu przecież nie trzeba - dodał Fryderyk.
- Cicho! - skarcił przyjaciół Charmentall.
Trechevile po chwili był już na górze. Machnął ręką na znak, że można wchodzić. Widząc to Raul zaczął się wspinać, a za raz po nim Francois, a na końcu Fryderyk. W tym samym czasie Andre Trechevile zabił strażnika, który niespodziewanie się tam pojawił, po czym rzucił sztyletem w drugiego gwardzistę. Rzut był silny i precyzyjny, dlatego strażnik zginął ugodzony ostrzem prosto w serce.
Przez ten czas Raul, Francois i Fryderyk dotarli już na mury.
- Jesteśmy! - zameldował po cichy Raul.
- Bardzo dobrze. Teraz szybko na dół, po tych schodach. Szybko, póki nas nie zauważyli! - zakomenderował Andre Trechevile, wskazując palcem kamienne stopnie prowadzące w dół prosto na dziedziniec - Ja zostanę na górze i dam znać naszym ludziom. Wy otwórzcie bramę. Pospieszcie się.
Jego przyjaciele szybko ruszyli po schodach na dziedziniec zamku, aby otworzyć bramę i opuścić most zwodzony. Niestety zostali zauważeni przez strażników, którzy natychmiast ich zaatakowali. Na ich drodze stanął jednak Raul.
- Wy otwórzcie bramę i podnieście most! Ja zatrzymam towarzystwo! - zawołał Charmentall w kierunku swych przyjaciół i stanął do walki.
- Uszanujmy jego ostatnią wolę - powiedział Francois i pobiegł w kierunku bramy.
- Ostatnią? - zdziwił się Fryderyk.
- Rusz się! - baron de Morce pociągnął go za rękę
W czasie, gdy na dole rozpoczęła się walka, na górze Andre Trechevile próbował z pomocą krzesiwa rozpalić pochodnię. Szło mu to jednak dość opornie, bo iskry wciąż nie chciały się sypać.
- No dalej! Dalej! - wściekał się kapitan - No, rozpal się wreszcie! Za co ty mi to robisz?! No, za co?!
W stronę Trechevile’a podbiegł jeden ze strażników i zaatakował go szpadą. Kapitan jednak nie dał się zaskoczyć, gdyż uchylił się w ostatniej chwili przed ciosem, po czym chwycił w obie dłonie niezapaloną jeszcze pochodnię i uderzył nią swego przeciwnika prosto w twarz. Powtórzył cios uderzając go jeszcze w głowę, wskutek czego strażnik z krzykiem zleciał na sam dół.
- Miłego lotu, przyjacielu - powiedział złośliwie Trechevile i powrócił do zapalania opornej pochodni.
Tymczasem na dziedzińcu toczyła się ostra walka. Raul odpierał ataki kolejnych przeciwników, podczas gdy Francois i Fryderyk próbowali jakoś podnieść kratę w bramie zamku. Nie było to jednak łatwe, gdyż była ona bardzo ciężka. Powoli jednak i z prawdziwym wysiłkiem podnosili ją w górę.
- Ależ to diabelstwo jest ciężkie! - sapał Fryderyk de Saudier, męcząc się z urządzeniem do podnoszenia kraty.
- Podnoś i nie gadaj! - warknął na niego Francois, pomagając mu.
W tym samym czasie jeden strażnik dobiegł do nich i zaatakował obu panów. Próbował on ciąć szpadą twarz barona de Morce, ten jednak w ostatniej chwili się uchylił, także broń uderzyła w kołowrotek, którym przyjaciele podnosili w górę kratę. Napastnik próbował uderzyć ponownie, lecz Francois wyrwał zza pasa pistolet i strzelił. Strażnik został ugodzony kulą między oczy, po czym osunął się martwy na ziemię.
- Jednego mniej - mruknął de Morce.
Następnie odrzuciwszy bezużyteczną już broń podbiegł do Fryderyka i wraz z nim powrócił do podnoszenia kraty w górę.
- Powstrzymaj ich jeszcze trochę, Raul! - zawołał do przyjaciela de Morce.
Raul właśnie szarpał się zaciekle z jednym z napastników.
- Oczywiście! Nie musicie się spieszyć! - zawołał kpiącym tonem, nie przerywając przy tym walki.
W końcu jednak krata została podniesiona w górę, a następnie most zwodzony opuszczony, zaś Trechevile wreszcie pokonał uparte krzesiwo zapalając wreszcie z jego pomocą pochodnię. Następnie podbiegł do murów i zaczął nią machać.

