środa, 7 lutego 2018

Rozdział 21

Rozdział XXI

W którym pomocną dłoń Francuzom wyciąga Niemiec

Po śmierci hrabiny de Willer Trechevile cały czas był przygnębiony i milczący. Nie odzywał się prawie wcale, a jeśli już coś wymknęło mu się z ust, to były to zaledwie pojedyncze słowa. Muszkieterowie zastanawiali się, dlaczego Trechevile popadł w takie przygnębienie. Nawet jeżeli kiedyś w swoim życiu znał hrabinę, a wskazywała na to poufałość, z jaką ze sobą rozmawiali, nie tłumaczyło to jego obecnego zachowania. Jego smutek był dla nich co najmniej dziwny, ale cóż... Ani Francois, ani Fryderyk nie mieli pojęcia, że Paulina de Willer była tą kobietą z opowieści Trechevile’a, którą usłyszeli jakiś czas temu. Jedynie Raul znał prawdę i wiedział, skąd bierze się rozpacz jego opiekuna. Współczuł mu bardzo oraz chciał pomóc, ale wiedział, że nic nie może zrobić. Zdawał sobie również sprawę z tego, iż tylko czas może uleczyć jego rany.
Trechevile’a dręczyło wspomnienie Pauliny de Willer, Raula natomiast zasmucało cierpienie swego opiekuna. Francois zaś martwił się o swego cudownie odnalezionego brata, pozostawionego rannego w klasztorze Saint Denis. Fryderyk z kolei niepokoił się los jego ciotki, która jako osobista przyjaciółka Marii Leszczyńskiej mogła również przebywać w niewoli u tego nędznika Colgena. Każdy z naszych bohaterów był przygnębiony z innego, równie ważnego dla niego powodu. Ich wszystkich jednak łączyła troska o Ludwika XV i jego małżonkę. Obawa o te dwie, najważniejsze dla Francji osoby łączyła całą naszą czwórkę. Więc z pewnością nie zdziwi Czytelników wiadomość, że następnego dnia po dokonaniu odkrycia ciała hrabiny de Willer i pochowaniu go, Trechevile wydał rozkaz:
- Na koń!
Po tych słowach nasza dzielna czwórka wskoczyła na wierzchowce i popędziła w stronę Paryża, aby dowiedzieć się czegoś o losach władców Francji. Luizę Colgen przyjaciele pozostawili w zamku Trechevile’a pod opieką Gerwazego oraz reszty służby. Muszkieterowie postanowili nie brać jej ze sobą ze względu na niebezpieczeństwo związane z ich misją. Smutne było zatem pożegnania Francois z ukochaną. Dziewczyna długo jeszcze się do niego tuliła i szeptała, że bez niego na pewno nie przeżyje najbliższych dni, że nie zmruży oka z obawy o jego los. Szlochała tak mocno, iż Francois z trudem ją uspokoił zapewnieniami, że niedługo wróci i na pewno nic mu się nie stanie.
- Uważaj na siebie, ukochany. I ty także, mój kochany przyjacielu - dodała patrząc na Raula - Wszyscy uważajcie na siebie i niech was Bóg prowadzi.
Czwórka muszkieterów pożegnała się z nią i ruszyła w drogę. Dla pewności jednak, aby nie rzucać się w oczy, po drodze zdjęli płaszcze oraz dystynkcje muszkieterów. Do miasta zaś wjechali jako czwórka zwykłych szlachciców.
W Paryżu wszystko wyglądało tak, jak przedtem. Nikt w mieście nic nie wiedział o zamachu stanu. Co prawda ludzie mówili, że król i królowa zachorowali oraz nie dopuszczają przed swe oblicze nikogo poza ministrem Colgenem, który zastępuje teraz Jego Królewską Mość w obowiązkach. Nie było żadnych zamieszek, żadnego rozlewu krwi. Wiadomość ta mocno zdziwiła naszych bohaterów. Jak zamach stanu mógł przejść bez echa?
