środa, 7 lutego 2018

Rozdział 15

Rozdział XV

Hrabia de Bernice przekonuje się na własnej skórze, że klasztor nie zmiękczył panny Luizy

Klasztor Saint Denis leżał na terenach należących do ministra Colgena i był przez niego co roku sowicie obdarowywany, dlatego też mieszkające tam mniszki chętnie spełniały rozmaite prośby swego darczyńcy. Poza tym należy gwoli ścisłości przyznać, że odkąd ten klasztor wziął pod swoją protekcję minister Colgen, to stał się on bardziej więzieniem niż miejscem do spokojnego modlenia się. Jego Wielmożność pan minister zsyłał tutaj nieraz kobiety przestępczynie, które miały w tym oto klasztorze odbywać pokutę za swoje przewinienia. Oczywiście ich życie za murami Saint Denis bynajmniej do lekkich nie należało. W ciągu wielu lat protekcji szczodrego pana ministra mniszki zdążyły zapomnieć większość swoich pacierzy, za to doskonale zapoznały się z techniką niezwykle precyzyjnego zadawania bólu ofiarom tzw. sprawiedliwości, co w połączeniu z fanatyzmem tutejszych sióstr zakonnych bynajmniej nie gwarantowało niczego dobrego temu, kto tutaj trafił na pokutę.
Reguła tego klasztoru była niezwykle surowa i rygorystyczna, także nie było od niej żadnych wyjątków. Codziennie o czwartej rano pobudka i msza w pobliskiej kaplicy. Potem godzina medytacji i następna msza o szóstej rano. Po niej skromne śniadanie i kolejna msza zwana tercją. Potem był czas na czytanie Żywotów Świętych oraz na medytacje. Niektóre siostry poddawano biczowaniu, innym Matka Przełożona polecała nosić przez jakiś czas włosiennicę, od noszenia której większość klasztorów już odstąpiła. Potem, po krótkiej modlitwie podawano jakże skromny obiad, następnie przystępowano do kolejnych modlitw trwających aż do kolacji. Po niej jeszcze wieczorna msza i można było położyć się spać w swojej celi - nie musimy chyba wspominać, że bardzo skromnie umeblowanej. Znajdowało się w niej jedynie proste, surowe łóżko, nie zapewniające wygodnego snu oraz stolik, z kilkoma nabożnymi książkami. Jednym słowem prawdziwy raj na ziemi dla fanatyków religijnych. Z kolei ludzie spokojni, jak również ci o umiarkowanych poglądach (pokroju panny Luizy) czuli się w tym miejscu jak dantejskim w piekle, także swobodnie można by napisać na bramie klasztoru „Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją”. Doskonale oddawały one nastrój panujący w tym miejscu.