***

W lesie nie opodal zamku Le Vieux Diable czekał gotów do walki ogromny oddział muszkieterów Jego Królewskiej Mości. Ubrani byli w swe ukochane błękitne mundury z białym krzyżem i uzbrojeni w broń od Julesa Versnera. Broń to była w większości ukradziona oraz przemycona przez granicę. Przechowywał ją dla Versnera oberżysta u którego się ukrywał. Informator kapitana Trechevile’a sprzedawał ją po cichu różnym klientom, przeważnie tym o bardzo podejrzanej reputacji. Jednakowoż żołnierzy króla nie interesowało pochodzenie muszkietów, pistoletów, noży i haków, w jakie zostali uzbrojeni. Ważne było dla nich jedynie to, że mogli dzięki tej broni uwolnić swego króla z niewoli, a tym samym odzyskać swoją godność i miano gwardii królewskiej.
Czekali na sygnał od czterech przyjaciół. Mieli oni wedrzeć się do środka, pokonać straże i dać znak pochodnią, że krata w bramie jest już podniesiona, most zwodzony opuszczony i można dostać się do zamku. Czas mijał, lecz znaku jeszcze nie było. Ostatecznie jednak zadanie kapitana i jego kompanów należało do kategorii zadań niezwykle trudnych, dlatego też muszkieterowie ustalili z Trechevilem, że jeśli w najbliższym czasie nie otrzymają umówionego znaku, wówczas to będzie znaczyło, iż akcja się nie powiodła i żołnierze mają się wycofać.
Nagle na murach zamku ukazał się człowiek machający pochodnią.
- Sierżancie, sprawdźcie, co to jest! Czy to nasz znak? - powiedział jeden z podoficerów.
Sierżant przyłożył lunetę do oka. Zobaczył Trechevile’a machającego zawzięcie pochodnią.
- Tak! To sygnał! - odpowiedział sierżant.
- Słyszycie, panowie?! Sygnał! Jest już sygnał! Kapitan Trechevile dał nam sygnał! - zawołał podoficer - Za mną, żołnierze! Za mną!
Muszkieterom nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Uderzyli ostrogami konie i pognali w stronę zamku. Żołnierze Colgena za późno ich spostrzegli. Zdołali co prawda jeszcze oddać salwę z armat, ale nie wiele ona pomogła, bo muszkieterowie wjechali już na dziedziniec zamkowy.
- No, nareszcie! Przyjechała kapela! - zawołał wesoło Trechevile.
- Jesteśmy z tobą, kapitanie! - zawołał jeden z żołnierzy króla.
- Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! - krzyknęli chórem muszkieterowie, wpadając do zamku z obnażonymi szpadami i pistoletami wyjętymi zza pasów.
Padło kilka strzałów, po których paru gwardzistów przeniosło się na tamten świat. Wówczas to rozpoczęła się bitwa. Muszkieterowie opanowali bez trudu dziedziniec i mury zamku, zabijając przy tym bezlitośnie każdego napotkanego przeciwnika. Walka rozszerzyła się.

***

Tymczasem w zamku już rozniosła się wieść, że wrogowie pokonali mury, wtargnęli do środka i odnoszą zwycięstwo. Minister Colgen bardzo się przeraził, gdy to usłyszał.
- Niech to diabli! - ryknął uderzając pięścią w stół - To znów ci przeklęci muszkieterowie! A myślałem, że się ich pozbyłem na dobre. Popełniłem poważny błąd poprzestając na rozwiązaniu ich oddziałów. Trzeba było wszystkich wsadzić tych wszystkich żołnierzyków do Bastylii! Miałbym teraz problem z głowy. Wysłać wszystkich gwardzistów do walki! Zgnieciemy ich jak robaki - dodał, ściskając obie dłonie tak, jakby wyciskał cytrynę.
- Jawohl! - zawołał Grusner i ruszył wykonać polecenie.
Febre patrzył tylko spokojnie na Colgen i czekał, na jego rozkazy. Colgen jednak mruczał sam do siebie.
- Przeklęci muszkieterowie! Jak oni śmieli?! Buntować się przeciwko mnie?! Mnie?! Ale to im nie ujdzie płazem. Zapłacą mi za to! Wszyscy, po kolei! Do tego jeszcze ten Charmentall, Trechevile i pozostali. Niech ich zaraza! Trzeba było ich wszystkich od razu zabić, kiedy miałem ku temu okazję, a nie bawić się w sentymenty i spłacanie długów wdzięczności.
Pan minister był na siebie tym bardziej wściekły, że Raul Charmentall żył. Był pewien, że bitwa, która się rozgrywała, jest tylko i wyłącznie jego zasługą. Sądził, że to właśnie ów młody porucznik muszkieterów był inspiratorem wszelkiej wrogiej mu działalności.
Ale skoro młody muszkieter i jego kompani wciąż żyli, to oznaczało to tylko jedno. Raberic ponownie go zawiódł. Nędzny i nic nie warty głupiec. Do niczego się nie nadawał. Trzeba było do tej akcji wysłać Febre’a. Sęk jednak w tym, że Colgen wolał mieć tego człowieka przy sobie jako swoją osobistą ochronę. Sądził, że Raberic da sobie radę z tak prostym zadaniem jak usunięcie z tego świata jednego człowieka. Zwykły nieudacznik z niego i nic poza tym. Cóż... Raberic zawiódł go po raz ostatni. Więcej tego nie zrobi. Gdy już rozbije w bitwie muszkieterów, każe stracić tego idiotę.
- Charmentall to największa przeszkoda w moim życiu - mówił dalej Colgen chodząc wściekły po pokoju - Niechby mi ktoś wreszcie ją usunął z życia raz na zawsze!
Słysząc te słowa Febre uśmiechnął się lekko tym swoim słynnym, diabolicznym uśmieszkiem, po czym podszedł do drzwi i otworzył je.
- A ty gdzie idziesz? - spytał Colgen zdumiony jego zachowaniem.
- Jak to, gdzie? Na dziedziniec - odpowiedział Febre.
- Ale po co? - zdziwił się minister.
- Po co? Jeszcze pan pyta? Ano po to, żeby wreszcie usunąć z naszego życia największą przeszkodę - mruknął Febre mściwym głosem - Już dawno chciałem to zrobić i widzę, że nie ma na co czekać. Usunę wreszcie tego młodzika z naszego życia... Raz na zawsze.
To mówiąc wyszedł.

