środa, 7 lutego 2018

Rozdział 19

Rozdział XIX

Wieści z Paryża

Czterej jeźdźcy w mundurach muszkieterów oraz jedna kobieta pędzili konno przed siebie. Musieli się spieszyć, albowiem wiedzieli, że dopóty nie dotrą do celu swojej misji, dopóty nie będą bezpieczni. Im dalej więc znajdą się od miejsca, które przed chwilą opuścili, tym lepiej będzie dla nich. Nie wiedzieli, kiedy Colgen zjawi się w klasztorze. Hrabia Filip de Bernice spodziewał się jedynie, że może on tam osobiście przybyć i to z liczną eskortą, zwłaszcza jeśli nie otrzyma żadnej wiadomości od hrabiego na temat jego postępów w staraniach o rękę Luizy.
- Colgen powiedział, że będzie czekał na wiadomość ode mnie, a brak wszelkich wiadomości uzna za złą wiadomość - powiedział im Filip, nim wyjechali - Teraz nie mam siły chwycić za pióro, żeby mu napisać jakiekolwiek kłamstwa i zmylić jego czujność. Jeśli więc nie dostanie listu ode mnie, na pewno sobie pomyśli, że coś niedobrego się tu wydarzyło i przyjedzie to sprawdzić. Lepiej żebyście wtedy byli daleko stąd. Taka moja rada.
Muszkieterowie oraz panna Luiza posłuchali go i natychmiast opuścili ponury klasztor Saint Denis. Kiedy to już zrobili, to natychmiast ruszyli w kierunku majątku kapitana królewskich żołnierzy. Ziemie te należały kiedyś do przodków Trechevile’a. Oczywiście obecnie były one mocno okrojone z powodu długów jego ojca i brata oraz przez prowadzone przez nich liczne procesy sądowe, które pożarły lwią część pieniędzy państwa de Trechevile. Jednakowoż wciąż na tych ziemiach kapitan jako dziedzic miał wszelką władzę i mógł tam bezpiecznie ukryć przyjaciół oraz pannę Luizę Colgen przed jej mściwym ojcem.
Oczywiście istniało ciągle ryzyko, że wielmożny pan minister zechce sądownie upomnieć się o córkę. Co prawda kapitan muszkieterów na swych ziemiach był najwyższym panem, ale Colgen reprezentował króla, zaś Trechevile jedynie samego siebie i wiadomy był wynik takiej rozgrywki. Jednakże muszkieterowie nie obawiali się, że minister oskarży ich przed władcą Francji o porwanie córki, ponieważ wówczas Luiza powiedziałaby publicznie wszystko, co wie o jego intrygach przeciwko królowi oraz królowej. Tego zaś Colgen chciał za wszelką cenę uniknąć. Możliwe więc, że zniknięcie córki i ukrycie się jej w nieznanym miejscu mogło być mu nawet na rękę.
Muszkieterowie zastanawiali się nad tym, co usłyszeli od Luizy i hrabiego de Bernice. Dotyczyło to planu zdetronizowania Ludwika XV oraz osadzenia na tronie Colgena lub też jakieś jego marionetki. Czyli obawy Heleny de Saudier w tej sprawie potwierdziły się. Pani pułkownikowa przewidziała wszystko w najdrobniejszych nawet szczegółach: kradzież dokumentu, próba sprzedania go Hiszpanom i wywołania wojny, podczas której miał nastąpić zamach stanu. Wszystko pasowało do siebie idealnie. Raul, Francois i Fryderyk zastanawiali się jedynie, jak to możliwe, że minister nie tylko marzył o koronie królewskiej (co jeszcze nie było niczym niezwykłym), ale również posiadał do niej pretensje. Grusner co prawda mówił im o tym, że jego pryncypał jest dalekim krewnym króla, ale nie znał bliższych szczegółów w tej sprawie. Natomiast Trechevile, który dobrze znał się na heraldyce, wyjaśnił swoim przyjaciołom, że Colgen wywodzi się z orleańskiej linii dynastii Burbonów i stąd wynika jego pokrewieństwo z Ludwikiem XV. Ponieważ król nie ma następcy, to gdyby nagle tragicznie zmarł on i jego żona, wówczas wybrano by na władcę bliskiego krewnego. Oczywiście król na pewno miał bliższych krewnych niż Colgen, ale minister już zadbałby o to, aby słuszność reprezentowana przez potęgę wojskową była po jego stronie. Takim argumentom jak kilkusetosobowa gwardia złożona z największych łotrów w całej Francji nikt by się nie oparł. Poza królewskimi muszkieterami, rzecz jasna. W nich cała nadzieja.