Szybko się okazało, że echo i owszem było, ale jedynie w oberży „Pod Złamaną Szpadą”. Zebrali się tam wszyscy ex-muszkieterowie, którzy teraz topili smutki w alkoholu. Zrozpaczeni utratą swych wojskowych godności, popijali z butelek wino, aby nim choć trochę ukoić swą boleść. Od nich właśnie Andre Trechevile dowiedział się, że jego informator miał rację i król rzeczywiście wydał dekret, w którym formalnie rozwiązano oddział muszkieterów, zaś na ich miejsce powołano gwardię pana ministra Colgena. Formacja ta podobno była lepiej przygotowana do obrony osoby Jego Królewskiej Mości. Chodziły słuchy, że owego rozwiązania dokonał sam minister Colgen, któremu taka sytuacja bardzo była na rękę, jednak były to tylko pogłoski, nie wiadomo zresztą, czy zgodne z prawdą. Zresztą prawdę wtedy znali jedynie nieliczni, głównie przedstawiciele tzw. półświatka, jak choćby Jules Versner, osobisty informator kapitana muszkieterów. Poza Colgenem oraz jego stronnikami tylko tacy ludzie jak ten nędzny cwaniak i pijaczyna wiedzieli, co się tak naprawdę wydarzyło we Francji, choć nie mówili o tym głośno. Jak już wiemy, Jules Versner po odkryciu tego faktu natychmiast wysłał gołębia pocztowego z listem do Trechevile’a, dzięki czemu nasi bohaterowie mogli przystąpić do działania. Co prawda całą czwórkę ciekawiło, skąd informator kapitana muszkieterów miał informacje o prawdziwej działalności Colgena, ale żaden z nich nie zamiaru go o to pytać.

***

Raul, Francois, Fryderyk oraz Trechevile usiedli przy jednym stoliku i popijając wino nasłuchiwali uważnie tego, co mówili ludzie wokoło. Mieli nadzieję dowiedzieć się czegoś konkretnego, jednakże niestety nie odkryli niczego poza tym, co sami już wiedzieli. Oczywiście żaden z muszkieterów nie słyszał o uprowadzeniu króla i królowej, dlatego też każdego z nich zdziwiły wiadomości, jakie przekazał im ich były kapitan. Andre Trechevile oczywiście nie ujawnił tożsamości źródła, z którego czerpał tę wiedzę. Miał jednak u swoich dawnych podwładnych tak duży autorytet, że uwierzyli oni bez żadnych zastrzeżeń w każde jego słowa. Gdy dawni muszkieterowie dowiedzieli się, że król jest uwięziony, a minister rozwiązał gwardię jedynie po to, żeby móc tego bezkarnie dokonać, natychmiast zerwali się z miejsc, na których siedzieli i chcieli ruszać na ratunek Ich Królewskim Mościom. Trechevile uspokoił jednak wojaków, apelując do rozsądku swoich ludzi.
- Uspokójcie się, żołnierze - mówił - Przecież nie wiemy nawet, gdzie ten łotr ich uwięził. Poza tym, nie mamy broni, żeby z nim walczyć. Z czym chcecie iść na Colgena? Ze scyzorykami? Czy z tymi szpadami, które wam łaskawie pozostawiono jako szlachcicom? Uspokójcie się troszkę i dajcie nam się dowiedzieć wszystkiego. Gdy już wszystko będzie pewne, wówczas powiemy wam, gdzie i kiedy ruszymy na odsiecz królowi.
Muszkieterowie posłuchali kapitana i uspokoili się, ale nadal wielu z nich miało pretensję do Trechevile’a, że nie pozwala im on zmyć plamy na honorze ich wszystkich. Plamą tą był (jak można się tego domyślać) brak ochrony króla przez jego wiernych muszkieterów. Kapitan jednak na szczęście cieszył się na tyle ogromnym szacunkiem wśród swych dawnych żołnierzy, że te marudzenia nie trwały długo. Jedno jego spojrzenie bowiem wystarczyło, by wszyscy się uspokoili.
