Rozdział II
Podróży etap drugi
Podróży etap drugi
Nie wiemy, Drodzy Czytelnicy, czy byliście kiedykolwiek w takiej oto sytuacji, gdy siedzicie w jakimś miejscu i drżycie ze strachu, albowiem tuż za waszymi drzwiami znajduje się osoba bądź osoby, których zdecydowanie nie darzycie sympatią, a które to chcą usilnie wejść do środka i próbują wyważyć te drzwi dające wam teraz schronienie przed nimi. Jeśli więc nie byliście nigdy w takiej sytuacji, wówczas jesteście wielkimi szczęściarzami, ale równocześnie nie jesteście też zdolni pojąć uczuć, jakie targały naszymi bohaterami, kiedy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Gwardziści pana ministra osaczali karczmę niczym sfora psów klatkę z zającem.
- Otaczają nas ze wszystkich stron! - zawołał Trechevile wyglądając przez okno.
Była to niestety sama prawda. Czterej wierni druhowie znajdowali się wewnątrz budynku, który był zewsząd otoczony przez wrogów, gotowych bez najmniejszego wahania zdobyć ów budynek bez względu na to, ile strat będą musieli w tej walce ponieść. Zatem szanse na ucieczkę dla naszych bohaterów były raczej znikome. Śmierć zaglądała im w oczy. Niech nikt nie myśli jednak, że ogarnął ich z tego powodu strach. Takich bohaterów jak nasi muszkieterowie nie miał prawa ogarniać strach, zwłaszcza wtedy, kiedy od nich zależały losy ojczyzny. W takim wypadku lęk musi ustąpić miejsca poczuciu obowiązku. Tak właśnie postępują prawdziwi bohaterowie, zaś czterej przyjaciele w mundurach muszkieterów doskonale o tym wiedzieli. Odwagi dodawała im świadomość, że Ich Królewskie Moście i Francja na nich liczy. Jeśli będzie trzeba, oni oddadzą za nich życie.
- Jesteśmy odcięci - rzekł Trechevile i spojrzał na swoich towarzyszy.
- To co robimy? - zapytał przerażony Raul.
- Jak to, co? Ty jeszcze o to pytasz? Będziemy się bronić! - zawołał odważnie kapitan królewskich muszkieterów.
- Przecież oni mają nad nami przewagę! - krzyknął Francois wręcz przerażonym głosem - I to praktycznie we wszystkim. W liczebności, w broni, w koniach…
- Ale nie w rozumie, a to już jest nasza przewaga - odpowiedział Trechevile wciąż nie tracąc dobrego humoru.
- Możliwe, ale obawiam się, że w starciu z naszymi przeciwnikami niewiele nam to pomoże - mruknął ironicznie Fryderyk.
Trechevile spojrzał na niego tak groźnym wzrokiem, że młodzieniec natychmiast umilkł. Zaś kapitan muszkieterów niczym rzymski senator na trybunie zaczął mówić dostojnym tonem:
- Niech nikt nie waży mi się tutaj siać defetyzmu. Wciągnęliśmy się w tę sprawę zbyt mocno, żebyśmy mieli się teraz z niej wycofać. I jak to powiedział wielki Juliusz Cezar: Alea iacta est. Musimy walczyć. A poza tym mówiłem wam już, że to nie liczebność daje zwycięstwo.
- Może i nie, ale zdecydowanie pomaga - mruknął Francois niezbyt przekonany jego słowami.
Po tej przemowie muszkieterowie ustawili porządną barykadę pod drzwiami oberży. Nie na tyle mocną, by oprzeć się długo taranowi, jeśli taki ich przeciwnicy sprowadziliby, jednak wystarczyła ona, żeby nie wpuścić wrogów do środka oraz utrzymać ich na dystans, przynajmniej do wieczora. Czterej przyjaciele natychmiast pochwycili za swoje szpady, muszkiety oraz pistolety, po czym ustawili się z różnych stron oberży. Okna w niej były ustawione na front i tył gospody, co dało naszym bohaterom swego rodzaju przewagę i łatwiejszą możliwość obrony. Od frontu więc ustawili się Raul i Francois, od tyłu zaś Trechevile oraz Fryderyk. Wybili w szybach okna, po czym odpowiedzieli strzałami na kule nieprzyjaciela. Ich wrogowie nie przerywali ostrzału, wskutek czego nasi muszkieterowie z rzadka jedynie odpowiadali na ich salwy, ale robili to o wiele skuteczniej niż gwardziści, ponieważ ich pociski zwykle sięgały celu, choć nie zawsze ze skutkiem śmiertelnym. Ostrzał był na tyle groźny, że niekiedy nasi bohaterowie mieli wielką chęć poddania się i zaprzestania dalszej walki, która coraz bardziej wyglądała na przegraną. Jednakże wykluczała to postawa ich kapitana, który niczym Hektor pod Troją dzielnie stał na czele obrony ich bastionu.
