Rozdział I
Podróży etap pierwszy
Podróży etap pierwszy
Jak zapewne dobrze pamiętacie, Drodzy Czytelnicy, ostatnim razem zostawiliśmy naszych bohaterów w chwili, gdy gnali oni konno przed siebie w stronę małego przygranicznego miasteczka Forres. Tam bowiem, zgodnie ze słowami panny Luizy, miała się dokonać transakcja pomiędzy agentami ministra Colgena, a wysłannikami króla Hiszpanii.
Wiadomość o nazwie miejsca, w którym to transakcja będzie miała miejsce dotarła do naszych bohaterów już po wyruszeniu ich w podróż. Panna Luiza Colgen, kiedy tylko poznała ten niezwykle istotny szczegół, natychmiast powiadomiła o tym swoich przyjaciół w liściku, który potem zostawiła u miejscowego oberżysty z poleceniem, aby doręczył go on muszkieterom, kiedy tylko się zjawią. Nie musimy chyba tutaj dodawać, że razem z listem dziewczyna zostawiła złotą monetę, która spotęgowała chęć oberżysty do wywiązania się z zadania. Obiecał więc zrobić to, czego panna Luiza od niego oczekuje. Ta przypomniała mu kilka razy, że ma przekazać tę wiadomość do rąk własnych jedynie panu Charmentall lub też panu de Morce i nikomu innemu! Kiedy więc czwórka muszkieterów przybyła na nocleg do tej samej karczmy, którą kilka godzin wcześniej opuścili ich przeciwnicy, jej gospodarz przekazał im ów liścik, za co przyjaciele nie omieszkali go oczywiście wynagrodzić. Z jednej maleńkiej karteczki miał więc ów człowiek podwójny zysk, co wprawiło go w doskonały humor, dlatego też tym chętniej ugościł on u siebie muszkieterów.
Po przeczytaniu wiadomości od panny Luizy Raul ucieszył się.
- Znamy już miejsce dokonania transakcji. Trzeba wiec tam jechać i nie dopuścić do niej - powiedział z uśmiechem na ustach.
- Spiesz się powoli, mój przyjacielu - odpowiedział mu jak zawsze opanowany głos kapitana Trechevile’a - Jeszcze nie wiemy, w jaki sposób im przeszkodzimy.
- Jak to nie wiemy? - zdziwił się Francois, który zawsze palił się do bijatyki - Dla mnie sprawia jest jasna. W czasie, kiedy oni będą wymieniać sprzedawać dokument, my zjawiamy się, wywołujemy zamieszanie, podczas którego zabieramy ten feralny papier i uciekamy. Dobry plan?
Trechevile spojrzał na Raula i Fryderyka. Ten pierwszy nie wyglądał na zachwyconego tym planem, zaś ten drugi był nim co najmniej zdziwiony. Kapitan pokiwał znacząco głową, gdyż jego odczucia w tej sprawie były bardzo podobne. Francois spojrzał na przyjaciół i już wszystko wiedział. Rozumiał, że koncept, który powołał do życia, nikomu nie przypadł do gustu. Załamany, a także nieco urażony taką reakcją, nie odzywał się już do następnego dnia.
O poranku Raul, Francois, Fryderyk i Trechevile ponownie mknęli na koniach do miejsca spotkania szpiegów tego nędznego zdrajcy, ministra Colgena. Popędzani byli oni poczuciem obowiązku wobec króla i ukochanej ojczyzny oraz upływającego bezlitośnie czasu, którego mieli coraz mniej, zaś do ich celu wciąż było jeszcze daleko. Z początku podróżowali w ciszy i w spokoju, później natomiast, znudzeni monotonną ciszą, zaczęli ze sobą rozmawiać, jak to starzy przyjaciele, o wszystkim i o niczym. Droga mijała im więc nader przyjemnie. Nadszedł wieczór, kiedy dojechali do kolejnego miejsca postoju. Była nią oberża „Pod Niebieskim Tygrysem”. W wesołych humorach i z nową dawką nadziei w sercach nasi bohaterowie zsiedli z koni i oddawszy je pod opiekę stajennych weszli do środka. W gospodzie zjedli kolację, tocząc przy tym wesołą i interesującą rozmowę.
- Ile już pokonaliśmy drogi? - zapytał Francois.
- Trudno mi z całą pewnością stwierdzić - odpowiedział mu Trechevile - Ale jeżeli co dzień tyle przejedziemy, to gdzieś za dwa lub trzy dni powinniśmy być na miejscu.
- O ile w ogóle tam dojedziemy - pesymistycznie mruknął Fryderyk znad szklanki wina.
- Skąd takie ponure myśli, mój drogi? - spytał zdumiony jego słowami Raul Charmentall.
- No bo jedziemy już dwa dni i praktycznie... Jakby to ująć... Wszystko idzie nam zbyt łatwo. Nie natknęliśmy się jak dotąd na żadne pułapki ani przeszkody.
- A czemu twoim zdaniem powinniśmy ich oczekiwać, przyjacielu? - zapytał zdumiony Francois.
Dla niego sprawa była nadzwyczaj prosta. Wszystko idzie dobrze, więc należy się z tego cieszyć, natomiast młody de Saudier jego zdaniem szukał jedynie dziury w całym, co było dla niego bardzo irytujące.
- Nie bądź naiwny, mój przyjacielu - Fryderyk spojrzał na przyjaciela z politowaniem - Colgen ma bezpośredni dostęp do króla i królowej. Jeżeli więc dobrze kalkuluję, to z całą pewnością ma wszędzie na dworze swoich szpiegów.
- Choćby tego przeklętego Niemca, o którym słyszeliśmy - wtrącił się do rozmowy Raul, popierając słowa swego przedmówcy.
Fryderyk pokiwał powoli głową na znak, że zgadza się z jego słowami.
- No właśnie. Zatem mimo starań panny Luizy jej tatuś na pewno już wie o tym, że jedziemy za jego ludźmi i chce nam przeszkodzić. Założę się, że zadbał już o to, żeby nie poszło nam zbyt łatwo. Daję głowę, iż niedługo natkniemy się na pułapki zastawione na nas przez tego podłego zdrajcę. Zastanawiam się więc, dlaczego do tej pory na żadną się nie natknęliśmy. Nie uważacie, że to dziwne, żeby nie rzec... podejrzane?
Przyjaciele zastanowili się nad jego słowami.
- Rzeczywiście - zamyślił się Trechevile - Coś nam to wszystko zbyt łatwo idzie. Nie, żeby lepiej było, gdybyśmy codziennie wpadali w jakieś pułapki, lecz mimo wszystko Fryderyk ma rację. Ten spokój wydaje mi się zbyt podejrzany. To cisza przed burzą. Masz rację, mój chłopcze. Masz absolutną rację. Cała trudność naszego zadania polega wszakże na tym, by nasi wrogowie nie wiedzieli, że to panna Luiza jest naszym szpiegiem w ich szeregach, bo tego, mam nadzieję, jeszcze oni nie wiedzą. Zaś o naszej misji już ten Niemiec musiał Colgenowi donieść, to więcej niż pewne.
