środa, 7 lutego 2018

Rozdział 06

Rozdział VI

Połowiczny sukces

Następny dzień bardzo dłużył się Raulowi i trudno nam się temu dziwić. Ostatecznie to tej właśnie nocy młodzieniec postanowił podjąć się wykonania wyjątkowo trudnego, ale jakże ważnego dla Francji zadania, a mianowicie wykradzenia owego fatalnego dokumentu i zniszczenia go, zanim narobi on poważnych szkód jego ojczyźnie. Tak, właśnie tej nocy bohaterski muszkieter miał odmienić losy swego kraju. Od powodzenia jego misji zależało życie wielu ludzkich istnień. W wyobraźni widniał mu obraz siebie otoczonego przez wiwatujący tłum. Wszyscy go chwalą i są z niego dumni. Ach, co by to było za życie! Bohater na zawsze zapisany na kartach historii. Cóż by to był za sukces dla niego oraz dla całego rodu Charmentallów. O takim sukcesie nie marzył dotąd nikt, nawet jego ojciec.
Po chwili jednak wizja znikła i przyszło mu do głowy coś innego. Co będzie, jeśli zawiedzie? Jeśli pomimo tak wielkich chęci mu się nie uda? Cóż wtedy się stanie? Wszyscy wówczas okrzykną, że bohater, który zawiódł, to on, Raul Charmentall. Wówczas nici ze sławy i jedyne co go spotkałoby, to hańba na całe życie. To by było dopiero upokorzenie dla niego i sukces tego łotra, Febre’a.
Ale o czym on teraz myśli? Cóż go teraz obchodzi sława i chwała?Przecież to głupota. Hańba jego nazwiska nie jest ważna i najgorsza. Najgorsze stanie się dopiero wtedy, kiedy ten dokument wpadnie w ręce ambasadora Hiszpanii. Wojna, śmierć oraz zniszczenie czeka całą Francję. Do tego jeszcze zamach stanu pana Colgena, który nie zawaha się przed niczym, byle tylko przejąć władzę. Nie cofnie się nawet przed zdradą swej ojczyzny. Wybuch wojny, śmierć wielu żołnierzy, zagrożenie wolności Francji i po co to wszystko? Tylko po to, żeby pan minister mógł zaspokoić swoje nędzne ambicje. Okropna i chora sytuacja, a ponieważ jest to choroba, należy ją wyleczyć. W takim zaś wypadku najlepszym lekarstwem będzie uniemożliwienie realizacji tych szaleńczych planów.