Trechevile usiadł spokojnie obok Raula, Francois i Fryderyka. Nalał sobie wina do szklanki i powoli je sączył.
- Widzę, że muszkieterowie jak zwykle palą się do walki, choć nie wiedzą prawie nic o sprawie, za jaką mają walczyć - uśmiechnął się Raul.
- Gaskońska krew, czyż nie tak? - zażartował sobie Francois patrząc dowcipnym wzrokiem na Raula.
- Gaskońska czy nie, przydałoby im się więcej rozwagi - mruknął pod nosem Charmentall.
- I więcej informacji, że o broni do walki to już nie wspomnę - dodał Fryderyk.
- No właśnie - Raul pokiwał głową na znak, iż przyjaciele jego mają rację - Gdy zdawali mundury musieli oddać swój cały arsenał. Łaskawie pozwolono im zachować szpady, symbol naszego szlachectwa, ale przecież szpady to za mało, by zdobywać zamki lub więzienia. No i nie wiemy, gdzie Colgen przetrzymuje króla.
- Słusznie - zgodził się z nimi Andre Trechevile - Gdybyśmy chociaż mieli więcej szczegółów lub jakiś znak, wskazówkę, która zaprowadziłaby nas do miejsca uwięzienia króla. Ale niestety, poruszamy się niczym małe dziecko we mgle.
- To niestety prawda - powiedział Raul.
- A twój informator? - spytał Francois.
- Wie tylko tyle, ile nam przekazał. Więcej nie zdołał się dowiedzieć - odpowiedział Trechevile.
Przyjaciele po odkryciu tego faktu siedzieli i sączyli wino rozmyślając, co teraz powinni zrobić. Jedynie Francois miał dobry humor, gdyż wypił sobie troszkę i opowiadał wesołe anegdoty ze swoich rodzinnych stron, np. taką, że jeden bankier, zresztą zupełny bankrut, postanowił dla zrobienia majątku, a także spłacenia wszystkich swych długów ożenić się z pewną kobietką, młodą, piękną, a przede wszystkim bardzo bogatą. Jak pomyślał, tak uczynił, ale cóż się wtedy okazało? Że ta panienka ma jedynie pięć tysięcy liwrów rocznego dożywocia i nic więcej. Tak oto łowca posagów, który ciągle wszystkich oszukiwał, teraz sam został oszukany.
- Tak to się powinno trafiać każdym oszustom i naciągaczom, którzy żerują na cudzej naiwności - powiedział Fryderyk, przyklaskując całej historii.
- Niekoniecznie - odrzekł Trechevile - Głupcy są sami sobie winni, że się pozwalają oszukiwać. Więc powinni być nieco rozumniejsi.
- Ale czy musi temu służyć aż taka brutalna lekcja? - zapytał Raul.
- Brutalna lekcja? Twoim zdaniem to jest niby brutalna lekcja? To ty nie doznałeś jeszcze brutalnej lekcji, mój drogi chłopcze. Brutalna lekcja jest wtedy, kiedy zięć chce dokuczyć teściowej i codziennie rano pyta ją, kiedy mamusia wyjedzie?
- A gdzie tu brutalność? Toż to bardzo grzeczne pytanie - zdziwił się słowami kapitana Raul.
- Bo po dwóch tygodniach mamusia nie wytrzymuje i albo wyjeżdża sama, albo wyjeżdża z córką, albo… Wali zięcia po głowie jego własnym hełmem.
Raul, Francois i Fryderyk zaśmiali się, gdy usłyszeli ten żart. Francois nawet parsknął śmiechem w szklankę z winem, które właśnie pił i o mało co by się zakrztusił ze śmiechu, na szczęście powstrzymał kaszel. Trechevile jednak nadal miał kamienną twarz, jakby to, co powiedział przed chwilą, było czymś bardzo poważnym, a nie kolejnym złośliwym żartem na temat teściowych.