Na pewno swego rodzaju pociechą dla czwórki przyjaciół byłaby wieść, iż ich wrogowie nie chcą ich zabić. Rozkaz pana ministra brzmiał tutaj wyraźnie. Mieli oni ich jedynie schwytać i dostarczyć do Bastylii, po czym czekać na dalsze rozkazy. Pan minister wolał bowiem mieć takich ludzi jak oni po swojej stronie niż tak po prostu posłać ich na tamten świat. Ewentualnie gwardziści mogliby zabić swoich przeciwników, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdyby nie mieli innego wyjścia. Oczywiście żołnierze pana ministra, choć nie można ich było posądzić o żadne szlachetne gesty, a już tym bardziej o delikatność w wykonywaniu swoich rozkazów, woleli nie pozbawiać życia muszkieterów, albowiem zbyt dobrze wiedzieli, jakby zareagował pan minister na wieść o tym, że ludzie, których chciał dla siebie zwerbować, zginęli nim zdążył im złożyć ofertę pracy dla siebie. Nie mówiąc już o tym, że gwardzistów ominęłaby w takim wypadku nagroda, to już samo narażanie się na gniew tego człowieka, któremu zawdzięczało się wszystko, nie byłoby rozsądne z ich strony. Stąd więc ich postanowienie, żeby za wszelką cenę wziąć swoich wrogów żywcem.
Wieść ta na pewno podniosłaby na duchu naszych muszkieterów, gdyby oczywiście mogli o tym wiedzieć, jednak oczywistym jest fakt, że rozkaz pana Colgena nie mógł wcale być im znany. Wskutek czego wszelka pociecha i otucha z tej strony była niemożliwa.
- Gospodarzu - zawołał nagle nasz Hektor karczmy „Pod Niebieskim Tygrysem” - Można prosić o trochę wina? Zaschło nam w gardłach.
Oberżysta, co przyznajemy z nieukrywanym smutkiem, nie należał do tych bohaterskich gospodarzy, co to bronią swego domostwa do ostatniej kropli krwi. On nie był ani trochę odważny. Ten pan wolał schować się za kontuar, kiedy kule gwardzistów Colgena wlatywały przez okno i trafiały w ścianę blisko niego. Teraz jednak wypełzł ze swojej kryjówki i czołgając się na kolanach dostarczył zamawiane butelki i kieliszki. Andre Trechevile je pochwycił i nakazał gospodarzowi wracać do kryjówki.
- Hej! - zawołał oberżysta - A kto mi zapłaci?
Możliwość poniesienia jakieś finansowej straty przywróciła chwilowo utraconą odwagę chciwemu oberżyście.
Kapitan Trechevile bardzo szybko przetrząsnął swoje kieszenie, ale nie znalazł żadnych pieniędzy.
- Panowie, ma ktoś parę pistoli? - zapytał towarzyszy.
- Ja tu mu zaraz zapłacę! - zawołał Francois mierząc z pistoletu do oberżysty, którego ponownie opuściło męstwo.
- Daj mu spokój! - powiedział Raul i rzucił gospodarzowi kilka monet, które z trudem udało mu się znaleźć na dnie swojej sakiewki.
Gospodarz szybko je pochwycił i zaraz się wycofał na swoją pozycję za ladą. Zaś czwórka przyjaciół, kontynuując bohaterską obronę, próbowała sama bez jego pomocy otworzyć butelki.
- Per Baccho! Nie podał nam korkociągu! - zezłościł się Fryderyk.
- Phi! Też mi problem - powiedział Francois z uśmiechem na twarzy - Popatrz, jak się otwiera wino w warunkach polowych.
To mówiąc zwrócił się do oblegających.
