Rozdział XIV
Wyznanie pana Grusnera
Wyznanie pana Grusnera
Natychmiast obudzono Fryderyka de Saudier i kiedy tylko się ubrał, natychmiast wyjaśniono mu najszybciej i najbardziej treściwie, jak to było możliwe, całą obecną sytuację. Młodzieniec wściekł się, gdy tylko usłyszał, co chciał im zrobić Grusner, także miał wielką ochotę pędzić i przebić tego nędznika szpadą, ale zaplątał się we własny płaszcz, który naprędce założył na plecy i upadł na podłogę z wielkim hukiem. Na szczęście Trechevile i Raul zdołali go podnieść, a przy okazji uspokoić.
- No co, ochłonąłeś już, narwańcu? - zapytał go kapitan z wyraźną ironią w głosie - Mam nadzieję, bo to, co zaraz zrobimy, wymaga precyzji i dokładnego myślenia. Twoje zachowanie zaś nie tylko, że nam w żadnym wypadku nie pomoże, ale wręcz utrudni zadanie.
- Dobrze, już dobrze - mruknął niezadowolony Fryderyk - Poniosło mnie, ale już w porządku. A więc, co robimy?
- Posłuchajcie, plan jest taki - zaczął Trechevile.
I wyłuszczył im całą swoją strategię, którą wszyscy uznali za genialną.
- Doskonały plan! - zawołał Raul.
- Sprytny i przebiegły - dodał Francois.
- Podły i doskonały - zakończył Fryderyk.
- Zatem do dzieła, chłopcy! Do dzieła! - powiedział radosnym głosem Trechevile, klaszcząc przy tym w dłonie.
Przyjaciele natychmiast przystąpili do wykonania swoich zadań. Dla pewności jednak jeszcze raz go omówili na spokojnie i dokładnie. A kiedy już wszyscy znali swoje role, kapitan muszkieterów zszedł na dół i podszedł do Grusnera, który już się niecierpliwił.
- No, nareszcie, Herr Trechevile! - zawołał nieco znudzony czekaniem - Zawsze każe pan tak długo na siebie czekać?
- Nie, mój drogi panie. Nie zawsze - odpowiedział Trechevile usilnie starając się zachować spokój - Tylko wtedy, kiedy wzywają mnie obowiązki i nie mogę się od nich wykręcić.
To mówiąc usiadł na krześle naprzeciwko niego.
Kilka minut później przysiadł się do nich również Francois.
- O, widzę, że przynieśli wreszcie tę butelkę wybornego burgunda, którą zamówiłem - zawołał wesoło de Morce - Napijemy się?
- Ależ oczywiście - odpowiedział wesoło Trechevile - Otwórz butelkę, proszę.
Francois wykonał polecenie i już chciał nalać wina do szklanek, kiedy nagle Trechevile zawołał wesoło:
- Ale, ale, mój drogi. Chyba o kimś zapomnieliśmy.
- Ach tak, rzeczywiście! - dodał Francois - Zapomnieliśmy o naszym drogim przyjacielu.
- To prawda - odparł kapitan muszkieterów, uśmiechając się radośnie - Sami chcieliśmy się napić, a o naszym kochanym, drogim Merkurym to żeśmy zapomnieli. Zasłużył on na to, żeby go uczcić najlepiej, jak to tylko jest możliwe!
- Dokładnie tak, kochany kapitanie - rzekł de Morce - Zasłużył on na to, abyśmy uczcili jego przybycie niemalże niczym ów biblijny ojciec uczcił powrót syna marnotrawnego.
Nalał więc szklankę wina i podał ją Hermannowi Grusnerowi, który widząc to przeraził się nie na żarty.
- Nein, nein, danke schon - bronił się desperacko pan sekretarz - Ja nie piję. Jestem abstynent... I to od urodzenia.
- Proszę pana, panie Grusner - zaśmiał się Trechevile - Nie odmawiaj waść nam. Kto w dzisiejszych czasach nie pije?
- Ja nie piję - powiedział Grusner.
- Panie Grusner, niech mnie pan nie rozśmiesza - zaśmiał się Francois - Co to za Niemiec, który nie lubi sobie czasem wypić?
Hermann Grusner przeraził się nie na żarty. Trechevile już nie miał najmniejszych wątpliwości, że w winie jest trucizna. Udawał jednak, że tego nie wie i dalej grał komedię, której pomysłu zazdrościłby mu nawet śp. wielki Molier.
- Herr Trechevile, ja naprawdę nie mogę. Jestem uczulony na wino - tłumaczył się Niemiec.
Kapitan muszkieterów był jednak nieugięty.
- Pij, mój drogi przyjacielu - powiedział, podsuwając mu szklankę z zatrutym winem.
Grusner w końcu nie wytrzymał i potrącił szklankę z zatrutym winem, wylewając je na podłogę.
- To obraza dla munduru, panie Grusner - powiedział Trechevile złym głosem, zachowując przy tym jednak kamienną twarz.
- Właśnie, drogi panie - dodał, udając oburzonego Francois - Czemu pan to zrobił?
- Bo... - Grusner był tak zdenerwowany, że nie wiedział nawet, co ma wymyślić - Bo, bo, bo, bo…
Jąkał się bez możliwości wymyślenia jakiejkolwiek wymówki.
- Bo może być zepsute... Albo też zatrute.
- Zatrute? Skądże to panu przyszło do głowy? - zapytał, udając przy tym zdumionego Trechevile, patrząc na Grusnera podejrzliwie.
- No bo... Bo... Bo teraz tyle zatruć w okolicy i w ogóle - jąkał się Grusner, którego czoło zrosił pot.
- Ale skąd panu przyszło do głowy, że akurat ta butelka jest zatruta? - zapytał Francois.
- Bo... Widziałem jak karczmarz, przed otwarciem jej, wsypał coś do niej - powiedział Niemiec szeptem do muszkieterów.
- Poważnie? - zapytał ironicznym tonem Trechevile udając, że wierzy w całą tę historię - No, to faktycznie lepiej nie pić tego wina. Co powiesz, Francois?
- Tak, to racja - zgodził się z nim de Morce - Chociaż ja osobiście uważam, że to wino nie jest zatrute. Co więcej, powiem, że według mnie jest ono bardzo dobre. Napijemy się?
- A z chęcią - rzekł Trechevile i razem nalali sobie wina do szklanek i wypili duszkiem.
Grusner uśmiechnął się potajemnie dziwnym uśmieszkiem.
Trechevile i Francois zaś spojrzeli na niego i powiedzieli:
- Jest dobre. Bardzo dobre.
- Czyli, że nie jest zatrute? - zapytał Grusner zaciekawionym tonem.
- Nie, raczej nie - odpowiedział Francois - Nawet na pewno nie. Jest zupełnie bezpieczne. A wie pan, skąd to wiem?
- Nein. Skąd?