Dlatego należało szybko uciekać z ziem podległych ministrowi. Ten łotr nigdy nie dopuściłby do tego, żeby ktokolwiek rozpowiadał o jego tajemnicach. Nawet gdyby tym kimś była jego ukochana córka. Na całe szczęście nasi bohaterowie, którzy wręcz doskonale zdawali sobie z tego wszystkiego sprawę, opuścili już ziemie ministra. Teraz jechali po terenach nie należących do nikogo. W nocy zatrzymali się na nocleg koło potoku. Luiza spała wówczas przytulona do Francoisa i Raula, którzy spali po jej obu bokach, żeby w razie czego móc ją lepiej osłonić przed ewentualnym atakiem, nazajutrz zaś, po szybkim posiłku, cała piątka wskoczyła na konie i ruszyła pędem w stronę majątku Trechevile. Na szczęście nie był on zbyt daleko. Po drodze natrafili na dwa zajazdy, gdzie zmienili konie, aż w końcu dojechali spokojnie na tereny Trechevile’a. Tam już nie musieli się nigdzie spieszyć, gdyż chroniła ich władza kapitana muszkieterów. Tutaj minister nie mógł ich dopaść bez narażania się na dekonspirację, której obawiał się teraz najmocniej na świecie, więc nasi bohaterowie mogli odetchnąć z ulgą. Nareszcie byli tu bezpieczni.
Trechevile zabrał swoich przyjaciół do swego rodowego zamku . Była to niegdyś piękna, jak również budząca respekt posiadłość, teraz jednak nieco podupadła. Z dawnej świetności pozostało z niej jedynie kilka rzeczy: obronne mury nadgryzione przez ząb czasu, ściany już mocno poczerniałe, obrazy wymagające renowacji i niektóre meble, które były w takim stanie, że aż strach było na nich siadać. W zamku znajdowała się nieliczna służba charakteryzująca się wielką wiernością swemu panu. Byli to kucharz, dwie pokojówki, a także sługa Gerwazy, będący mlecznym bratem kapitana. Pilnował on porządku w zamku i na całych ziemiach podległych hrabiemu. Kiedy pojawiały się poważne problemy, wówczas wysyłał list do Trechevile z prośbą o radę, jego pan zaś odpowiadał bardzo szybko i swoim mądrymi rozporządzeniami utrzymywał porządek na swoich ziemiach, chociaż rzadko bywał w nich osobiście.
- Nie przyjeżdżam tu zbyt często, mój drogi - powiedział do Raula jego opiekun, kiedy oprowadzał swego wychowanka po zamku - Nie potrafię się jakoś przemóc. Zamek ów przypomina mi ciągle o śmierci brata i podłości Pauliny. Nawet teraz niezbyt chętnie tutaj przebywam. Uwierz mi, mój chłopcze, że w tej posiadłości powracają złe wspomnienia.
- Współczuję ci bardzo, stryjku Andre - odpowiedział mu Raul - Ale utrzymujesz jakoś ten zamek?
- Owszem. W końcu jest on moją rodzinną posiadłością - wyjaśnił Trechevile - Honor nakazuje dbać o nią, nawet jeżeli jej nienawidzę. Honor i duma rodowa są dla mnie ważniejsze niż uczucie niechęci, więc dbam o ten zamek. Spaliłbym się ze wstydu, gdybym pozwolił mu się rozlecieć na kawałki. Być może nie dbam o niego tak dobrze, jak powinienem to robić, ale dbam. A że bywam tu niezmiernie rzadko, to cóż... Dbam o niego, bo muszę, jednak przecie nikt nie każe mi w nim mieszkać.