***

Przyjazd Luizy do klasztoru wyglądał następująco:
Hrabia de Bernice z oddziałem szesnastu gwardzistów pana ministra oraz karetą, którą jechały hrabina de Willer i skrępowana Luiza podjechał przed bramę główną klasztoru Saint Denis. De Bernice osobiście zastukał do furty. W bramie otworzyła się wówczas mała szczelina, w której ukazała się kobieca, surowa twarz.
- A kogóż to Bóg prowadzi? - zapytała głosem, który bynajmniej nie dowodził radości z jej strony.
- Hrabia Filip de Bernice z poleceniem od Jaśnie Wielmożnego pana ministra Colgena.
Mniszka przyjrzała mu się uważnie, a po chwili na jej twarzy zagościł jadowity uśmiech.
- Ach to pan, panie hrabio! Wybacz mi, że nie poznałam cię od razu. Czyżbyś przywoził do naszego przybytku kolejną zbłąkaną duszyczkę, która wymaga pokuty?
- Nie inaczej, wielebna siostro. Nie inaczej - odpowiedział zapytany, uśmiechając się przy tym podle - I to nie byle jaką duszyczkę, ale samą córkę naszego wspólnego dobroczyńcy.
- Pannę Colgen? - zdziwiła się mniszka - A czymże to biedactwo naraziło się naszemu wielkiemu dobroczyńcy, że ten każe ją tutaj zesłać?
Ton jej głosu zaprzeczał kategorycznie słowom, które wypowiedziała dając wyraźnie do zrozumienia, że ani trochę nie jest jej żal swojej przyszłej ofiary, którą weźmie pod swoje jakże opiekuńcze skrzydła.
- To już nie twój interes. Mam w tej sprawie list od wielmożnego pana ministra do samej Matki Przełożonej.
To mówiąc hrabia wyjął z rękawicy ukryty list i podał go mniszce wsuwając powoli w szczelinę. Mniszka pochwyciła chciwie pismo, po czym zamknęła szczelinę i kazała otworzyć bramę. Polecenie szybko zostało wykonane, także już po chwili hrabia ze swoim oddziałem oraz kareta z dwiema kobietami wjechali na dziedziniec klasztoru. Kiedy to się stało jeden z gwardzistów zeskoczywszy z konia otworzył drzwi karety oraz podał uprzejmie dłoń hrabinie de Willer. Hrabina dłoń przyjęła i wysiadła, po czym nakazała wysiąść Luizie. Dziewczyna z dumnie podniesioną głową wysiadła stając potem przed nią.
Kilka mniszek zbliżyło się do hrabiny i jej więźniarki.
- Pani hrabino... Zaszczyt to dla nas niemały, że możemy cię ponownie gościć w naszych progach. I pana hrabiego również - powiedziała mniszka furtianka (czyli ta sama, z którą hrabia rozmawiał w bramie).
- A dla nas wszystkich zaszczytem jest ponownie skorzystać z gościny szlachetnych mniszek klasztoru Saint Denis - odpowiedziała hrabina.
- Mam nadzieję, że siostrzyczki nie mają przeciwko temu, żeby nasi ludzie, których musieli wsiąść ze sobą dla własnego bezpieczeństwa, mogli zostać na terenie klasztoru do dnia jutrzejszego - dodał hrabia de Bernice.
- Gość w dom, Bóg w domu - odpowiedziała jedna z mniszek - Choć nasza reguła nie przewiduje przyjmowania mężczyzn w tym jakże świętym przybytku, to jednak sądzę, że dla naszego dobroczyńcy możemy uczynić ten jeden wyjątek.
- Lecz spać panowie będą na dziedzińcu. Nie wejdziecie panowie do środka klasztoru - dodała druga mniszka.
- To się rozumie samo przez się - rzekł de Bernice tonem takim, jakby w głowie się mu nie mieściło, aby miało być inaczej.
Następnie spojrzał na Luizę i nakazał mniszkom, żeby znalazły dla niej osobną celę. Przykazał również, że zgodnie z poleceniem pana ministra żadna osoba z zewnątrz nie może się z nią widywać poza hrabią de Bernice oraz hrabiną de Willer. Mniszki przytaknęły zgodnie głowami, po czym zabrały Luizę do jej nowej kwatery.
Gwardziści pana ministra rozlokowali się po całym dziedzińcu i uszykowali sobie miejsca do nocowania. Mniszki przyniosły im natychmiast coś do przekąszenia, zaś ci zachowywali się wobec nich niezwykle mile i uprzejmie. Wywołało to u sióstr zakonnych lekkie zdumienie. Ostatecznie nieraz przyszło im ugaszczać mniej lub bardziej podejrzanych ludzi pracujących dla ich wielkiego darczyńcy pana Colgena, to jednak ci nigdy nie byli specjalnie wobec nich uprzejmi. Tym razem jednak było inaczej. Jeśli wierzyć pogłoskom, to ci gwardziści ponoć byli dawnymi bandytami, mordercami, rabusiami i innymi przestępcami zwolnionymi z więzień czy galer. Dlatego też czego jak czego, ale miłego traktowania od nich mniszki się nie spodziewały, a tu taka niespodzianka. Może więc pogłoski, jakie o tych ludziach krążyły, są wyssane z palca? Tak, na pewno tak. Przestępcy bowiem, jak dzikie psy spuszczone ze smyczy, dobrocią i grzecznością na pewno nie grzeszą.
Nieszczęsne mniszki nie wiedziały jednak, że to tylko przysłowiowa cisza przed burzą. Niedługo miało się wydarzyć coś niezwykle dla nich przykrego.