- A chociażby stąd! - odpowiedział mu de Morce, wyciągając kolejną butelkę wina spod stołu - Proszę. Oto jest zatrute wino, któregoś się tak bał, mój przyjacielu. Kiedy pan nie patrzył, podmieniłem butelki. I co pan na to, panie Grusner?
Niemiec zrozumiał, że został zdemaskowany. Przerażony zerwał się ze swego miejsca i podskoczył szybko do drzwi oberży, chcąc z niej uciec. Ledwo jednak otworzył drzwi, a wpadł prosto na Fryderyka, który wyszedł przez okno w swoim pokoju i wylądował tuż przed nosem Niemca.
- Wybiera się pan gdzieś, panie Grusner? - zapytał Fryderyk.
Grusner zamknął mu drzwi przed nosem i rzucił się w głąb karczmy. Na drodze stanął mu jednak Francois. Niemiec jednak odskoczył i popędził schodami na górę. Szybko musiał jednak się wycofać, gdyż wpadł prosto w objęcia Raula, który czaił się na schodach. Musiał więc tyłem schodzić na dół, gdyż Charmentall popychał go w dół i nie chciał przepuścić. Hermann Grusner próbował się jeszcze wymknąć muszkieterom, ale w końcu cała czwórka osaczyła go i musiał się poddać.
Już po chwili pan sekretarz został złapany oraz przywiązany do krzesła mocnym sznurem. Następnie został dokładnie obszukany. W jednej kieszeni przyjaciele znaleźli małą buteleczkę z tajemniczym płynem.
- Co to jest? - zapytał Trechevile.
- To antidotum na tę truciznę, którą miałem wam podać w winie - wydyszał załamanym głosem Grusner.
- Po co je miałeś przy sobie? - spytał Raul.
- Na wypadek, gdybym sam wypił to draństwo - odparł Niemiec.
Trechevile uśmiechnął się niczym sam szatan.
- Gdybyś sam wypił, tak? To mi podsuwa pewien pomysł.
Chwilę później na jego polecenie Francois i Fryderyk otworzyli swemu więźniowi usta i wlali w nie odrobinę zatrutego wina, którym on chciał ich uraczyć. Grusner wił się, szarpał, próbował stawiać opór, jednak bezlitośni muszkieterowie przemocą zmusili go, aby połknął wino. Niemiec krztusił się nim, ale musiał je przełknąć. Nie miał wyjścia, gdyż poddał się nie on, lecz jego przełyk.
- No cóż, panie Grusner - powiedział spokojnym, lecz mściwym tonem Trechevile - Żarty się już skończyły. Zatrute wino, którym chciałeś nas tu wszystkich wykończyć, wypiłeś ty sam. I teraz ty umrzesz w straszliwych męczarniach, jakie nam chciałeś zadać. Ale nie popadaj w zwątpienie. Nie jesteśmy wszak mordercami.
- Nie jesteście? Odniosłem inne wrażenie - mruknął Grusner.
- Twoje wrażenia nas nie interesują - powiedział kapitan bardzo zły, że mu Niemiec przerwał - Krótko mówiąc, moglibyśmy cię tu zostawić, żebyś zdechł jak szczur, bo prawdę mówiąc zasłużyłeś sobie na to. Jednakże nie zrobimy tego. Musisz tylko nam powiedzieć całą prawdę o sobie, a podamy ci antidotum. Karczmarzu, potrzymaj to przez chwilę.
To mówiąc wręcz oberżyście fiolkę z antidotum.
- A więc, mój drogi, niemiecki przyjacielu - zaczął znowu Trechevile - Zrobimy tak. Ty powiesz nam, kto cię przysłał i po co, oraz gdzie jest panna Luiza Colgen, a my w nagrodę dajemy ci za to antidotum. Lecz uważaj. Czas ucieka. Antidotum zadziała jedynie w określonym czasie po zażyciu trucizny. Potem będzie bezużyteczne. O ile znam się na truciznach, a znam się na nich całkiem dobrze, to odnoszę wrażenie, że niezbędny ci czas wynosi jakieś pół godziny.
Po tych słowach kapitan muszkieterów ustawił na stole klepsydrę, której piasek powoli zaczął się sypać.
- Więc jak widzisz, masz mało czasu. Lepiej się szybko zdecyduj. Mów wszystko, co chcemy wiedzieć. Jeśli się zgodzisz, to my w zamian damy ci dalsze lata życia.
- A jeśli odmówię? - zapytał Grusner, patrząc na nich podejrzliwie - Wtedy pozwolicie mi tu zdechnąć?
- Wolę nie używać aż tak prostackich słów, jednak jeśli tak to wolisz nazywać, to niech ci będzie - odpowiedział spokojnie Trechevile.
- Więc jak będzie, Szwabie przeklęty?! - zawołał groźnie Francois - Będziesz gadał?! Czy może mają mi puścić nerwy?!
- Uważaj, przyjacielu, gdyż jeżeli jemu puszczą nerwy, to wówczas skróci twoje męczarnie - powiedział Raul ostrzegawczym tonem - Albo sprawi, że się one zwiększą.
- Racja. Także uprzedzam. On nie żartuje. Jak się zdenerwuje, to za niego nie ręczę - dodał groźnym tonem Fryderyk.
Nie wiadomo, czy Grusner przeraził się tych słów, ale wiedział bardzo dobrze, że w tej sytuacji, w jakiej się znalazł na nic się nie przyda stawianie oporu. Ci ludzie mieli go w garści i jeden fałszywy ruch wystarczył, żeby go tu zostawili, aby umarł w okropnych męczarniach, które sam chciał im zadać, a przecież Grusner nie miał najmniejszego zamiaru umierać. Chciał sobie jeszcze trochę pożyć i skorzystać z tego życia. Wiadomo zaś, że nieboszczyk nie korzysta z życia, bo go nie ma.
Doszedłszy więc do wniosku, że opór nie ma żadnego sensu, zawołał:
- Gut, gut! Poddaję się. Powiem wszystko.
- I bardzo słusznie - powiedział Trechevile uśmiechając się.
- Bardzo to rozsądna decyzja z twoje strony, drogi przyjacielu - dodał Francois.
- Mądra, a zarazem spontaniczna - dodał złośliwym tonem Fryderyk.
- Racja. Rzadko kiedy można zobaczyć dobre decyzję podjęte w tak krótkim czasie - powiedział Raul, uśmiechając się do de Saudiera.
- Dobrze, panowie, wystarczy tych głupich złośliwości - przerwał im Trechevile nieco gniewnym tonem.
Wiedział on bowiem doskonale, że jego muszkieterowie mogliby tak wymieniać się złośliwymi uwagami o swoich wrogach bardzo długo, a na to nie mieli czasu. Trucizna zacznie działać za około pół godziny, więc do tego czasu muszą wycisnąć ze swojego więźnia wszystko, co on wie, bo inaczej ten łotr umrze i wówczas kto się z nimi podzieli niezbędnymi dla nich informacjami?
- Mów więc, Grusner. Powiedz nam wszystko, co tylko wiesz - rzekł Trechevile stanowczym tonem - Żarty się skończyły. Mów, a ocalisz życie.