                                                  ***

Maria Leszczyńska stała w swoim pokoju niedaleko niewielkiego okna i zastanawiała się, jak się to wszystko skończy? Ona oraz jej mąż siedzieli zamknięci w komnacie, pilnowani tam przez całą dobę. Królowa Francji, pomimo swego młodego wieku, zdawała sobie doskonale sprawę, że ich sytuacja w tym zamku jest po prostu beznadziejna. A wszystko przez to, iż jej królewski małżonek był tak nierozważny i podpisał podsunięty mu przez Colgena dokument nie czytając go nawet, bo był za bardzo zmęczony polowaniem. Nie chciało mu się męczyć oczu czytaniem państwowych papierów! Jakże można było być tak nierozważnym, tak nieroztropnym, tak bezmyślnym, żeby podpisać cokolwiek bez uprzedniego, dokładnego wręcz sprawdzenia jego treści? Dowodziło to tylko, jak lekkomyślny jest Ludwik XV. Król Francji tak się nie zachowuje. W ogóle żaden władca nie może być lekkomyślny. Każdy król powinien nie tylko dbać o swoich poddanych, ale też wykazywać się rozwagą oraz roztropnością. Inaczej nie jest królem, lecz tylko bezmyślnym manekinem na tronie. Marionetką, którą każdy sobie może sterować wedle własnego upodobania. Maria Leszczyńska nie miała zamiaru być marionetką w czyichkolwiek rękach. Była córką króla Polski. Co prawda ex-króla, ale zawsze króla. Do tego wniosła w wianie Francji Lotaryngię, której władcą jest jej ojciec. Jaki z tego wniosek? Pochodzi z królewskiego rodu i nie pozwoli sobą pomiatać.
Król Ludwik XV nie wiedział, o czym właśnie myśli jego małżonka. Siedział tylko na swoim krześle załamany tym, co się niedawno stało. Milczał pogrążony we własnych myślach. Jego żona nie miała sumienia go dłużej dręczyć za nierozwagę, którą się wykazał, a której okrutne wręcz konsekwencje doświadczyli oboje na własnej skórze. Stwierdziła, że już wystarczająco dużo usłyszał od niej na ten temat. Teraz należało się zastanowić, co dalej? Co można zrobić? Jak wyjść z tego piekła?
Gdy tak się zastanawiała to usłyszała odgłosy strzałów i walki.
- Co się tam dzieje na dziedzińcu? Heleno, możesz zobaczyć?
- Oczywiście, Najjaśniejsza Pani.
Kobieta podeszła do okna i wyjrzała przez nie. Po chwili jednak radośnie uśmiechnęła się, odwróciła głowę w stronę królowej i zawołała:
- Wasza Wysokość! Wasza Wysokość!
- Co się tam dzieje na dziedzińcu, Heleno? Zauważyłaś coś? - zapytała Maria Leszczyńska.
- Wasza Wysokość! To są... To są...
Była tak podniecona, że z trudem łapała powietrze w płuca.
- No! Powiesz to wreszcie, czy nie?! - krzyknęła królowa.
Hrabina de Saudier uspokoiła się oraz złapała się za serce. Dopiero po chwili zdołała dojść do siebie, aby mówić już spokojnie i z opanowaniem.
- Wasza Wysokość! Muszkieterowie!
- Co muszkieterowie? - zapytała zdumiona Maria Leszczyńska.
- Muszkieterowie są w zamku! - dokończyła zapytana.
- Są w zamku? - uradowała się królowa, zaś król podniósł głowę i spojrzał na nią zdumiony.
- Tak, są w zamku. Wygląda na to, że właśnie przybyli nam z pomocą - tłumaczyła hrabina de Saudier - Prowadzą ich do boju Andre Trechevile i Raul Charmentall.
- Trechevile? Charmentall? - spytała Maria Leszczyńska.
Dopiero po chwili Jej Królewska Mość przypomniała sobie, że właśnie ci muszkieterowie i jeszcze dwóch innych ocaliło niedawno jej życie. Widać wciąż byli oni równie waleczni jak wtedy, gdy obronili ją przed bandytami.
- To moi muszkieterowie! Moi dzielni muszkieterowie! - zawołał uradowany i zarazem wzruszony Ludwik XV.
Królowa spojrzała na niego z ironią w oczach.
- Tak, twoi muszkieterowie. Ci sami muszkieterowie, których ty tak bezmyślnie wyrzuciłeś ze służby - przypomniała mu.
- Wiem, ale to nieważne. Wierzę, że oni zapomnieli o tym i wrócili, by nas uratować - rzekł podnieconym tonem Ludwik XV - Moi kochani muszkieterowie! Wiedziałem, że można na nich polegać.
- Pytanie tylko, czy oni nas tu znajdą? - zapytała przerażona Maria Leszczyńska - I to zanim mściwy Colgen nie poderżnie nam gardeł?
- Bądź spokojna, najdroższa. Moi muszkieterowie na pewno nas tu znajdą - uspokajał swoją żonę Ludwik XV.
- Mam nadzieję. Ale co, jeśli nie? - w sercu królowej nadal gościły wątpliwości i obawy.
- To wtedy będziemy mieli poważne kłopoty - stwierdziła smutnym głosem Helena de Saudier.