***

Matką Przełożoną klasztoru Saint Denis była kobieta w niezwykle podeszłym wieku i wyglądzie co najmniej antypatycznym. Każdy, kto na nią spojrzał, nie mógł mieć najmniejszych nawet wątpliwości, że ma on do czynienia z osobą pozbawioną serca oraz jakichkolwiek wyższych uczuć i nawet najodważniejszy człowiek mógłby poczuć dreszcz przerażenia na widok kogoś takiego.
Jednakże hrabina de Willer oraz hrabia de Bernice, stojący przed nią w osobistej celi Matki Przełożonej, nie czuli wcale lęku. Wręcz przeciwnie. Czuli się przy niej tak samo, jak wilk który wyczuje basiora z tego samego stada. Inaczej mówiąc, trafił swój na swego.
Matka Przełożona odczytała list od ministra Colgena, który wręczyła jej furtianka, po czym poprosiła do siebie na rozmowę de Bernice’a oraz hrabinę.
- Zapoznałam się już z treścią listu od Wielmożnego Pana Ministra i muszę powiedzieć, że jestem pełna oburzenia wobec zachowania jego córki – powiedziała Matka Przełożona - Nie mogę w to uwierzyć, że za tyle dobrodziejstw jej wyświadczonych ta dziewczyna jeszcze ośmiela się przeciwstawiać decyzji swego rodziciela i łamać tym samym prawo Boskie nakazujące dzieciom posłuszeństwo wobec ojców bądź matek. Dlatego też ta grzesznica zostanie potraktowana z całą surowością, na jaką nas tylko stać. Mogę was o tym zapewnić, moi państwo.
De Bernice popatrzył na starą zakonnicę uważnie.
- Właśnie w tym sęk, Wielebna Matko - powiedział - Wielmożny Pan Minister nalega, żeby jego córka nie została poddana klasztornym regułom. Zabrania kategorycznie chłostania jej oraz innych kar cielesnych.
Matkę Przełożoną te słowa mocno zdumiały.
- Zabrania stosowania wobec swojej córki kar cielesnych? Przecież asceza jest jedną z najważniejszych zasad tutaj panujących. Jakże można podlegać wszystkim regułom, a tej jednej nie?
Hrabia zrobił krok w jej kierunku.
- Pan minister spodziewa się, że jego córka zmieni zdanie i ustąpi, a co za tym idzie woli być wobec niej nieco łagodniejszy. Wiadomo bowiem, że uparte dusze, jeśli stosuje się wobec nich przemoc, często jeszcze bardziej zamykają się w sobie i stają się wrogami prawdy.
Matka Przełożona pokiwała głową na znak, że się z nim zgadza.
- Co prawda to prawda. Zdecydowanie jednak uważam, że klasztorna dyscyplina wywiałaby z głowy tej jakże rozkapryszonej pannicy wszelkie pomysły przeciwne planom jej ojca.
- Być może - odpowiedział de Bernice z wątpliwością w głosie - Lecz polecenia pana ministra Colgena są w tym kierunku jasno sprecyzowane i nie chcemy odstępować od nich, czyż nie tak?
Zakonnica uśmiechnęła się do niego jadowitym uśmiechem.
- Oczywiście - powiedziała udając potulność - Nie chcemy zrażać do siebie człowieka, który być może, jeśli Bóg pozwoli, zasiądzie niedługo na tronie Francji. Nieprawdaż?
- Prawda - rzekł hrabia uśmiechając się równie podle, co mniszka - Widzę, że doskonale się rozumiemy.
- Istotnie - odpowiedziała Matka Przełożona, po czym zwróciła się do Paulina de Willer - Pan minister pisał, pani hrabino, że pani będzie od czasu do czasu wizytować nasz klasztor i sprawdzać, czy panna Colgen zmieniła zdanie.
- Zaiste - powiedziała spokojnym tonem hrabina - Zostanę do jutra, a potem wyjadę. Wrócę ponownie za jakiś czas i dowiem się, jak postępują nasze sprawy. Zostałabym dłużej, lecz cóż... Wzywają mnie inne sprawy. Natury, że tak powiem, prywatnej.
- Dla Boga nie ma nic prywatnego, pani hrabino - odpowiedziała Matka Przełożona żegnając się znakiem krzyża - Wszystko jest dla niego jasne, wszystko oczywiste, albowiem On zawsze wszystko widzi i wszystko pojmuje.
- Być może - hrabina nie chciała się sprzeczać z fanatyczną mniszką - Jednak mam własne sprawy i zgodnie z wolą moją oraz pana ministra będzie tutaj na stałe rezydował hrabia de Bernice.
- Wolałabym jednak, żeby to pani rezydowała, a hrabia nas odwiedzał od czasu do czasu.
Hrabina popatrzyła na nią przenikliwym wzrokiem. Ta stara dewotka wyraźnie zaczyna się jej przeciwstawiać, ale ona już ją utemperuje. Miała w tym zakresie rozkazy z pierwszej ręki od samego ministra. Jeśli ta stara kwoka nie zgodzi się na jego osobiste polecenia, hrabina miała za zadanie przekonać ją do zmiany zdania i w razie czego przycisnąć. O tak! Już ona ją przyciśnie, jeśli będzie robić problemy.
- Nie wątpię, Wielebna Matko, żebyście wolały, aby właśnie tak było - odpowiedziała hrabina jadowitym tonem - Lecz takie jest polecenie pana ministra i moja osobista wola. Ponadto, co się tyczy owych gwardzistów na dziedzińcu zakonu...
Matka Przełożona podniosła rękę na znak, żeby hrabina zamilkła, co ta natychmiast uczyniła.
- Nie chcę o tym w ogóle słyszeć. Fakt, że dopuszczamy mężczyzn do naszego świętego przybytku sam w sobie jest już bluźnierstwem. Nie będę jeszcze o tym dyskutowała. Hrabia de Bernice powiedział moim mniszkom, że żołnierze jutro się stąd oddalą i liczę na to, że dotrzyma danego słowa.
