środa, 7 lutego 2018

Rozdział 04

Rozdział IV

Podróży etap czwarty

Raul i Francois jechali już od kilku godzin, zastanawiali się w drodze nad ostatnimi wydarzeniami. Ich sytuacja nie wyglądała najlepiej. Kapitan Andre Trechevile został sam w karczmie, mając naprzeciwko siebie cały oddział wroga, zaś Fryderyk leżał ranny w oberży pod troskliwą opieką lekarza. Po głowach naszych dwóch muszkieterów krążyły najróżniejsze myśli. Czy ich obaj towarzysze przeżyją? Czy uda im się wyjść z tarapatów, w jakie popadli? Najbardziej bali się wszak o Trechevile’a, bo ostatecznie Fryderyk miał jakieś szanse na przetrwanie (posiadał przecież odpowiednią opiekę), ale kapitan raczej nie mógł liczyć na łaskę nieprzyjaciela. A nawet jeżeli miał jakieś szanse na przetrwanie, to były one bardzo niewielkie. Mimo wszystko nasi przyjaciele postanowili nie tracić wiary w to, że już wkrótce wszyscy razem spotkają się i przy winie będą miło wspominać te chwile. Lecz optymizm ten był zaledwie maleńką kropelką na dnie czary rozpaczy, którą musieli pić.
- Pewnie już nie żyje - powiedział Raul zamyślonym tonem.
- Kto nie żyje? - zapytał lekko zdumiony jego słowami Francois.
- Trechevile - wyjaśnił Gaskończyk.
Przyjaciel spojrzał na niego ironicznie.
- Przyjacielu drogi. Kto niby miałby zginąć? Trechevile? Jemu przecież sam diabeł nie dałby rady. On jest niczym twardy orzech do zgryzienia. Za twardy dla gwardzistów pana ministra. Połamią sobie na nim zęby. Nie mają z nim najmniejszych szans.
- Tak myślisz?
- Ja jestem tego pewien - zawołał wesoło Francois - Zobaczysz, że nim zdążysz się obejrzeć, kapitan Andre Trechevile będzie razem z nami zdrów i cały. Fryderyk także. Ja ci to mówię. Ja, baron de Morce, a na moim słowie możesz zawsze polegać!
- Obyś się nie mylił, mój drogi. Obyś się nie mylił.
Raul powiedział to, ale przyjaciel wiedział, że nie jest on dostatecznie przekonany jego argumentem, więc Francois zamilkł.
 Obaj muszkieterowie pojechali dalej. Dotarli do małego miasteczka, gdzie znaleźli wygodną oberżę, w której zatrzymali się na noc. Następnego dnia zaś, wypoczęci i wyspani, postanowili ruszyć w dalszą drogę. Najpierw jednak chcieli coś zjeść przed podróżą. Zamówili więc jakieś dobre śniadanie, zaznaczając przy tym, aby było ono w miarę możliwości tanie.
- Ostatecznie nie posiadamy zbyt wielu pieniędzy przy sobie - rzekł Francois bardzo ostrożny w kwestiach pieniężnych, jak to zwykle bywa z ludźmi mającymi ich bardzo dużo.