- A tam, skrzeczycie jak stare wrony! - mruknął Francois wyraźnie rozzłoszczony takim sposobem myślenia - Co się niby może zdarzyć?
- Wszystko - rzekł Raul ponurym tonem - I nic zarazem.
- No proszę, następny ponurak! Coraz lepiej! - zaśmiał się z kpiną de Morce, otwierając butelkę wina i nalewając po kolei swoim towarzyszom - Wolałbyś zapewne, by nasi wrogowie podrzynali nam teraz gardła, prawda?
- Ależ nie! Dlaczego niby miałbym to woleć?
- Bo wtedy pewnie czułbyś się bardziej bezpiecznie niż teraz, kiedy jest cicho i spokojnie - zakpił sobie baron de Morce.
- Nie o to mi chodzi. Po prostu zgadzam się ze stryjkiem Andre, że taka cisza najczęściej zwiastuje burzę. I to burzę z prawdziwego zdarzenia. Taką z piorunami i grzmotami.
- No, to sobie z tą burzą jakoś poradzimy - Francois wciąż nie tracił optymizmu - Przecież radziliśmy już sobie w podobnych sytuacjach.
- Możliwe, ale to może być o wiele groźniejsza burza niż te, z którymi dotychczas się mierzyliśmy.
- Skończcie już z tą burzą, pomówmy lepiej o słońcu - zawołał nagle Fryderyk, do którego powoli zaczął wracać optymizm i dobry humor - To jest chyba przyjemniejszy temat.
- Niewątpliwie - zgodzili się z nim pozostali.
Więc zmienili temat rozmowy na sprawy rodzinne. Najpierw zapytali Fryderyka, czy jego piękna kuzyneczka, panna Francesca, ma zamiar wyjść za mąż. Pan de Saudier wyjaśnił, że owszem ma taki zamiar, ale tylko za tego, którego pokocha. I to na pewno nie będzie ten drań, dla którego zostawiła Raula.
- Nie wiem czy uwierzycie, ale on posiadał więcej długów niż włosów na głowie - opowiadał Fryderyk - A do tego miał po cichu jakąś kochanicę. Rozumiecie więc chyba, że moja droga kuzynka nie mogła kogoś takiego poślubić. Obecnie jednak nie ma stałego zalotnika.
- Znając jej urodę, na pewno szybko go znajdzie - mruknął złośliwym tonem Trechevile, który jak już wspominaliśmy, miał raczej sceptyczne nastawienie do kobiet.
- Biedaczka - rzekł po cichu Raul.
- Biedaczka, dobre sobie. Nie udawaj mi tutaj Orgona - oburzył się Francois - Ona „biedaczką”?! Przeciwnie, bardzo dobrze jej tak! Ma za swoje i tyle! To kara za to, że cię tak podle oszukała. Niech teraz cierpi. Uwodziła młodego, szlachetnego muszkietera, a potem, jak się on znudził, to szukała radości w ramionach jakiegoś tam barona…
- Hrabiego - poprawił przyjaciela Raul.
- Wszystko jedno. Jednakowoż uważam, że spotkał ją zasłużony los. Porzuciła szlachetnego człowieka, aby trafić na łotra. Co prawda sama go sobie wybrała, ale zawsze. I tak miała zresztą dużo szczęścia, iż poznała się na nim przed ślubem, bo gdyby to ode mnie zależało, to życzyłbym jej, aby dopiero po miodowym miesiącu odkryła po nim wszystkie sekrety. W ten sposób była uczepiona jego osoby do końca życia i w pełni by sobie na to zasługiwała.
Fryderyk, słysząc te słowa, poruszył się nerwowo na swoim krześle. Francois zauważył i powiedział już spokojniejszym tonem:
- Wybacz Fryderyku, że ci to mówię, bo w końcu to twoja kuzynka i na pewno bliska ci osoba, ale zastanów się, czy ja nie mam aby racji?
- Nie masz - mruknął Fryderyk ze złością w głosie.
- To prawda - dodał smętnym tonem Raul - Ostatecznie, ona niczego mi nie obiecywała. To tylko ja sobie coś ubzdurałem w tej swojej pustej głowie. Zawiodły mnie moje przewidywania. Na tym polega cała moja tragedia, jeżeli w ogóle tu można mówić o jakiejkolwiek tragedii.
- Dziękuję ci, Raul - powiedział Fryderyk z wdzięcznością w głosie - Dziękuję ci, że nie potępiasz mojej kuzynki tak, jak to czynią inni.
Mówiąc „inni” spojrzał wymownie na Francois, który zły wypił kolejny kielich wina.
- Nie potępiam twojej kuzynki, Fryderyku, ponieważ w gruncie rzeczy sam jestem sobie winien - mówił dalej Raul - Ostatecznie nigdy nie padły z jej ust deklaracje miłosne pod moim adresem. Więc jeśli cierpiałem, to tylko z własnej winy, ponieważ źle pojąłem jej zachowanie względem mnie. Nie można więc w moim przypadku mówić o tragedii.
- Można czy nie można mówić tu o tragedii, to ja i tak uważam, że to nie było ładnie z jej strony tak się zachowywać - mruknął Francois - Jak uważasz, kapitanku? Mam rację?
- A i owszem, owszem - potwierdził Trechevile, pociągając łyka ze swojej szklanki - Jednakże bardziej niż Francesca na takim małżeństwie cierpiałaby biedna pani pułkownikowa Helena de Saudier.
- A to niby dlaczego? - zapytał Francois patrząc z zainteresowaniem na Trechevile’a.
- No właśnie, dlaczego? - dodali równie zainteresowani jego słowami Raul i Fryderyk.
Trechevile od razu przystąpił do wyjaśnień, których nawiasem mówiąc bardzo lubił udzielać swoim rozmówcom.
- Przecież twoja ciotka, mój chłopcze, zapisała Francesce lwią część swojego majątku.
- To prawda - potwierdził młody de Saudier.
- Otóż to właśnie. Więc jeżeli Francesca wyszłaby za mąż, to jej mąż położyłby swoją zachłanną rękę na tych pieniądzach.
- O, to na pewno nie tak szybko - zaśmiał się Fryderyk - Najpierw musiałby zmusić moją ciotkę do tego, a to by mu się na pewno nie udało, zapewniam was. Poza tym zawsze testament można zmienić.
- Owszem, ale równie dobrze można testatora usunąć z drogi, żeby nie zmienił testamentu - przypomniał mu kapitan muszkieterów.
- Sądzisz, że ewentualny zachłanny kandydat na męża panny Francesci mógłby coś takiego zrobić? - zapytał Raul.
- Ludzie w przepływie desperacji robią różne rzeczy. Widziałem nawet ludzi, który za marny grosz sprzedawali własną matki i to z dostawą do domu - stwierdził ironicznie Trechevile.
- No proszę, czego to ludzie nie wymyślą - powiedział zdumiony Raul, popijając wino ze szklanki.
- Może też właśnie dlatego moja kochana ciocia nie zamierza drugi raz wychodzić za mąż i bardzo dokładnie sprawdza wszystkich kandydatów do ręki Francesci - rzekł Fryderyk.