- Ja swojego słowa dotrzymam - powiedział hrabia urażony, że ktoś ośmiela się podważać jego obietnice - Lecz jeśli się okażą oni niezbędni, to wówczas będą musiał...
Jego również Matka Przełożona uciszyła ruchem dłoni.
- Powiedziałam panu już, że nie chcę o tym rozmawiać. Wyjątków nie uznajemy. Ci ludzie mają stąd jutro zniknąć. Nie chcę ich jutro widzieć na terenie miejsca Bożego. Wyrażam się jasno?
- Aż nadto jasno, Wielebna Matko - warknęła na nią groźnie Paulina de Willer - Gwarantuję ci, że ich widok nie będzie cię dłużej dręczył. Jutro już na pewno nie będziesz musiała na nich patrzeć.
Matka Przełożona kiwnęła głową na znak zgody. Naturalnie nie miała pojęcia, że słowa hrabiny miały dwojakie znaczenie, o czym jednak miała się wkrótce przekonać.
- Doskonale. A zatem już postanowione - powiedziała - Panna Colgen zostanie pod naszymi skrzydłami tak długo, jak to tylko będzie konieczne. Zastosujemy wobec niej wszystkie sposoby łamania oporu, jakie tylko nasz zakon przewiduje. Wyłączając, zgodnie z wolą pana ministra, kary cielesne.
- I liczymy na to, że nie zabiorą ją siostry do komnat pod ziemią - dodał de Bernice poważnym tonem.
Pod ziemią klasztoru bowiem istniały sekretne komnaty do zadawania tortur. Mniszki brały tam w swoje ręce wiele podopiecznych płci obojga, których to powierzył im „pod opiekę” Wielmożny Pan Minister Colgen. Mniszki przy całym swoim fanatyzmie wyrobiły w swoich charakterach wyjątkową okrutność i brak jakiejkolwiek empatii czy współczucia. Dlatego doskonale nadawały się do wyrafinowanego zadawania tortur, jakie zlecał im ich dobroczyńca. Oczywiście wszystko to było prowadzone w sekrecie, co jednak nie przeszkodziło rodzeniu się plotek i pogłosek na temat tego, co się dzieje w klasztorze. O ile ludzie zaś mogli zakonnicom darować ascetyczny tryb życia, który uznawany był wtedy za coś nawet normalnego, to jednak nie mogli oni darować im torturowania oraz katowania w swoich tajemnych, podziemnych komnatach ludzi, nieraz ze skutkiem śmiertelnym. Oczywiście prawdy nigdy się nikomu nie udało dowieść, lecz dla pewności wszyscy ojcowie, matki, wujowie i ciotki, którzy chcieli dać swoje córki, bratanice, siostrzenice czy wychowanice do klasztoru, to z całą pewnością nie daliby ich do klasztoru Saint Denis. Zła sława tego miejsca sprawiała, że wszyscy omijali je szerokim łukiem. Jedynie tak podejrzane typy jak Colgen i jego podwładni czuli się tam całkiem dobrze.
- Spokojnie, panie hrabio - rzekła Matka Przełożona - Nie musicie się niepokoić. Panna Colgen nie zobaczy nigdy tego, co jest ukryte pod ziemią.
- Liczę na to, że żadnych podopiecznych tam już nie ma - dodała mrocznym tonem hrabina de Willer.
Matka Przełożona uśmiechnęła się swoim najpodlejszych uśmiechem, po czym pokiwała głową.
- Możecie być spokojni, moi państwo. Wszyscy nasi podopieczni już nigdy nie ujrzeli światła dziennego. A jeśli nawet je ujrzeli, to jako zupełnie inni ludzie, podlegli i posłuszni woli naszego wielkiego dobroczyńcy, pana Colgena. Bo tylko tacy mogli opuścić nasz święty przybytek. Pozostali zostali pochowani w sekretnym miejscu. Lecz maszyny do zadawania tortur cały czas są. Dbamy o to, żeby nie zardzewiały i nigdy nie straciły swojej mocy.
- To dobrze - rzekł de Bernice zakładając na głowę kapelusz - Pewnie wypróbowujecie je na niepokornych siostrach zakonnych?
- I owszem, panie hrabio. I owszem. Niektóre z nas za nic mają sobie święty obowiązek zachowywania czystości, jak również inne reguły. Cóż... Wobec takich osób nie możemy przecież okazywać litości. Chyba sam pan to rozumie.
- Powiedzmy, że rozumiem - rzekł sceptycznym tonem hrabia Filip de Bernice, po czym ruszył w kierunku wyjścia.
- A zatem wszystko już ustalone, Wielebna Matko - dodała Paulina de Willer - Liczę więc, że nasza mała panna Luiza szybko ulegnie naszym argumentom.
- I ja również na to liczę - odpowiedziała jej Matka Przełożona - Lecz gdyby jednak...
- Gdyby jednak co?
- Nic. Po prostu proszę powiedzieć panu ministrowi, że czekamy na dalsze instrukcje na wypadek, gdyby jednak ta dziewczyna okazała się być niepokorna o wiele dłużej niż on to przewidywał.
- Przekażę mu to, Wielebna Matko - hrabina de Willer lekko przed nią dygnęła - I w razie czego dostarczę kolejnych instrukcji na ten temat.
- Proszę pamiętać, że mówię to wszystko jedynie z życzliwości dla Wielmożnego Pana Ministra. Wszystko, co tutaj robimy, robimy wyłącznie kierowani dobrem jego i sprawy, którą ten człowiek reprezentuje.
- W rzeczy samej - niegodziwa kobieta uśmiechnęła się doń podle - Zapewniam, Wielebna Matko, że i moje pobudki są dokładnie takie same.
To mówiąc wyszła.