Nagle do ich stolika podszedł jakiś jegomość ubrany na czarno oraz z kapeluszem, którego opuszczone rondo pozostawiało w cieniu jego oczy. W nikłym płomieniu świecy stojącej na stoliku nie widzieli dokładnie twarzy owego jegomościa. Tylko usta uśmiechające się do nich tajemniczo.
- Przepraszam, czy któryś z panów nazywa się Charmentall? - zapytał łamaną francuszczyzną.
- To ja - powiedział Raul - A o co chodzi?
- Przysyła mnie do was Herr Hermann Grusner - powiedział przybysz ściszonym głosem, rozglądając się niepewnie dookoła siebie - Można tu spokojnie rozmawiać?
 - Oczywiście, mój dobry człowieku - odpowiedział Trechevile takim tonem, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie - Nie ma wszak stosowniejszego miejsca na prowadzenie prywatnej rozmowy jak właśnie miejsce publiczne.
 Raula jednak co innego teraz zdziwiło bardziej niż fakt, że w miejscu publicznym najlepiej jest rozmawiać o prywatnych sprawach. Bardziej dziwiło go to, iż Hermann Grusner, niemiecki sekretarz pana Colgena wysłał do niego posłańca. Zastanawiał się, jaki ma w tym cel, a raczej, jaki interes. Doszedł do wniosku, że na pewno niczego się nie dowie, jeśli nie zapyta wprost, o co posłańcowi chodzi. Jak więc pomyślał, tak uczynił.
- Przysyła mnie do pana Hermann Grusner, sekretarz ministra Colgena - odpowiedział posłaniec.
- To już wiem, ale coś jeszcze ma mi pan do powiedzenia? - zapytał Raul - Z czym on tu pana przesyła?
- Z bardzo ważnym interesem, Herr Charmentall - odpowiedział mu posłaniec ciągle wtrącając do rozmowy niemieckie słówka - Tu wchodzi w grę wielki Geschaft dla Francji. Bardzo wielki. Herr Grusner chce się panu odwdzięczyć, Herr Charmentall, za to, że w ciężkiej dla niego sytuacji zachował się pan honorowo i nie pozwolił pan otruć Herr Grusnera. Więc on teraz chce się odwdzięczyć i powiedzieć panu, że w Palatz Wersal nie ma już króla i królowej.
- Dziękujemy za tę informacje, proszę pana, ale tyle to i my wiemy - odpowiedział złośliwym tonem Fryderyk.
Francois jednak uciszył go i wraz z pozostałymi cierpliwie słuchał słów posłańca i zastanawiając się, kim on może być? To z całą pewnością Niemiec, gdyż w swoje wypowiedzi co jakiś czas wtrąca niemieckie słowa. Czego jednak ten Szwab może od nich chcieć? Pragnie im pomóc czy wręcz przeciwnie? Od ostatniego niefortunnego spotkania z Niemcem młody muszkieter starał się zachowywać ostrożność za wszelką cenę, zwłaszcza wobec cudzoziemców.
Tymczasem tajemniczy posłaniec mówił dalej. Powiedział, że Ludwik XV i Maria Leszczyńska są teraz uwięzieni w zamku Le Vieux Diable, zbudowanym na ziemiach ministra Colgena. Na wschód od Paryża, o pół dnia drogi jazdy konnej od rogatek stolicy. Trzeba tam pojechać i uwolnić króla. Nie będzie to jednak takie proste, ponieważ zamku tego strzeże co najmniej setkę żołnierzy z gwardii ministra Colgena (jeżeli nie więcej). Potrzeba będzie dużej armii, żeby uwolnić władcę. Niezbędny jest też dobry podstęp, żeby się wedrzeć na mury zamku. Jeżeli jednak to wszystko uda się zorganizować, wówczas ocalenie króla, jak również całej Francji będzie jak najbardziej możliwe.
Wyjaśniwszy to wszystko posłaniec ukłonił się i powiedział:
- Auf Wiedersehen, Herr Charmentall und życzę powodzenia podczas ratowania waszego króla.
