Rozdział XI
Spotkanie dawnych kochanków
Spotkanie dawnych kochanków
Po rozmowie z ministrem Colgenem Paulina de Willer udała się do swoich apartamentów. Było już teraz bardzo późno, więc zamierzała ona jak najprędzej udać się na spoczynek. Rozmyślała jeszcze o swej podopiecznej. Dwa dni temu de Bernice odwiózł Luizę do klasztoru. Hrabina była pewna, że pod wpływem surowej dyscypliny narzuconej przez siostry zakonne, Luiza zmieni zdanie i zgodzi się wyjść za mężczyznę, którego wybrał jej ojciec. Pani de Willer życzyła jak najlepiej temu związkowi i nie dziwota. W sumie czego ta głupia dziewczyna chce od swego adoratora? Mężczyzna przystojny, odważny, szczerze ją kocha, wiernie służy jej ojcu, w dodatku niedługo jeszcze będzie wielkim panem. Czegóż więcej chcieć?
Hrabina wiedziała oczywiście, że Luiza kocha się w młodym baronie de Morce, ale nie mogła zrozumieć, czemu dziewczyna woli jego od de Bernice’a? Przecież hrabia był o wiele przystojniejszy, prócz tego cieszył się przychylnością przyszłego monarchy, podczas gdy młody pan baron niedługo może popaść w niełaskę, gdy zmieni się osoba zasiadająca na tronie. Czyżby Luiza wolała miłość przyszłego skazańca zamiast człowieka cieszącego się łaskami przyszłego monarchy? Pewnie tak, tylko dlaczego? No cóż, możliwe, że hrabina nigdy nie zrozumie młodych ludzi.
Paulina de Willer weszła do swojego pokoju i usiadła na łóżku. Dzień był dla niej nieco męczący, ale na szczęście już dobiegł on końca i można było wreszcie ułożyć się do snu. Kobieta więc z pomocą służącej zdjęła z siebie suknię oraz bieliznę, przywdziała nocną koszulę, po czym odesłała dziewczynę i została sama. Już miała się położyć spać, gdy nagle usłyszała, że okno w jej pokoju głośno stuknęło. Widocznie nie było ono domknięte. Podeszła więc i zamknęła je szczelnie. Potem wróciła do łóżka, ale okazało się wtedy, że w jej pokoju ktoś jest. Przy łóżku stał bowiem jakiś człowiek, którego twarz ukryta była w cieniu.
- Kim jesteś?! Jak śmiesz tu wchodzić?! - zawołała kobieta przerażona i oburzona jednocześnie.
Nieznajomy jednak nie przejął się jej krzykiem.
- Raul miał rację, kiedy mi o tobie opowiadał. A ja mu nie wierzyłem. Jednak nadal jesteś piękna. Piękna, a zarazem bardzo okrutna. Nic się nie zmieniłaś.
Tajemniczy przybysz zbliżył się do niej i hrabina ujrzała jego twarz, którą oświetlił cienki blask jej świecy, którą trzymała w ręce.
- Boże! - krzyknęła na jego widok i upuściła świeczkę - Andre! Andre Trechevile!
- Nie, moja kochana - odpowiedział spokojnie Trechevile, gdyż to był on - Andre Trechevile nie żyje. Zabiłaś go swoją zdradą wiele lat temu. Człowiek, którego widzisz teraz przed sobą jest zaledwie cieniem tego, kim był kiedyś. Odebrałaś mu miłość, wyrwałaś z piersi serce i bezlitośnie je podeptałaś swymi ślicznymi bucikami. W międzyczasie również uwiodłaś, a potem zamordowałaś mojego brata.
Paulina de Willer podbiegła do szuflady swego nocnego stolika, po czym wyciągnęła z niego pistolet. Andre Trechevile był jednak szybszy od niej. Podbiegł do hrabiny, wykręcił jej rękę i wyrwał broń.
- Nieładnie, moja kochana - powiedział kapitan muszkieterów, wciąż zachowując spokój - Wiesz, że nie lubię, kiedy kobiety bawią się bronią.
Hrabina spojrzała na niego z przerażeniem i zawołała:
- Czego ode mnie chcesz? Jesteś może duchem, który przyszedł mnie prześladować po swej tragicznej śmierci?
- Nie, nie jestem duchem, chociaż powinienem już dawno strzelić sobie w łeb - odpowiedział Trechevile siadając na jej łóżku - A ty bardzo dobrze wiesz, dlaczego.