- Ale od czego mam zacząć? - zapytał Hermann Grusner, niepewny, co ma mówić.
- Najlepiej od tego, kto cię wynajął! - zawołał Raul.
- I gdzie jest Luiza? - dodał, niemalże krzycząc Francois.
- Powoli, mój drogi przyjacielu, powoli. Do wszystkiego dojdziemy - uspokoił go Charmentall - Myślisz, że mnie na jej losie nie zależy? Że ona mnie nie obchodzi? Owszem, jej los też mnie obchodzi, nie mniej, niż ciebie.
- A czemu jej los cię tak obchodzi, mój drogi? - zapytał Fryderyk - Przecież nie jesteś w niej zakochany?
- Nie jestem, ale nie o to tu chodzi - odpowiedział Raul - Ona mi pomogła. Naraziła własne życie, żebym mógł uciec i zniszczyć dokument. Dlatego jej los mnie obchodzi.
- Dobrze, moi drodzy! Zdążycie sobie o tym podyskutować później - przerwał im wywód kapitan Trechevile - Na razie potrzebujemy pewnych informacji, a nie waszych punktów widzenia. Więc mów, Grusner. Kto ci kazał tu przyjść?
- Herr Colgen - odpowiedział Grusner.
- Tak myślałem - mruknął Raul - A któżby inny mógł to zrobić?
- Czemu kazał nas otruć? - zapytał Francois.
- Wy sami powinniście już to wiedzieć - mruknął Niemiec - W końcu to wy jesteście jego wrogami.
- Kim jesteś u Colgena? - pytał się Trechevile.
- Jestem jego sekretarzem - odpowiedział więzień.
- A więc to ty byłeś tym niemieckim sekretarzem, który kręcił się koło archiwum królewskiego? - zapytał Raul.
- Tak.
- I to ty ukradłeś ten traktat? - spytał Trechevile.
- Jawohl, meine Herr. Ja to zrobiłem.
- Dla Colgena?
- Ja.
- Colgen mówił ci, po co mu ten dokument?
- Nein, ale domyśliłem się tego.
- Domyśliłeś się? - pytał dalej Trechevile.
- Więc po co mu był ten dokument? - spytał Raul.
- Chciał wywołać ogromną wojnę! Taką wojnę, która by ogarnęła cały kraj. Wojnę, podczas której nikt nie będzie zwracał uwagi na zamieszki w stolicy. Wówczas to prywatna armia Herr Colgena pokonałaby tę garstkę obrońców, która by została w pałacu u boku króla. Król by zginął, Colgen zostałby regentem do czasu koronowania nowego władcy, który byłby tylko marionetką w rękach swego ministra. Albo też Herr Colgen sam by się koronował, oczywiście wcześniej fałszując testament Ludwika XV.
- Ciekawe - zamruczał Raul - W takim wypadku Colgen zostałby władcą legalnie i formalnie.
- Przecież to niemożliwe! - zawołał zdumiony Francois - Arystokracja nigdy nie wyraziłaby na to zgody!
- Nie załóż się - powiedział jak zwykle logicznie myślący Trechevile - Nigdy nie polegaj na wierności arystokracji. Uwierz mi, oni za pieniądze są gotowi byliby sprzedać własną duszę, a co dopiero ojczyznę. Więc nie miej pewności co do tego, czy za pieniądze nie poparli by Colgena.
- Mój ojciec jest patriotą i na pewno by nie poparł tego łajdaka! - zawołał żarliwie de Morce.
- Nie wątpię w to, mój drogi - uspokoił młodzieńca kapitan - Znam go osobiście i wiem, że można na niego zawsze liczyć. Ale na tym świecie są ludzie mniej lojalni od twojej rodziny.
- A pozostali członkowie rodu Burbonów? - zdziwił się Raul - Czy oni nie zareagowaliby na przewrót pałacowy?
- Herr Colgen jest wszak członkiem rodziny królewskiej - pospieszył z wyjaśnieniami Grusner - Dalekie to pokrewieństwo, co prawda, ale zawsze. Poza tym nie zapominaj, Herr Charmentall, że lud Francji wyniszczony wojną, łatwo przeciągnąć na swoją stronę.
- To prawda - rzekł Trechevile - Jeżeli lud się zbuntuje, król będzie zgubiony. Mogliby sami powołać na tron Colgena, a cała Europa musiałaby to uszanować. I nikt by palcem nie kiwnął w obronie pokrzywdzonych monarchów. Ale to już nieistotne, bo ten plan został udaremniony. Mówmy o czymś innym. W końcu mamy tu inne sprawy na głowie.
- A no tak, faktycznie - zaśmiał się Francois - Jedna z tych spraw właśnie siedzi związana na krześle.
„Sprawa” ta cały czas wierciła się próbując się wydostać z krępujących ją więzów, jednak nic to nie pomogło. Francois i Fryderyk związali go tak mocno, że jego szarpanina nic nie pomogła, musiał więc dać sobie spokój.
- Szarp się, szarp, wredny Szwabie - mruknął złośliwie de Morce - Nic ci to nie pomoże. Moich węzłów nie rozwiążesz tak łatwo. Lepiej powiedz, gdzie jest Luiza Colgen? To cię puścimy.
Grusner milczał. Wiedział bardzo dobrze, jaka kara go czeka, jeśli się z tego wygada.
- Ogłuchłeś?! Pytam się, gdzie ona jest?! - krzyknął na niego wściekle Francois - Gadaj zaraz, bo mi puszczą nerwy! Gdzie ona jest?!
Ostatnie słowa wykrzyczał mu prosto w jego twarz, szarpiąc go za ramiona. Grusner milczał jednak jak głaz, ale Andre Trechevile wiedział, jak rozwiązać mu język.
- Słuchaj, przyjacielu - powiedział groźnym tonem - Jeśli mi zaraz nie powiesz, gdzie jest panna Luiza Colgen, to wówczas rozbije tę buteleczkę z antidotum i zanim oberżysta przyniesie następne (jeśli w ogóle każę mu po nie pójść) to zdążysz dołączyć do swoich nędznych przodków. Pamiętaj, że to antidotum działa tylko wtedy, gdy jest podane w określonym czasie po zażyciu trucizny. Zastanów się więc. Ten czas niedługo upłynie. Spójrz na klepsydrę. To jak będzie?
Niemiec zerknął na klepsydrę, w której istotnie, sporo piasku się już przesypało. Zrozumiał wówczas, że Trechevile nie żartuje i jest gotów spełnić swą groźbę. Nie należało więc przeciągać struny jego cierpliwości, aby nie stracić życia, dlatego też westchnął przerażony i zawołał, kiedy tylko zobaczył, jak kapitan muszkieterów chce rozgnieść buteleczkę w dłoniach, krzyknął:
- Nein, nein! Błagam, tylko nie to! Zgoda, wszystko wam powiem, tylko jej nie niszczcie!
