Rozdział XVIII
W którym Francois, cudem uniknąwszy zostania zakonnicą, teraz o mało nie umiera z przerażenia
W którym Francois, cudem uniknąwszy zostania zakonnicą, teraz o mało nie umiera z przerażenia
- No dalej, Francois. Zabij mnie teraz - wysyczał przez zaciśnięte zęby hrabia de Bernice, uśmiechając się przy tym złośliwie, kiedy muszkieter przyłożył mu szpadę do gardła - Przecież tego właśnie chcesz. Nieprawdaż?
Francois de Saudier spojrzał na niego z pogardą, ale nie potrafił zadać śmiertelnego ciosu bezbronnemu przeciwnikowi. Myślał, że jest do zdolny, jednakże przeliczył swoje siły. Szkoła kapitana Trechevile’a zrobiła swoje. Królewski muszkieter nigdy nie zabija bezbronnych przeciwników.
- Wiem, że tego właśnie chcesz, mój drogi - mówił dalej de Bernice - Widzę to w twoich oczach. Wyrażają one wszystko, co do mnie czujesz. Prawda? Nienawiść i pogardę. Zapewne oba te uczucia są zasłużone, ale cóż... Czy one nie zniszczą aby twojej chrześcijańskiej duszy?
- Już ty się o moją duszę nie martw, ty łotrze - wycedził przez zęby Francois - Ostatnio chciałeś pozbawić moją duszę ciała, więc czemu teraz nagle się przejmujesz jej losem?
De Bernice tylko parsknął ironicznym śmiechem.
- Chciałbyś to wiedzieć, co? - zapytał złośliwie - Chciałbyś wiedzieć wiele rzeczy dotyczących mojej osoby, nieprawdaż?
Francois popatrzył na niego z jeszcze większą wściekłością. Ręka zaczęła mu drżeć, ale nadal nie potrafił zadać ciosu swemu przeciwnikowi, który wciąż szydził z niego bezlitośnie.
- No, śmiało! Zabij mnie! Na co jeszcze czekasz?! Wystarczy tylko, że przebijesz mnie szpadą. Jeden dobry cios i już po mnie. No co, baronie de Morce? Boisz się?! Masz wątpliwości?! To ciekawe, bo kiedy chciałeś zabić swojego najlepszego przyjaciela z zazdrości o tę damulkę, którą on teraz do siebie tuli, to jakoś się nie wahałeś.
Mówiąc te słowa hrabia de Bernice spojrzał na pannę Colgen, mocno tulącą się w pierś Raula.
Luizą, gdy usłyszała te słowa, nagle coś wstrząsnęło.
- Kochany mój… Czy to, o czym on mówi, jest prawdą? - zapytała lekko przerażona bojąc się poznać odpowiedź.
Francois zarumienił się lekko, spuścił zawstydzony wzrok, po czym wydyszał:
- Obawiam się, że tak. Ale zrozum, ja... Nie chciałem tego. Padłem ofiarą intrygi hrabiny de Willer. Wiem, że to żadne wytłumaczenie, jednak... Chwileczkę, panie hrabio, jeśli rzeczywiście taki nosisz tytuł! A właściwie, to skąd ty o tym wszystkim wiesz, co?!
De Bernice spojrzał na niego ze złośliwym uśmiechem.
- Bo ja to wszystko zorganizowałem. Ja i hrabina de Willer napisaliśmy ten list. To znaczy ja pisałem, a ona dyktowała.
- Paulina! To bardzo do niej pasuje - mruknął po cichu Trechevile, na szczęście dla niego nikt go nie usłyszał.
- Więc to twoje dzieło, hrabio! - krzyknęła do de Bernice’a oburzona Luiza.
- A czy to cokolwiek zmienia w zachowaniu twego ukochanego wobec swego najlepszego przyjaciela?! - zawołał wściekle do niej hrabia Filip - Twój ukochany chciał go zabić! Jego! Ponoć swojego najlepszego przyjaciela! I to za co? Za to tylko, że podejrzewał go, że się w tobie kocha! Taki jest ten twój ukochany! Gotowy zabić najlepszego przyjaciela tylko dlatego, że mu się coś uroiło w głupiej łepetynie!
- Nie uroiłoby mu się, gdybyście tak podle nie intrygowali! - krzyknęła coraz bardziej rozjuszona Luiza.
- To niczego nie zmienia, kochanie! - odpowiedział z obojętnością w głosie mężczyzna - On ma własny rozum, mógł nie słuchać hrabiny i nie wierzyć w jej listy. Ale uwierzył! Jest tak samo winny, jak i my.
- Obawiam się, że on ma rację - rzekł spokojnie Francois - Ma rację. A ja byłem osłem. Niczym bezrozumny szczeniak na smyczy szedłem tam, gdzie mnie prowadzono... Ale dosyć tego.
To mówiąc przyłożył znowu ostrze szpady do gardła de Bernice’a.
- Odkąd tylko pojawiłeś się w moim życiu, to wiecznie stajesz mi na drodze i wszystko niszczysz! - wydyszał wściekle do niego - Co ja ci złego zrobiłem, że chodzisz za mną jak Nemezis? Dlaczego mnie prześladujesz?! Dlaczego?!
- I ty się mnie pytasz, dlaczego? - wydyszał wściekle hrabia - Ty mnie o to pytasz?
- Tak, właśnie ja się ciebie o to pytam, hrabio. I powtarzam raz jeszcze, dlaczego?!