Hrabina stała oparta o nocny stolik i patrzyła na niego z przerażeniem. Pierwszy raz od bardzo dawna czegoś się bała. Dotąd tylko drwiła sobie ze wszystkiego, co dla każdej innej osoby byłoby straszne. Drwiła sobie nawet z samego Boga. W tejże jednak chwili drżała na całym ciele z przerażenia.
- Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie? Wtedy na rynku miasta? Kiedy kat cię publicznie chłostał i zostawił ci małą pamiątkę na twojej ślicznej rączce - mówił Trechevile wyraźnie delektując się jej strachem.
Hrabina nie odpowiedziała i złapała się za ramię.
- Wiedziałem, że o tym pamiętasz - powiedział Trechevile uśmiechając się ironicznie - No cóż, wspomnienia tak szybko nie znikają, nieprawdaż? Zwłaszcza takie wspomnienia.
- Czego ode mnie chcesz, na Boga? - zapytała hrabina.
- Na Boga? - zapytał kapitan złośliwym tonem - Jakże dziwne brzmią te słowa w twoich ustach, pani. Powinnaś raczej powiedzieć: na demona! Albo też powołać się na coś innego, równie diabelskiego. Może np. na Lucyfera lub na Belzebuba?
- Więc na Belzebuba i wszystkie inne diabły, czego ode mnie chcesz?! - zapytała wyraźnie rozdrażniona kobieta.
- O, to już lepiej - zaśmiał się okrutnie Trechevile - No cóż... Muszę powiedzieć pani, że z waszych planów nic nie wyszło.
- Co to znaczy? - zapytała zdumiona Paulina de Willer.
- To, że ten wasz tak starannie opracowany plan wywołania wojny Francji z Hiszpanią się nie powiódł - powiedział Trechevile zbliżając się do niej powoli i groźnie zarazem - Tak, moja pani. Tak. Plan był w istocie genialny. Wywołać wojnę, a podczas niej przeprowadzić przewrót pałacowy i dzięki niemu przejąć władzę. Piękny plan. Niestety, miał on jedną maleńką wadę. Otóż nie przewidzieli państwo, że my, królewscy muszkieterowie przeszkodzimy wam w tym.
Hrabina de Willer spojrzała na niego przerażona. Wydawało się jej, że się przesłyszała.
- O nie, moja pani! Nie przesłyszałaś się, pani. Bardzo dobrze pani słyszy. Dokument, który skradliście państwo z królewskiego archiwum, został zniszczony. Jego kopia również. Nie ma już żadnych pretekstów do wybuchu wojny. Przykro mi, ale obawiam się, że w najbliższych dniach będzie panował we Francji pokój, a Jego Królewska Mość Ludwik XV pozostanie na tronie. Pana ministra z całą pewnością to nie zachwyci, lecz cóż... Trudno dogodzić wszystkim. Poza tym to nie interesy pana ministra są dla mnie ważne, ale dobro naszej ukochanej Francji. I ja tego dobra strzegę, tak jak zresztą każdy porządny Francuz.
Hrabina patrzyła na niego nadal przerażona.
- Kim ty właściwie jesteś, Andre? - zapytała - Karą boską, która mnie będzie prześladować do końca moich dni? Nemezis?
- Możliwe - powiedział Trechevile z mściwym uśmiechem - Możliwe, że jestem twoim Nemezis. Ale jeśli nim jestem, jak to sugerujesz, to wiedz jedno. Nie pozwolę, byś jeszcze komukolwiek zniszczyła życie.
- Nikomu nie zniszczyłam życia.
- Czyżby? A ja? A mój brat? A ci dwaj nieszczęśnicy, który pozabijali się w pojedynku o ciebie?
- Nikt im nie kazał się o mnie bić.
- Możliwe. Ale ja znam cię, moja pani. I wiem, do czego jesteś zdolna. Dla własnych korzyści potrafisz zabić niewinną osobę, która nigdy ci nic złego nie zrobiła. Ale ja nie mam zamiaru na to dłużej pozwalać, moja pani. O, nie. Te czasy, kiedy mogłaś robić z mężczyznami co chciałaś, skończyły się. Twe sztuczki oszukały wielu, w tym i mnie, ale nie oszukają już innych. Z wiekiem przybywa ci lat. Coraz więcej lat, moja pani. Od dawna nie masz już dwudziestu wiosen i coraz trudniejsze staje się dla ciebie oszukiwanie mężczyzn urodą, której resztki ci jeszcze pozostały.