- Hej, panienki! Tak, właśnie was wołam! Stawiam dziesięć pistoli, że żaden z was mnie nie trafi!
Padło wówczas kilkanaście strzałów. Młodzieniec schował szybko swą głowę, po czym wystawił przez okno szyjkę butelki. Jedna z kul oderwała korek i kawałek szyjki. Francois szybko nalał sobie, a potem towarzyszowi, wina do szklanek, a następnie oboje pociągnęli tęgie łyki. Fryderyk poszedł za radą przyjaciela i po chwili on wraz z kapitanem również raczyli się cudownym napojem. Od razu całej czwórce przyjaciół zrobiło się o wiele raźniej, jak również poczuli ogarniające ich ciała przepływy energii oraz odwagi. Trudno nam powiedzieć dlaczego, ale alkohole, zwane też napojami wyskokowymi, mają to do siebie, że dodają one odwagi i hartu ducha temu, kto je pije. Teoria ta sprawdziła się teraz w przypadku czwórki dzielnych muszkieterów.
Ostrzał oberży trwał już kilka minut. Przyjaciele odpowiadali rzadko, ale za to celnie. Nie zmarnowali ani jednej kuli. W tym wypadku były one na wagę złota, strzelali więc z niebywałą precyzją, po każdym strzale padał jeden przeciwnik: ranny lub też zabity. W końcu jednak, jak się można było tego spodziewać, gwardziści pana ministra ruszyli do ataku na oberżę.
- Uwaga, panowie! Idą tutaj, więc niech wasze strzały będą celne - powiedział po chwili Trechevile do swych kompanów.
Doszło wówczas do prawdziwego szturmu. Gwardziści próbowali się wedrzeć przez drzwi i okna. Drzwi były jednak mocno zabarykadowane, natomiast okien bronili zaciekle muszkieterowie. Walka była straszna, w ruch poszły szpady, pistolety, muszkiety, noże, a nawet butelki z winem.
- Co za marnotrawstwo - mruknął Francois rozbijając butelkę z winem Anjou na głowie jednego z napastników.
Nasi bohaterowie bronili się zaciekle nie wpuszczając żadnego ze swoich przeciwników do karczmy. Ciosy padały gęsto i nie było gwardzisty, którego by muszkieterowie nie naznaczyli ostrzem swoich szpad. Trechevile nie nadążając z ładowaniem pistoletów walił niekiedy przeciwników kolbą po głowach, często nawet tłukł butelką. Co do tego ostatniego dawało to o wiele więcej potłuczonego szkła niż efektu, ale przeciwnicy byli zmuszeni się wycofać, co oczywiście uczynili.
- Udało się nam - wydyszał Raul, ocierając sobie pot z czoła - Na razie mamy ich z głowy.
- No, nie na długo - odrzekł na to Trechevile - Jak się tylko pozbierają po pierwszym szturmie, to przyjdzie pora na następny.
- Wtedy również go odeprzemy - zawołał odważnie Francois nabijając ponownie pistolet.
- Właśnie - dodał Fryderyk również z hartem ducha.
Nie było to jednak takie proste, jak się naszym bohaterom wydawało. Do kolejnego ataku doszło pół godziny później. Ten również został odparty, ale i obrońcy odnieśli w nim rany. Fryderyk był draśnięty w głowę, Raul otrzymał pchnięcie szpadą w ramię, Francois miał zadrapane policzki oraz wybity jeden ząb, zaś Trechevile z chlubą pokazywał przyjaciołom podbite oko. Również oberżysta był mocno poturbowany, choć należy zauważyć, że sam był sobie winien. W końcu po co wchodził pod beczkę, żeby się tam ukryć? Beczka pod wpływem strzału osunęła się i trochę go poobijała. Z trudem doszedł do siebie, powtarzając co chwilę:
- Bandyci! Zniszczą mi gospodę!
Nasi bohaterowie zlekceważyli jednak jego słowa, gdyż mieli teraz o wiele większe problemy. Trudno było bowiem im przewidzieć następstwa kolejnego szturmu. Do tego zawsze istniało ryzyko, że gwardziści pana ministra, znudzeni w końcu bezowocną walką, po prostu podpalą karczmę z muszkieterami w środku. Należało się z tym liczyć i przygotować na taką ewentualność. Tylko jak?