Filip de Bernice spojrzał na niego tak wściekle, jakby chciał go zabić wzrokiem. Widać to co chciał powiedzieć, tłumił w sobie bardzo długo. Wreszcie nie wytrzymał i zawołał:
- Ponieważ z nas dwóch, to ty otrzymałeś miłość naszego ojca! Tylko ty byłeś szczęśliwy! Ty wychowałeś się luksusach, a ja w biedzie! Ty miałeś wszystko, ja nic! Pytasz się, dlaczego cię prześladuję?! A choćby dlatego, że nasz ojciec kochał cię bardziej ode mnie! Gdyby było inaczej, nigdy nie przestałby mnie szukać. Nigdy nie straciłby nadziei!
Francois nie wierzył w to, co właśnie usłyszał. Przecież to nie mogła być prawda. Nie mogła. Niemożliwe, żeby ten łotr i morderca, sługus tego nędznego zdrajcy Colgena, był jego od dawna zaginionym i poszukiwanym bratem. To nie mógł być on.
Niestety wszystko wskazywało na to, że hrabia de Bernice powiedział mu prawdę. Oczywiście mógł kłamać, ale to mało prawdopodobne. Po pierwsze, po co miałby to robić? Nie miałby w tym żadnej korzyści, chyba tylko taką, żeby mu dokuczyć. Po drugie, de Bernice nie mógł wiedzieć o jego zaginionym bracie. Francois nie opowiadał mu tej historii. Jedyna więc możliwość, że hrabia musiał ją od kogoś usłyszeć. Ale od kogo by ją usłyszał? Tylko od tego, kto brał w niej czynny udział. A de Bernice, jeśli jest rzeczywiście jego bratem, musiał brać w niej udział. Jako porywacz lub jako ofiara. Francois rozważał to wszystko i doszedł do wniosku, że ów rzekomy hrabia jest zdecydowanie za młody na to, żeby być uczestnikiem porwania. Mógł więc być raczej jego ofiarą. A zatem był jego bratem. Ale czy to możliwe? Trzeba się koniecznie o tym upewnić.
- O czym ty, do diabła, mówisz, de Bernice?
- Jeszcze się nie domyślasz, Francois? - zapytał de Bernice z kpiną w głosie - Jestem twoim bratem!
Francoisa zamroczyło kompletnie. A więc jednak. Ten nędznik, który już kilkakrotnie o mało co nie posłał go na tamten świat okazał się być jego bratem.
- To niemożliwe! Nie możesz nim być! Nie ty!
De Bernice spojrzał na niego z kpiną w oczach i wybuchnął bardzo podłym śmiechem.
- Zajrzyj w głąb swego serca, braciszku. Wiesz, że to prawda. Okrutna prawda, którą musisz zaakceptować, bo nie ma od niej ucieczki.
- Nie, nie ma od niej ucieczki - wydyszał Francois załamanym tonem.
- Ano nie ma - potwierdził de Bernice.
Wszyscy obecni patrzyli ze zgrozą na bohaterów tej sceny. Oni również nie mogli uwierzyć w to, co usłyszeli. Czyżby rzeczywiście ten łotr, hrabia de Bernice, który tak prześladował ich przyjaciela, był jego bratem? Dotąd sądzili, że takie rzeczy zdarzają się tylko w powieściach, ale na pewno nie w życiu. Teraz wyszło na jaw, jak bardzo się mylili.
Francois patrzył z przerażeniem na de Bernice’a. Coś w jego duszy przeczyło temu, co hrabia do niego mówił. Ale coś jeszcze innego mówiło, że to może być prawda. Biedny baron sam już nie wiedział, w co ma wierzyć, a w co nie.
- Jeżeli jesteś moim bratem, to jak to niby możliwe, że po porwaniu przeżyłeś? - zapytał go - Powiedziano memu ojcu, że zginąłeś.
- Zaginąłem, braciszku. Nie zginąłem, a zaginąłem. To duża różnica - poprawił go hrabia de Bernice.
- Niech ci będzie, zaginąłeś - poprawił się Francois - Ale wobec tego jak przeżyłeś? Możesz mi to wyjaśnić?
- Oczywiście, mój kochany braciszku. Powinieneś wreszcie poznać prawdę. Otóż uratował mnie jeden z bandytów, którzy mnie wtedy porwali na rozkaz twojej, to jest, „naszej” babki. Mieli mnie zabić, ale jeden z nich poczuł wyrzuty sumienia. W nocy zabrał mnie z obozowiska i uciekliśmy. Ukrywał się ze mną potem przez kilkanaście lat. Traktował mnie jak syna, wychował jak syna i kochał jak syna. Gdy już byłem na tyle dorosły, żeby poznać prawdę, wyjawił mi ją. Wówczas postanowiłem upomnieć się o to, co mi się należy. Przyjechałem do posiadłości naszego ojca. Powiedziałem mu, kim jestem, ale wiesz, co on zrobił? Wyśmiał mnie. Podobno przede mną było już u niego kilku młodzieńców podających się za jego cudownie ocalałego syna. Tyle tylko, że to byli oszuści, a ja byłem jego prawdziwym synem. Lecz on w to nie uwierzył. Mój własny ojciec krzyknął mi prosto w twarz, że nie jestem jego synem. Wyparł się mnie! Rozumiesz to?! Mnie! Rodzonego dziecka! Co z tego, że byłem z nieprawego łoża? Co z tego, że poślubił moją matkę w chwili, gdy ta już była przy nadziei? Miałem takie same prawa do rodzinnego majątku i ojcowskiej miłości, co i ty! Ale to tobie dostały się najlepsze kąski, a dla mnie to nawet przysłowiowych okruszków ze stołu zabrakło. Napełniło to moje serce goryczą, rozpaczą i żalem. Możliwe, że wyjechałbym i więcej nie wrócił chowając w sobie urazę, gdyby nie pewne zdarzenie. Tego właśnie dnia zobaczyłem bowiem coś jeszcze. Coś, przez co poczułem wielki ból.