***

Raul z radością powitał nastanie nocy. Teraz właśnie pojawiły się perspektywy powodzenia jego planu. Nie można było tego zmarnować. Tak więc nie tracąc czasu, punktualnie o godzinie dziewiątej wieczorem Raul był gotowy. Wiedział, że o tej właśnie porze hrabina de Willer idzie spać. Chciał dać jej jeszcze trochę czasu na to, aby zasnęła. Dodał do tego jeszcze dziesięć minut, które niewątpliwie zajmie mu dotarcie do celu.
Punktualnie o godzinie dziewiątej trzydzieści wieczorem nasz bohater udał się w stronę ulicy Piekielnej 13. Dotarł tam w ciągu dziesięciu minut, tak jak to planował. Następnie przeszedł przez mur do ogrodu i podszedł do ściany domu. Odliczył trzecie okno na lewo i zastukał trzy razy. Z początku nie usłyszał nic. Przestraszył się, że pomylił okna i za chwilę zostanie złapany na gorącym uczynku, jednak po chwili odezwały się dwa stuknięcia. Był to umówiony sygnał. Okno się otworzyło i Raul wszedł do środka. Powitała go tam panna Luiza. Była w szlafroku zarzuconym na nocną koszulę. W ręku trzymała świeczkę.
- Witam, Luizo - powiedział Raul.
Jak bowiem dobrze pamiętamy, ostatnimi czasy oboje mówili sobie po imieniu.
- Witaj, Raul - odpowiedziała mu panna Colgen - Jesteś sam? Więc jednak moja służka mówiła prawdę. Sądziłam przez chwilę, że coś jej się pomyliło. Ale niestety jesteś sam. A gdzie reszta?
- Niestety, nie mogli przybyć. Zatrzymały ich różne… Jakby to ująć... Drobne przeszkody.
Luiza Colgen westchnęła przerażona, łapiąc się lewą ręką za serce. Raul szybko pospieszył z pociechą swojej przyjaciółce.
- Spokojnie, moja droga. To nic poważnego. Wyjdą z tego, ręczę ci za to, moja maleńka.
Mówił tak, chociaż praktycznie sam sobie nie wierzył. W głębi swego serca miał nadzieje, iż jego przyjaciołom uda się wydobyć z tarapatów, jak zwykle zresztą, jednak nie miał żadnej pewności, że tak będzie. Francois i Fryderyk na pewno przeżyli, lecz Trechevile... O jego los Raul nie mógł być ani trochę spokojny. Przecież ostatni raz widział go w sytuacji, która wyraźnie wskazywała na to, że może zginąć. Co prawda dzielny kapitan królewskich muszkieterów nie był pierwszym lepszym żołdakiem, lecz niezwykle sprytnym człowiekiem i wychodził cało nie z takich tarapatów, ale przecież nie można mieć wiecznie szczęścia, a nawet najlepszemu spryciarzowi w końcu powinie się noga.
- A co z moim ukochanym? Co z Francois? - wyrwało Raula z jego myśli pytanie Luizy.
Młodzieniec uśmiechnął się do niej przyjaźnie i odrzekł:
- Nic mu nie jest. Został osadzony w areszcie na wskutek jakiegoś pomówienia. Założę się, że jest to kolejna intryga tych szakali, Febre’a i hrabiny de Willer.
- Niewątpliwie - rzekła panna Luiza mściwym tonem - Oni są do takich rzeczy zdolni. Ale dosyć o tym. Nie po to się tu spotkaliśmy, żeby rozmawiać na temat waszej wyprawy.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział jej Raul - Na to będzie jeszcze okazja. Na razie muszę odzyskać ten nieszczęsny dokument. Pisałaś, że hrabina trzyma go w modlitewniku w swoim pokoju.
Luiza pokiwała głową na potwierdzenie jego słów.
- Tak, to prawda.
- Gdzie jest ten pokój?
- Pierwsze piętro, drugie drzwi na prawo. Pospiesz się.
- Nie martw się.
Raul już miał wychodzić, kiedy nagle zatrzymał go głos Luizy, która powiedziała:
- Uważaj na siebie.
Młodzieniec uśmiechnął się do niej i wyszedł z pokoju na korytarz. Szybko odnalazł schody, którymi dotarł na pierwsze piętro. Następnie bez żadnych trudności wkroczył do pokoju hrabiny Pauliny de Willer. Starając zachowywać się jak najciszej delikatnie nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Te lekko skrzypnęły, jednak nikt nie zwrócił na to uwagi. Wszedł cicho, uważając, aby delikatnie stawiać kroki i rozejrzał się po pokoju. Zobaczył łóżko, na którym spała hrabina. Co dziwne, we śnie nie wydawała się ona tak groźna, jak w dzień, prócz tego niezaprzeczalnie posiadała jeszcze dużo kobiecej urody. Raul nie miał jednak czasu, żeby to rozważać, więc powrócił szybko do realizacji swego zadania.