To mówiąc tajemniczy posłaniec wyszedł z gospody.
- I co powiecie o naszym przyjacielu? - zapytał Raul, kiedy mężczyzna zniknął im z oczu.
- Cóż... Przekazał nam bardzo ciekawe informacje - odpowiedział na pytanie przyjaciela Francois.
- I bardzo pomocne dla nas wszystkich - dodał Fryderyk.
- Choć muszę przyznać, że Grusner niepotrzebnie się przebierał. I tak łatwo było go poznać - mruknął Trechevile.
- Więc sądzisz, że to był Grusner osobiście? - spytał Charmentall, patrząc na swego dowódcę.
- A jakże. Łatwo było poznać tę jego uśmiechniętą buźkę. I jeszcze ten niemiecki akcent. Nie można czegoś takiego się łatwo pozbyć. Myślałem, że od razu się zorientowaliście, kim on jest.
- Niestety, nie - przyznali się uczciwie wszyscy trzej.
- Nic nie szkodzi. O to już mniejsza. Tak czy inaczej powiedzcie mi lepiej, czy możemy zaufać jego rewelacjom?
- Trudno powiedzieć. Już raz chciał nas otruć - mruknął Francois z niechęcią wspominając nieudaną próbę otrucia ich przez sekretarza pana ministra.
- I to w bardzo podstępny sposób! - dodał Fryderyk.
- Obawiam się jednak, że nie mamy wybory - zakończył całą sprawę Trechevile - Tak czy inaczej, bez względu na to, czy wierzymy Grusnerowi czy też nie, wiadomości od niego są teraz jedynymi informacjami o miejscu pobytu króla, jakie posiadamy.
- Wobec tego musimy z nich skorzystać - stwierdził Raul.
- Właśnie - rzekł Trechevile i zawołał oberżystę, aby uregulować rachunek - Zostańcie tutaj. Potrzebujemy broni i ludzi. Ludzi już mamy, natomiast broń zaraz dla was zdobędę.
To mówiąc wybiegł z oberży i pobiegł do gospody „Zielona Butelka”, gdzie ostatnimi czasy stałym rezydentem był nasz stary znajomy, pan Jules Versner, który właśnie drzemał sobie po kolejnej jakże udanej popijawie. Drzemka ta została mu brutalnie przerwana w chwili, gdy wpadł do pokoju swego informatora Trechevile.
- Wstawaj, Jules! Mam sprawę dla ciebie! - zawołał na wstępie.
- Czy pukanie wyszło już z mody? - zamruczał informator kapitana, z trudem podnosząc się ze swego barłogu.
- Nie rób z siebie idioty, człowieku. To ja! Trechevile!
- Andre! - zawołał wesoło Versner, dopiero teraz go rozpoznając - Miło cię tu widzieć. Napijesz się ze mną?
- Nie teraz, przyjacielu. Czas nagli, a ja potrzebuję broni.
- Jakiej?
- Każdej, jaką dysponujesz. Muszkietów, pistoletów, prochu, kul, noży, haków z linami, nawet nożyczek. Jednym słowem wszystkiego, czym da się walczyć.
Słysząc to Versner, wciąż z wielkim trudem utrzymujący równowagę, wyprostował się gwałtownie i uśmiechnął przyjaźnie do kapitana.
- Widzę, że szykuje się niezła akcja, skoro tak się spieszysz.
- Owszem, szykuje się i to bardzo duża akcja - odparł Trechevile z tajemniczym uśmiechem na ustach.
- Wobec tego możesz na liczyć, chłopie! - powiedział na to Versner.