- No widzisz, przyjacielu - zawołał wesoło Trechevile, zadowolony z takiego obrotu spraw - Więc mów. Gdzie ona jest?
- Wczoraj wywieźli ją do klasztoru Saint Denis - wydyszał Grusner - Jest tam trzymana pod kluczem.
- W klasztorze Saint Denis?! - zawołał przerażony Francois.
- Miałem rację. Nieposłuszne córki ojcowie zamykają w klasztorach - powiedział kapitan takim tonem, który oznaczał: „A nie mówiłem?”.
- Jest tam sama? - spytał de Morce.
- Nein! Tego klasztoru ma rozkaz pilnować oddział żołnierzy ministra - odpowiedział mu Grusner.
- Ilu jest? - zapytał Raul.
- Będzie z szesnastu, może więcej.
- Phi! Szesnastu! Też mi coś. Co to dla nas, przyjaciele? - zaśmiał się wesoło Fryderyk, ufny w to, że z łatwością on i jego przyjaciele pokonają taką liczbą przeciwników.
- Czy to wszystko? Nie ma nikogo więcej w zakonie, prócz niej i tych szesnastu? - zapytał jak zwykle podejrzliwy Trechevile.
- Tak, oczywiście - wyjaśnił Grusner niepewnym głosem.
Przesłuchujący go muszkieter wyczuł w tym głosie wahanie, a więc i kłamstwo, więc ścisnął mocniej buteleczkę z antidotum.
Niemiec jęknął z przerażenia.
- Hrabia de Bernice! - krzyknął zalewając się potem - Tam jest hrabia de Bernice i być może jeszcze hrabina de Willer.
- Być może? - zapytał Trechevile.
- Nie wiem, czy ona tam jest! Wyjeżdżała wszak z hrabią i z panną Luizą. Poza nimi są tylko żołnierze! Błagam, litości! Nic więcej nie wiem!
Tym razem Trechevile doszedł do wniosku, że Niemiec mówi prawdę. Postanowił więc dłużej go nie dręczyć i przestał ściskać buteleczkę tak mocno.
- To co robimy, przyjaciele? - zapytał.
- Jak to, co? Jedziemy do tego klasztoru i uwalniamy Luizę! - zawołał bojowym głosem Francois - Przy okazji mam nadzieję załatwić swoje stare porachunki z hrabią de Bernice. Ten człowiek już i tak zbyt często wchodził mi w drogę.
- Słusznie. Im szybciej pojedziemy, tym lepiej - dodał Raul.
- Zatem na koń panowie i jedziemy! - zawołał Trechevile pełen zapału do walki.
- Hej, panowie! A co ze mną?! Chyba mnie tak tu nie zostawicie?! - krzyknął przerażony Grusner.
- Racja. Zupełnie o tobie zapomniałem, mój przyjacielu - rzekł kapitan muszkieterów, uśmiechając się złośliwie - Przepraszam bardzo.
To mówiąc odwiązał Grusnera od krzesła i ruszył za przyjaciółmi.
- Danke schon. Ein moment! A antidotum?! - zawołał Grusner widząc, co się święci.
- Antidotum zabierzemy ze sobą. Może ono nam się jeszcze przydać - odpowiedział najspokojniej w świecie Trechevile.
- A co ze mną?! - pytał przerażony nie na żarty Niemiec.
- Tobie życzymy miłego życia, którego nawiasem mówiąc, niewiele ci już zostało - zakpił sobie podle pan kapitan.
- Przecież pan obiecał!
- Obiecał, obiecał. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Dlaczegóż to miałbym cię ratować? Przecież jak ja cię uratuję, to ty od razu pobiegniesz do Colgena i wyśpiewasz mu wszystko o tym, co się tu właśnie wydarzyło. Albo ponownie spróbujesz nas otruć, ale tym razem skutecznie. Niby po co mam cię ratować?
- Bo pan obiecał!
- Wiesz, stryjku... Tak sobie myślę, że może jednak powinniśmy go uratować. Nie sądzisz? - zapytał Raul, któremu zrobiło się żal Grusnera.
- Ach, Raul, mój kochany chłopcze. Nie możemy ratować wszystkich, napotkanych, otrutych zbirów - powiedział Trechevile.
- Ale to jest jeden otruty zbir - poprawił go Charmentall.
- No może i tak. Ale jeśli go uratujemy, to któż nam zaręczy, że on nas więcej nie spróbuje otruć?
- Daję słowo honoru, Herr Trechevile - powiedział Grusner składając palce do przysięgi.
- Słowo? Honoru? Ty nie masz honoru, gnido, więc twoje obietnice nic nie znaczą - mruknął z pogardą kapitan muszkieterów.
- Ale stryjku, nie możemy pozwolić, aby on tak po prostu tutaj zdechł. Przecież daliśmy mu słowo - przypomniał Raul.
- Właśnie - dodał Francois - A sam nas uczyłeś, kapitanie, że należy zawsze dotrzymywać danego słowa. Jakże więc teraz mamy go tu zostawić i to jeszcze w takim stanie? On przecież zginie!
- On by się nie wahał tego zrobić! - krzyknął zły Trechevile, patrząc na Grusnera.
- Może i tak, ale jeśli go teraz zostawimy, to będzie tak, że zniżymy się do jego poziomu. Tak jakbyśmy stali się nim - przypomniał Raul - To twoje słowa, stryjku. Pamiętasz je?
Andre Trechevile wzruszył się tymi słowami, łzy stanęły mu w oczach i przytulił do siebie Raula.
- Dziękuję ci, chłopcze, że chociaż ty nie zdziczałeś podczas tej walki - powiedział, tuląc go do siebie - Cieszę się również, że nie zapomniałeś o moich lekcjach, choć ja sam przez chwilę o nich zapomniałem. Masz rację. Musimy go uratować, nawet jeśli mamy świadomość, że on by dla nas tego nie zrobił. Uratujmy go więc.
- Wszystko to brzmi bardzo pięknie, ale przypominam wam, że ja tutaj umieram - zawołał Grusner, wyraźnie zirytowany całą tą sceną.
- O, przepraszam, kolego. Już ci pomagam - powiedział Trechevile przepraszającym tonem i podszedł do niego, po czym podał mu antidotum.
Niemiec zachłannie otworzył fiolkę i wypił do dna zawarty w niej płyn, po czym otarł sobie pot z czoła.
- Uff, zdążyliśmy! - odetchnął z ulgą kapitan.
- Owszem. Jeszcze trochę i byłby trupem - mruknął Fryderyk z lekkim żalem, jakby chciał powiedzieć, iż wolałby, żeby jednak Grusner umarł.
- No, to chodźmy. Nie marnujmy więcej czasu. Luiza czeka na pomoc! - zawołał Francois, który aż się palił do działania.
Cała czwórka wybiegła z oberży, wskoczyła na konie i odjechała w stronę klasztoru Saint Denis.
W oberży został jedynie Grusner, patrząc na oberżystę nieco zdumiony tym, co go przed chwilą spotkało.