Po lewej stronie łóżka stał nocny stolik. Na tym stoliku walały się różne damskie fatałaszki niezbędne dla wszystkich (a przynajmniej dla większości przedstawicielek) kobiecego rodu: szminka, puder, wachlarz, itp. drobiazgi. Wśród nich leżał również skromnie oprawiony modlitewnik. Wspaniale, właśnie tego przedmiotu nasz bohater szukał. Teraz tylko zostało mu wydobyć stamtąd dokument i grzecznie się stąd ulotnić.
Delikatnie i powoli, (dbając przy tym o to, by nie obudzić hrabiny) Raul podszedł do nocnego stolika, podniósł książeczkę i zaczął ją oglądać. Omal nie umarł ze strachu, kiedy pani de Willer poruszyła się gwałtownie na łóżku i wymruczała coś pod nosem. Na całe szczęście spała dalej. Odetchnąwszy więc z ulgą szukał dalej. Wreszcie znalazł dokument. Był on zwinięty na czworo. Schował go więc do prawej rękawicy i odłożywszy modlitewnik na miejsce zamierzał stąd odejść. Niestety przez przypadek potrącił małą porcelanową figurkę stojącą na stoliku. Ta spadła na podłogę i roztrzaskała się na niej z dużym hukiem. Hrabina, wyrwana ze snu przez ten hałas ocknęła się, po czym usiadła na łóżku chcąc zobaczyć, co ten huk spowodowało. Ujrzała wówczas Charmentalla i oczywiście, jak się można było tego domyślić, zaczęła krzyczeć:
- Na pomoc! Złodziej! Zabrał dokument!
Raul Charmentall, nie zamierzając czekać na dalsze rezultaty owej przygody, rzucił się do ucieczki. Liczył na to, że skorzysta z zamieszania, które wybuchło i zdoła uciec. Niestety, przeliczył się, gdyż służba hrabiny obudzona krzykiem, wypadła ze swych pokoi, po czym dojrzawszy intruza dobyła broni i zaatakowała go. Raul jednak miał głowę nie od parady. Wiedząc, że osaczony na ciasnym oraz wąskim piętrze przez służbę nie ma żadnych szans, wskoczył na poręcz i zjechał po niej na dół. Tam jednak też czekali na niego wrogowie. Otoczyli go, grożąc mu przy tym obnażonymi szpadami. Zwinnym ruchem zeskoczył więc z poręczy i unikając pchnięcia zadał jednemu z przeciwników mocny cios pięścią w twarz. Powstała wtedy niewielka luka wśród atakujących. Skorzystał z niej, próbując im uciec. Nadal jednak otaczali go lokaje. Jednego ogłuszył rzucając w niego masywnym świecznikiem, innego powalił popychając na niego stolik. Wreszcie jednak musiał użyć szpady, aby jakoś utorować sobie drogę do drzwi wyjściowych. Okazało się to niemożliwe, ponieważ przeciwników było zbyt wielu, a wyjście zbyt daleko.
- Brać go żywcem! Nie zabijać! Żywcem! - darła się rozwścieczona do granic szaleństwa hrabina de Willer, wychylając się przez poręcz.
Aha! A więc chcą mnie pochwycić żywcem, pomyślał Raul. Wobec tego to daje mi pewną przewagę nad nimi.
Z tą oto krzepiącą myślą Charmentall natarł jeszcze mocniej na swych przeciwników, próbując jakoś utorować sobie drogę w ich szeregach. Udało mu się to. Trzech drabów zabił, innych ciężko poranił. Poszło mu to tym łatwiej, że wrogowie nie chcieli go zabić i zadawali mu jedynie powierzchowne ciosy. Wreszcie Raul przedarł się do drzwi otwartego pokoju Luizy, która już go nawoływała. Wbiegł tam szybko i zamknął je na klucz.
Chwilę później do drzwi zaczęli się dobijać napastnicy.
- Luiza, otwieraj! Dobrze wiemy, że on tam jest! - dało się słyszeć głos hrabiny de Willer.
- Pospiesz się - powiedziała Luiza do Raula, któremu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać.
Młodzi ludzie razem otworzyli okno, zaś dzielny młodzieniec szybko wskoczył na parapet.
- Luiza, daję ci ostatnią szansę! Otwieraj natychmiast! - krzyczała zza drzwi hrabina de Willer.
- Pospiesz się, zaraz tu będą! - ponaglała Raula panna Colgen.
- Uciekaj ze mną! - zaproponował Raul.
- Nie mogę! Będę tylko opóźniała twoją ucieczkę. Uciekaj sam! - odpowiedziała mu panna Colgen.
- Nie zostawię cię tutaj samej!
- Nic mi się nie stanie. Obiecuję ci.
- Czy na pewno nic ci nie grozi? - zapytał Raul z niepokojem.
- Nic a nic. Hrabina i Febre mogą sobie być łotrami, ale nie ośmielą się skrzywdzić córki swego pryncypała - uspokoiła przyjaciela Luiza.
- Nie jestem pewien, czy się nie ośmielą.
- Dobra, wyważyć drzwi! - krzyczał głos, który Raul rozpoznał jako głos Febre’a.
- No już, uciekaj, marnujesz tylko czas! Uciekaj! - wołała Luiza coraz bardziej przerażona.