- Ja jednak czegoś tu nie rozumiem... Dlaczego ona to robi? - zapytał Francois - Wiadomo wszak, dba o interesy swojej rodziny, ale czemu aż tak skrupulatnie? Może posiada wielki majątek, że się tak o niego boi?
- Owszem, posiada - wyjaśnił Fryderyk.
Francois nie wyglądał na zbyt przekonanego, więc przyjaciel raczył mu całą sprawę wyłuszczyć.
- Widzisz, jej mąż, świętej pamięci pan pułkownik Ludwik de Saudier (niech spoczywa w pokoju), a mój stryjek…
- Zamienił na siekierkę kijek - wtrącił wesoło Trechevile.
Fryderyk uśmiechnął się półgębkiem słysząc ten żart i kontynuował wywód:
- Nie. Otóż on dorobił się całkiem pokaźnego majątku. Wiecie, trochę na wojnie, trochę na giełdzie, trochę dzięki jakieś spółce handlowej itd... Po śmierci zostawił on ukochanej żonie w testamencie sporą sumę. Żebyście widzieli, ilu potem moja ciocia miała zalotników, gdy już została wdową. Zalotnik za zalotnikiem przyjeżdżał, a każdemu (a przynajmniej większości) zależało przede wszystkim na przejęciu jej majątku. Swoją drogą, ładna sumka, dwieście tysięcy liwrów.
Raul usłyszawszy te słowa otworzył usta ze zdumienia, zaś Francois zakrztusił się winem, które akurat popijał i towarzysze musieli trzepnąć go mocno w plecy.
- Dwieście tysięcy? - wydyszał zdumiony.
- Tak, właśnie tyle - potwierdził Fryderyk.
Jedynie Trechevile nie wydawał się tą sumą zdumiony. Powodem tego był zapewne fakt, że żył on w przyjaźni z panią de Saudier i wiedział od dawna o jej majątku.
- Rozumiecie teraz, skąd tylu chętnych do poślubieni mojej ciotki - mówił dalej Fryderyk.
- Ja pojmuję - rzekł Francois z lekką chciwością w głosie - Dwieście tysięcy liwrów.
- Ale na pewno twoja ciocia przyciągała mężczyzn do siebie jeszcze czymś innym, jak np. urodą - rzekł Raul.
- Tak. I jeszcze dwustoma tysiącami liwrów - mruknął Francois.
- Pewnie tak, ale wiem bardzo dobrze, że przede wszystkim chodziło o pieniądze - powiedział do Charmentalla Fryderyk.
- Kiedy nie wiadomo o co chodzi, to zazwyczaj chodzi o pieniądze - odrzekł z doświadczeniem w głosie Trechevile.
- Zwłaszcza o takie, jak dwieście tysięcy liwrów - dodał Francois, coraz już bardziej zakochany w tej sumie.
- Jak już wspominałem, to pieniądz nie do pogardzenia - mówił dalej Fryderyk - Ale cóż, moja szanowna cioteczka uważa (a ja się z nią w tej sprawie całkowicie zgadzam), że lepiej już tymi pieniędzmi wesprzeć sieroty czy ubogich aniżeli kasyna albo domy publiczne.
- Słusznie - rzekł Raul - To również wyjaśnia, dlaczego twoja ciocia nie jest tak skora do ponownego zamążpójścia. Szkoda by było, gdyby te pieniądze zostały zmarnotrawione.
- No oczywiście. Dwieście tysięcy liwrów - zanucił ponownie swoją starą śpiewkę Francois.
- Możesz się wreszcie zamilknąć?! - zawołał wściekle Raul - I tak nie są twoje, więc nie rób sobie głupich nadziei! Ale wiesz Fryderyku... - dodał zwracając się do drugiego kompana - Skoro jesteś taki mądry i potrafiłeś mi wyjaśnić takie sprawy, to wytłumacz mi wobec tego, dlaczego to Francesca mnie odtrąciła? Ja rozumiem, że się zakochała w nim, ale żeby aż tak od razu mnie zostawiać, nie sprawdziwszy uprzednio, czy ten hrabia jest wobec niej uczciwy? To mi się w głowie nie mieści.
- I nie zmieści ci się nigdy - mruknął Trechevile, popijając wino.
- Dlaczego?
- Otóż dlatego, mój kochany, że kobiet zrozumieć nie można. Po prostu się ich nie da zrozumieć. Taka prawda. Choćbyś był mądry jak Salomon, to i tak nie pojmiesz, czemu zachowują się tak, a nie inaczej.
- Myślę, że w tym przypadku nie masz racji - odparł na to Fryderyk, niezbyt zadowolony z takiego sposobu myślenia.
Kapitan parsknął śmiechem zawierającym w sobie wiele kpiny.
- Ależ mam, mój drogi. Zapewniam cię, że mam. W wielu sprawach może nie mam racji, ale w tej akurat mam. Mogę wam to łatwo udowodnić.
- Niby jak?
- Za pomocą logiki, moi drodzy. Logiki. Wiesz, panie mądraliński, jaka jest różnica, pomiędzy próbą zrozumienia kobiety, a próbą podpalenia rzeki Sekwany?
- A co to ma do rzeczy? - zapytał zdumiony Fryderyk.
- Nie pytaj, tylko odpowiadaj! - warknął na niego kapitan.
- Nie wiem.
- Nie ma żadnej, mój chłopcze! Otóż jednego i drugiego nie zdołasz nigdy osiągnąć, choćbyś nie wiem, co robił - rzekł Trechevile i uśmiechnął się figlarnie - Chociaż wiesz, po długich i żmudnych staraniach uda ci się… podpalić Sekwanę. Ale kobiety nie zrozumiesz! Nie ma takiej możliwości.
Wszyscy czterej przyjaciele parsknęli gromkim śmiechem. Co prawda w przypadku Fryderyka był to raczej nieco wymuszony śmiech, ale jego przyjaciołom wystarczył on całkowicie.
- Ale przyznasz chyba, że niektóre kobiety są dobre oraz szlachetne? - zapytał Raul z nadzieją w głosie.
- Owszem, nie zaprzeczam - odpowiedział Andre Trechevile - Znałem osobiście tylko cztery szlachetne kobiety i to były naprawdę wyjątkowe istoty. Właściwie to niektóre z nich wciąż są, bo jeszcze żyją. Reszta zaś jest diabła warta.
- I kim były bądź są te kobiety? - zapytał Fryderyk.
- Jedna z nich to jest nasza królowa, Maria. Nie muszę jej chyba przed wami wychwalać, bo wszak sami wiecie, jaka jest szlachetna. Druga to moja siostrunia, pani Henrietta Pirshley. Trzecia to pani pułkownikowa Helena de Saudier. Wszystkie trzy, jak wiecie, wciąż żyją. No i czwarta, to była twoja matka, Raul. Szlachetna kobieta. Anioł prawdziwy. Istota wspaniała. Nie to, co moja mamusia, straszliwa dewotka, gorsza niż cała Święta Inkwizycja. Jak dobrze, że zmarła młodo, bo inaczej nas wszystkich posłałaby na stos za herezję. Oczywiście wszystkich poza jej ukochanym, najstarszym synkiem, swoim pupilkiem. Tak go wychowała, że wydawało mu się potem, że jako katolikowi (przedstawicielowi jedynej słusznej religii), iż może robić to, co tylko chce. Ale się doigrał i dobrze mu tak. Zważcie, że mówię tak o nim pomimo tego, iż był on moim bratem. Lecz cóż stąd... Obaj nie pałaliśmy do siebie sympatią.