- Otaczają nas ze wszystkich stron! - zawołał Trechevile wyglądając przez okno.
Była to niestety sama prawda. Czterej wierni druhowie znajdowali się wewnątrz budynku, który był zewsząd otoczony przez wrogów, gotowych bez najmniejszego wahania zdobyć ów budynek bez względu na to, ile strat będą musieli w tej walce ponieść. Zatem szanse na ucieczkę dla naszych bohaterów były raczej znikome. Śmierć zaglądała im w oczy. Niech nikt nie myśli jednak, że ogarnął ich z tego powodu strach. Takich bohaterów jak nasi muszkieterowie nie miał prawa ogarniać strach, zwłaszcza wtedy, kiedy od nich zależały losy ojczyzny. W takim wypadku lęk musi ustąpić miejsca poczuciu obowiązku. Tak właśnie postępują prawdziwi bohaterowie, zaś czterej przyjaciele w mundurach muszkieterów doskonale o tym wiedzieli. Odwagi dodawała im świadomość, że Ich Królewskie Moście i Francja na nich liczy. Jeśli będzie trzeba, oni oddadzą za nich życie.
- Jesteśmy odcięci - rzekł Trechevile i spojrzał na swoich towarzyszy.
- To co robimy? - zapytał przerażony Raul.
- Jak to, co? Ty jeszcze o to pytasz? Będziemy się bronić! - zawołał odważnie kapitan królewskich muszkieterów.
- Przecież oni mają nad nami przewagę! - krzyknął Francois wręcz przerażonym głosem - I to praktycznie we wszystkim. W liczebności, w broni, w koniach…
- Ale nie w rozumie, a to już jest nasza przewaga - odpowiedział Trechevile wciąż nie tracąc dobrego humoru.
- Możliwe, ale obawiam się, że w starciu z naszymi przeciwnikami niewiele nam to pomoże - mruknął ironicznie Fryderyk.
Trechevile spojrzał na niego tak groźnym wzrokiem, że młodzieniec natychmiast umilkł. Zaś kapitan muszkieterów niczym rzymski senator na trybunie zaczął mówić dostojnym tonem:
- Niech nikt nie waży mi się tutaj siać defetyzmu. Wciągnęliśmy się w tę sprawę zbyt mocno, żebyśmy mieli się teraz z niej wycofać. I jak to powiedział wielki Juliusz Cezar: Alea iacta est. Musimy walczyć. A poza tym mówiłem wam już, że to nie liczebność daje zwycięstwo.
- Może i nie, ale zdecydowanie pomaga - mruknął Francois niezbyt przekonany jego słowami.
Po tej przemowie muszkieterowie ustawili porządną barykadę pod drzwiami oberży. Nie na tyle mocną, by oprzeć się długo taranowi, jeśli taki ich przeciwnicy sprowadziliby, jednak wystarczyła ona, żeby nie wpuścić wrogów do środka oraz utrzymać ich na dystans, przynajmniej do wieczora. Czterej przyjaciele natychmiast pochwycili za swoje szpady, muszkiety oraz pistolety, po czym ustawili się z różnych stron oberży. Okna w niej były ustawione na front i tył gospody, co dało naszym bohaterom swego rodzaju przewagę i łatwiejszą możliwość obrony. Od frontu więc ustawili się Raul i Francois, od tyłu zaś Trechevile oraz Fryderyk. Wybili w szybach okna, po czym odpowiedzieli strzałami na kule nieprzyjaciela. Ich wrogowie nie przerywali ostrzału, wskutek czego nasi muszkieterowie z rzadka jedynie odpowiadali na ich salwy, ale robili to o wiele skuteczniej niż gwardziści, ponieważ ich pociski zwykle sięgały celu, choć nie zawsze ze skutkiem śmiertelnym. Ostrzał był na tyle groźny, że niekiedy nasi bohaterowie mieli wielką chęć poddania się i zaprzestania dalszej walki, która coraz bardziej wyglądała na przegraną. Jednakże wykluczała to postawa ich kapitana, który niczym Hektor pod Troją dzielnie stał na czele obrony ich bastionu.