Hrabina patrzyła na niego z niechęcią.
- Tak, moja pani. To prawda. Nie ukryjesz tego przed makijażem oraz grubą warstwą pudru - mówił dalej Trechevile zbliżając się do niej - Taka jest prawda i musisz się z nią pogodzić. Nie umkniesz przed czasem. On w końcu cię dopadnie, a wówczas staniesz się tak stara, że śmierć się wreszcie o ciebie upomni. A wtedy wrócisz do piekła, diablico! Tak, właśnie do piekła, czyli do miejsca, z którego najwyraźniej nigdy nie powinnaś była wychodzić. Tam jest twoje miejsce, demonie przeklęty. Wracaj do piekła, po co masz dręczyć ludzi? Na cóż ci to? A może tak bardzo lubisz pastwić się nad innymi?
Hrabina patrzyła na niego z nienawiścią, jednak nic nie mówiła. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć.
- Milczysz? Nie wiesz, co mi odpowiedzieć? - zapytał kapitan bardzo ironicznie - Wiesz, że za to, co zrobiłaś mnie i moim bliskim, a także innym ludziom, powinienem cię udusić gołymi rękami i nikt by mnie za to nie potępił?
Paulina de Willer spojrzała na niego przerażona.
- Potrafiłbyś zabić kobietę, Andre? - zapytała.
- O nie, Paulino! O nie! Droga Paulino, skoro wróciliśmy do imion, wierz mi lub nie, ale kobiety bym nie skrzywdził. Szkopuł wszakże w tym, że ty już dawno przestałaś być kobietą, a stałaś się demonem. Masz już tylko kobiecą postać, ale prócz tego nic w tobie już pozostało z człowieka. Stałaś się demonem gubiącym ludzi. Usunięcie takiej istoty jak ty, będzie dla świata przysługą. Nie uważasz?
Hrabina spojrzała na niego ze strachem. On nie blefował. Wiedziała, że Trechevile jest gotowy zrobić to, co zapowiadała. Znała go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, czego można się po nim spodziewać. Jednak mimo wszystko próbowała jakoś zyskać na czasie.
- Nie zrobisz tego - powiedziała ze strachem kobieta.
- O! A to niby dlaczego? - zdziwił się Trechevile.
- Ponieważ mnie kochasz, Andre. Nadal mnie kochasz.
Właściwie sama nie wierzyła w to, co mówi, ale tak powiedziała. Miała nadzieję, że w ten sposób odwiedzie go to od zbrodni.
Słysząc jej słowa Trechevile złapał ją mocno za ramiona.
- Tak, masz rację, Paulino. Masz rację, kocham cię. Kocham, a zarazem nienawidzę. Nienawidzę cię za wszystko, co zrobiłaś mnie i mojemu bratu. Ale wybaczam ci to. Wybaczam ci. Przebaczam też, że mnie oszukałaś, zdradziłaś, że obiecałaś mi swą rękę, a wyszłaś za mego brata. Przebaczam ci również to, że chciałaś nas pozbawić majątku. Ale tego, co zrobiłaś później i co chciałaś zrobić naszej ojczyźnie, dalibóg, nie przebaczę.
Paulina de Willer chciała się wyrwać z jego objęć, ale okazało się to niemożliwe.
- Jesteś dla mnie jak wino, Paulino - mówił dalej Andre Trechevile - Wciągasz mnie i uzależniasz od siebie! Sprawiasz, że szaleję! Przez ciebie staję się chory, tracę zmysły. Ale nadal nie umiem przestać cię kochać. Nie potrafię. Nie umiałbym przy tobie żyć, ale życie bez ciebie też jest dla mnie udręką. Dlaczego w ogóle pojawiłaś się w moim życiu? Musiałaś się w nim zjawić? Żyłbym sobie w spokoju bez najmniejszych problemów. Byłbym do dziś wicehrabią i zapewne niańczyłbym dzieci mojego brata. A tak co? Kim ja jestem? Wrakiem tego, kim byłem kiedyś. Zaledwie cieniem hrabiego Andre Trechevile’a. Tak, zaledwie wrakiem. I to przez kogo? Przez ciebie! Nienawidzę cię, ale i kocham. Tak, mieszasz mi w głowie, a ja pozwalam ci na to. Pozwalam, bo cię kocham. Bo wciąż cię kocham.