***

Następnego dnia, wbrew danej obietnicy, okazało się, że de Bernice oraz hrabina de Willer nie mają najmniejszego zamiaru zabierać z terenu klasztoru gwardzistów pana ministra. Bardzo oburzona tym wydarzeniem Matka Przełożona wezwała do siebie hrabinę i zażądała wyjaśnień.
- Chcę się dowiedzieć, dlaczego ci ludzie, mimo pani zapewnień, nie opuścili jeszcze terenu klasztoru? - rzekła Matka Przełożona.
Hrabina spojrzała wymownie na dwie mniszki stojące pod ścianą i patrzące na nie uważnie.
- Wolałabym rozmawiać bez świadków.
- Wyjdźcie, proszę - powiedziała Matka Przełożona do dwóch mniszek stojących w kącie jej celi.
Zakonnice zgodnie pokiwały głowami, po czym wyszły zostawiając obie rozmówczynie same.
- Doskonale - rzekła stara zakonnica - A zatem słucham uważnie.
Rozpoczęła się rozmowa. Matka Przełożona po raz kolejny zapytała, czemuż to gwardziści nie mają zamiaru opuścić terenu klasztoru. Hrabina de Willer oczywiście wysunęła swojej rozmówczyni cały szereg mocnych argumentów dowodzących, że żołnierze pana ministra muszą pozostać na terenie klasztoru.
- Rozkaz pana ministra jest tutaj wyraźny - mówiła - Żołnierze mają pilnować, by niepokorna córka nie kontaktowała się z nikim z zewnątrz. A żeby to zrobić muszą pozostać na terenie klasztoru.
- Nie wydaje mi się to takie oczywiste, pani hrabino - rzekła Matka Przełożona nie dowierzając słowom hrabiny - Poza murami klasztoru niech sobie robią chcą, jednak na jego terenie nie mogą przebywać.
Pani hrabina natychmiast wytoczyła wówczas cały szereg kolejnych silnych argumentów przemawiających za tym, że gwardziści muszą zostać tam, gdzie są, lecz Matka Przełożona wciąż była nieugięta.
- Przyjmuję pani argumenty, pani hrabino. Mimo wszystko muszę pani odmówić. Żołnierze mogą stacjonować niedaleko klasztoru, jednakże nie w samym jego środku.
- Obawiam się, że pana ministra to nie zadowala - wysyczała hrabina de Willer tonem jadowitej żmii - Podał on swoje warunki i musicie się do nich dostosować.
- Przykro mi, że nasz wieloletni dobroczyńca musi się na nas zawieść, lecz my zdania nie zmienimy. Mamy swoje reguły klasztorne i muszą być one surowo przestrzegane. Przykro mi. Poza tym sądziłam, że już wczoraj ustaliliśmy dokładnie, iż żołnierze opuszczą teren klasztoru.
- A ja sądziłam, że przeczytałaś, Wielebna Matko, o warunkach pana ministra w jego liście do siebie.
- Czytałam - odrzekła jej wściekle Matka Przełożona - Ale nie było tam ani słowa na temat pobytu żołnierzy tutaj.
- Jestem pewna, że było. Być może napisano to drobnym pismem i po prostu nie przeczytałaś tego listu jak należy, Wielebna Matko. Nie moja to wina, iż ktoś nie czyta listów powoli i dokładnie. Może czas, najwyższy opanować tę sztukę.
- Raczej czas na to, aby ci ludzie natychmiast opuścili teren mojego klasztoru i to w trybie natychmiastowym!
Paulina de Willer powstała i podeszła do okna znajdującego się tyłem do jej rozmówczyni. Zaczęła się przyglądać żołnierzom, którzy właśnie bezceremonialnie, nie zważając na protesty mniszek, rozkładali sobie obóz na terenie klasztoru z dokładnym zamiarem zostania tu na o wiele dłuższy termin niż jeden dzień. Hrabina uśmiechnęła się podle, po czym spojrzała w dół. Na oknie stał krucyfiks i zawieszony na nim różaniec. Hrabina wzięła go powoli do ręki i zaczęła przesuwać jego paciorki między palcami.
- Czy naprawdę, Wielebna Matko, wasza decyzja jest nieodwołalna?
Matka Przełożona, która się doń odwróciła, aby móc patrzeć na swoją rozmówczynię, powiedziała:
- Przykro mi, hrabino, ale musi pani przekazać naszemu wspólnemu dobroczyńcy, że nie mogę uczynić zadość jego prośbie.
Hrabina zdjęła całkowicie różaniec z krucyfiksu i zaczęła go oglądać w dość obojętnym tonem.
- To ostateczna decyzja? Nie da się nic w tym kierunku zrobić?
- Bardzo mi przykro, pani hrabino, ale nie - odpowiedziała Matka Przełożona.