Na pewno swego rodzaju pociechą dla czwórki przyjaciół byłaby wieść, iż ich wrogowie nie chcą ich zabić. Rozkaz pana ministra brzmiał tutaj wyraźnie. Mieli oni ich jedynie schwytać i dostarczyć do Bastylii, po czym czekać na dalsze rozkazy. Pan minister wolał bowiem mieć takich ludzi jak oni po swojej stronie niż tak po prostu posłać ich na tamten świat. Ewentualnie gwardziści mogliby zabić swoich przeciwników, ale tylko i wyłącznie wtedy, gdyby nie mieli innego wyjścia. Oczywiście żołnierze pana ministra, choć nie można ich było posądzić o żadne szlachetne gesty, a już tym bardziej o delikatność w wykonywaniu swoich rozkazów, woleli nie pozbawiać życia muszkieterów, albowiem zbyt dobrze wiedzieli, jakby zareagował pan minister na wieść o tym, że ludzie, których chciał dla siebie zwerbować, zginęli nim zdążył im złożyć ofertę pracy dla siebie. Nie mówiąc już o tym, że gwardzistów ominęłaby w takim wypadku nagroda, to już samo narażanie się na gniew tego człowieka, któremu zawdzięczało się wszystko, nie byłoby rozsądne z ich strony. Stąd więc ich postanowienie, żeby za wszelką cenę wziąć swoich wrogów żywcem.
Wieść ta na pewno podniosłaby na duchu naszych muszkieterów, gdyby oczywiście mogli o tym wiedzieć, jednak oczywistym jest fakt, że rozkaz pana Colgena nie mógł wcale być im znany. Wskutek czego wszelka pociecha i otucha z tej strony była niemożliwa.
- Gospodarzu - zawołał nagle nasz Hektor karczmy „Pod Niebieskim Tygrysem” - Można prosić o trochę wina? Zaschło nam w gardłach.
Oberżysta, co przyznajemy z nieukrywanym smutkiem, nie należał do tych bohaterskich gospodarzy, co to bronią swego domostwa do ostatniej kropli krwi. On nie był ani trochę odważny. Ten pan wolał schować się za kontuar, kiedy kule gwardzistów Colgena wlatywały przez okno i trafiały w ścianę blisko niego. Teraz jednak wypełzł ze swojej kryjówki i czołgając się na kolanach dostarczył zamawiane butelki i kieliszki. Andre Trechevile je pochwycił i nakazał gospodarzowi wracać do kryjówki.
- Hej! - zawołał oberżysta - A kto mi zapłaci?
Możliwość poniesienia jakieś finansowej straty przywróciła chwilowo utraconą odwagę chciwemu oberżyście.
Kapitan Trechevile bardzo szybko przetrząsnął swoje kieszenie, ale nie znalazł żadnych pieniędzy.
- Panowie, ma ktoś parę pistoli? - zapytał towarzyszy.
- Ja tu mu zaraz zapłacę! - zawołał Francois mierząc z pistoletu do oberżysty, którego ponownie opuściło męstwo.
- Daj mu spokój! - powiedział Raul i rzucił gospodarzowi kilka monet, które z trudem udało mu się znaleźć na dnie swojej sakiewki.
Gospodarz szybko je pochwycił i zaraz się wycofał na swoją pozycję za ladą. Zaś czwórka przyjaciół, kontynuując bohaterską obronę, próbowała sama bez jego pomocy otworzyć butelki.
- Per Baccho! Nie podał nam korkociągu! - zezłościł się Fryderyk.
- Phi! Też mi problem - powiedział Francois z uśmiechem na twarzy - Popatrz, jak się otwiera wino w warunkach polowych.
To mówiąc zwrócił się do oblegających.
- Hej, panienki! Tak, właśnie was wołam! Stawiam dziesięć pistoli, że żaden z was mnie nie trafi!
Padło wówczas kilkanaście strzałów. Młodzieniec schował szybko swą głowę, po czym wystawił przez okno szyjkę butelki. Jedna z kul oderwała korek i kawałek szyjki. Francois szybko nalał sobie, a potem towarzyszowi, wina do szklanek, a następnie oboje pociągnęli tęgie łyki. Fryderyk poszedł za radą przyjaciela i po chwili on wraz z kapitanem również raczyli się cudownym napojem. Od razu całej czwórce przyjaciół zrobiło się o wiele raźniej, jak również poczuli ogarniające ich ciała przepływy energii oraz odwagi. Trudno nam powiedzieć dlaczego, ale alkohole, zwane też napojami wyskokowymi, mają to do siebie, że dodają one odwagi i hartu ducha temu, kto je pije. Teoria ta sprawdziła się teraz w przypadku czwórki dzielnych muszkieterów.