- Co to było? - zapytał Francois wciągnięty w całą historię.
- Twoja matka - odpowiedział mu de Bernice - Tak, właśnie o niej mówię, przyjacielu! Twoja matka. Ta kobieta, którą najpierw miał poślubić nasz ojciec, lecz wybrał moją rodzicielkę, przez co spowodował gniew naszej babki. Kobiety, która zaplanowała moje porwanie.
- Wiem o tym. Jednak ojciec często mi o tobie opowiadał. Ale stracił już całkowicie nadzieję, że cię jeszcze kiedyś odnajdzie.
- Właśnie. Stracił nadzieję. On, który tej nadziei stracić nie miał prawa. Ale utracił ją. Zapomniał o mnie i zajął się tobą. Widziałem to. Kiedy chciałem spokojnie odejść, wtedy do pokoju weszła twoja matka z tobą. Byłeś tylko kilka lat młodszy ode mnie. Weszliście razem, ona zwróciła się do niego „mężu”, a ty do niego per „Ojcze”. Nawet nie wiesz, jak mnie to zabolało. „Ojcze”. Mnie odmówiono przywileju mówienia tak do niego. Ale tobie nie. Ty miałeś wszystko, ja nic. Ty wychowałeś się w luksusach, ja w biedzie. Ty miałeś ojca, a ja nie. Wówczas cała moja nienawiść spadła na ciebie. Bo to ty byłeś wszystkiemu winien! Ty i twoja matka! Gdyby nie obietnica naszej babki, że nasz ojciec i twoja matka się pobiorą, to ja byłbym jedynym synem naszego ojca. Nigdy nie doszłoby wtedy do tego wszystkiego, co się stało! Lecz to się stało. Czyja to wina?! Twoja i jej! Ponieważ jednak nie umiałbym zabić kobiety, więc wybrałem ciebie na ofiarę mej zemsty. Dlatego wstąpiłem na służbę do ministra Colgena. On szukał takich desperatów jak ja, którzy nie mają nic do stracenia. Przyjąłem nazwisko hrabiego de Bernice, gdyż brzmi ono arystokratycznie, a tytuł hrabiego stoi wyżej niż tytuł barona, który prawnie to mnie się należał. W dodatku zakochałem się w pannie Luizie i z mojej strony było to uczucie szczere. Wierzyłem, że mogę zostać szczęśliwym mężem, a może kiedyś i ojcem. Ale ona mnie odtrąciła. Nie chciała mnie. Pokochała innego. Kogóż to? Ciebie! Mojego znienawidzonego, przyrodniego brata. Wtedy na tym balu u ministra zobaczyłem cię, kiedy się do niej zalecałeś. Od razu cię rozpoznałem. Rozzłościło mnie to. Nienawiść długo tłumiona teraz znowu się odezwała. Mimo wszystko jeszcze nie chciałem cię zabić. Byłeś moim bratem i łączyły nas więzy krwi. Wolałem, żebyś sam się wycofał. Ale nic to nie dało, jak sam wiesz. Dałem ci co prawda do zrozumienia, że Luiza nie jest dla ciebie (bo przecież jej ojciec obiecał ją mnie), ale ty zamiast mnie posłuchać dalej szedłeś do niej w konkury. Nastraszyłem cię więc strzałem z pistoletu, ale to też nic nie pomogło. W końcu uknuliśmy z hrabiną de Willer intrygę przeciwko tobie. Bez wiedzy ministra, gdyż nie popierał on naszych pomysłów. Ale i to nic nie pomogło. Teraz ty jesteś górą, masz swoją ukochaną i majątek, a ja znów nie mam nic. Gra się kończy. Jeśli nikt nie opatrzy ran, jakie mi zadałeś, umrę, a ty zostaniesz z piętnem Kaina na zawsze, do końca swoich dni. Ale wiedz, że nawet w piekle nie przestanę cię nienawidzić i gdybym tylko miał okazję, zabrałbym cię ze sobą na tamten świat.
- Doprawdy, braciszku? - zapytał Francois.
Dotychczas słuchał ze łzami w oczach historii hrabiego de Bernice. Nie znał jej w ogóle i nie pojmował wcześniej jego motywów, ale teraz współczuł temu biedakowi, który został wyzuty ze wszystkiego, co mu się należało, czyli z miłości i z majątku. Usłyszawszy jednak ostatnie słowa brata oburzył się. W czym on, baron Francois de Morce, tu niby zawinił? W niczym. Przecież nie chciał wcale budować swego szczęścia na krzywdzie rodzonego brata, a że budował je, to nie jego wina. Nic o tym nie wiedział. A ten go obwinia o całe zło tego świata. To ubodło Francois do żywego. Wściekły podniósł brata na równe nogi, podał mu do ręki swoją szpadę i powtarzając gest Raula, który kiedyś on wobec niego uczynił to samo, przyłożył ostrze do swojej piersi.
- Dobrze, braciszku - powiedział ze stoickim spokojem w głosie - Jeśli uważasz, że jestem winny, to zabij mnie. Wiedz jednak, że to ci nic nie da. Nie ja tu zawiniłem i nie ja ponoszę winę za twe cierpienia. Jeżeli jednak uważasz inaczej, wystarczy tylko jedno pchnięcie. Zakończ zatem nasz spór. Odejdźmy razem z tego świata z piętnem Kaina na duszy. No dalej! Przecież zawsze tego chciałeś!