Po zakończeniu tego tematu rozmowa zeszła na inne tory. W końcu jednak się ona zakończyła i każdy udał się do swojego pokoju, by wyspać się przed jutrzejszą podróżą. Nazajutrz już wczesnym rankiem przyjaciele mieli zamiar ruszyć w dalszą drogę. Uregulowali zatem rachunek i poszli się do stajni po swoje konie. Nie dotarli tam jednak, gdyż nagle podjechało w ich stronę kilkoro jeźdźców. Mieli oni na sobie mundury gwardii pana ministra Colgena.
- Miejcie broń w pogotowiu - mruknął po cichu Trechevile do swoich towarzyszy.
Raul, Francois i Fryderyk położyli dłonie na rękojeściach szpad i na głowniach pistoletów.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał Raul.
- Zamierzam z nimi pertraktować - odpowiedział mu kapitan.
Dowódca gwardzistów zbliżył się do Trechevile’a i zapytał:
- Pan Andre Trechevile?
- Dla ciebie kapitan Trechevile, młokosie - mruknął butnie Trechevile, urażony taką poufałością.
- Panie kapitanie - dowódca gwardzistów wyraźnie położył nacisk na słowo „kapitan“ - Czy pańskimi towarzyszami są panowie Charmentall, de Morce i de Saudier?
- A jeśli nawet, to cóż z tego?
- Jeśli to oni, to musi nam pan ich wydać.
- O, a czemuż to? - zapytał kapitan wyzywającym tonem.
- Są oni oskarżeni o zdradę stanu, zadawanie z podejrzanymi ludźmi, a także warcholstwo.
- Warcholstwo?
- Tak, dokładnie. W ostatniej bójce mocno poturbowali trzech naszych gwardzistów, zaś pan Charmentall swojego przeciwnika ranił tak groźne, że ten zmarł po kilku godzinach.
Była to rzeczywiście prawda. Vintiere na wskutek ran odniesionych w potyczce z Raulem skonał jeszcze tego samego dnia. Jednakże tego faktu nasi bohaterowie nie mogli wiedzieć, bo i skąd? Dopiero teraz się o tym dowiedzieli.
- Wiemy to wszystko z bardzo dobrze poinformowanego źródła - dokończył swoją wypowiedź dowódca gwardzistów.
- Ach tak? A czy to wasze „bardzo dobrze poinformowane źródło” zawiadomiło was również o tym, że to właśnie pańscy towarzysze pierwsi wszczęli z moimi ludźmi bójkę i słusznie dostali od nich łupnia? - zapytał Trechevile czując, że z każdą chwilą coraz mniej lubi tego pana.
- Nieważne, kto wszczął burdę. Ważne, kto ją skończył - odparł hardo dowódca gwardii - A zakończyli ją pańscy ludzie i to zakończyli ze skutkiem śmiertelnym dla jednego z naszych ludzi. Pan minister domaga się zatem sprawiedliwości.
- Od sprawiedliwości jest żandarmeria albo sądy, a nie biedny dowódca królewskich muszkieterów.
- Niech pan nie próbuje być dowcipny, panie kapitanie, gdyż takimi żartami tylko pogarsza pan los swoich podwładnych. Bez względu wszak na pańskie tłumaczenia pańscy ludzie są odpowiedzialni za bójkę oraz śmierć jednego z członków gwardii pana ministra i muszą za to odpowiedzieć. Mają zostać osadzeni w Bastylii…
- A panowie zapewne dotrzymają im tam towarzystwa? - zakpił sobie kapitan muszkieterów.
- Gdzie będą oczekiwać wyroku za podburzanie ludzi przeciwko panu ministrowi Colgenowi i warcholstwo - dokończył żołnierz Colgen - To już wszystko. Ruszajcie się panowie, gdyż nie mamy czasu.
Raul, Francois i Fryderyk popatrzyli na gwardzistów groźnie, podczas gdy kapitan wciąż zachowywał stoicki spokój.
- Och, obawiam się, że widzę tu małą trudność w wykonaniu pańskiego rozkazu - powiedział z ironią w głosie.
- O, a to jaką? - zapytał dowódca.
- Ano taką, iż ulegacie teraz, panowie, pewnemu złudzeniu. Liczycie zapewne na to, że moi muszkieterowie, jakby to ująć, pozwolą się tak po prostu aresztować? Otóż muszę panów rozczarować: nie mają wcale takiego zamiaru. Nawet najmniejszego.
- Przypominam panu, że jesteśmy na służbie i stawianie nam oporu nie wyjdzie panom na dobre - powiedział groźnie gwardzista.
- Naprawdę? - Trechevile zbliżył się spokojnym, acz groźnym krokiem do dowódcy gwardii.
Raul, Francois i Fryderyk zrozumieli, że zaraz zacznie się potyczka i też wykonali krok do przodu.
- Otóż to, mój panie - rzekł dowódca - Niech pan mi odda tych ludzi. Szkoda czasu.
- O tak, zdecydowanie szkoda czasu. Tu się zgadzamy - odpowiedział Trechevile - Ale ja mam inną propozycję. Oddalicie się stąd natychmiast i radzę panom szybko uciekać, bo jak nie, to poślemy za wami kilka kulek.
- Pan mi grozi, kapitanie?
- Nie grożę, tylko informuję, a to coś zupełnie innego.
- W tym wypadku to jedno i to samo.
- Jeżeli szanowny pan nie odróżnia informacji od groźby, to bardzo panu współczuję.
- Dosyć już tego gadania! Chciałem pana oszczędzić, ale skoro pan tak stawiasz sprawę, więc dobrze! Pan też jest aresztowany. Żołnierze, brać ich wszystkich!
W tej samej chwili kapitan wyrwał zza pasa pistolet i wypalił prosto w twarz dowódcy gwardii pana ministra.
- No i diabli wzięli pertraktacje - powiedział z kpiną w głosie Francois.
Postrzelony dowódca gwardii Colgena upadł martwy na ziemię. Był to sygnał do walki. Gwardziści ruszyli do ataku, jednakże zasypała ich salwa z pistoletów muszkieterów. Kilku napastników spadło wówczas z koni na ziemię, zaś reszta uciekła.
- Dobra nasza! A teraz na koń i w drogę! - zarządził w błyskawicznym tempie Trechevile.
Muszkieterowie szybko wykonali rozkaz. Wskoczyli na wierzchowce i ruszyli w drogę. Nagle jednak spostrzegli, że w ich stronę pędzi z zawrotną szybkością kolejny oddział gwardii ministra, jeszcze większy niż poprzedni. Przerażeni zawrócili, szybko zeskoczyli z koni, wbiegli do oberży, zamknęli drzwi i zabarykadowali je.
- To zasadzka - zawołał Trechevile - Jesteśmy w pułapce!