- No co, ochłonąłeś już, narwańcu? - zapytał go kapitan z wyraźną ironią w głosie - Mam nadzieję, bo to, co zaraz zrobimy, wymaga precyzji i dokładnego myślenia. Twoje zachowanie zaś nie tylko, że nam w żadnym wypadku nie pomoże, ale wręcz utrudni zadanie.
- Dobrze, już dobrze - mruknął niezadowolony Fryderyk - Poniosło mnie, ale już w porządku. A więc, co robimy?
- Posłuchajcie, plan jest taki - zaczął Trechevile.
I wyłuszczył im całą swoją strategię, którą wszyscy uznali za genialną.
- Doskonały plan! - zawołał Raul.
- Sprytny i przebiegły - dodał Francois.
- Podły i doskonały - zakończył Fryderyk.
- Zatem do dzieła, chłopcy! Do dzieła! - powiedział radosnym głosem Trechevile, klaszcząc przy tym w dłonie.
Przyjaciele natychmiast przystąpili do wykonania swoich zadań. Dla pewności jednak jeszcze raz go omówili na spokojnie i dokładnie. A kiedy już wszyscy znali swoje role, kapitan muszkieterów zszedł na dół i podszedł do Grusnera, który już się niecierpliwił.
- No, nareszcie, Herr Trechevile! - zawołał nieco znudzony czekaniem - Zawsze każe pan tak długo na siebie czekać?
- Nie, mój drogi panie. Nie zawsze - odpowiedział Trechevile usilnie starając się zachować spokój - Tylko wtedy, kiedy wzywają mnie obowiązki i nie mogę się od nich wykręcić.
To mówiąc usiadł na krześle naprzeciwko niego.
Kilka minut później przysiadł się do nich również Francois.
- O, widzę, że przynieśli wreszcie tę butelkę wybornego burgunda, którą zamówiłem - zawołał wesoło de Morce - Napijemy się?
- Ależ oczywiście - odpowiedział wesoło Trechevile - Otwórz butelkę, proszę.
Francois wykonał polecenie i już chciał nalać wina do szklanek, kiedy nagle Trechevile zawołał wesoło:
- Ale, ale, mój drogi. Chyba o kimś zapomnieliśmy.
- Ach tak, rzeczywiście! - dodał Francois - Zapomnieliśmy o naszym drogim przyjacielu.
- To prawda - odparł kapitan muszkieterów, uśmiechając się radośnie - Sami chcieliśmy się napić, a o naszym kochanym, drogim Merkurym to żeśmy zapomnieli. Zasłużył on na to, żeby go uczcić najlepiej, jak to tylko jest możliwe!
- Dokładnie tak, kochany kapitanie - rzekł de Morce - Zasłużył on na to, abyśmy uczcili jego przybycie niemalże niczym ów biblijny ojciec uczcił powrót syna marnotrawnego.
Nalał więc szklankę wina i podał ją Hermannowi Grusnerowi, który widząc to przeraził się nie na żarty.
- Nein, nein, danke schon - bronił się desperacko pan sekretarz - Ja nie piję. Jestem abstynent... I to od urodzenia.
- Proszę pana, panie Grusner - zaśmiał się Trechevile - Nie odmawiaj waść nam. Kto w dzisiejszych czasach nie pije?
- Ja nie piję - powiedział Grusner.
- Panie Grusner, niech mnie pan nie rozśmiesza - zaśmiał się Francois - Co to za Niemiec, który nie lubi sobie czasem wypić?
Hermann Grusner przeraził się nie na żarty. Trechevile już nie miał najmniejszych wątpliwości, że w winie jest trucizna. Udawał jednak, że tego nie wie i dalej grał komedię, której pomysłu zazdrościłby mu nawet śp. wielki Molier.
- Herr Trechevile, ja naprawdę nie mogę. Jestem uczulony na wino - tłumaczył się Niemiec.
Kapitan muszkieterów był jednak nieugięty.
- Pij, mój drogi przyjacielu - powiedział, podsuwając mu szklankę z zatrutym winem.
Grusner w końcu nie wytrzymał i potrącił szklankę z zatrutym winem, wylewając je na podłogę.
- To obraza dla munduru, panie Grusner - powiedział Trechevile złym głosem, zachowując przy tym jednak kamienną twarz.
- Właśnie, drogi panie - dodał, udając oburzonego Francois - Czemu pan to zrobił?
- Bo... - Grusner był tak zdenerwowany, że nie wiedział nawet, co ma wymyślić - Bo, bo, bo, bo…
Jąkał się bez możliwości wymyślenia jakiejkolwiek wymówki.
- Bo może być zepsute... Albo też zatrute.
- Zatrute? Skądże to panu przyszło do głowy? - zapytał, udając przy tym zdumionego Trechevile, patrząc na Grusnera podejrzliwie.
- No bo... Bo... Bo teraz tyle zatruć w okolicy i w ogóle - jąkał się Grusner, którego czoło zrosił pot.
- Ale skąd panu przyszło do głowy, że akurat ta butelka jest zatruta? - zapytał Francois.
- Bo... Widziałem jak karczmarz, przed otwarciem jej, wsypał coś do niej - powiedział Niemiec szeptem do muszkieterów.
- Poważnie? - zapytał ironicznym tonem Trechevile udając, że wierzy w całą tę historię - No, to faktycznie lepiej nie pić tego wina. Co powiesz, Francois?
- Tak, to racja - zgodził się z nim de Morce - Chociaż ja osobiście uważam, że to wino nie jest zatrute. Co więcej, powiem, że według mnie jest ono bardzo dobre. Napijemy się?
- A z chęcią - rzekł Trechevile i razem nalali sobie wina do szklanek i wypili duszkiem.
Grusner uśmiechnął się potajemnie dziwnym uśmieszkiem.
Trechevile i Francois zaś spojrzeli na niego i powiedzieli:
- Jest dobre. Bardzo dobre.
- Czyli, że nie jest zatrute? - zapytał Grusner zaciekawionym tonem.
- Nie, raczej nie - odpowiedział Francois - Nawet na pewno nie. Jest zupełnie bezpieczne. A wie pan, skąd to wiem?
- Nein. Skąd?
- A chociażby stąd! - odpowiedział mu de Morce, wyciągając kolejną butelkę wina spod stołu - Proszę. Oto jest zatrute wino, któregoś się tak bał, mój przyjacielu. Kiedy pan nie patrzył, podmieniłem butelki. I co pan na to, panie Grusner?
Niemiec zrozumiał, że został zdemaskowany. Przerażony zerwał się ze swego miejsca i podskoczył szybko do drzwi oberży, chcąc z niej uciec. Ledwo jednak otworzył drzwi, a wpadł prosto na Fryderyka, który wyszedł przez okno w swoim pokoju i wylądował tuż przed nosem Niemca.
- Wybiera się pan gdzieś, panie Grusner? - zapytał Fryderyk.