To mówiąc Trechevile objął ją mocno i pocałował w usta.
Paulina, wbrew swojej woli, całowała mężczyznę bardzo namiętnie, jednocześnie sięgając po pistolet, który kapitan zostawił na nocnym stoliku. Chwyciła go i chciała nim uderzyć swego napastnika w głowę. Trechevile jednak był ostrożny i w ostatniej chwili złapał ją za rękę, wykręcił ją, zabrał pistolet, po czym zatknął go za pas.
- Mówiłem ci już, że bardzo nie lubię, jak kobiety bawią się bronią - powiedział z kpiną w głosie - Nie rób tego nigdy więcej.
To mówiąc podszedł do okna i otworzył je.
- Wiem, co planujecie i dam ci dobrą radę. Nie pomagaj już więcej Colgenowi. Jeśli nadal mu będziesz pomagać, zginiesz - mówił Trechevile, przekładając jedną nogę za okno - Pamiętaj, że jeśli będę chciał cię dopaść, to wiem, gdzie jesteś. To będzie prostsze niż myślisz. Wystarczy tylko wejść tu w nocy i udusić cię we śnie. Wiesz, że nie zawaham się tego zrobić. Wiesz o tym. Lepiej zatem przyjmij moją radę, a wyjdziesz z tego cało. Przemyśl to sobie i odejdź od Colgena. Okaż skruchę, zrób coś dobrego dla tego świata, a Bóg ci przebaczy. Nie walcz jednak więcej przeciwko mnie i naszej ojczyźnie, bo inaczej gorzko tego pożałujesz.
- Pożałuję? - zakpiła sobie Paulina de Willer - A jeśli okażę skruchę, to otrzymam wybaczenie?
- Jeśli skrucha będzie szczera, to Bóg okaże ci miłosierdzie.
- A ty mi je okażesz?
- Już ci je okazałem. Mógłbym cię teraz udusić, ale wolę ci dać jeszcze jedną szansę. Nie zmarnuj ją, bo inaczej drugi raz nie będę wobec ciebie taki miłosierny.
- Poważnie? Nie będziesz miłosierny? Ty, który sam powołujesz się na Boskie miłosierdzie?
- Owszem. Bo widzisz... Ja nie jestem Bogiem. Ja nie muszę wiecznie wybaczać całemu światu jego zbrodnie..
- Dziwne słowa jak na kogoś, kto wierzy w Boga. Twój Bóg pozwala ci wybaczać moje zbrodnie, a jednocześnie mi ubliżać?
- Mój Bóg? To ty w Niego nie wierzysz?
- Wierzę tylko w to, w co warto mi wierzyć. A więc nie! Nie wierzę w Boga, Andre!
Trechevile westchnął głęboko i powiedział:
- Módl się zatem do szatana lub do czego innego, w co wierzysz, aby jednak Bóg istniał. Bo widzisz... On jest nieskończenie miłosierny. Ja nie jestem i nigdy nie byłem.
- Doprawdy? Wierzący chrześcijanin i słowa tak pełne nienawiści? To dość dziwne połączenie.
Kapitan muszkieterów parsknął śmiechem.
- Możliwe, ale ja nie jestem Bogiem, tylko człowiekiem. Ja nie muszę być wiecznie miłosierny, gdyż obejmują mnie ograniczenia typowe dla ludzkiej rasy. Nie jestem i nigdy nie będę istotą doskonałą, zapamiętaj to sobie. A teraz żegnaj.
Trechevile miał już wyjść, gdy nagle usłyszał, jak Paulina de Willer wysyczała wściekle przez zęby:
- Zobaczymy się w piekle, Andre!
Muszkieter wyjął zza pasa pistolet i wymierzył w kobietę, którą bardzo przeraziło jego zachowanie.
- Dla ciebie lepiej by było, żebyśmy nigdy się tam nie spotkali.
To mówiąc mężczyzna wyskoczył przez okno i zniknął w mroku nocy.
Paulina de Willer stała jeszcze przez chwilę przerażona oraz ogłupiała. Instynktownie zamknęła okno za dawnym kochankiem. Następnie podeszła do łóżka i upadła na nie wstrząśnięta tym wszystkim, co ją przed chwilą spotkało.