- I to w pułapce bez wyjścia - dodał przerażony Raul.
Wiadomość o nazwie miejsca, w którym to transakcja będzie miała miejsce dotarła do naszych bohaterów już po wyruszeniu ich w podróż. Panna Luiza Colgen, kiedy tylko poznała ten niezwykle istotny szczegół, natychmiast powiadomiła o tym swoich przyjaciół w liściku, który potem zostawiła u miejscowego oberżysty z poleceniem, aby doręczył go on muszkieterom, kiedy tylko się zjawią. Nie musimy chyba tutaj dodawać, że razem z listem dziewczyna zostawiła złotą monetę, która spotęgowała chęć oberżysty do wywiązania się z zadania. Obiecał więc zrobić to, czego panna Luiza od niego oczekuje. Ta przypomniała mu kilka razy, że ma przekazać tę wiadomość do rąk własnych jedynie panu Charmentall lub też panu de Morce i nikomu innemu! Kiedy więc czwórka muszkieterów przybyła na nocleg do tej samej karczmy, którą kilka godzin wcześniej opuścili ich przeciwnicy, jej gospodarz przekazał im ów liścik, za co przyjaciele nie omieszkali go oczywiście wynagrodzić. Z jednej maleńkiej karteczki miał więc ów człowiek podwójny zysk, co wprawiło go w doskonały humor, dlatego też tym chętniej ugościł on u siebie muszkieterów.
Po przeczytaniu wiadomości od panny Luizy Raul ucieszył się.
- Znamy już miejsce dokonania transakcji. Trzeba wiec tam jechać i nie dopuścić do niej - powiedział z uśmiechem na ustach.
- Spiesz się powoli, mój przyjacielu - odpowiedział mu jak zawsze opanowany głos kapitana Trechevile’a - Jeszcze nie wiemy, w jaki sposób im przeszkodzimy.
- Jak to nie wiemy? - zdziwił się Francois, który zawsze palił się do bijatyki - Dla mnie sprawia jest jasna. W czasie, kiedy oni będą wymieniać sprzedawać dokument, my zjawiamy się, wywołujemy zamieszanie, podczas którego zabieramy ten feralny papier i uciekamy. Dobry plan?
Trechevile spojrzał na Raula i Fryderyka. Ten pierwszy nie wyglądał na zachwyconego tym planem, zaś ten drugi był nim co najmniej zdziwiony. Kapitan pokiwał znacząco głową, gdyż jego odczucia w tej sprawie były bardzo podobne. Francois spojrzał na przyjaciół i już wszystko wiedział. Rozumiał, że koncept, który powołał do życia, nikomu nie przypadł do gustu. Załamany, a także nieco urażony taką reakcją, nie odzywał się już do następnego dnia.
O poranku Raul, Francois, Fryderyk i Trechevile ponownie mknęli na koniach do miejsca spotkania szpiegów tego nędznego zdrajcy, ministra Colgena. Popędzani byli oni poczuciem obowiązku wobec króla i ukochanej ojczyzny oraz upływającego bezlitośnie czasu, którego mieli coraz mniej, zaś do ich celu wciąż było jeszcze daleko. Z początku podróżowali w ciszy i w spokoju, później natomiast, znudzeni monotonną ciszą, zaczęli ze sobą rozmawiać, jak to starzy przyjaciele, o wszystkim i o niczym. Droga mijała im więc nader przyjemnie. Nadszedł wieczór, kiedy dojechali do kolejnego miejsca postoju. Była nią oberża „Pod Niebieskim Tygrysem”. W wesołych humorach i z nową dawką nadziei w sercach nasi bohaterowie zsiedli z koni i oddawszy je pod opiekę stajennych weszli do środka. W gospodzie zjedli kolację, tocząc przy tym wesołą i interesującą rozmowę.
- Ile już pokonaliśmy drogi? - zapytał Francois.
- Trudno mi z całą pewnością stwierdzić - odpowiedział mu Trechevile - Ale jeżeli co dzień tyle przejedziemy, to gdzieś za dwa lub trzy dni powinniśmy być na miejscu.
- O ile w ogóle tam dojedziemy - pesymistycznie mruknął Fryderyk znad szklanki wina.
- Skąd takie ponure myśli, mój drogi? - spytał zdumiony jego słowami Raul Charmentall.
- No bo jedziemy już dwa dni i praktycznie... Jakby to ująć... Wszystko idzie nam zbyt łatwo. Nie natknęliśmy się jak dotąd na żadne pułapki ani przeszkody.
- A czemu twoim zdaniem powinniśmy ich oczekiwać, przyjacielu? - zapytał zdumiony Francois.
Dla niego sprawa była nadzwyczaj prosta. Wszystko idzie dobrze, więc należy się z tego cieszyć, natomiast młody de Saudier jego zdaniem szukał jedynie dziury w całym, co było dla niego bardzo irytujące.
- Nie bądź naiwny, mój przyjacielu - Fryderyk spojrzał na przyjaciela z politowaniem - Colgen ma bezpośredni dostęp do króla i królowej. Jeżeli więc dobrze kalkuluję, to z całą pewnością ma wszędzie na dworze swoich szpiegów.
- Choćby tego przeklętego Niemca, o którym słyszeliśmy - wtrącił się do rozmowy Raul, popierając słowa swego przedmówcy.
Fryderyk pokiwał powoli głową na znak, że zgadza się z jego słowami.
- No właśnie. Zatem mimo starań panny Luizy jej tatuś na pewno już wie o tym, że jedziemy za jego ludźmi i chce nam przeszkodzić. Założę się, że zadbał już o to, żeby nie poszło nam zbyt łatwo. Daję głowę, iż niedługo natkniemy się na pułapki zastawione na nas przez tego podłego zdrajcę. Zastanawiam się więc, dlaczego do tej pory na żadną się nie natknęliśmy. Nie uważacie, że to dziwne, żeby nie rzec... podejrzane?
Przyjaciele zastanowili się nad jego słowami.
- Rzeczywiście - zamyślił się Trechevile - Coś nam to wszystko zbyt łatwo idzie. Nie, żeby lepiej było, gdybyśmy codziennie wpadali w jakieś pułapki, lecz mimo wszystko Fryderyk ma rację. Ten spokój wydaje mi się zbyt podejrzany. To cisza przed burzą. Masz rację, mój chłopcze. Masz absolutną rację. Cała trudność naszego zadania polega wszakże na tym, by nasi wrogowie nie wiedzieli, że to panna Luiza jest naszym szpiegiem w ich szeregach, bo tego, mam nadzieję, jeszcze oni nie wiedzą. Zaś o naszej misji już ten Niemiec musiał Colgenowi donieść, to więcej niż pewne.
- A tam, skrzeczycie jak stare wrony! - mruknął Francois wyraźnie rozzłoszczony takim sposobem myślenia - Co się niby może zdarzyć?
- Wszystko - rzekł Raul ponurym tonem - I nic zarazem.
- No proszę, następny ponurak! Coraz lepiej! - zaśmiał się z kpiną de Morce, otwierając butelkę wina i nalewając po kolei swoim towarzyszom - Wolałbyś zapewne, by nasi wrogowie podrzynali nam teraz gardła, prawda?