Raul pogłaskał ją jeszcze dłonią po policzku i wyskoczył przez okno na ogród. Luiza natychmiast zatrzasnęła okiennice. Charmentall natomiast ruszył biegiem przez ogród, wydostał się przez mur na ulicę, a tam już zaczął gnać przed siebie z niesamowitą prędkością. Obawiając się, aby jego wrogowie nie śledzili go, nie przestawał biec, specjalnie klucząc uliczkami, chcąc w ten sposób zmylić ewentualny pościg. W końcu jednak nie wytrzymał i musiał się zatrzymać, by złapać oddech. Stanął i oparł się o ścianę ciężko oddychając. Nagle usłyszał za sobą okrzyki:
- Uciekł drań!
- Szukajcie dobrze! Przetrząśnijcie każdą uliczkę! On nie ma prawa uciec! Hrabina nie będzie zadowolona, jeśli wrócimy z niczym!
Raul przeraził się. Więc jego przeciwnicy byli blisko. Jeszcze chwila, a go znajdują, zaś on jest już zmęczony tym ciągłym uciekaniem, choć nie zamierzał się poddawać bez walki.
Nagle zaszło coś, co przerwało jego rozważania. Czyjaś ręka zasłoniła mu usta, a tajemniczy głos powiedział:
- Milcz, jeśli ci życie miłe.
Raul pokiwał tylko głową. Nie rozumiał nic z tego, co się teraz działo, ale wolał w to nie wnikać.
- Szybko, do środka! Tędy! - wyszeptał tajemniczy osobnik, prowadząc go do drzwi jakiegoś domu.
Potem z lekką brutalnie wepchnął go do środka, sam zaś wszedł jako drugi, rozglądając się przy tym bacznie i zamykając za sobą drzwi na klucz. Następnie zatrzasnął na rygiel wszystkie okiennice, syknąwszy przy tym „Cicho” zaczaił się w kącie. Raul zauważył wówczas, że ludzie pani hrabiny przebiegli obok domu, nie zajrzawszy nawet tutaj.
Przez chwilę Charmentall i jego wybawca siedzieli cicho bojąc się, że wrogowie zaraz wrócą. Kiedy jednak wszelkie niebezpieczeństwo zostało już całkowicie zażegnane, tajemniczy wybawca Charmentalla podszedł do ledwie widocznego stołu i zapalił stojącą na nim świeczkę. Wówczas Raul mógł mu się lepiej przyjrzeć. Zobaczył wysoką postać mężczyzny w wieku około czterdziestu ośmiu lat, o włosach lekko przyprószonych siwizną i w mundurze muszkietera.
- Brawurą to ty zawsze grzeszyłeś, mój chłopcze - powiedziała owa postać wesołym tonem - Ale nie byłoby źle, gdybyś też miał trochę więcej rozsądku, który by ci powiedział…
Wypowiadając te słowa tajemniczy człowiek zaczął odwracać się powoli w stronę Raula.
- Który powiedziałby ci, że na tak niebezpieczne misje nie należy nigdy chodzić samemu.
Charmentall przyjrzał się uważnie swojemu wybawcy i od razu też rozpoznał jego twarz.
- Stryjek Andre! - wyszeptał i rzucił się mu na szyję.
Kapitan Trechevile (bo to rzeczywiście on był) objął chłopaka mocno, ucałował w oba policzki i zapytał:
- Ładnie to tak, mój chłopcze? Czy tego cię uczyłem?
- Ale czego? - zapytał zdumiony Raul.
- Egoizmu.
- Nie rozumiem.
- Jakże to? Sam narażasz się na ryzyko, sam zbierasz laury i nawet nie podzielisz się nimi z przyjaciółmi? Nieładnie, mój drogi, nieładnie. Tak nie postępuje honorowy człowiek.
- Ale wiesz przecież, stryjku, że ja nie mogłem czekać. Ambasador ma tu przybyć za cztery dni (to jest właściwie teraz to już za trzy dni), a moi przyjaciele zostali wyeliminowani z gry…
- Wiem, bo ich spotkałem - przerwał mu Trechevile.
- Spotkałeś ich? - Raul nie posiadał się z radości.
- Ano spotkałem.
- I co z nimi? Wszystko w porządku? Żyją?
- Żyją, ale nie miałem wiele czasu, by z nimi rozmawiać. Spieszyłem się tutaj, aby cię odnaleźć. Jak widzę dobrze zrobiłem, bo jak zwykle beze mnie wpadłeś po uszy w kłopoty.
- Takie jest życie. Ale jak wymknąłeś się z rąk siepaczy Colgena?
- Później ci opowiem, teraz nie ma na to czasu. Na razie powiem tyle, że wyruszyłem tutaj już dzień po naszym rozdzieleniu się. Nie było łatwo tu dotrzeć, nawet zamęczyłem jednego konia, jednak musiałem gnać przed siebie, bo podejrzewałem, że mogę ci się przydać.
- No i przydałeś się. Bardzo mi pomogłeś, chociaż, jak widzisz (choć może nie widzisz, bo wszak jest ciemno), udało mi się wykonać zadanie.
- To wspaniale. Masz dokument?
- Oczywiście. Mam go tutaj.
To mówiąc Raul sięgnął ręką do rękawicy, ale zaraz zadowolona mina mu zrzedła. Przerażony wyjął z rękawicy kawałek udartego papieru. Był to fragment dokumentu, zawierający napis:

Podpisano: Ludwik Burbon, piętnasty tego imienia.

Obok znajdowała się pieczęć królewska. Niżej natomiast znajdowały się podpisy i pieczęcie króla Anglii i króla Prus oraz data.
- Co ci się stało? - zapytał zaniepokojony przerażoną miną swego wychowanka Trechevile.
- Do wszystkich diabłów! Nie mam go! Nie mam! - zawołał Raul - Musiał mi się podrzeć podczas szamotaniny z tym lokajczyną od siedmiu boleści. Widocznie wyrwał mi on całość, a ja tego nie zauważyłem.
- Nie całość, chłopcze. Masz przecież podpis z królewską pieczęcią - sprostował jego wypowiedź Trechevile.
- Co to ma do rzeczy? Przecież to oni wciąż mają dokument.
- Bez podpisów i pieczęci królów ów dokument jest bezwartościowy i nie stanowi on dowodu na to, że powstał takowy traktat. Każdy mógłby go napisać. Fakt, że my mamy część końcową działa na naszą korzyść.
- Jak to? - zapytał zdumiony Raul.
- Wyjaśnię ci to zaraz. Na razie jednak zniszczmy ten zalążek zła, jaki ci było dane odebrać.
To mówiąc wziął z ręki Raula ów fragment dokumentu, przyłożył do świeczki i patrzył, jak powoli spala się on w jej płomieniu.
- A teraz chodźmy stąd, mój chłopcze. Mamy zadanie do wykonania - powiedział po wszystkim Trechevile.

1 komentarz:

  1. Raul miał prawdziwe szczęście w nieszczęściu, że udało mu się zdobyć najważniejszą część dokumentu i natknąć się na Trechevile’a, bo inaczej nie wiadomo, jakby się to wszystko skończyło. Trzeba przyznać, że Luiza naprawdę się dla nich naraża, choć jest przekonana, że nie stanie jej się żadna krzywda ze strony ludzi Colgena.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...