***

Raul położył się na łóżku i patrzył w sufit. Zastanawiał się nad tym, co jego oraz jego przyjaciół muszkieterów jutro miało czekać. Walka, walna bitwa z siłami zła, zupełnie jak w powieści. Odważni muszkieterowie kontra podli gwardziści pana ministra. Dobro przeciwko złu. Tylko pozostawało pytanie, kto odniesie w takim starciu zwycięstwo? Oczywista wydaje się odpowiedź, że będzie dobro. A co, jeśli tak się nie stanie? Co będzie, jeżeli, pomimo ich wszelkich starań król zginie? Co jeśli Colgen ucieknie i nie zostanie schwytany? Na to ostatnie pytanie łatwo było odpowiedzieć. Łotr ten powróci do Paryża z kolejnymi najemnikami, dlatego w żadnym razie nie można pozwolić mu uciec. Tak zresztą mówił Trechevile podczas narady wojennej. Raul zapamiętał sobie te słowa i postanowił się ich trzymać. On, jak również wszyscy pozostali postanowili sobie, że niezależnie od ceny, jaką mieliby za to zapłacić, nie pozwolą uciec Colgenowi. Nawet ryzykując własne życie.
Ale Raulowi nie chodziło tyle o ministra Colgena, co o kogoś innego, a mianowicie o Febre’a. Tak, właśnie o Febre’a. Tego mordercę na usługach pana ministra, człowieka w czerni. Mężczyznę, który zabił jego rodziców oraz porwał siostrę. Ten człowiek zasłużył na karę. Najwyższy czas, aby mu ją wreszcie wymierzono. Raul już zbyt długo go szukał. Teraz nareszcie się zemści i odpłaci mu za wszystkie zbrodnie.
Raul zabije Febre’a. Zrobi to, na pewno zrobi i nieważne, co powie o tym Trechevile. Może go skarcić za wyłączne kierowanie się zemstą. Zabije Febre’a i już. Zresztą tak gwoli ścisłości, to Trechevile wcale nie odradzał mu zemsty. On jedynie uczył go, żeby nie zabijać dla przyjemności, a Raul chce tylko usunąć z tego świata podłego łotra. Ale czy to aby nie będzie zabijanie dla przyjemności? Oto jest pytanie.
Z takimi oto myślami Raul Charmentall zasnął.
Na rano zaś wstał i zapomniał o tych medytacjach. Zjadł śniadanie, popił je dobrym winem, po czym wyszedł na ulicę rozprostować nogi. Szedł sobie spokojnie wzdłuż drogi, patrząc przy tym w niebo. Pogwizdywał cichutko od czasu do czasu, kopiąc kamyki na drodze. Na ulicy nie było jeszcze zbyt wielu ludzi, było bowiem wcześnie rano. Młody muszkieter nie miał więc towarzystwa, co mu nawet odpowiadało.
Nagle, gdy tak chodził pogrążony w zadumie, ktoś przerwał mu jego samotność i jednym mocnym ruchem ręki złapał go za płaszcz i wciągnął w zaułek, gdzie nikt ich nie widział.
- Pamiętasz mnie może, muszkieterku? - zapytał napastnik ochrypłym głosem.
Raul przyjrzał się uważnie człowiekowi, który go zaczepił. Tak, słuch i wzrok go nie pomyliły. Przed nim stał Raberic.
- Raberic! Ty stary łajdaku! - zawołał zdumiony Raul - A ty znów na wolności?! Uciekłeś z Bastylii?
- Uciekłem? A po cóż miałem uciekać? - zakpił sobie Rabieric - Jak się ma takich potężnych mecenasów jak pan minister Colgen, to nie musisz uciekać. Sami cię wypuszczą, a na dodatek jeszcze zapłacą odszkodowanie za to, że cię zamknięto.
To mówiąc zaśmiał się szyderczo.
Raul patrzył na niego nie wiedząc, co ma powiedzieć. Nie miał też pojęcia, czy ma śmiać się, czy płakać. Raberic był w jego oczach nędznym śmieciem, który najbezczelniej w świecie śmieje się w oczy prawu, jednak czuł w głębi serca, że ma on słuszność. Im ma się potężniejszego mecenasa, tym większego bezprawia można się dopuszczać. Kapitan Trechevile już wielokrotnie mu powtarzał, że w tym świecie jedynym władcą, którego słuchają wszyscy ludzie na świecie, jest pieniądz. Ten oto władca potrafił detronizować władców Europy, a prócz tego rządził on sceną polityczną większości europejskich państw, nie mówiąc już o tym, iż prowadził do rozmaitych przestępstw, czy nawet też zbrodni, jak również pozwalał nieraz na triumf przestępstwa nad prawem.