- Ależ nie! Dlaczego niby miałbym to woleć?
- Bo wtedy pewnie czułbyś się bardziej bezpiecznie niż teraz, kiedy jest cicho i spokojnie - zakpił sobie baron de Morce.
- Nie o to mi chodzi. Po prostu zgadzam się ze stryjkiem Andre, że taka cisza najczęściej zwiastuje burzę. I to burzę z prawdziwego zdarzenia. Taką z piorunami i grzmotami.
- No, to sobie z tą burzą jakoś poradzimy - Francois wciąż nie tracił optymizmu - Przecież radziliśmy już sobie w podobnych sytuacjach.
- Możliwe, ale to może być o wiele groźniejsza burza niż te, z którymi dotychczas się mierzyliśmy.
- Skończcie już z tą burzą, pomówmy lepiej o słońcu - zawołał nagle Fryderyk, do którego powoli zaczął wracać optymizm i dobry humor - To jest chyba przyjemniejszy temat.
- Niewątpliwie - zgodzili się z nim pozostali.
Więc zmienili temat rozmowy na sprawy rodzinne. Najpierw zapytali Fryderyka, czy jego piękna kuzyneczka, panna Francesca, ma zamiar wyjść za mąż. Pan de Saudier wyjaśnił, że owszem ma taki zamiar, ale tylko za tego, którego pokocha. I to na pewno nie będzie ten drań, dla którego zostawiła Raula.
- Nie wiem czy uwierzycie, ale on posiadał więcej długów niż włosów na głowie - opowiadał Fryderyk - A do tego miał po cichu jakąś kochanicę. Rozumiecie więc chyba, że moja droga kuzynka nie mogła kogoś takiego poślubić. Obecnie jednak nie ma stałego zalotnika.
- Znając jej urodę, na pewno szybko go znajdzie - mruknął złośliwym tonem Trechevile, który jak już wspominaliśmy, miał raczej sceptyczne nastawienie do kobiet.
- Biedaczka - rzekł po cichu Raul.
- Biedaczka, dobre sobie. Nie udawaj mi tutaj Orgona - oburzył się Francois - Ona „biedaczką”?! Przeciwnie, bardzo dobrze jej tak! Ma za swoje i tyle! To kara za to, że cię tak podle oszukała. Niech teraz cierpi. Uwodziła młodego, szlachetnego muszkietera, a potem, jak się on znudził, to szukała radości w ramionach jakiegoś tam barona…
- Hrabiego - poprawił przyjaciela Raul.
- Wszystko jedno. Jednakowoż uważam, że spotkał ją zasłużony los. Porzuciła szlachetnego człowieka, aby trafić na łotra. Co prawda sama go sobie wybrała, ale zawsze. I tak miała zresztą dużo szczęścia, iż poznała się na nim przed ślubem, bo gdyby to ode mnie zależało, to życzyłbym jej, aby dopiero po miodowym miesiącu odkryła po nim wszystkie sekrety. W ten sposób była uczepiona jego osoby do końca życia i w pełni by sobie na to zasługiwała.
Fryderyk, słysząc te słowa, poruszył się nerwowo na swoim krześle. Francois zauważył i powiedział już spokojniejszym tonem:
- Wybacz Fryderyku, że ci to mówię, bo w końcu to twoja kuzynka i na pewno bliska ci osoba, ale zastanów się, czy ja nie mam aby racji?
- Nie masz - mruknął Fryderyk ze złością w głosie.
- To prawda - dodał smętnym tonem Raul - Ostatecznie, ona niczego mi nie obiecywała. To tylko ja sobie coś ubzdurałem w tej swojej pustej głowie. Zawiodły mnie moje przewidywania. Na tym polega cała moja tragedia, jeżeli w ogóle tu można mówić o jakiejkolwiek tragedii.
- Dziękuję ci, Raul - powiedział Fryderyk z wdzięcznością w głosie - Dziękuję ci, że nie potępiasz mojej kuzynki tak, jak to czynią inni.
Mówiąc „inni” spojrzał wymownie na Francois, który zły wypił kolejny kielich wina.
- Nie potępiam twojej kuzynki, Fryderyku, ponieważ w gruncie rzeczy sam jestem sobie winien - mówił dalej Raul - Ostatecznie nigdy nie padły z jej ust deklaracje miłosne pod moim adresem. Więc jeśli cierpiałem, to tylko z własnej winy, ponieważ źle pojąłem jej zachowanie względem mnie. Nie można więc w moim przypadku mówić o tragedii.
- Można czy nie można mówić tu o tragedii, to ja i tak uważam, że to nie było ładnie z jej strony tak się zachowywać - mruknął Francois - Jak uważasz, kapitanku? Mam rację?
- A i owszem, owszem - potwierdził Trechevile, pociągając łyka ze swojej szklanki - Jednakże bardziej niż Francesca na takim małżeństwie cierpiałaby biedna pani pułkownikowa Helena de Saudier.
- A to niby dlaczego? - zapytał Francois patrząc z zainteresowaniem na Trechevile’a.
- No właśnie, dlaczego? - dodali równie zainteresowani jego słowami Raul i Fryderyk.
Trechevile od razu przystąpił do wyjaśnień, których nawiasem mówiąc bardzo lubił udzielać swoim rozmówcom.
- Przecież twoja ciotka, mój chłopcze, zapisała Francesce lwią część swojego majątku.
- To prawda - potwierdził młody de Saudier.
- Otóż to właśnie. Więc jeżeli Francesca wyszłaby za mąż, to jej mąż położyłby swoją zachłanną rękę na tych pieniądzach.
- O, to na pewno nie tak szybko - zaśmiał się Fryderyk - Najpierw musiałby zmusić moją ciotkę do tego, a to by mu się na pewno nie udało, zapewniam was. Poza tym zawsze testament można zmienić.
- Owszem, ale równie dobrze można testatora usunąć z drogi, żeby nie zmienił testamentu - przypomniał mu kapitan muszkieterów.
- Sądzisz, że ewentualny zachłanny kandydat na męża panny Francesci mógłby coś takiego zrobić? - zapytał Raul.
- Ludzie w przepływie desperacji robią różne rzeczy. Widziałem nawet ludzi, który za marny grosz sprzedawali własną matki i to z dostawą do domu - stwierdził ironicznie Trechevile.
- No proszę, czego to ludzie nie wymyślą - powiedział zdumiony Raul, popijając wino ze szklanki.
- Może też właśnie dlatego moja kochana ciocia nie zamierza drugi raz wychodzić za mąż i bardzo dokładnie sprawdza wszystkich kandydatów do ręki Francesci - rzekł Fryderyk.
- Ja jednak czegoś tu nie rozumiem... Dlaczego ona to robi? - zapytał Francois - Wiadomo wszak, dba o interesy swojej rodziny, ale czemu aż tak skrupulatnie? Może posiada wielki majątek, że się tak o niego boi?
- Owszem, posiada - wyjaśnił Fryderyk.
Francois nie wyglądał na zbyt przekonanego, więc przyjaciel raczył mu całą sprawę wyłuszczyć.