- Gospodarzu... Nie wiesz może, jak daleko stąd jest do miasta Forell? - zapytał Raul oberżystę pożerając jednocześnie pieczywo i kurczaka.
- Oj, mój panie - zawołał oberżysta, machając wesoło ręką - To już niedaleko. Zaledwie dwa dni drogi stąd. Musicie się panowie kierować cały czas na południe, a na pewno traficie.
- Dziękuję wam, gospodarzu.
- A swoją drogą, panowie, czy nie lepiej byłoby się wybrać do jakiegoś bardziej ustronnego miejsca? - zapytał nagle oberżysta - Forell to przecież mała mieścina na prowincji. A tacy panowie są raczej przyzwyczajeni do luksusów.
Raul zaśmiał się słysząc jego słowa, zaś Francois powiedział:
- Jesteśmy właśnie przyzwyczajeni do braku wygód, a waść, jeśli jesteś przyzwyczajony do napiwków, to lepiej się od nich odzwyczaj, gdyż z takim wścibstwem dużo ich nie dostaniesz.
- Dobrze, już dobrze. Po co tyle złośliwości, moi panowie? - oberżysta zaśmiał się i odszedł.
- Nie byłeś dla niego zbyt uprzejmy - powiedział Raul, dusząc się przy tym ze śmiechu.
- Bo nie miałem zamiaru - odparł Francois, któremu wcale nie było wesoło - Ten człowiek jest strasznie ciekawski. Nie lubię takich osób, co to zadają za dużo pytań.
- Ja też nie, ale mimo wszystko mógłbyś być milszy. Może tylko chciał nam dobrze doradzić.
- Może, choć śmiem w to wątpić.
Nagle znów podszedł do nich oberżysta.
- Przepraszam panów bardzo, gdyż zapomniałem zapytać - powiedział - Panowie są muszkieterami, prawda?
- Nie, Chińczykami - mruknął złośliwie Francois, który nie mógł się powstrzymać od komentarza.
Cała trójka nie wytrzymała i parsknęła śmiechem.
- Pyta pan jak dziecko. Oczywiście, że jesteśmy muszkieterami. Czyż tego nie widać? - odpowiedział pytaniem nasz dowcipniś wskazując palcem na swój mundur.
- Owszem, ale musiałem się upewnić. A czy jeden z panów nie nazywa się przypadkiem Charmentall, a drugi de Morce?
- Tak, właśnie tak się nazywamy - powiedział Raul, któremu uśmiech na twarzy zastąpiło zainteresowanie.
- A skąd pan to wie? - dodał Francois równie zainteresowany wiedzą oberżysty, co jego towarzysz.
- Ponieważ mam list do panów - wyjaśnił oberżysta.
- List? Jeden?
- Jeden, ale zaadresowany do obu panów.
- Gdzie on jest? - zapytał Raul.
- Zaraz je przyniosę.
Oberżysta wyszedł i po chwili wrócił z wyżej wspomnianym listem. Raul natychmiast go schwycił, rozerwał kopertę i przeczytał:

Drodzy panowie,

Jesteśmy w drodze do Forell, a za dwa dni staniemy tam na pewno. Febre i hrabina de Willer mają dokument. Pani hrabina ukrywa go w modlitewniku i nie rozstaje się z nim ani na chwilę. Niedługo do Forell ma przybyć ambasador Hiszpanii ze swoim sekretarzem, aby móc dokonać transakcji. Należy się pospieszyć, jeśli pragniecie panowie zdążyć na czas. Czekajcie na dalsze instrukcje w karczmie „Pod Złotym Dzwonem” w najbliższym miasteczku. Życzę szczęścia.

L. C.

PS: Ukłony dla pana Charmentall i dużo pocałunków dla pana de Morce. Jeśli wszystko się uda, mam nadzieję, że nie zapomni on o mnie. Pozdrawiam.

Luiza Colgen,
A być może już wkrótce
Pani de Morce.

- Wspaniała dziewczyna, ta Luiza - powiedział Raul uśmiechając się do przyjaciela - Nie uważasz, Francois?
- Wspaniała to mało powiedziane, mój przyjacielu - odparł Francois rozmarzonym tonem - Ona jest po prostu cudowna.
- I do tego bardzo cię kocha, a to duży plus - dodał Charmentall.
- Niewątpliwie.
Obaj muszkieterowie spojrzeli się na oberżystę.
- Czego się waść tak patrzysz? - zapytał gniewnie Francois.
- Widzę, że ów list wprawił panów w dobry humor - rzekł oberżysta wcale nie przejęty opryskliwym tonem młodego barona.
- A i owszem, drogi panie. A i owszem - odpowiedział rozmarzonym głosem de Morce.
Na samo wspomnienie pięknej panny Luizy Colgen czuł, jak w sercu robi mu się przyjemnie gorąco.
- To czy mogę wobec tego liczyć na…
- Ależ oczywiście - zawołał spontanicznie Raul i wyjął kilka drobnych, które następnie wcisnął mu do ręki.
Oberżysta zaśmiał się, ugryzł jedną monetę, aby sprawdzić, czy jest ona prawdziwa, po czym wrócił do swoich zajęć.
- No co? - zapytał Raul patrzącego niego ze zdumieniem Francois - Zasłużył sobie na te pieniądze. W końcu przyniósł nam dobre nowiny.
- Nie jestem pewien, czy takie dobre - rzekł sceptycznym głosem de Morce - Ostatecznie ci dranie mają jeden dzień przewagi nad nami.
- Phi, też mi problem - prychnął z kpiną Charmentall - To się łatwo da nadrobić. A poza tym nie udawaj, że się przejmujesz wieściami, jakie otrzymali, bo za dobrze cię znam, żeby się dać na to nabrać.
- Och! Doprawdy?
- Doprawdy. I bardzo dobrze wiem, że żal ci tych kilku monet, które dałem temu oberżyście.
- Broń Boże - zaprzeczył Francois, jednak w jego głosie było słychać ukryte kłamstwo.
- Tak, oczywiście. Nie udawaj, mój drogi, mnie nie oszukasz. Masz tyle pieniędzy, twój ojciec jest bajecznie bogaty, a ty rozpaczasz po stracie kilku monet. Czy wiesz, jak to się nazywa? Chciwość.
- To się nazywa dbaniem o swoje interesy, panie kochany.
- Dobrze, już dobrze. Zwał jak zwał. Ja to nazywam chciwością, a ty nazywaj to sobie jak chcesz. Ale nie traćmy więcej czasu. Mamy przecież zadanie do wykonania.
Tak więc, nie tracąc już dłużej czasu na jałowe dysputy Raul i Francois ruszyli w dalszą podróż i gdzieś po południu dotarli do oberży „Pod Złotym Dzwonem”. Ponieważ byli zmęczeni zatrzymali się tam na noc, zaś rano chcieli ruszać dalej. Oberżysta wręczył im liścik od Luizy. Był on znacznie krótszy od poprzedniego, zawierał bowiem jedynie trzy zdania:

Niedługo będziemy w Forell. Zatrzymamy się na noc w oberży „Pod Czerwonym Bachusem”, gdzie zostawię panom dalsze informacje. Życzę wam powodzenia.

L.C.