Hrabia de Bernice spojrzał się na brata. Był zdumiony tym, co właśnie zobaczył. Nie spodziewał się takiej właśnie reakcji. Przez chwilę już miał zamiar przebić brata szpadą, ale ostatecznie jednak nie potrafił tego zrobić. W końcu rzucił broń na ziemię, utrzymał na nogach ostatkiem sił, lekko zatoczył i wpadł w ramiona brata.
- Wybacz mi, Francois. Wybacz wszystkie zło, jakie ci wyrządziłem - mówił płacząc w jego ramię - Teraz dopiero zaczynam rozumieć, że źle postępowałem. Powinieneś mnie znienawidzić tak samo, jak ja ciebie przez tyle lat nienawidziłem. Zasłużyłem sobie na to.
- Spokojnie, braciszku, już dobrze - pocieszał go Francois - Wszystko będzie dobrze. Mój drogi... A właśnie. Nigdy nie zdradziłeś mi swego imienia. Nie używałeś go. Jak mam się zwracać do ciebie?
- Oczywiście - powiedział z uśmiechem de Bernice - W naszym fachu nie należy posiadać prawdziwych ani imion, ani nazwisk. Przybrałem obce nazwisko, więc i imię miałem obce. Inne, niż mi je nadali rodzice. A więc jakie jest teraz moje imię? Sam nie wiem. Zbójca, który mnie wyratował, nadał mi imię Filip. I tym imieniem jako hrabia de Bernice od czasu do czasu się posługiwałem.
- Filip - powtórzył ze wzruszeniem Francois - Ładne imię. Bardzo ładne imię.
Nagle hrabia de Bernice (mam nadzieję, że Drodzy Czytelnicy się nie obrażą, jeśli naszego bohatera będziemy jeszcze przez pewien czas tak nazywać) osunął się z ramion brata na ziemię. Rana na jego głowie zaczęła broczyć krwią. Biedak stracił przytomność.
- O Boże, rana! Zapomniałem o niej! Szybko, musimy go uratować! - zawołał przerażony Francois - Pomóżcie mi, proszę! Musimy zanieść Filipa do zakonnic, niech go opatrzą!
- Słyszeliście?! Ruszać się! - krzyknął na towarzyszy Trechevile.
Wszyscy razem wzięli na ręce hrabiego de Bernice i zanieśli go do komnaty Luizy, następnie wezwali zakonnice, by te obejrzały dokładnie rany poszkodowanego. Mniszki, aczkolwiek niezbyt pospiesznie, przyszły z pomocą, mrucząc przy tym pod nosem jakieś bzdury o niepotrzebnym odwlekaniu sądu ostatecznego. Wreszcie jednak, po kilku, niesamowicie długich godzinach niepewności przyniosły naszym bohaterom wiadomość, że ich przyjaciel przeżyje tę noc i już wkrótce będzie zdrowy.
- Dzięki Bogu - westchnęła Luiza.
- Bogu i wszystkim świętym - dodał Francois i pobiegł do cudownie odzyskanego brata.
Rozmawiał z nim przez jakieś pół godziny. De Bernice poradził mu, by zabrał z przyjaciółmi Luizę i szybko uciekał z klasztoru. Wkrótce mógł tu przybyć Colgen zaniepokojony brakiem jakichkolwiek informacji na temat postępów w przekonywaniu Luizy do ślubu. Przybyć mógł z dużym i licznym oddziałem. Czwórka muszkieterów nie miałaby szans w starciu z nimi. Spełnienie ich misji i poświęcenie poszłyby w takim przypadku na marne.
Nasi bohaterowie postanowili skorzystać z rady i pożegnawszy się czule z hrabią de Bernice (Luiza nawet pocałowała go delikatnie w policzek na pożegnanie) wskoczyli na konie i ruszyli galopem przed siebie.
- Coś taki blady, mój drogi Francois? - zapytał go Raul, gdy już jechali.
- Wiesz, dzisiejszego dnia miałem zbyt wiele wrażeń - odpowiedział zapytany - Najpierw omal nie zostałem zakonnicą, a potem prawie umarłem z przerażenia, gdy poznałem, kim jest mój prześladowca. W dodatku jeszcze odzyskałem zaginionego od dawien dawna brata.
- Faktycznie. To dużo wrażeń jak na jeden dzień - zamruczał z powagą Charmentall.
- Jeszcze jak, przyjacielu. Jeszcze jak.
- Ale wszystko dobrze się skończyło, czyż nie?
- Jeszcze nie, przyjacielu. Jeszcze się nie skończyło. Został Colgen.
- Tak - zamyślił się Raul - Został Colgen. I Febre. I hrabina de Willer. Oni nie zrezygnują tak łatwo.
- Macie rację, moi drodzy - wtrącił się do rozmowy Trechevile - Ale nie ulegniemy im. Jesteśmy wszak silni, zwarci i gotowi. Nie pozwolimy się pokonać.
- Oczywiście - dodał Fryderyk i położył dłoń na rękojeści swej szpady - Jeden za wszystkich...
- Wszyscy za jednego! - krzyknęli pozostali.
Francois de Saudier spojrzał na niego z pogardą, ale nie potrafił zadać śmiertelnego ciosu bezbronnemu przeciwnikowi. Myślał, że jest do zdolny, jednakże przeliczył swoje siły. Szkoła kapitana Trechevile’a zrobiła swoje. Królewski muszkieter nigdy nie zabija bezbronnych przeciwników.