- Widzisz, jej mąż, świętej pamięci pan pułkownik Ludwik de Saudier (niech spoczywa w pokoju), a mój stryjek…
- Zamienił na siekierkę kijek - wtrącił wesoło Trechevile.
Fryderyk uśmiechnął się półgębkiem słysząc ten żart i kontynuował wywód:
- Nie. Otóż on dorobił się całkiem pokaźnego majątku. Wiecie, trochę na wojnie, trochę na giełdzie, trochę dzięki jakieś spółce handlowej itd... Po śmierci zostawił on ukochanej żonie w testamencie sporą sumę. Żebyście widzieli, ilu potem moja ciocia miała zalotników, gdy już została wdową. Zalotnik za zalotnikiem przyjeżdżał, a każdemu (a przynajmniej większości) zależało przede wszystkim na przejęciu jej majątku. Swoją drogą, ładna sumka, dwieście tysięcy liwrów.
Raul usłyszawszy te słowa otworzył usta ze zdumienia, zaś Francois zakrztusił się winem, które akurat popijał i towarzysze musieli trzepnąć go mocno w plecy.
- Dwieście tysięcy? - wydyszał zdumiony.
- Tak, właśnie tyle - potwierdził Fryderyk.
Jedynie Trechevile nie wydawał się tą sumą zdumiony. Powodem tego był zapewne fakt, że żył on w przyjaźni z panią de Saudier i wiedział od dawna o jej majątku.
- Rozumiecie teraz, skąd tylu chętnych do poślubieni mojej ciotki - mówił dalej Fryderyk.
- Ja pojmuję - rzekł Francois z lekką chciwością w głosie - Dwieście tysięcy liwrów.
- Ale na pewno twoja ciocia przyciągała mężczyzn do siebie jeszcze czymś innym, jak np. urodą - rzekł Raul.
- Tak. I jeszcze dwustoma tysiącami liwrów - mruknął Francois.
- Pewnie tak, ale wiem bardzo dobrze, że przede wszystkim chodziło o pieniądze - powiedział do Charmentalla Fryderyk.
- Kiedy nie wiadomo o co chodzi, to zazwyczaj chodzi o pieniądze - odrzekł z doświadczeniem w głosie Trechevile.
- Zwłaszcza o takie, jak dwieście tysięcy liwrów - dodał Francois, coraz już bardziej zakochany w tej sumie.
- Jak już wspominałem, to pieniądz nie do pogardzenia - mówił dalej Fryderyk - Ale cóż, moja szanowna cioteczka uważa (a ja się z nią w tej sprawie całkowicie zgadzam), że lepiej już tymi pieniędzmi wesprzeć sieroty czy ubogich aniżeli kasyna albo domy publiczne.
- Słusznie - rzekł Raul - To również wyjaśnia, dlaczego twoja ciocia nie jest tak skora do ponownego zamążpójścia. Szkoda by było, gdyby te pieniądze zostały zmarnotrawione.
- No oczywiście. Dwieście tysięcy liwrów - zanucił ponownie swoją starą śpiewkę Francois.
- Możesz się wreszcie zamilknąć?! - zawołał wściekle Raul - I tak nie są twoje, więc nie rób sobie głupich nadziei! Ale wiesz Fryderyku... - dodał zwracając się do drugiego kompana - Skoro jesteś taki mądry i potrafiłeś mi wyjaśnić takie sprawy, to wytłumacz mi wobec tego, dlaczego to Francesca mnie odtrąciła? Ja rozumiem, że się zakochała w nim, ale żeby aż tak od razu mnie zostawiać, nie sprawdziwszy uprzednio, czy ten hrabia jest wobec niej uczciwy? To mi się w głowie nie mieści.
- I nie zmieści ci się nigdy - mruknął Trechevile, popijając wino.
- Dlaczego?
- Otóż dlatego, mój kochany, że kobiet zrozumieć nie można. Po prostu się ich nie da zrozumieć. Taka prawda. Choćbyś był mądry jak Salomon, to i tak nie pojmiesz, czemu zachowują się tak, a nie inaczej.
- Myślę, że w tym przypadku nie masz racji - odparł na to Fryderyk, niezbyt zadowolony z takiego sposobu myślenia.
Kapitan parsknął śmiechem zawierającym w sobie wiele kpiny.
- Ależ mam, mój drogi. Zapewniam cię, że mam. W wielu sprawach może nie mam racji, ale w tej akurat mam. Mogę wam to łatwo udowodnić.
- Niby jak?
- Za pomocą logiki, moi drodzy. Logiki. Wiesz, panie mądraliński, jaka jest różnica, pomiędzy próbą zrozumienia kobiety, a próbą podpalenia rzeki Sekwany?
- A co to ma do rzeczy? - zapytał zdumiony Fryderyk.
- Nie pytaj, tylko odpowiadaj! - warknął na niego kapitan.
- Nie wiem.
- Nie ma żadnej, mój chłopcze! Otóż jednego i drugiego nie zdołasz nigdy osiągnąć, choćbyś nie wiem, co robił - rzekł Trechevile i uśmiechnął się figlarnie - Chociaż wiesz, po długich i żmudnych staraniach uda ci się… podpalić Sekwanę. Ale kobiety nie zrozumiesz! Nie ma takiej możliwości.
Wszyscy czterej przyjaciele parsknęli gromkim śmiechem. Co prawda w przypadku Fryderyka był to raczej nieco wymuszony śmiech, ale jego przyjaciołom wystarczył on całkowicie.
- Ale przyznasz chyba, że niektóre kobiety są dobre oraz szlachetne? - zapytał Raul z nadzieją w głosie.
- Owszem, nie zaprzeczam - odpowiedział Andre Trechevile - Znałem osobiście tylko cztery szlachetne kobiety i to były naprawdę wyjątkowe istoty. Właściwie to niektóre z nich wciąż są, bo jeszcze żyją. Reszta zaś jest diabła warta.
- I kim były bądź są te kobiety? - zapytał Fryderyk.
- Jedna z nich to jest nasza królowa, Maria. Nie muszę jej chyba przed wami wychwalać, bo wszak sami wiecie, jaka jest szlachetna. Druga to moja siostrunia, pani Henrietta Pirshley. Trzecia to pani pułkownikowa Helena de Saudier. Wszystkie trzy, jak wiecie, wciąż żyją. No i czwarta, to była twoja matka, Raul. Szlachetna kobieta. Anioł prawdziwy. Istota wspaniała. Nie to, co moja mamusia, straszliwa dewotka, gorsza niż cała Święta Inkwizycja. Jak dobrze, że zmarła młodo, bo inaczej nas wszystkich posłałaby na stos za herezję. Oczywiście wszystkich poza jej ukochanym, najstarszym synkiem, swoim pupilkiem. Tak go wychowała, że wydawało mu się potem, że jako katolikowi (przedstawicielowi jedynej słusznej religii), iż może robić to, co tylko chce. Ale się doigrał i dobrze mu tak. Zważcie, że mówię tak o nim pomimo tego, iż był on moim bratem. Lecz cóż stąd... Obaj nie pałaliśmy do siebie sympatią.