Grusner zamknął mu drzwi przed nosem i rzucił się w głąb karczmy. Na drodze stanął mu jednak Francois. Niemiec jednak odskoczył i popędził schodami na górę. Szybko musiał jednak się wycofać, gdyż wpadł prosto w objęcia Raula, który czaił się na schodach. Musiał więc tyłem schodzić na dół, gdyż Charmentall popychał go w dół i nie chciał przepuścić. Hermann Grusner próbował się jeszcze wymknąć muszkieterom, ale w końcu cała czwórka osaczyła go i musiał się poddać.
Już po chwili pan sekretarz został złapany oraz przywiązany do krzesła mocnym sznurem. Następnie został dokładnie obszukany. W jednej kieszeni przyjaciele znaleźli małą buteleczkę z tajemniczym płynem.
- Co to jest? - zapytał Trechevile.
- To antidotum na tę truciznę, którą miałem wam podać w winie - wydyszał załamanym głosem Grusner.
- Po co je miałeś przy sobie? - spytał Raul.
- Na wypadek, gdybym sam wypił to draństwo - odparł Niemiec.
Trechevile uśmiechnął się niczym sam szatan.
- Gdybyś sam wypił, tak? To mi podsuwa pewien pomysł.
Chwilę później na jego polecenie Francois i Fryderyk otworzyli swemu więźniowi usta i wlali w nie odrobinę zatrutego wina, którym on chciał ich uraczyć. Grusner wił się, szarpał, próbował stawiać opór, jednak bezlitośni muszkieterowie przemocą zmusili go, aby połknął wino. Niemiec krztusił się nim, ale musiał je przełknąć. Nie miał wyjścia, gdyż poddał się nie on, lecz jego przełyk.
- No cóż, panie Grusner - powiedział spokojnym, lecz mściwym tonem Trechevile - Żarty się już skończyły. Zatrute wino, którym chciałeś nas tu wszystkich wykończyć, wypiłeś ty sam. I teraz ty umrzesz w straszliwych męczarniach, jakie nam chciałeś zadać. Ale nie popadaj w zwątpienie. Nie jesteśmy wszak mordercami.
- Nie jesteście? Odniosłem inne wrażenie - mruknął Grusner.
- Twoje wrażenia nas nie interesują - powiedział kapitan bardzo zły, że mu Niemiec przerwał - Krótko mówiąc, moglibyśmy cię tu zostawić, żebyś zdechł jak szczur, bo prawdę mówiąc zasłużyłeś sobie na to. Jednakże nie zrobimy tego. Musisz tylko nam powiedzieć całą prawdę o sobie, a podamy ci antidotum. Karczmarzu, potrzymaj to przez chwilę.
To mówiąc wręcz oberżyście fiolkę z antidotum.
- A więc, mój drogi, niemiecki przyjacielu - zaczął znowu Trechevile - Zrobimy tak. Ty powiesz nam, kto cię przysłał i po co, oraz gdzie jest panna Luiza Colgen, a my w nagrodę dajemy ci za to antidotum. Lecz uważaj. Czas ucieka. Antidotum zadziała jedynie w określonym czasie po zażyciu trucizny. Potem będzie bezużyteczne. O ile znam się na truciznach, a znam się na nich całkiem dobrze, to odnoszę wrażenie, że niezbędny ci czas wynosi jakieś pół godziny.
Po tych słowach kapitan muszkieterów ustawił na stole klepsydrę, której piasek powoli zaczął się sypać.
- Więc jak widzisz, masz mało czasu. Lepiej się szybko zdecyduj. Mów wszystko, co chcemy wiedzieć. Jeśli się zgodzisz, to my w zamian damy ci dalsze lata życia.
- A jeśli odmówię? - zapytał Grusner, patrząc na nich podejrzliwie - Wtedy pozwolicie mi tu zdechnąć?
- Wolę nie używać aż tak prostackich słów, jednak jeśli tak to wolisz nazywać, to niech ci będzie - odpowiedział spokojnie Trechevile.
- Więc jak będzie, Szwabie przeklęty?! - zawołał groźnie Francois - Będziesz gadał?! Czy może mają mi puścić nerwy?!
- Uważaj, przyjacielu, gdyż jeżeli jemu puszczą nerwy, to wówczas skróci twoje męczarnie - powiedział Raul ostrzegawczym tonem - Albo sprawi, że się one zwiększą.
- Racja. Także uprzedzam. On nie żartuje. Jak się zdenerwuje, to za niego nie ręczę - dodał groźnym tonem Fryderyk.
Nie wiadomo, czy Grusner przeraził się tych słów, ale wiedział bardzo dobrze, że w tej sytuacji, w jakiej się znalazł na nic się nie przyda stawianie oporu. Ci ludzie mieli go w garści i jeden fałszywy ruch wystarczył, żeby go tu zostawili, aby umarł w okropnych męczarniach, które sam chciał im zadać, a przecież Grusner nie miał najmniejszego zamiaru umierać. Chciał sobie jeszcze trochę pożyć i skorzystać z tego życia. Wiadomo zaś, że nieboszczyk nie korzysta z życia, bo go nie ma.
Doszedłszy więc do wniosku, że opór nie ma żadnego sensu, zawołał:
- Gut, gut! Poddaję się. Powiem wszystko.
- I bardzo słusznie - powiedział Trechevile uśmiechając się.
- Bardzo to rozsądna decyzja z twoje strony, drogi przyjacielu - dodał Francois.
- Mądra, a zarazem spontaniczna - dodał złośliwym tonem Fryderyk.
- Racja. Rzadko kiedy można zobaczyć dobre decyzję podjęte w tak krótkim czasie - powiedział Raul, uśmiechając się do de Saudiera.
- Dobrze, panowie, wystarczy tych głupich złośliwości - przerwał im Trechevile nieco gniewnym tonem.
Wiedział on bowiem doskonale, że jego muszkieterowie mogliby tak wymieniać się złośliwymi uwagami o swoich wrogach bardzo długo, a na to nie mieli czasu. Trucizna zacznie działać za około pół godziny, więc do tego czasu muszą wycisnąć ze swojego więźnia wszystko, co on wie, bo inaczej ten łotr umrze i wówczas kto się z nimi podzieli niezbędnymi dla nich informacjami?
- Mów więc, Grusner. Powiedz nam wszystko, co tylko wiesz - rzekł Trechevile stanowczym tonem - Żarty się skończyły. Mów, a ocalisz życie.
- Ale od czego mam zacząć? - zapytał Hermann Grusner, niepewny, co ma mówić.
- Najlepiej od tego, kto cię wynajął! - zawołał Raul.
- I gdzie jest Luiza? - dodał, niemalże krzycząc Francois.
- Powoli, mój drogi przyjacielu, powoli. Do wszystkiego dojdziemy - uspokoił go Charmentall - Myślisz, że mnie na jej losie nie zależy? Że ona mnie nie obchodzi? Owszem, jej los też mnie obchodzi, nie mniej, niż ciebie.
- A czemu jej los cię tak obchodzi, mój drogi? - zapytał Fryderyk - Przecież nie jesteś w niej zakochany?