- A często łożysz na utrzymanie zamku? - zapytał Raul - Bo bez urazy, ale zbyt dobrze, to ty o niego nie dbasz, co zresztą sam potwierdziłeś.
- Ano nie dbam o ten zamek za dobrze, mój drogi. Nie dbam. Ale nie mogę postępować inaczej. Mam mały majątek schowany w piwnicy zamku. Gerwazy strzeże go dzień i noc nie dopuszczając doń nikogo obcego. Ale gdybym chciał wyremontować zamek, który jeszcze za życie mych braci był już uszkodzony, nie dałbym sobie potem rady. Zużyłbym całe złoto, jakie jest schowane w piwnicach, na odbudowę tych ruin i co by mi to dało? Nic! Nie miałbym już żadnych funduszy na starość, która nieuchronnie się do mnie zbliża. Wierz mi, mój przyjacielu, należy dbać bardziej o przyszłość, niż o przeszłość. Z przeszłości się nie najesz, ani nie podkujesz nią konia.
- A przyszłością się niby najem? - zapytał lekko ironicznie Raul, choć przyznawał Trechevilowi rację.
- Owszem. To już bardziej pewne - uśmiechnął się Trechevile.
Raul rozejrzał się po komnacie. Wokoło na ścianach wisiały portrety znakomitych przodków Trechevile’a. Wszyscy oni jakby z zadumą patrzyli na nieznanego im, niespodziewanego gościa spacerującego po ich dawnej siedzibie.
Charmentall obserwując posiadłość oraz wiedząc, że jest ona na ziemi zwanej Trechevile, doszedł do wniosku, że jego stryj musi być prawdziwym arystokratą w każdym znaczeniu tego słowa. Miał rację, bo jak mu później powiedział Gerwazy, kapitan królewskich muszkieterów naprawdę nazywał się hrabia Andre de Trechevile. Świadomie jednak zrezygnował z tytułu hrabiowskiego, jak również z przydomku „de”, który wszak prawnie mu się należał, zostawiając sobie jedynie resztę nazwiska. Powodów tego czynu nigdy nikomu nie wyjawił. Raul Charmentall podejrzewał, że przyczyną takie zachowania była jego zgubna miłość do Pauliny de Willer, choć w głębi serca czuł, iż być może nie tutaj leży sedno całej sprawy. Z szacunku do swego opiekuna postanowił jednak nie wnikać w jego osobiste tajemnice dochodząc do wniosku, że jeśli ten zechce mu powiedzieć, co nim kierowało, to sam to zrobi bez niczyich nacisków.
- Popatrz - mówił Trechevile do Raula, wskazując na portret jednego z przodków - Oto Henri Trechevile. Mój znakomity przodek. Zasłynął wielką odwagą na polu walki w czasach Henryka IV. W czasie jednej z bitew własnym ciałem osłonił przed kulą z muszkietu Jego Królewską Mość, w zamian za co otrzymał tytuł hrabiego wraz z dużym majątkiem ziemskim. Nazwano go Trechevile na pamiątkę nazwiska bohaterskiego muszkietera, który omal nie zginął ratując króla.
- Czyli w twoim wypadku nie ty masz nazwisko od swoich ziem, ale to twoje ziemie mają nazwę od twego nazwiska? - zapytał Raul rozglądając się po pokoju.
 - Właśnie tak. Przyznasz chyba, że mało jest ludzi, którzy znaleźli się w tak niezwykłej sytuacji.
- Nie zaprzeczam. Mam przez to do ciebie jeszcze większy szacunek, stryjku Andre.
- No i bardzo dobrze. Miło mi, Raul, że mnie nadal szanujesz pomimo tego, że nie utrzymuję mego zamku i zamiast tego włóczę się po całej naszej ukochanej Francji w poszukiwaniu przygód. Ale coś mi mówi, że w duszy mnie za to potępiasz. Powiedz prawdę, potępiasz mnie, co? Potępiasz mnie za to, że nie strzegę mego rodowego dziedzictwa, bo uważam, że ojczyzna stoi na pierwszym miejscu.
- Skądże, stryjku. Wcale cię za to nie potępiam - zaprzeczył Raul.