- Wiem, że tego właśnie chcesz, mój drogi - mówił dalej de Bernice - Widzę to w twoich oczach. Wyrażają one wszystko, co do mnie czujesz. Prawda? Nienawiść i pogardę. Zapewne oba te uczucia są zasłużone, ale cóż... Czy one nie zniszczą aby twojej chrześcijańskiej duszy?
- Już ty się o moją duszę nie martw, ty łotrze - wycedził przez zęby Francois - Ostatnio chciałeś pozbawić moją duszę ciała, więc czemu teraz nagle się przejmujesz jej losem?
De Bernice tylko parsknął ironicznym śmiechem.
- Chciałbyś to wiedzieć, co? - zapytał złośliwie - Chciałbyś wiedzieć wiele rzeczy dotyczących mojej osoby, nieprawdaż?
Francois popatrzył na niego z jeszcze większą wściekłością. Ręka zaczęła mu drżeć, ale nadal nie potrafił zadać ciosu swemu przeciwnikowi, który wciąż szydził z niego bezlitośnie.
- No, śmiało! Zabij mnie! Na co jeszcze czekasz?! Wystarczy tylko, że przebijesz mnie szpadą. Jeden dobry cios i już po mnie. No co, baronie de Morce? Boisz się?! Masz wątpliwości?! To ciekawe, bo kiedy chciałeś zabić swojego najlepszego przyjaciela z zazdrości o tę damulkę, którą on teraz do siebie tuli, to jakoś się nie wahałeś.
Mówiąc te słowa hrabia de Bernice spojrzał na pannę Colgen, mocno tulącą się w pierś Raula.
Luizą, gdy usłyszała te słowa, nagle coś wstrząsnęło.
- Kochany mój… Czy to, o czym on mówi, jest prawdą? - zapytała lekko przerażona bojąc się poznać odpowiedź.
Francois zarumienił się lekko, spuścił zawstydzony wzrok, po czym wydyszał:
- Obawiam się, że tak. Ale zrozum, ja... Nie chciałem tego. Padłem ofiarą intrygi hrabiny de Willer. Wiem, że to żadne wytłumaczenie, jednak... Chwileczkę, panie hrabio, jeśli rzeczywiście taki nosisz tytuł! A właściwie, to skąd ty o tym wszystkim wiesz, co?!
De Bernice spojrzał na niego ze złośliwym uśmiechem.
- Bo ja to wszystko zorganizowałem. Ja i hrabina de Willer napisaliśmy ten list. To znaczy ja pisałem, a ona dyktowała.
- Paulina! To bardzo do niej pasuje - mruknął po cichu Trechevile, na szczęście dla niego nikt go nie usłyszał.
- Więc to twoje dzieło, hrabio! - krzyknęła do de Bernice’a oburzona Luiza.
- A czy to cokolwiek zmienia w zachowaniu twego ukochanego wobec swego najlepszego przyjaciela?! - zawołał wściekle do niej hrabia Filip - Twój ukochany chciał go zabić! Jego! Ponoć swojego najlepszego przyjaciela! I to za co? Za to tylko, że podejrzewał go, że się w tobie kocha! Taki jest ten twój ukochany! Gotowy zabić najlepszego przyjaciela tylko dlatego, że mu się coś uroiło w głupiej łepetynie!
- Nie uroiłoby mu się, gdybyście tak podle nie intrygowali! - krzyknęła coraz bardziej rozjuszona Luiza.
- To niczego nie zmienia, kochanie! - odpowiedział z obojętnością w głosie mężczyzna - On ma własny rozum, mógł nie słuchać hrabiny i nie wierzyć w jej listy. Ale uwierzył! Jest tak samo winny, jak i my.
- Obawiam się, że on ma rację - rzekł spokojnie Francois - Ma rację. A ja byłem osłem. Niczym bezrozumny szczeniak na smyczy szedłem tam, gdzie mnie prowadzono... Ale dosyć tego.
To mówiąc przyłożył znowu ostrze szpady do gardła de Bernice’a.
- Odkąd tylko pojawiłeś się w moim życiu, to wiecznie stajesz mi na drodze i wszystko niszczysz! - wydyszał wściekle do niego - Co ja ci złego zrobiłem, że chodzisz za mną jak Nemezis? Dlaczego mnie prześladujesz?! Dlaczego?!
- I ty się mnie pytasz, dlaczego? - wydyszał wściekle hrabia - Ty mnie o to pytasz?
- Tak, właśnie ja się ciebie o to pytam, hrabio. I powtarzam raz jeszcze, dlaczego?!
Filip de Bernice spojrzał na niego tak wściekle, jakby chciał go zabić wzrokiem. Widać to co chciał powiedzieć, tłumił w sobie bardzo długo. Wreszcie nie wytrzymał i zawołał:
- Ponieważ z nas dwóch, to ty otrzymałeś miłość naszego ojca! Tylko ty byłeś szczęśliwy! Ty wychowałeś się luksusach, a ja w biedzie! Ty miałeś wszystko, ja nic! Pytasz się, dlaczego cię prześladuję?! A choćby dlatego, że nasz ojciec kochał cię bardziej ode mnie! Gdyby było inaczej, nigdy nie przestałby mnie szukać. Nigdy nie straciłby nadziei!