- Nie jestem, ale nie o to tu chodzi - odpowiedział Raul - Ona mi pomogła. Naraziła własne życie, żebym mógł uciec i zniszczyć dokument. Dlatego jej los mnie obchodzi.
- Dobrze, moi drodzy! Zdążycie sobie o tym podyskutować później - przerwał im wywód kapitan Trechevile - Na razie potrzebujemy pewnych informacji, a nie waszych punktów widzenia. Więc mów, Grusner. Kto ci kazał tu przyjść?
- Herr Colgen - odpowiedział Grusner.
- Tak myślałem - mruknął Raul - A któżby inny mógł to zrobić?
- Czemu kazał nas otruć? - zapytał Francois.
- Wy sami powinniście już to wiedzieć - mruknął Niemiec - W końcu to wy jesteście jego wrogami.
- Kim jesteś u Colgena? - pytał się Trechevile.
- Jestem jego sekretarzem - odpowiedział więzień.
- A więc to ty byłeś tym niemieckim sekretarzem, który kręcił się koło archiwum królewskiego? - zapytał Raul.
- Tak.
- I to ty ukradłeś ten traktat? - spytał Trechevile.
- Jawohl, meine Herr. Ja to zrobiłem.
- Dla Colgena?
- Ja.
- Colgen mówił ci, po co mu ten dokument?
- Nein, ale domyśliłem się tego.
- Domyśliłeś się? - pytał dalej Trechevile.
- Więc po co mu był ten dokument? - spytał Raul.
- Chciał wywołać ogromną wojnę! Taką wojnę, która by ogarnęła cały kraj. Wojnę, podczas której nikt nie będzie zwracał uwagi na zamieszki w stolicy. Wówczas to prywatna armia Herr Colgena pokonałaby tę garstkę obrońców, która by została w pałacu u boku króla. Król by zginął, Colgen zostałby regentem do czasu koronowania nowego władcy, który byłby tylko marionetką w rękach swego ministra. Albo też Herr Colgen sam by się koronował, oczywiście wcześniej fałszując testament Ludwika XV.
- Ciekawe - zamruczał Raul - W takim wypadku Colgen zostałby władcą legalnie i formalnie.
- Przecież to niemożliwe! - zawołał zdumiony Francois - Arystokracja nigdy nie wyraziłaby na to zgody!
- Nie załóż się - powiedział jak zwykle logicznie myślący Trechevile - Nigdy nie polegaj na wierności arystokracji. Uwierz mi, oni za pieniądze są gotowi byliby sprzedać własną duszę, a co dopiero ojczyznę. Więc nie miej pewności co do tego, czy za pieniądze nie poparli by Colgena.
- Mój ojciec jest patriotą i na pewno by nie poparł tego łajdaka! - zawołał żarliwie de Morce.
- Nie wątpię w to, mój drogi - uspokoił młodzieńca kapitan - Znam go osobiście i wiem, że można na niego zawsze liczyć. Ale na tym świecie są ludzie mniej lojalni od twojej rodziny.
- A pozostali członkowie rodu Burbonów? - zdziwił się Raul - Czy oni nie zareagowaliby na przewrót pałacowy?
- Herr Colgen jest wszak członkiem rodziny królewskiej - pospieszył z wyjaśnieniami Grusner - Dalekie to pokrewieństwo, co prawda, ale zawsze. Poza tym nie zapominaj, Herr Charmentall, że lud Francji wyniszczony wojną, łatwo przeciągnąć na swoją stronę.
- To prawda - rzekł Trechevile - Jeżeli lud się zbuntuje, król będzie zgubiony. Mogliby sami powołać na tron Colgena, a cała Europa musiałaby to uszanować. I nikt by palcem nie kiwnął w obronie pokrzywdzonych monarchów. Ale to już nieistotne, bo ten plan został udaremniony. Mówmy o czymś innym. W końcu mamy tu inne sprawy na głowie.
- A no tak, faktycznie - zaśmiał się Francois - Jedna z tych spraw właśnie siedzi związana na krześle.
„Sprawa” ta cały czas wierciła się próbując się wydostać z krępujących ją więzów, jednak nic to nie pomogło. Francois i Fryderyk związali go tak mocno, że jego szarpanina nic nie pomogła, musiał więc dać sobie spokój.
- Szarp się, szarp, wredny Szwabie - mruknął złośliwie de Morce - Nic ci to nie pomoże. Moich węzłów nie rozwiążesz tak łatwo. Lepiej powiedz, gdzie jest Luiza Colgen? To cię puścimy.
Grusner milczał. Wiedział bardzo dobrze, jaka kara go czeka, jeśli się z tego wygada.
- Ogłuchłeś?! Pytam się, gdzie ona jest?! - krzyknął na niego wściekle Francois - Gadaj zaraz, bo mi puszczą nerwy! Gdzie ona jest?!
Ostatnie słowa wykrzyczał mu prosto w jego twarz, szarpiąc go za ramiona. Grusner milczał jednak jak głaz, ale Andre Trechevile wiedział, jak rozwiązać mu język.
- Słuchaj, przyjacielu - powiedział groźnym tonem - Jeśli mi zaraz nie powiesz, gdzie jest panna Luiza Colgen, to wówczas rozbije tę buteleczkę z antidotum i zanim oberżysta przyniesie następne (jeśli w ogóle każę mu po nie pójść) to zdążysz dołączyć do swoich nędznych przodków. Pamiętaj, że to antidotum działa tylko wtedy, gdy jest podane w określonym czasie po zażyciu trucizny. Zastanów się więc. Ten czas niedługo upłynie. Spójrz na klepsydrę. To jak będzie?
Niemiec zerknął na klepsydrę, w której istotnie, sporo piasku się już przesypało. Zrozumiał wówczas, że Trechevile nie żartuje i jest gotów spełnić swą groźbę. Nie należało więc przeciągać struny jego cierpliwości, aby nie stracić życia, dlatego też westchnął przerażony i zawołał, kiedy tylko zobaczył, jak kapitan muszkieterów chce rozgnieść buteleczkę w dłoniach, krzyknął:
- Nein, nein! Błagam, tylko nie to! Zgoda, wszystko wam powiem, tylko jej nie niszczcie!
- No widzisz, przyjacielu - zawołał wesoło Trechevile, zadowolony z takiego obrotu spraw - Więc mów. Gdzie ona jest?
- Wczoraj wywieźli ją do klasztoru Saint Denis - wydyszał Grusner - Jest tam trzymana pod kluczem.
- W klasztorze Saint Denis?! - zawołał przerażony Francois.
- Miałem rację. Nieposłuszne córki ojcowie zamykają w klasztorach - powiedział kapitan takim tonem, który oznaczał: „A nie mówiłem?”.
- Jest tam sama? - spytał de Morce.
- Nein! Tego klasztoru ma rozkaz pilnować oddział żołnierzy ministra - odpowiedział mu Grusner.
- Ilu jest? - zapytał Raul.
- Będzie z szesnastu, może więcej.