- Ależ potępiasz. Doskonale wiem, że mnie potępiasz, tylko jeszcze się do tego nie przyznajesz nawet przed samym sobą, kochasiu - Trechevile uśmiechnął się ironicznie - Ale nie martw się. Wiem, że masz rację. Masz rację we wszystkim, co o mnie myślisz, jednak ja już taki jestem. Dla mnie na pierwszym miejscu stoi ojczyzna, a ostatnim prywatne sprawy.
Raul patrzył na Trechevile z uwagą i zasępił się nieco. Kapitan często miał takie ataki smutku i rozpaczy. Wówczas to siadał zasępiony na krześle i długo rozmyślał nie odzywając się do nikogo. O czym on tak głęboko rozmyślał? Tego nigdy niestety Charmentall się nie dowiedział. Jego opiekun zwierzał mu się z wielu spraw, jednak nigdy ze swoich prywatnych myśli. Te zawsze pozostawały nierozwiązaną zagadką dla wszystkich tych, którzy znali kapitana muszkieterów.
Ciszę przerwał dźwięk otwieranych drzwi. To do komnaty wszedł Gerwazy trzymając w dłoni jakąś karteczkę.
Trechevile, ujrzawszy go, ocknął się z rozmyślań.
- I cóż tam słychać, mój drogi Gerwazy? - zapytał życzliwie swego mlecznego brata.
- Gołąb to przyniósł, panie hrabio - odpowiedział Gerwazy, podając swemu panu wiadomość.
- Jaki gołąb? Czy aby nie z Paryża?
- Tak, jaśnie panie.
To na pewno od Versnera, pomyślał Trechevile.
Wziął karteczkę do ręki i przeczytał to, co było na niej napisane. Kiedy to zrobił, zmiął ją ze wściekłością i zerwał się z krzesła.
- Raul, szykuj się! Zawołaj mi tu też Francois i Fryderyka. Będą nam potrzebni!
- Co się stało? - zapytał przerażony Charmentall.
- Ważna sprawa, mój kochany. Ważna sprawa - powtarzał jak w amoku Trechevile.
- Ale co się stało? - dopytywał się Raul.
- To wieści z Paryża. Mój informator poinformował mnie, że podczas naszej nieobecności doszło w Paryżu do katastrofy. Rozwiązano oddziały muszkieterów, a wczoraj gwardziści pana ministra uprowadzili króla. W tym czasie, kiedy my się biliśmy o pannę Luizę, król i królowa wpadli w zasadzkę tego diabła.
Raulem wstrząsnęły te wieści. Nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Król i królowa zostali uprowadzeni? Gwardia muszkieterów rozwiązana? Nie, to niemożliwe. To nie mogło się wydarzyć. Nie teraz. Dzielny ów młodzieniec czuł, że on i jego przyjaciele zawiedli wszystkich. Nie było ich w stolicy, czyli tam, gdzie byli potrzebni, gdzie było ich miejsce. Powinni chronić króla przed wrogami, a tymczasem co się stało? Pozwolili sobie na prywatę i jak to się skończyło? Doszło do zamachu stanu. Nasz biedny muszkieter z Gaskonii naiwnie wierzył, że gdyby byli wtedy w Paryżu, do niczego by nie doszło. Dlatego o mało nie gubiąc wraz z Trechevilem zbiegł na dół po schodach do przyjaciół, aby razem opowiedzieć im o wszystkim, co się stało.

1 komentarz:

  1. Trechevile skrywa wiele tajemnic i mimo, że Raul spędził z nim całe życie, wiele rzeczy dotyczących osoby jego opiekuna i mentora pozostaje dla niego zagadką. Moim zdaniem Trechevile postępuje jak najbardziej słusznie, stawiając dobro ojczyzny ponad swoje włości, które i tak nie przyniosłyby mu żadnego pożytku, skoro brakuje mu pieniędzy na doprowadzenie ich do należytego porządku. Poza tym on woli służyć ojczyźnie niż wieść próżniacze życie w swoim majątku. Długo nie było im dane cieszyć się spokojem w podupadłej posiadłości swego mistrza, gdyż niecny Colgen wykorzystał nieobecność najlepszych muszkieterów i rozwiązał ich gwardię, uprowadzając parę królewską.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...