To mówiąc mniszka odwróciła głowę w stronę biurka, aby zająć się papierami, jakie leżały na biurku i które przeglądała, nim przeszkodziła jej wizyta hrabiny.
Paulina de Willer zaś uśmiechnęła się do swojego nikłego odbicia w szybie okna. Następnie odwróciła się w kierunku pochylonej nad swymi papierami Matki Przełożonej, naprężyła trzymany w dłoniach różaniec i ruszyła powoli w jej kierunku.
- Przykro ci, pani? Mnie również - wysyczała.
I nim Matka Przełożona zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, na jej gardle zacisnął się mocno różaniec. Mniszka próbowała wołać o pomoc, lecz krzyk uwiązł w jej krtani. Hrabina zaś bez najmniejszych skrupułów zaciskała różaniec na szyi swojej bezbronnej ofiary, aż w końcu ta bez ducha osunęła się na ziemię. Zaś hrabina najspokojniej w świecie zdjęła z jej szyi różaniec i zawiesiła go ponownie na krucyfiksie. Uśmiechnęła się ironicznie się patrząc na trupa Matki Przełożonej.
- Cóż... Sama wybrałaś swój los... - powiedziała.
Następnie wezwała do pokoju hrabiego de Bernice, najstarszą wiekiem mniszkę oraz kilku gwardzistów. Kiedy weszli, Paulina de Willer pokazała im trupa pochylonego przy biurku, z głową opartą o jego blat.
- No, co się tak patrzycie?! - krzyknęła na nich - Zabierzcie to stąd i  zakopcie gdzieś. Nie chcę, żeby mi to tutaj gniło.
Gwardziści, którzy widzieli już niejedno, nie przejęli się bynajmniej tym zabójstwem (do którego hrabina jawnie się przed nimi przyznawała) i wynieśli ciało Matki Przełożonej. W pokoju zostali jedynie de Bernice oraz najstarsza mniszka - oboje śmiertelnie przerażeni tym, co się właśnie stało.
- Chryste Panie! Cóżeś ty najlepszego uczyniła, kobieto? - wydyszał de Bernice porażony tym całym widokiem.
- A jak ci się wydaje, głupcze? - warknęła na niego hrabina - Właśnie rozwiązałam nasz problem. Matka Przełożona nie chciała się zgodzić na pobyt żołnierzy pana ministra tutaj, więc cóż... Sprawiłam, że przestała nam stać na drodze.
- Mieliśmy ją tylko przycisnąć - wydyszał hrabia de Bernice.
Paulina de Willer zaśmiała się z całą złośliwością, na jaką ją było stać.
- No i przycisnęłam ją. Może nieco za mocno, ale skutecznie.
- Colgenowi się to nie spodoba.
- Colgen nie musi o tym wiedzieć.
- Ale może się dowiedzieć.
- A kto mu o tym powie? TY?!
Podła kobieta warknęła wściekle i złapała go za poły płaszcza.
- Spróbuj choćby pisnąć mu o tym słówko, a dołączysz do tej starej dewotki i to szybciej niż myślisz! Zrozumiałeś?!
De Bernice milczał.
- Pytam się, czy zrozumiałeś?!
- Tak, zrozumiałem - wysyczał jej prosto w twarz.
Paulina de Willer puściła go i spojrzała na niego.
- W takim razie lepiej uważaj na to, co do mnie mówisz. Colgen ma rację, że robisz się za miękki do tej roboty. Widać miłość do tej dzierlatki odebrała ci okrucieństwo.
- Pani hrabino... Zabić mężczyznę to jedno - powiedział de Bernice patrząc z obrzydzeniem na swoją rozmówczynię - Ale zabić kobietę, a do tego jeszcze bezbronną, to zupełnie co innego. Do tego ja ręki nie przyłożę.
- Nikt ci nie każe do tego przykładać ręki, ty głupcze. Masz po prostu milczeć, zrozumiałeś?
- Milcząc o zbrodni staję się jej wspólnikiem.
Hrabina machnęła na jego wywód ręką.
- Myśl sobie, co chcesz. Ale tak czy inaczej jeśli powiesz o tym panu ministrowi lub komukolwiek, to twój język będzie ucięty i osobiście tego dokonam. Liczę na to, że się dobrze zrozumieliśmy. A teraz wynoś się!
De Bernice ukłonił się jej i wyszedł.
Hrabina natomiast spojrzała uważnie na najstarszą wiekiem mniszkę i powiedziała z typową dla siebie perfidią:
- Tobie zaś...
Mniszka przerażona zadrżała, słysząc słowa hrabiny. Bała się, że już za chwilę podzieli los Matki Przełożonej.
- ... gratuluję. Bo właśnie awansowałaś.
Paulina de Willer wypowiedziawszy te słowa wybuchła śmiechem i wyszła z pokoju zostawiając nową Matkę Przełożoną jej własnym myślom.