- Phi! Szesnastu! Też mi coś. Co to dla nas, przyjaciele? - zaśmiał się wesoło Fryderyk, ufny w to, że z łatwością on i jego przyjaciele pokonają taką liczbą przeciwników.
- Czy to wszystko? Nie ma nikogo więcej w zakonie, prócz niej i tych szesnastu? - zapytał jak zwykle podejrzliwy Trechevile.
- Tak, oczywiście - wyjaśnił Grusner niepewnym głosem.
Przesłuchujący go muszkieter wyczuł w tym głosie wahanie, a więc i kłamstwo, więc ścisnął mocniej buteleczkę z antidotum.
Niemiec jęknął z przerażenia.
- Hrabia de Bernice! - krzyknął zalewając się potem - Tam jest hrabia de Bernice i być może jeszcze hrabina de Willer.
- Być może? - zapytał Trechevile.
- Nie wiem, czy ona tam jest! Wyjeżdżała wszak z hrabią i z panną Luizą. Poza nimi są tylko żołnierze! Błagam, litości! Nic więcej nie wiem!
Tym razem Trechevile doszedł do wniosku, że Niemiec mówi prawdę. Postanowił więc dłużej go nie dręczyć i przestał ściskać buteleczkę tak mocno.
- To co robimy, przyjaciele? - zapytał.
- Jak to, co? Jedziemy do tego klasztoru i uwalniamy Luizę! - zawołał bojowym głosem Francois - Przy okazji mam nadzieję załatwić swoje stare porachunki z hrabią de Bernice. Ten człowiek już i tak zbyt często wchodził mi w drogę.
- Słusznie. Im szybciej pojedziemy, tym lepiej - dodał Raul.
- Zatem na koń panowie i jedziemy! - zawołał Trechevile pełen zapału do walki.
- Hej, panowie! A co ze mną?! Chyba mnie tak tu nie zostawicie?! - krzyknął przerażony Grusner.
- Racja. Zupełnie o tobie zapomniałem, mój przyjacielu - rzekł kapitan muszkieterów, uśmiechając się złośliwie - Przepraszam bardzo.
To mówiąc odwiązał Grusnera od krzesła i ruszył za przyjaciółmi.
- Danke schon. Ein moment! A antidotum?! - zawołał Grusner widząc, co się święci.
- Antidotum zabierzemy ze sobą. Może ono nam się jeszcze przydać - odpowiedział najspokojniej w świecie Trechevile.
- A co ze mną?! - pytał przerażony nie na żarty Niemiec.
- Tobie życzymy miłego życia, którego nawiasem mówiąc, niewiele ci już zostało - zakpił sobie podle pan kapitan.
- Przecież pan obiecał!
- Obiecał, obiecał. Obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Dlaczegóż to miałbym cię ratować? Przecież jak ja cię uratuję, to ty od razu pobiegniesz do Colgena i wyśpiewasz mu wszystko o tym, co się tu właśnie wydarzyło. Albo ponownie spróbujesz nas otruć, ale tym razem skutecznie. Niby po co mam cię ratować?
- Bo pan obiecał!
- Wiesz, stryjku... Tak sobie myślę, że może jednak powinniśmy go uratować. Nie sądzisz? - zapytał Raul, któremu zrobiło się żal Grusnera.
- Ach, Raul, mój kochany chłopcze. Nie możemy ratować wszystkich, napotkanych, otrutych zbirów - powiedział Trechevile.
- Ale to jest jeden otruty zbir - poprawił go Charmentall.
- No może i tak. Ale jeśli go uratujemy, to któż nam zaręczy, że on nas więcej nie spróbuje otruć?
- Daję słowo honoru, Herr Trechevile - powiedział Grusner składając palce do przysięgi.
- Słowo? Honoru? Ty nie masz honoru, gnido, więc twoje obietnice nic nie znaczą - mruknął z pogardą kapitan muszkieterów.
- Ale stryjku, nie możemy pozwolić, aby on tak po prostu tutaj zdechł. Przecież daliśmy mu słowo - przypomniał Raul.
- Właśnie - dodał Francois - A sam nas uczyłeś, kapitanie, że należy zawsze dotrzymywać danego słowa. Jakże więc teraz mamy go tu zostawić i to jeszcze w takim stanie? On przecież zginie!
- On by się nie wahał tego zrobić! - krzyknął zły Trechevile, patrząc na Grusnera.
- Może i tak, ale jeśli go teraz zostawimy, to będzie tak, że zniżymy się do jego poziomu. Tak jakbyśmy stali się nim - przypomniał Raul - To twoje słowa, stryjku. Pamiętasz je?
Andre Trechevile wzruszył się tymi słowami, łzy stanęły mu w oczach i przytulił do siebie Raula.
- Dziękuję ci, chłopcze, że chociaż ty nie zdziczałeś podczas tej walki - powiedział, tuląc go do siebie - Cieszę się również, że nie zapomniałeś o moich lekcjach, choć ja sam przez chwilę o nich zapomniałem. Masz rację. Musimy go uratować, nawet jeśli mamy świadomość, że on by dla nas tego nie zrobił. Uratujmy go więc.
- Wszystko to brzmi bardzo pięknie, ale przypominam wam, że ja tutaj umieram - zawołał Grusner, wyraźnie zirytowany całą tą sceną.
- O, przepraszam, kolego. Już ci pomagam - powiedział Trechevile przepraszającym tonem i podszedł do niego, po czym podał mu antidotum.
Niemiec zachłannie otworzył fiolkę i wypił do dna zawarty w niej płyn, po czym otarł sobie pot z czoła.
- Uff, zdążyliśmy! - odetchnął z ulgą kapitan.
- Owszem. Jeszcze trochę i byłby trupem - mruknął Fryderyk z lekkim żalem, jakby chciał powiedzieć, iż wolałby, żeby jednak Grusner umarł.
- No, to chodźmy. Nie marnujmy więcej czasu. Luiza czeka na pomoc! - zawołał Francois, który aż się palił do działania.
Cała czwórka wybiegła z oberży, wskoczyła na konie i odjechała w stronę klasztoru Saint Denis.
W oberży został jedynie Grusner, patrząc na oberżystę nieco zdumiony tym, co go przed chwilą spotkało.
Fryderyk też bywa w gorącej wodzie kąpany, choć nie tak jak Francois, bo tego to naprawdę łatwo wyprowadzić z równowagi. Wiele nie potrzeba, aby go naprawdę zdenerwować. Ale mimo to wstawił się za Grusnerem, podobnie jak Raul, podczas gdy Trechevile i Fryderyk woleli pozbawić go życia, a to oznacza że Raul i Francois mają w sobie więcej szlachetności, uczciwości i litości, skoro zrobiło im się go żal i nie chcieli łamać danego mu przyrzeczenia. Trechevile z kolei jest z nich wszystkich najcwańszy, bo to w końcu on wpadł na pomysł, jak zmusić Niemca do mówienia wszystkiego, co wiedział na temat spisku.
OdpowiedzUsuń