- I co o tym sądzisz? - zapytał Raul swojego towarzysza podróży.
- No cóż... - odpowiedział Francois przyglądając się listowi - Krótkie, ale jakże treściwe.
- Kwintesencja konkretu i sensu.
- Dokładnie tak. Sam bym tego lepiej nie ujął.
Obaj panowie zasnęli z nową nadzieją w sercach, a następnego dnia, uiściwszy rachunek, zamierzali ruszyć w dalszą podróż. Los zaplanował jednak dla nich coś innego, ponieważ gdy już mieli wyjechać z miasta, zatrzymał ich oddział straży miejskiej.
- Przepraszam panów, czy jeden z panów nazywa się de Morce? - zapytał kapitan straży.
- Baron de Morce - poprawił go Francois bardzo dbały o swój tytuł - To ja jestem baron de Morce.
- Panie baronie - powiedział kapitan straży - Mam rozkaz od mera miasta, żeby aresztować pana i postawić przed jego obliczem.
Piorun z jasnego nieba, jeśli by uderzył przed nimi w ziemię, na pewno bardziej by nie zdziwił naszych muszkieterów, jak właśnie ta wiadomość.
- Doprawdy? A czy można wiedzieć, dlaczego pan mer mnie do siebie wzywa? - zapytał Francois.
- Sam dokładnie nie wiem - odpowiedział kapitan - Ktoś złożył na pana skargę, drogi panie.
- Skargę? Na mnie? Niby kto? Przecież nikogo tu nie znam.
- Już panu powiedziałem, drogi panie, że nie wiem tego dokładnie. Zakładam, że to zwykłe nieporozumienie. Ale mimo wszystko rozkaz to rozkaz i muszę go wykonać.
- No dobrze. Pójdę z panami. Czy mam oddać szpadę?
- Nie trzeba. Jeśli dasz pan szlacheckie słowo honoru, że nie będziesz uciekał, to pozwolimy panu zachować szpadę. Resztę broni również.
- Dobrze, wobec tego daję wam takie słowo - powiedział Francois ze spokojem w głosie, chociaż tak naprawdę w tej chwili duszę szarpali mu wszyscy diabli.
Młodzieniec był naprawdę oburzony. Wszak jak można go aresztować? Jego, królewskiego muszkietera i człowieka z takim nazwiskiem? To już nawet nie kpina, to po prostu hańba!
Takie właśnie słowa powtarzał sobie w myślach Francois. Był bowiem oburzony tym, że ktoś ośmiela się go aresztować. Gdyby nie to, że był z nim Raul i fakt, iż Francois nie chciał go narażać na niebezpieczeństwo, to by sobie z tymi strażnikami inaczej pogadał. Ale cóż, nie ma wyjścia. Musiał zachować spokój, chociaż jak wiadomo spokój i zdrowy rozsądek nie były nigdy jego mocnymi stronami.
- Jedź dalej, Raul. Ja cię dogonię - powiedział do Charmentalla jego najlepszy przyjaciel.
- Co?! - zawołał przerażony Raul - Nie zostawię cię tutaj! Zaczekam, aż sprawa się wyjaśni.
- To wiedz, że zanim się to wyjaśni, to możesz czekać nawet aż do sądnego dnia, a my nie możemy sobie na to pozwolić. Nam przecież się spieszy, nieprawdaż?
Raul pokiwał smutno głową. Niestety to była prawda. Spieszyło się im do tego stopnia, że nie mogli sobie pozwolić na zwłokę.
- To fakt, spieszy nam się i to bardzo.
- No właśnie, Raul. Więc nie marudź, tylko jedź. Spotkamy się „Pod Czerwonym Bachusem”. Masz na to moje słowo.
To mówiąc odjechał ze strażą miejską.
Raul zaś, bardzo całą tą sytuacją zaskoczony, pojechał dalej. Wiedział bardzo dobrze, że to aresztowanie było tylko kolejnym podstępem Colgena. Fortelem mającym na celu rozdzielenie go z towarzyszami podróży, by samotny stanowił łatwy cel dla jego bandytów. Teraz jednak Raul nie miał już żadnego wyboru. Stało się, musi jechać sam.
Tak też zrobił. Popędzał konia i wieczorem dotarł do oberży „Pod Czerwonym Bachusem”. Odebrał list od Luizy, ale był tak bardzo zmęczony i zdezorientowany, że go nie otworzył. Czekał na Francois. Ale on się nie zjawiał. Charmentall więc poszedł spać licząc na to, iż może jego przyjaciel przybędzie rano.
Kiedy jednak Raul obudził się i poszedł rozejrzeć się, Francois nigdzie nie było. Zapytał karczmarza, czy może nie przybył tu pan baron de Morce. Karczmarz jednak powiedział, że nikt o takim nazwisku nie przybył, ani wczoraj, ani dzisiaj. Młodzieniec czekał więc do południa. Francois jednak się nie zjawił. Raul zrozumiał wówczas straszną prawdę. Był teraz sam w tym mieścinie na prowincji, zdany jedynie na własne siły.

1 komentarz:

  1. No i chytry i podstępny Colgen doprowadził do tego, że Raul pozostał zupełnie sam i musi dalej ścigać hrabinę i Febre’a w pojedynkę. Z kolei Luiza posiada naprawdę śmiałe myśli, licząc na to, że Francois się z nią ożeni, bo przecież nie są jeszcze nawet zaręczeni. Francois z kolei jest naprawdę chciwy na pieniądze, choć posiada ich wcale niemało.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...