Francois nie wierzył w to, co właśnie usłyszał. Przecież to nie mogła być prawda. Nie mogła. Niemożliwe, żeby ten łotr i morderca, sługus tego nędznego zdrajcy Colgena, był jego od dawna zaginionym i poszukiwanym bratem. To nie mógł być on.
Niestety wszystko wskazywało na to, że hrabia de Bernice powiedział mu prawdę. Oczywiście mógł kłamać, ale to mało prawdopodobne. Po pierwsze, po co miałby to robić? Nie miałby w tym żadnej korzyści, chyba tylko taką, żeby mu dokuczyć. Po drugie, de Bernice nie mógł wiedzieć o jego zaginionym bracie. Francois nie opowiadał mu tej historii. Jedyna więc możliwość, że hrabia musiał ją od kogoś usłyszeć. Ale od kogo by ją usłyszał? Tylko od tego, kto brał w niej czynny udział. A de Bernice, jeśli jest rzeczywiście jego bratem, musiał brać w niej udział. Jako porywacz lub jako ofiara. Francois rozważał to wszystko i doszedł do wniosku, że ów rzekomy hrabia jest zdecydowanie za młody na to, żeby być uczestnikiem porwania. Mógł więc być raczej jego ofiarą. A zatem był jego bratem. Ale czy to możliwe? Trzeba się koniecznie o tym upewnić.
- O czym ty, do diabła, mówisz, de Bernice?
- Jeszcze się nie domyślasz, Francois? - zapytał de Bernice z kpiną w głosie - Jestem twoim bratem!
Francoisa zamroczyło kompletnie. A więc jednak. Ten nędznik, który już kilkakrotnie o mało co nie posłał go na tamten świat okazał się być jego bratem.
- To niemożliwe! Nie możesz nim być! Nie ty!
De Bernice spojrzał na niego z kpiną w oczach i wybuchnął bardzo podłym śmiechem.
- Zajrzyj w głąb swego serca, braciszku. Wiesz, że to prawda. Okrutna prawda, którą musisz zaakceptować, bo nie ma od niej ucieczki.
- Nie, nie ma od niej ucieczki - wydyszał Francois załamanym tonem.
- Ano nie ma - potwierdził de Bernice.
Wszyscy obecni patrzyli ze zgrozą na bohaterów tej sceny. Oni również nie mogli uwierzyć w to, co usłyszeli. Czyżby rzeczywiście ten łotr, hrabia de Bernice, który tak prześladował ich przyjaciela, był jego bratem? Dotąd sądzili, że takie rzeczy zdarzają się tylko w powieściach, ale na pewno nie w życiu. Teraz wyszło na jaw, jak bardzo się mylili.
Francois patrzył z przerażeniem na de Bernice’a. Coś w jego duszy przeczyło temu, co hrabia do niego mówił. Ale coś jeszcze innego mówiło, że to może być prawda. Biedny baron sam już nie wiedział, w co ma wierzyć, a w co nie.
- Jeżeli jesteś moim bratem, to jak to niby możliwe, że po porwaniu przeżyłeś? - zapytał go - Powiedziano memu ojcu, że zginąłeś.
- Zaginąłem, braciszku. Nie zginąłem, a zaginąłem. To duża różnica - poprawił go hrabia de Bernice.
- Niech ci będzie, zaginąłeś - poprawił się Francois - Ale wobec tego jak przeżyłeś? Możesz mi to wyjaśnić?
- Oczywiście, mój kochany braciszku. Powinieneś wreszcie poznać prawdę. Otóż uratował mnie jeden z bandytów, którzy mnie wtedy porwali na rozkaz twojej, to jest, „naszej” babki. Mieli mnie zabić, ale jeden z nich poczuł wyrzuty sumienia. W nocy zabrał mnie z obozowiska i uciekliśmy. Ukrywał się ze mną potem przez kilkanaście lat. Traktował mnie jak syna, wychował jak syna i kochał jak syna. Gdy już byłem na tyle dorosły, żeby poznać prawdę, wyjawił mi ją. Wówczas postanowiłem upomnieć się o to, co mi się należy. Przyjechałem do posiadłości naszego ojca. Powiedziałem mu, kim jestem, ale wiesz, co on zrobił? Wyśmiał mnie. Podobno przede mną było już u niego kilku młodzieńców podających się za jego cudownie ocalałego syna. Tyle tylko, że to byli oszuści, a ja byłem jego prawdziwym synem. Lecz on w to nie uwierzył. Mój własny ojciec krzyknął mi prosto w twarz, że nie jestem jego synem. Wyparł się mnie! Rozumiesz to?! Mnie! Rodzonego dziecka! Co z tego, że byłem z nieprawego łoża? Co z tego, że poślubił moją matkę w chwili, gdy ta już była przy nadziei? Miałem takie same prawa do rodzinnego majątku i ojcowskiej miłości, co i ty! Ale to tobie dostały się najlepsze kąski, a dla mnie to nawet przysłowiowych okruszków ze stołu zabrakło. Napełniło to moje serce goryczą, rozpaczą i żalem. Możliwe, że wyjechałbym i więcej nie wrócił chowając w sobie urazę, gdyby nie pewne zdarzenie. Tego właśnie dnia zobaczyłem bowiem coś jeszcze. Coś, przez co poczułem wielki ból.
- Co to było? - zapytał Francois wciągnięty w całą historię.
- Twoja matka - odpowiedział mu de Bernice - Tak, właśnie o niej mówię, przyjacielu! Twoja matka. Ta kobieta, którą najpierw miał poślubić nasz ojciec, lecz wybrał moją rodzicielkę, przez co spowodował gniew naszej babki. Kobiety, która zaplanowała moje porwanie.