Hrabina wiedziała oczywiście, że Luiza kocha się w młodym baronie de Morce, ale nie mogła zrozumieć, czemu dziewczyna woli jego od de Bernice’a? Przecież hrabia był o wiele przystojniejszy, prócz tego cieszył się przychylnością przyszłego monarchy, podczas gdy młody pan baron niedługo może popaść w niełaskę, gdy zmieni się osoba zasiadająca na tronie. Czyżby Luiza wolała miłość przyszłego skazańca zamiast człowieka cieszącego się łaskami przyszłego monarchy? Pewnie tak, tylko dlaczego? No cóż, możliwe, że hrabina nigdy nie zrozumie młodych ludzi.
Paulina de Willer weszła do swojego pokoju i usiadła na łóżku. Dzień był dla niej nieco męczący, ale na szczęście już dobiegł on końca i można było wreszcie ułożyć się do snu. Kobieta więc z pomocą służącej zdjęła z siebie suknię oraz bieliznę, przywdziała nocną koszulę, po czym odesłała dziewczynę i została sama. Już miała się położyć spać, gdy nagle usłyszała, że okno w jej pokoju głośno stuknęło. Widocznie nie było ono domknięte. Podeszła więc i zamknęła je szczelnie. Potem wróciła do łóżka, ale okazało się wtedy, że w jej pokoju ktoś jest. Przy łóżku stał bowiem jakiś człowiek, którego twarz ukryta była w cieniu.
- Kim jesteś?! Jak śmiesz tu wchodzić?! - zawołała kobieta przerażona i oburzona jednocześnie.
Nieznajomy jednak nie przejął się jej krzykiem.
- Raul miał rację, kiedy mi o tobie opowiadał. A ja mu nie wierzyłem. Jednak nadal jesteś piękna. Piękna, a zarazem bardzo okrutna. Nic się nie zmieniłaś.
Tajemniczy przybysz zbliżył się do niej i hrabina ujrzała jego twarz, którą oświetlił cienki blask jej świecy, którą trzymała w ręce.
- Boże! - krzyknęła na jego widok i upuściła świeczkę - Andre! Andre Trechevile!
- Nie, moja kochana - odpowiedział spokojnie Trechevile, gdyż to był on - Andre Trechevile nie żyje. Zabiłaś go swoją zdradą wiele lat temu. Człowiek, którego widzisz teraz przed sobą jest zaledwie cieniem tego, kim był kiedyś. Odebrałaś mu miłość, wyrwałaś z piersi serce i bezlitośnie je podeptałaś swymi ślicznymi bucikami. W międzyczasie również uwiodłaś, a potem zamordowałaś mojego brata.
Paulina de Willer podbiegła do szuflady swego nocnego stolika, po czym wyciągnęła z niego pistolet. Andre Trechevile był jednak szybszy od niej. Podbiegł do hrabiny, wykręcił jej rękę i wyrwał broń.
- Nieładnie, moja kochana - powiedział kapitan muszkieterów, wciąż zachowując spokój - Wiesz, że nie lubię, kiedy kobiety bawią się bronią.
Hrabina spojrzała na niego z przerażeniem i zawołała:
- Czego ode mnie chcesz? Jesteś może duchem, który przyszedł mnie prześladować po swej tragicznej śmierci?
- Nie, nie jestem duchem, chociaż powinienem już dawno strzelić sobie w łeb - odpowiedział Trechevile siadając na jej łóżku - A ty bardzo dobrze wiesz, dlaczego.
Hrabina stała oparta o nocny stolik i patrzyła na niego z przerażeniem. Pierwszy raz od bardzo dawna czegoś się bała. Dotąd tylko drwiła sobie ze wszystkiego, co dla każdej innej osoby byłoby straszne. Drwiła sobie nawet z samego Boga. W tejże jednak chwili drżała na całym ciele z przerażenia.
- Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie? Wtedy na rynku miasta? Kiedy kat cię publicznie chłostał i zostawił ci małą pamiątkę na twojej ślicznej rączce - mówił Trechevile wyraźnie delektując się jej strachem.
Hrabina nie odpowiedziała i złapała się za ramię.
- Wiedziałem, że o tym pamiętasz - powiedział Trechevile uśmiechając się ironicznie - No cóż, wspomnienia tak szybko nie znikają, nieprawdaż? Zwłaszcza takie wspomnienia.
- Czego ode mnie chcesz, na Boga? - zapytała hrabina.