Młodzieńca z zadumy Charmentalla wyrwał Raberic, który powiedział:
- Dość już tego gadania. Niniejszym oznajmiam ci, panie Charmentall, że nastał kres twego żywota.
To mówiąc wyjął szpadę z pochwy.
Raul jednak nie należał do ludzi, których można było łatwo zastraszyć. Zachowując stoicki spokój młody muszkieter rzekł:
- O! A co ci każe tak myśleć, mój drogi?
- A choćby to, że jesteś tu teraz sam, jeden. W pobliżu nie ma twoich kompanów, a ty jesteś zdany wyłącznie na moją łaskę.
- Łaskę? A czy ty komukolwiek okazujesz swoją łaskę? - zakpił sobie z niego Charmentall.
- Nigdy nikomu.
- Tak też myślałem. Więc nie będę się na nią zdawał.
To mówiąc wyrwał szpadę z pochwy i uskoczył do tyłu. Raberic natarł na niego, ale ciął tylko powietrze, gdyż Raul zdołał się uchylić w ostatniej chwili. Zaatakował ponownie, ale chłopak znów zdołał uskoczyć. Ponownie natarł, tyle że z większą zaciekłością, przez co Raul został zmuszony do prowadzenia otwartej walki.
Pojedynek trwał już kilka minut. Raul ze stoickim spokojem odpierał ciosy swego przeciwnika. Wreszcie okręcił się dookoła, przycisnął tę rękę Raberica, w której on trzymał szpadę, szybko ją puścił, po czym jeszcze szybszym ruchem wbił mu szpadę w serce. Ten jednak zaśmiał się tylko.
No tak, kolczuga, pomyślał sobie Raul. Stary list używa ciągle tych samych sztuczek.
Po chwili namysłu młodzieniec ponownie natarł na Raberica, który śmiał się mu w oczy, bardzo pewny swego zwycięstwa. Raul jednak miał w zanadrzu jeszcze niejedną sztuczkę. Natarł na swego przeciwnika, podbił jego szpadę i nim ten zdążył się spostrzec, Charmentall wbił mu ostrze swej szpady w gardło, po czym bezwzględnie je rozpruł. Raberic zachłysnął się krwią, mruknął coś w stronę Raula, po czym upadł na ziemię ciężko ranny. Przez chwilę jeszcze charczał, aż w końcu drgawki na jego ciele ustały, a on sam skonał.
Charmentall wyjął mu szpadę z gardła i spojrzał pogardliwie na swego martwego przeciwnika. Następnie otarł szpadę z krwi, schował ją powoli do pochwy i jak gdyby nigdy nic wrócił do swego pokoju.

1 komentarz:

  1. Trechevile posiada naprawdę wielki szacunek i autorytet wśród ludzi, nad którymi sprawuje pieczę i nie ma w tym nic dziwnego, skoro jest taki mądry, roztropny i rozważny, a do tego posiada naprawdę duże zdolności przywódcze i potrafi zmotywować do działania. Grusner okazał się jednak honorowym człowiekiem, skoro postanowił dopomóc im w uwolnieniu władców, przez przekazanie im informacji na temat miejsca ich uwięzienia. Przynajmniej tyle mógł dla nich zrobić w podzięce za to, że Raul się za nim wstawił i nie pozwolił swoim przyjaciołom na pozostawienie go na pastwę losu. A ten podły łotr Raberic w końcu się doczekał tego, na co sobie w pełni zasłużył, bo tacy jak oni, w ogóle nie są godni tego, by żyć, dlatego Raul naprawdę dobrze postąpił, przebijając tego niegodziwego drania szpadą.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...