***

Czyn pani hrabiny de Willer wstrząsnął wszystkimi mniszkami i sprawił, że posłusznie postanowiły one wykonać wszystkie polecenia przez nie wydane. Gwardziści więc spokojnie mogli robić obóz i śmiało korzystać z wiktuałów, jakimi była obdarzona zakonna piwniczka.
Oczywiście nikomu nie przyszło nawet do głowy, aby powiadomić o wszystkim Colgena. Gwardzistów uduszenie Matki Przełożonej niewiele obeszło, natomiast mniszki były tak przerażone, iż bojąc się, że podzieloną jej los, milczały jak grób. Co zaś do hrabiego de Bernice, to wolał on mieć przyjaciółkę niż wroga w hrabinie de Willer. Wiedział, że ta podła kobieta jest w każdej chwili gotowa spełnić swoje groźby. Może nie dosłownie (w końcu nie spodziewał się, żeby mogła go osobiście okaleczyć), ale jednak bał się, że jeśli nie będzie trzymał języka na wodzy, to któreś nocy skończy z nożem w sercu lub zastrzelony albo otruty. Dlatego na wszelki wypadek podczas pobytu w klasztorze kazał dwóm swoim gwardzistom próbować jego jedzenia i napojów, aby mieć pewność, że nie ma w nich choćby śladu trucizny. Ponieważ jednak nigdzie się ona nie znalazła po kilku dniach przestał się przejmować tą sprawą.
Ciało dawnej Matki Przełożonej pochowano po cichu z całą dyskrecją. Zaś jej następczyni robiła wszystko, żeby tylko zadowolić okrutną hrabinę, ponurego hrabiego oraz jego żołnierzy.
De Bernice dość długo gryzł się z tym wszystkim, co spotkało Matkę Przełożoną. W końcu jednak przestał się zamartwiać i zajął się powrotem do zalotów wobec panny Luizy. Oczywiście ze skutkiem mizernym, jak się Szanowni Czytelnicy mogą domyślać.