***

Raul zaatakował kolejnego przeciwnika rozcinając mu gardło po kilku ciosach szpady. Obok niego walczył z dwoma gwardzistami Francois. Fryderyk bił się równie dzielnie jak oni, jednak jego ciosy o wiele częściej raniły wrogów, a znacznie rzadziej zabijały.
Tymczasem młody Charmentall natarł na kolejnego przeciwnika, który właśnie zaatakował Trechevile’a. Młodzieniec wykonał podskok oraz kilka szybkich obrotów po ziemi, wyskoczył przed kapitana i jego przeciwnika, po czym wbił gwardziście szpadę w serce.
- Dobra robota, chłopcze! - pochwalił go Trechevile - Dziękuję ci.
- Dla ciebie wszystko, mój kapitanie! - odpowiedział mu Raul, po czym rzucił się w wir walki.
Muszkieterowie zwyciężali. Ich przeciwnicy padali jeden po drugim od ciosów ich szpad, noży oraz kul z pistoletów. Gwardziści zaczęli się powoli wycofywać z pola walki. Niektórzy nawet popełniali samobójstwo skacząc z murów na ziemię, gdyż uważali, że taka śmierć jest mniej bolesna niż powolne konanie od ciosu szpady przeciwnika lub długie gnicie w lochu. Królewscy muszkieterowie zauważyli to szybko i bez żadnego problemu wykorzystali tę przewagę.
- Panowie, oni uciekają! - zawołał wesoło Fryderyk widząc, co się święci.
- Więc na nich! - krzyknął Trechevile.
Radośnie zaczął machnąć szpadą nad swoją głową, po czym wskazał na przeciwników i zawołał:
- Za Francję! Za króla!
I poprowadził muszkieterów do ostatecznego natarcia.

1 komentarz:

  1. Łatwo poszło muszkieterom oblężenie zamku, w którym ten podły Colgen uwięził władców, ale to było do przewidzenia, skoro jego gwardia składała się z samych wyjętych spod prawa złoczyńców, podczas gdy królewska gwardia to sami wykwalifikowani i zaprawieni w boju żołnierze. Fryderyk co prawda nie ma jeszcze takiej wprawy jak jego przyjaciele, przez co walczy z nich najgorzej, ale też sobie naprawdę dobrze radzi, choć i tak najbieglejszy w boju jest Trechevile, który potrafi nawet celnie rzucać nożem z pewnej odległości oraz Raul, dzięki temu, że Trechevile był jego osobistym nauczycielem. Z kolei król okazał się być skończonym głupcem. Prawda jest taka, że on w ogóle nie nadaje się na władcę, bo przez swoją bezmyślność i kompletny brak rozumu wiele nie potrzeba, aby doprowadził kraj do ruiny.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...