- Wiem o tym. Jednak ojciec często mi o tobie opowiadał. Ale stracił już całkowicie nadzieję, że cię jeszcze kiedyś odnajdzie.
- Właśnie. Stracił nadzieję. On, który tej nadziei stracić nie miał prawa. Ale utracił ją. Zapomniał o mnie i zajął się tobą. Widziałem to. Kiedy chciałem spokojnie odejść, wtedy do pokoju weszła twoja matka z tobą. Byłeś tylko kilka lat młodszy ode mnie. Weszliście razem, ona zwróciła się do niego „mężu”, a ty do niego per „Ojcze”. Nawet nie wiesz, jak mnie to zabolało. „Ojcze”. Mnie odmówiono przywileju mówienia tak do niego. Ale tobie nie. Ty miałeś wszystko, ja nic. Ty wychowałeś się w luksusach, ja w biedzie. Ty miałeś ojca, a ja nie. Wówczas cała moja nienawiść spadła na ciebie. Bo to ty byłeś wszystkiemu winien! Ty i twoja matka! Gdyby nie obietnica naszej babki, że nasz ojciec i twoja matka się pobiorą, to ja byłbym jedynym synem naszego ojca. Nigdy nie doszłoby wtedy do tego wszystkiego, co się stało! Lecz to się stało. Czyja to wina?! Twoja i jej! Ponieważ jednak nie umiałbym zabić kobiety, więc wybrałem ciebie na ofiarę mej zemsty. Dlatego wstąpiłem na służbę do ministra Colgena. On szukał takich desperatów jak ja, którzy nie mają nic do stracenia. Przyjąłem nazwisko hrabiego de Bernice, gdyż brzmi ono arystokratycznie, a tytuł hrabiego stoi wyżej niż tytuł barona, który prawnie to mnie się należał. W dodatku zakochałem się w pannie Luizie i z mojej strony było to uczucie szczere. Wierzyłem, że mogę zostać szczęśliwym mężem, a może kiedyś i ojcem. Ale ona mnie odtrąciła. Nie chciała mnie. Pokochała innego. Kogóż to? Ciebie! Mojego znienawidzonego, przyrodniego brata. Wtedy na tym balu u ministra zobaczyłem cię, kiedy się do niej zalecałeś. Od razu cię rozpoznałem. Rozzłościło mnie to. Nienawiść długo tłumiona teraz znowu się odezwała. Mimo wszystko jeszcze nie chciałem cię zabić. Byłeś moim bratem i łączyły nas więzy krwi. Wolałem, żebyś sam się wycofał. Ale nic to nie dało, jak sam wiesz. Dałem ci co prawda do zrozumienia, że Luiza nie jest dla ciebie (bo przecież jej ojciec obiecał ją mnie), ale ty zamiast mnie posłuchać dalej szedłeś do niej w konkury. Nastraszyłem cię więc strzałem z pistoletu, ale to też nic nie pomogło. W końcu uknuliśmy z hrabiną de Willer intrygę przeciwko tobie. Bez wiedzy ministra, gdyż nie popierał on naszych pomysłów. Ale i to nic nie pomogło. Teraz ty jesteś górą, masz swoją ukochaną i majątek, a ja znów nie mam nic. Gra się kończy. Jeśli nikt nie opatrzy ran, jakie mi zadałeś, umrę, a ty zostaniesz z piętnem Kaina na zawsze, do końca swoich dni. Ale wiedz, że nawet w piekle nie przestanę cię nienawidzić i gdybym tylko miał okazję, zabrałbym cię ze sobą na tamten świat.
- Doprawdy, braciszku? - zapytał Francois.
Dotychczas słuchał ze łzami w oczach historii hrabiego de Bernice. Nie znał jej w ogóle i nie pojmował wcześniej jego motywów, ale teraz współczuł temu biedakowi, który został wyzuty ze wszystkiego, co mu się należało, czyli z miłości i z majątku. Usłyszawszy jednak ostatnie słowa brata oburzył się. W czym on, baron Francois de Morce, tu niby zawinił? W niczym. Przecież nie chciał wcale budować swego szczęścia na krzywdzie rodzonego brata, a że budował je, to nie jego wina. Nic o tym nie wiedział. A ten go obwinia o całe zło tego świata. To ubodło Francois do żywego. Wściekły podniósł brata na równe nogi, podał mu do ręki swoją szpadę i powtarzając gest Raula, który kiedyś on wobec niego uczynił to samo, przyłożył ostrze do swojej piersi.
- Dobrze, braciszku - powiedział ze stoickim spokojem w głosie - Jeśli uważasz, że jestem winny, to zabij mnie. Wiedz jednak, że to ci nic nie da. Nie ja tu zawiniłem i nie ja ponoszę winę za twe cierpienia. Jeżeli jednak uważasz inaczej, wystarczy tylko jedno pchnięcie. Zakończ zatem nasz spór. Odejdźmy razem z tego świata z piętnem Kaina na duszy. No dalej! Przecież zawsze tego chciałeś!
Hrabia de Bernice spojrzał się na brata. Był zdumiony tym, co właśnie zobaczył. Nie spodziewał się takiej właśnie reakcji. Przez chwilę już miał zamiar przebić brata szpadą, ale ostatecznie jednak nie potrafił tego zrobić. W końcu rzucił broń na ziemię, utrzymał na nogach ostatkiem sił, lekko zatoczył i wpadł w ramiona brata.