- Na Boga? - zapytał kapitan złośliwym tonem - Jakże dziwne brzmią te słowa w twoich ustach, pani. Powinnaś raczej powiedzieć: na demona! Albo też powołać się na coś innego, równie diabelskiego. Może np. na Lucyfera lub na Belzebuba?
- Więc na Belzebuba i wszystkie inne diabły, czego ode mnie chcesz?! - zapytała wyraźnie rozdrażniona kobieta.
- O, to już lepiej - zaśmiał się okrutnie Trechevile - No cóż... Muszę powiedzieć pani, że z waszych planów nic nie wyszło.
- Co to znaczy? - zapytała zdumiona Paulina de Willer.
- To, że ten wasz tak starannie opracowany plan wywołania wojny Francji z Hiszpanią się nie powiódł - powiedział Trechevile zbliżając się do niej powoli i groźnie zarazem - Tak, moja pani. Tak. Plan był w istocie genialny. Wywołać wojnę, a podczas niej przeprowadzić przewrót pałacowy i dzięki niemu przejąć władzę. Piękny plan. Niestety, miał on jedną maleńką wadę. Otóż nie przewidzieli państwo, że my, królewscy muszkieterowie przeszkodzimy wam w tym.
Hrabina de Willer spojrzała na niego przerażona. Wydawało się jej, że się przesłyszała.
- O nie, moja pani! Nie przesłyszałaś się, pani. Bardzo dobrze pani słyszy. Dokument, który skradliście państwo z królewskiego archiwum, został zniszczony. Jego kopia również. Nie ma już żadnych pretekstów do wybuchu wojny. Przykro mi, ale obawiam się, że w najbliższych dniach będzie panował we Francji pokój, a Jego Królewska Mość Ludwik XV pozostanie na tronie. Pana ministra z całą pewnością to nie zachwyci, lecz cóż... Trudno dogodzić wszystkim. Poza tym to nie interesy pana ministra są dla mnie ważne, ale dobro naszej ukochanej Francji. I ja tego dobra strzegę, tak jak zresztą każdy porządny Francuz.
Hrabina patrzyła na niego nadal przerażona.
- Kim ty właściwie jesteś, Andre? - zapytała - Karą boską, która mnie będzie prześladować do końca moich dni? Nemezis?
- Możliwe - powiedział Trechevile z mściwym uśmiechem - Możliwe, że jestem twoim Nemezis. Ale jeśli nim jestem, jak to sugerujesz, to wiedz jedno. Nie pozwolę, byś jeszcze komukolwiek zniszczyła życie.
- Nikomu nie zniszczyłam życia.
- Czyżby? A ja? A mój brat? A ci dwaj nieszczęśnicy, który pozabijali się w pojedynku o ciebie?
- Nikt im nie kazał się o mnie bić.
- Możliwe. Ale ja znam cię, moja pani. I wiem, do czego jesteś zdolna. Dla własnych korzyści potrafisz zabić niewinną osobę, która nigdy ci nic złego nie zrobiła. Ale ja nie mam zamiaru na to dłużej pozwalać, moja pani. O, nie. Te czasy, kiedy mogłaś robić z mężczyznami co chciałaś, skończyły się. Twe sztuczki oszukały wielu, w tym i mnie, ale nie oszukają już innych. Z wiekiem przybywa ci lat. Coraz więcej lat, moja pani. Od dawna nie masz już dwudziestu wiosen i coraz trudniejsze staje się dla ciebie oszukiwanie mężczyzn urodą, której resztki ci jeszcze pozostały.
Hrabina patrzyła na niego z niechęcią.
- Tak, moja pani. To prawda. Nie ukryjesz tego przed makijażem oraz grubą warstwą pudru - mówił dalej Trechevile zbliżając się do niej - Taka jest prawda i musisz się z nią pogodzić. Nie umkniesz przed czasem. On w końcu cię dopadnie, a wówczas staniesz się tak stara, że śmierć się wreszcie o ciebie upomni. A wtedy wrócisz do piekła, diablico! Tak, właśnie do piekła, czyli do miejsca, z którego najwyraźniej nigdy nie powinnaś była wychodzić. Tam jest twoje miejsce, demonie przeklęty. Wracaj do piekła, po co masz dręczyć ludzi? Na cóż ci to? A może tak bardzo lubisz pastwić się nad innymi?