Ostrzał oberży trwał już kilka minut. Przyjaciele odpowiadali rzadko, ale za to celnie. Nie zmarnowali ani jednej kuli. W tym wypadku były one na wagę złota, strzelali więc z niebywałą precyzją, po każdym strzale padał jeden przeciwnik: ranny lub też zabity. W końcu jednak, jak się można było tego spodziewać, gwardziści pana ministra ruszyli do ataku na oberżę.
- Uwaga, panowie! Idą tutaj, więc niech wasze strzały będą celne - powiedział po chwili Trechevile do swych kompanów.
Doszło wówczas do prawdziwego szturmu. Gwardziści próbowali się wedrzeć przez drzwi i okna. Drzwi były jednak mocno zabarykadowane, natomiast okien bronili zaciekle muszkieterowie. Walka była straszna, w ruch poszły szpady, pistolety, muszkiety, noże, a nawet butelki z winem.
- Co za marnotrawstwo - mruknął Francois rozbijając butelkę z winem Anjou na głowie jednego z napastników.
Nasi bohaterowie bronili się zaciekle nie wpuszczając żadnego ze swoich przeciwników do karczmy. Ciosy padały gęsto i nie było gwardzisty, którego by muszkieterowie nie naznaczyli ostrzem swoich szpad. Trechevile nie nadążając z ładowaniem pistoletów walił niekiedy przeciwników kolbą po głowach, często nawet tłukł butelką. Co do tego ostatniego dawało to o wiele więcej potłuczonego szkła niż efektu, ale przeciwnicy byli zmuszeni się wycofać, co oczywiście uczynili.
- Udało się nam - wydyszał Raul, ocierając sobie pot z czoła - Na razie mamy ich z głowy.
- No, nie na długo - odrzekł na to Trechevile - Jak się tylko pozbierają po pierwszym szturmie, to przyjdzie pora na następny.
- Wtedy również go odeprzemy - zawołał odważnie Francois nabijając ponownie pistolet.
- Właśnie - dodał Fryderyk również z hartem ducha.
Nie było to jednak takie proste, jak się naszym bohaterom wydawało. Do kolejnego ataku doszło pół godziny później. Ten również został odparty, ale i obrońcy odnieśli w nim rany. Fryderyk był draśnięty w głowę, Raul otrzymał pchnięcie szpadą w ramię, Francois miał zadrapane policzki oraz wybity jeden ząb, zaś Trechevile z chlubą pokazywał przyjaciołom podbite oko. Również oberżysta był mocno poturbowany, choć należy zauważyć, że sam był sobie winien. W końcu po co wchodził pod beczkę, żeby się tam ukryć? Beczka pod wpływem strzału osunęła się i trochę go poobijała. Z trudem doszedł do siebie, powtarzając co chwilę:
- Bandyci! Zniszczą mi gospodę!
Nasi bohaterowie zlekceważyli jednak jego słowa, gdyż mieli teraz o wiele większe problemy. Trudno było bowiem im przewidzieć następstwa kolejnego szturmu. Do tego zawsze istniało ryzyko, że gwardziści pana ministra, znudzeni w końcu bezowocną walką, po prostu podpalą karczmę z muszkieterami w środku. Należało się z tym liczyć i przygotować na taką ewentualność. Tylko jak?
Trechevile jako jedyny nie stracił hartu ducha, podczas gdy jego towarzysze odzyskali go dopiero po pokrzepieniu się dobrym winem. Karczmarz natomiast okazał się tak chciwy na pieniądze, że myślał o swojej należności nawet podczas tak wielkiego niebezpieczeństwa. Całe szczęście, że Trechevile’owi udało się zmotywować swoich muszkieterów do działania, dzięki swojej dużej charyźmie i zdolnościom przywódczym i, że udało im się odeprzeć atak, choć pewnie sytuacja przedstawiałaby się zupełnie inaczej, gdyby napastnicy chcieli ich pozabijać. Z kolei Francois jest naprawdę pomysłowy. W końcu to on wpadł na pomysł, jak poradzić sobie z otworzeniem butelek bez użycia korkociągu.
OdpowiedzUsuń