- Wybacz mi, Francois. Wybacz wszystkie zło, jakie ci wyrządziłem - mówił płacząc w jego ramię - Teraz dopiero zaczynam rozumieć, że źle postępowałem. Powinieneś mnie znienawidzić tak samo, jak ja ciebie przez tyle lat nienawidziłem. Zasłużyłem sobie na to.
- Spokojnie, braciszku, już dobrze - pocieszał go Francois - Wszystko będzie dobrze. Mój drogi... A właśnie. Nigdy nie zdradziłeś mi swego imienia. Nie używałeś go. Jak mam się zwracać do ciebie?
- Oczywiście - powiedział z uśmiechem de Bernice - W naszym fachu nie należy posiadać prawdziwych ani imion, ani nazwisk. Przybrałem obce nazwisko, więc i imię miałem obce. Inne, niż mi je nadali rodzice. A więc jakie jest teraz moje imię? Sam nie wiem. Zbójca, który mnie wyratował, nadał mi imię Filip. I tym imieniem jako hrabia de Bernice od czasu do czasu się posługiwałem.
- Filip - powtórzył ze wzruszeniem Francois - Ładne imię. Bardzo ładne imię.
Nagle hrabia de Bernice (mam nadzieję, że Drodzy Czytelnicy się nie obrażą, jeśli naszego bohatera będziemy jeszcze przez pewien czas tak nazywać) osunął się z ramion brata na ziemię. Rana na jego głowie zaczęła broczyć krwią. Biedak stracił przytomność.
- O Boże, rana! Zapomniałem o niej! Szybko, musimy go uratować! - zawołał przerażony Francois - Pomóżcie mi, proszę! Musimy zanieść Filipa do zakonnic, niech go opatrzą!
- Słyszeliście?! Ruszać się! - krzyknął na towarzyszy Trechevile.
Wszyscy razem wzięli na ręce hrabiego de Bernice i zanieśli go do komnaty Luizy, następnie wezwali zakonnice, by te obejrzały dokładnie rany poszkodowanego. Mniszki, aczkolwiek niezbyt pospiesznie, przyszły z pomocą, mrucząc przy tym pod nosem jakieś bzdury o niepotrzebnym odwlekaniu sądu ostatecznego. Wreszcie jednak, po kilku, niesamowicie długich godzinach niepewności przyniosły naszym bohaterom wiadomość, że ich przyjaciel przeżyje tę noc i już wkrótce będzie zdrowy.
- Dzięki Bogu - westchnęła Luiza.
- Bogu i wszystkim świętym - dodał Francois i pobiegł do cudownie odzyskanego brata.
Rozmawiał z nim przez jakieś pół godziny. De Bernice poradził mu, by zabrał z przyjaciółmi Luizę i szybko uciekał z klasztoru. Wkrótce mógł tu przybyć Colgen zaniepokojony brakiem jakichkolwiek informacji na temat postępów w przekonywaniu Luizy do ślubu. Przybyć mógł z dużym i licznym oddziałem. Czwórka muszkieterów nie miałaby szans w starciu z nimi. Spełnienie ich misji i poświęcenie poszłyby w takim przypadku na marne.
Nasi bohaterowie postanowili skorzystać z rady i pożegnawszy się czule z hrabią de Bernice (Luiza nawet pocałowała go delikatnie w policzek na pożegnanie) wskoczyli na konie i ruszyli galopem przed siebie.
- Coś taki blady, mój drogi Francois? - zapytał go Raul, gdy już jechali.
- Wiesz, dzisiejszego dnia miałem zbyt wiele wrażeń - odpowiedział zapytany - Najpierw omal nie zostałem zakonnicą, a potem prawie umarłem z przerażenia, gdy poznałem, kim jest mój prześladowca. W dodatku jeszcze odzyskałem zaginionego od dawien dawna brata.
- Faktycznie. To dużo wrażeń jak na jeden dzień - zamruczał z powagą Charmentall.
- Jeszcze jak, przyjacielu. Jeszcze jak.
- Ale wszystko dobrze się skończyło, czyż nie?
- Jeszcze nie, przyjacielu. Jeszcze się nie skończyło. Został Colgen.
- Tak - zamyślił się Raul - Został Colgen. I Febre. I hrabina de Willer. Oni nie zrezygnują tak łatwo.
- Macie rację, moi drodzy - wtrącił się do rozmowy Trechevile - Ale nie ulegniemy im. Jesteśmy wszak silni, zwarci i gotowi. Nie pozwolimy się pokonać.
- Oczywiście - dodał Fryderyk i położył dłoń na rękojeści swej szpady - Jeden za wszystkich...
- Wszyscy za jednego! - krzyknęli pozostali.
Wiedziałem, że de Bernice okaże się być zaginionym przyrodnim bratem Francoisa, ale zachowywał się naprawdę niesprawiedliwie, bo przecież posiadał kogoś, kogo mógł nazywać swym ojcem, skoro został przez niego wychowany i otoczony opieką. Francois w niczym tu przecież nie zawinił, a mimo to postanowił za wszelką cenę się go pozbyć, powodowany zazdrością i zupełnie bezpodstawną nienawiścią. Francois z kolei okazał się naprawdę szlachetny, skoro był gotów pozwolić mu się zabić i szczerze przejął się jego losem. Całe szczęście, że de Bernice zrozumiał swoje błędy i nie był w stanie ostatecznie pozbawić go życia, co oznacza, że nie jest tak do końca złym i zepsutym człowiekiem, jak Febre czy Paulina, którzy nigdy nie wahają się przed zabijaniem.
OdpowiedzUsuń