Hrabina patrzyła na niego z nienawiścią, jednak nic nie mówiła. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć.
- Milczysz? Nie wiesz, co mi odpowiedzieć? - zapytał kapitan bardzo ironicznie - Wiesz, że za to, co zrobiłaś mnie i moim bliskim, a także innym ludziom, powinienem cię udusić gołymi rękami i nikt by mnie za to nie potępił?
Paulina de Willer spojrzała na niego przerażona.
- Potrafiłbyś zabić kobietę, Andre? - zapytała.
- O nie, Paulino! O nie! Droga Paulino, skoro wróciliśmy do imion, wierz mi lub nie, ale kobiety bym nie skrzywdził. Szkopuł wszakże w tym, że ty już dawno przestałaś być kobietą, a stałaś się demonem. Masz już tylko kobiecą postać, ale prócz tego nic w tobie już pozostało z człowieka. Stałaś się demonem gubiącym ludzi. Usunięcie takiej istoty jak ty, będzie dla świata przysługą. Nie uważasz?
Hrabina spojrzała na niego ze strachem. On nie blefował. Wiedziała, że Trechevile jest gotowy zrobić to, co zapowiadała. Znała go na tyle dobrze, żeby wiedzieć, czego można się po nim spodziewać. Jednak mimo wszystko próbowała jakoś zyskać na czasie.
- Nie zrobisz tego - powiedziała ze strachem kobieta.
- O! A to niby dlaczego? - zdziwił się Trechevile.
- Ponieważ mnie kochasz, Andre. Nadal mnie kochasz.
Właściwie sama nie wierzyła w to, co mówi, ale tak powiedziała. Miała nadzieję, że w ten sposób odwiedzie go to od zbrodni.
Słysząc jej słowa Trechevile złapał ją mocno za ramiona.
- Tak, masz rację, Paulino. Masz rację, kocham cię. Kocham, a zarazem nienawidzę. Nienawidzę cię za wszystko, co zrobiłaś mnie i mojemu bratu. Ale wybaczam ci to. Wybaczam ci. Przebaczam też, że mnie oszukałaś, zdradziłaś, że obiecałaś mi swą rękę, a wyszłaś za mego brata. Przebaczam ci również to, że chciałaś nas pozbawić majątku. Ale tego, co zrobiłaś później i co chciałaś zrobić naszej ojczyźnie, dalibóg, nie przebaczę.
Paulina de Willer chciała się wyrwać z jego objęć, ale okazało się to niemożliwe.
- Jesteś dla mnie jak wino, Paulino - mówił dalej Andre Trechevile - Wciągasz mnie i uzależniasz od siebie! Sprawiasz, że szaleję! Przez ciebie staję się chory, tracę zmysły. Ale nadal nie umiem przestać cię kochać. Nie potrafię. Nie umiałbym przy tobie żyć, ale życie bez ciebie też jest dla mnie udręką. Dlaczego w ogóle pojawiłaś się w moim życiu? Musiałaś się w nim zjawić? Żyłbym sobie w spokoju bez najmniejszych problemów. Byłbym do dziś wicehrabią i zapewne niańczyłbym dzieci mojego brata. A tak co? Kim ja jestem? Wrakiem tego, kim byłem kiedyś. Zaledwie cieniem hrabiego Andre Trechevile’a. Tak, zaledwie wrakiem. I to przez kogo? Przez ciebie! Nienawidzę cię, ale i kocham. Tak, mieszasz mi w głowie, a ja pozwalam ci na to. Pozwalam, bo cię kocham. Bo wciąż cię kocham.
To mówiąc Trechevile objął ją mocno i pocałował w usta.
Paulina, wbrew swojej woli, całowała mężczyznę bardzo namiętnie, jednocześnie sięgając po pistolet, który kapitan zostawił na nocnym stoliku. Chwyciła go i chciała nim uderzyć swego napastnika w głowę. Trechevile jednak był ostrożny i w ostatniej chwili złapał ją za rękę, wykręcił ją, zabrał pistolet, po czym zatknął go za pas.
- Mówiłem ci już, że bardzo nie lubię, jak kobiety bawią się bronią - powiedział z kpiną w głosie - Nie rób tego nigdy więcej.
To mówiąc podszedł do okna i otworzył je.