Po zakończeniu tego tematu rozmowa zeszła na inne tory. W końcu jednak się ona zakończyła i każdy udał się do swojego pokoju, by wyspać się przed jutrzejszą podróżą. Nazajutrz już wczesnym rankiem przyjaciele mieli zamiar ruszyć w dalszą drogę. Uregulowali zatem rachunek i poszli się do stajni po swoje konie. Nie dotarli tam jednak, gdyż nagle podjechało w ich stronę kilkoro jeźdźców. Mieli oni na sobie mundury gwardii pana ministra Colgena.
- Miejcie broń w pogotowiu - mruknął po cichu Trechevile do swoich towarzyszy.
Raul, Francois i Fryderyk położyli dłonie na rękojeściach szpad i na głowniach pistoletów.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał Raul.
- Zamierzam z nimi pertraktować - odpowiedział mu kapitan.
Dowódca gwardzistów zbliżył się do Trechevile’a i zapytał:
- Pan Andre Trechevile?
- Dla ciebie kapitan Trechevile, młokosie - mruknął butnie Trechevile, urażony taką poufałością.
- Panie kapitanie - dowódca gwardzistów wyraźnie położył nacisk na słowo „kapitan“ - Czy pańskimi towarzyszami są panowie Charmentall, de Morce i de Saudier?
- A jeśli nawet, to cóż z tego?
- Jeśli to oni, to musi nam pan ich wydać.
- O, a czemuż to? - zapytał kapitan wyzywającym tonem.
- Są oni oskarżeni o zdradę stanu, zadawanie z podejrzanymi ludźmi, a także warcholstwo.
- Warcholstwo?
- Tak, dokładnie. W ostatniej bójce mocno poturbowali trzech naszych gwardzistów, zaś pan Charmentall swojego przeciwnika ranił tak groźne, że ten zmarł po kilku godzinach.
Była to rzeczywiście prawda. Vintiere na wskutek ran odniesionych w potyczce z Raulem skonał jeszcze tego samego dnia. Jednakże tego faktu nasi bohaterowie nie mogli wiedzieć, bo i skąd? Dopiero teraz się o tym dowiedzieli.
- Wiemy to wszystko z bardzo dobrze poinformowanego źródła - dokończył swoją wypowiedź dowódca gwardzistów.
- Ach tak? A czy to wasze „bardzo dobrze poinformowane źródło” zawiadomiło was również o tym, że to właśnie pańscy towarzysze pierwsi wszczęli z moimi ludźmi bójkę i słusznie dostali od nich łupnia? - zapytał Trechevile czując, że z każdą chwilą coraz mniej lubi tego pana.
- Nieważne, kto wszczął burdę. Ważne, kto ją skończył - odparł hardo dowódca gwardii - A zakończyli ją pańscy ludzie i to zakończyli ze skutkiem śmiertelnym dla jednego z naszych ludzi. Pan minister domaga się zatem sprawiedliwości.
- Od sprawiedliwości jest żandarmeria albo sądy, a nie biedny dowódca królewskich muszkieterów.
- Niech pan nie próbuje być dowcipny, panie kapitanie, gdyż takimi żartami tylko pogarsza pan los swoich podwładnych. Bez względu wszak na pańskie tłumaczenia pańscy ludzie są odpowiedzialni za bójkę oraz śmierć jednego z członków gwardii pana ministra i muszą za to odpowiedzieć. Mają zostać osadzeni w Bastylii…
- A panowie zapewne dotrzymają im tam towarzystwa? - zakpił sobie kapitan muszkieterów.
- Gdzie będą oczekiwać wyroku za podburzanie ludzi przeciwko panu ministrowi Colgenowi i warcholstwo - dokończył żołnierz Colgen - To już wszystko. Ruszajcie się panowie, gdyż nie mamy czasu.
Raul, Francois i Fryderyk popatrzyli na gwardzistów groźnie, podczas gdy kapitan wciąż zachowywał stoicki spokój.
- Och, obawiam się, że widzę tu małą trudność w wykonaniu pańskiego rozkazu - powiedział z ironią w głosie.
- O, a to jaką? - zapytał dowódca.
- Ano taką, iż ulegacie teraz, panowie, pewnemu złudzeniu. Liczycie zapewne na to, że moi muszkieterowie, jakby to ująć, pozwolą się tak po prostu aresztować? Otóż muszę panów rozczarować: nie mają wcale takiego zamiaru. Nawet najmniejszego.
- Przypominam panu, że jesteśmy na służbie i stawianie nam oporu nie wyjdzie panom na dobre - powiedział groźnie gwardzista.
- Naprawdę? - Trechevile zbliżył się spokojnym, acz groźnym krokiem do dowódcy gwardii.
Raul, Francois i Fryderyk zrozumieli, że zaraz zacznie się potyczka i też wykonali krok do przodu.
- Otóż to, mój panie - rzekł dowódca - Niech pan mi odda tych ludzi. Szkoda czasu.
- O tak, zdecydowanie szkoda czasu. Tu się zgadzamy - odpowiedział Trechevile - Ale ja mam inną propozycję. Oddalicie się stąd natychmiast i radzę panom szybko uciekać, bo jak nie, to poślemy za wami kilka kulek.
- Pan mi grozi, kapitanie?
- Nie grożę, tylko informuję, a to coś zupełnie innego.
- W tym wypadku to jedno i to samo.
- Jeżeli szanowny pan nie odróżnia informacji od groźby, to bardzo panu współczuję.
- Dosyć już tego gadania! Chciałem pana oszczędzić, ale skoro pan tak stawiasz sprawę, więc dobrze! Pan też jest aresztowany. Żołnierze, brać ich wszystkich!
W tej samej chwili kapitan wyrwał zza pasa pistolet i wypalił prosto w twarz dowódcy gwardii pana ministra.
- No i diabli wzięli pertraktacje - powiedział z kpiną w głosie Francois.
Postrzelony dowódca gwardii Colgena upadł martwy na ziemię. Był to sygnał do walki. Gwardziści ruszyli do ataku, jednakże zasypała ich salwa z pistoletów muszkieterów. Kilku napastników spadło wówczas z koni na ziemię, zaś reszta uciekła.
- Dobra nasza! A teraz na koń i w drogę! - zarządził w błyskawicznym tempie Trechevile.
Muszkieterowie szybko wykonali rozkaz. Wskoczyli na wierzchowce i ruszyli w drogę. Nagle jednak spostrzegli, że w ich stronę pędzi z zawrotną szybkością kolejny oddział gwardii ministra, jeszcze większy niż poprzedni. Przerażeni zawrócili, szybko zeskoczyli z koni, wbiegli do oberży, zamknęli drzwi i zabarykadowali je.
- To zasadzka - zawołał Trechevile - Jesteśmy w pułapce!
- I to w pułapce bez wyjścia - dodał przerażony Raul.
Francois jest największym optymistą, ale tym razem to Fryderyk miał rację, twierdząc że niebawem zaczną się kłopoty. Trechevile z kolei jest naprawdę dowcipny i potrafi rozbawić towarzystwo, ale matki i brata zdecydowanie nie darzył miłością, skoro wcale ich nie żałuje.
OdpowiedzUsuń