- Wiem, co planujecie i dam ci dobrą radę. Nie pomagaj już więcej Colgenowi. Jeśli nadal mu będziesz pomagać, zginiesz - mówił Trechevile, przekładając jedną nogę za okno - Pamiętaj, że jeśli będę chciał cię dopaść, to wiem, gdzie jesteś. To będzie prostsze niż myślisz. Wystarczy tylko wejść tu w nocy i udusić cię we śnie. Wiesz, że nie zawaham się tego zrobić. Wiesz o tym. Lepiej zatem przyjmij moją radę, a wyjdziesz z tego cało. Przemyśl to sobie i odejdź od Colgena. Okaż skruchę, zrób coś dobrego dla tego świata, a Bóg ci przebaczy. Nie walcz jednak więcej przeciwko mnie i naszej ojczyźnie, bo inaczej gorzko tego pożałujesz.
- Pożałuję? - zakpiła sobie Paulina de Willer - A jeśli okażę skruchę, to otrzymam wybaczenie?
- Jeśli skrucha będzie szczera, to Bóg okaże ci miłosierdzie.
- A ty mi je okażesz?
- Już ci je okazałem. Mógłbym cię teraz udusić, ale wolę ci dać jeszcze jedną szansę. Nie zmarnuj ją, bo inaczej drugi raz nie będę wobec ciebie taki miłosierny.
- Poważnie? Nie będziesz miłosierny? Ty, który sam powołujesz się na Boskie miłosierdzie?
- Owszem. Bo widzisz... Ja nie jestem Bogiem. Ja nie muszę wiecznie wybaczać całemu światu jego zbrodnie..
- Dziwne słowa jak na kogoś, kto wierzy w Boga. Twój Bóg pozwala ci wybaczać moje zbrodnie, a jednocześnie mi ubliżać?
- Mój Bóg? To ty w Niego nie wierzysz?
- Wierzę tylko w to, w co warto mi wierzyć. A więc nie! Nie wierzę w Boga, Andre!
Trechevile westchnął głęboko i powiedział:
- Módl się zatem do szatana lub do czego innego, w co wierzysz, aby jednak Bóg istniał. Bo widzisz... On jest nieskończenie miłosierny. Ja nie jestem i nigdy nie byłem.
- Doprawdy? Wierzący chrześcijanin i słowa tak pełne nienawiści? To dość dziwne połączenie.
Kapitan muszkieterów parsknął śmiechem.
- Możliwe, ale ja nie jestem Bogiem, tylko człowiekiem. Ja nie muszę być wiecznie miłosierny, gdyż obejmują mnie ograniczenia typowe dla ludzkiej rasy. Nie jestem i nigdy nie będę istotą doskonałą, zapamiętaj to sobie. A teraz żegnaj.
Trechevile miał już wyjść, gdy nagle usłyszał, jak Paulina de Willer wysyczała wściekle przez zęby:
- Zobaczymy się w piekle, Andre!
Muszkieter wyjął zza pasa pistolet i wymierzył w kobietę, którą bardzo przeraziło jego zachowanie.
- Dla ciebie lepiej by było, żebyśmy nigdy się tam nie spotkali.
To mówiąc mężczyzna wyskoczył przez okno i zniknął w mroku nocy.
Paulina de Willer stała jeszcze przez chwilę przerażona oraz ogłupiała. Instynktownie zamknęła okno za dawnym kochankiem. Następnie podeszła do łóżka i upadła na nie wstrząśnięta tym wszystkim, co ją przed chwilą spotkało.
Colgen okazał się być nad wyraz pewny siebie, skoro snuł już plany na przyszłość, będąc przekonany, że władza nad państwem przejdzie w jego ręce, a tymczasem okazało się, że sprytni muszkieterowie pokrzyżowali wszystkie jego plany, przez co nie uda mu się przeprowadzić planowanego zamachu stanu w celu przejęcia władzy w państwie. Zastanawia mnie tylko to, dlaczego de Bernice tak bardzo pragnie śmierci Francoisa i jak Andre może nadal darzyć Paulinę jakimkolwiek pozytywnym uczuciem, po tym wszystkim, co uczyniła. W ogóle nie powinien dawać jej szansy, ale wciąż łudzi się, że ona w końcu się opamięta i zrozumie swoje czyny, mimo że uważa ją za potwora, pozbawionego wszelkich ludzkich odczuć i odruchów. Czyżby to za jego wstawiennictwem uniknęła przed laty egzekucji, mimo że z zimną krwią zamordowała jego brata?
OdpowiedzUsuń