***

Od chwili przybycia do klasztoru Saint Denis agentów pana ministra Colgena minęły trzy dni. Przez ten czas hrabia de Bernice wielokrotnie podejmował próby rozmowy z Luizą oraz oświadczał się jej, ale za każdym razem otrzymywał kosza. Z prawdziwą kpiną i wręcz dezaprobatą patrzyła na to wszystko hrabina de Willer, która mimo swych „pilnych spraw natury prywatnej“ nie wyjechała jeszcze z klasztoru, gdyż była ciekawa, jak się sprawy potoczą. Szybko ją to jednak znudziło i już na początku trzeciego dnia pobytu w klasztorze wyjechała. Wcześniej jednak odbyła rozmowę z hrabią de Bernice, która wyglądała tak:
- Ona wciąż jeszcze kocha tego nędznego baronka. Nie może inaczej być - mówiła hrabina - To jedyne wyjaśnienie jej uporu.
Przez Paulinę de Willer przemawiała prawdziwa wściekłość. Nie dziwota, wszak brakowało jej powodów do zachwytu. Niedawno w nocy, tuż przed przyjazdem tutaj odwiedził ją Andre Trechevile, który wyznał jej, że intryga pana ministra nie powiodła się, zaś dokument mający wywołać wojnę został zniszczony. Paulina de Willer oczywiście powiadomiła o tym Colgena, który wściekł się, ale uznał, że nie oznacza to ostatecznej porażki, albowiem jak mówi mądre przysłowie póki życia, póty nadziei. Hrabina jednak uznała to za osobistą porażkę i była bardzo niezadowolona. Sama myśl o kapitanie królewskich muszkieterów sprawiała, że diabli szarpali jej duszę.
- Więc ciągle on sam. Ten nędzny baron Francois de Morce - warczał wściekły i załamany jednocześnie de Bernice nie przejmując się brakiem humoru hrabiny - Tyle zabiegów już stosowałem i nic to. Wciąż jeszcze miłość do niego nie wywietrzała jej z głowy.
- Teraz bardzo żałuję, że nauczyłam ją kiedyś bronić swój umysł przed hipnozą - mruczała niezadowolonym głosem hrabina - Gdyby nie to, już dawno wprowadziłabym ją w trans i byłaby pańska.
- Ja również tego żałuję, ale cóż... Przeszłości nie zmienimy. Poza tym, o ile dobrze wiem, zdolności do hipnozy, których kiedyś się pani nauczyłaś, teraz znacznie w pani osłabły.
- Tak pan uważasz?
- To fakty, pani hrabino. W końcu dawno już nie stosowałaś swoich hipnotycznych sztuczek i stosujesz inne metody działania. Powodem tego stanu rzeczy może być albo lubowanie się w zabijaniu, albo po prostu tak każe pani świadomość, iż jej talenty nie są takie, jak kiedyś.
Hrabina spojrzała groźnie na swego rozmówcę wiedząc, że ma on rację i zaprzeczanie temu nie ma sensu.
- Tak, panie hrabio. Tak właśnie jest, jak pan mówisz. Jednak niczego nie zmienia, nadal bowiem mam w sobie umiejętności mogące mi pomóc przetrwać na tym świecie.
- Szkoda, że nie posiadasz waćpani metody na przekonanie do mnie panny Luizę. Choć właściwie po co o tym mówimy? Przeszłości przecież nie zmienimy.
- Być może. Ale za to możemy wpłynąć na bieg przyszłości.
- Jakże to?
- A co byś pan powiedział, gdyby tak jej ukochany wraz ze swoimi przyjaciółmi wreszcie przepłynął łodzią Charona na drugi brzeg piekła?
- Ucieszyłbym się bardzo, lecz uznałabym to jedynie za piękny sen. Sen, który bynajmniej nie ma najmniejszych możliwości na spełnienie się.
Hrabina uśmiechnęła się do niego niczym sam szatan.
- Kto wie, czy nie ma ku temu możliwości.
- Nie rozum waćpani.
- I nie musi pan rozumieć. Nie musi pan nic rozumieć. Powiem panu jedynie tyle, że przed naszym wyjazdem tutaj rozmawiałam na ten temat z panem ministrem i być może już wkrótce ci czterej ludzie, którzy już zbyt długo nam stawali na drodze, wreszcie zostaną z niej usunięci ostatecznie.
- Intryga?
- Raczej zwyczajny podstęp. Powiedzmy, że do ich oberży, w której wynajmują pokoje, przybyłby posłaniec z butelką zatrutego wina. Opowiada im o swojej chęci uwolnienia z niewoli panny Luizy, po czym cała czwórka wraz z nim wznosi toast za pomyślność całej akcji. Następnie wszyscy (poza naszym posłańcem, oczywiście) piją wino i umierają w strasznych boleściach w ciągu godziny. Bez możliwości ratunku.
De Bernice uśmiechnął się mściwie.
- Powiedziałbym, że to genialny plan, ale mało realny.
Paulina de Willer uśmiechnęła się ponownie.
- Czy jest on rzeczywiście mało realny, to polemizowałabym z panem. Wystarczy tylko znaleźć odpowiedniego człowieka i on zrealizuje nasze zadanie.
- To prawda. Ale jak takiego człowieka znaleźć?
- Zostaw to już pan naszemu kochanemu ministrowi. On się zajmie tą sprawą, o ile oczywiście już tego nie zrobił.
- O ile go znam, to zdążył szybko wdrążyć ten plan w życie.
- Wniosek zatem jest jeden. Ci czterej głupi muszkieterowie nigdy więcej nie staną nam na drodze.
- To piękna wizja, pani hrabino, jednakże nie uwierzę w nią, póki nie zobaczę ich martwych ciał.
- Postaram się to waćpanu umożliwić. Ale na razie wyjeżdżam.
- Dokąd?
- Za swoimi sprawami. A pan jutro idź do Luizy i ponownie zapytaj tej głupiej dziewczyny, czy przyjmuje wasze oświadczyny.

***

Zgodnie z zapowiedzią owa podła kobieta wyjechała, zaś następnego dnia hrabia Filip de Bernice poszedł odwiedzić pannę Luizę. Wszedł do klasztornej rozmównicy spokojnym krokiem, jak gdyby odwiedził kobietę, która go kocha i cieszyła się z każdej jego wizyty. Luiza jednak ze złością odwróciła głowę, żeby nie musieć na niego patrzeć. Hrabia udawał, że tego nie zauważył.
- Jakże zdrowie waćpanny? - zapytał z czułością de Bernice.
- O moje zdrowie zatroszczyły się już zakonnice z tego zgromadzenia, panie hrabio - odpowiedziała ironicznie Luiza - I mogę pana zapewnić, że troszczą się o nie znakomicie.
- Zapewne. Jednakowoż pozwolę sobie zwrócić uwagę na fakt, iż już kilka dni trwa ta niezręczna sytuacja - mówił dalej de Bernice.
- Trwa ona przez szalone pomysły wielce szanownego pana i mojego drogiego ojczulka - mruknęła Luiza.
- Owszem. Lecz pragnę przypomnieć waćpannie, że pomysły te nie miałyby w ogóle miejsca, gdyby pani swoim uporem nie doprowadzała do ich realizacji.
- Czyżby?! - zawołała groźnie Luiza, zrywając się z krzesła - Tak się składa, że te głupie pomysły mojego „ojca” były również spowodowane tym, że nie chcę za pana wyjść!
- A i owszem - odpowiedział, z trudem zachowując spokój, hrabia Filip.
Wobec kogoś innego, który by na niego krzyczał, de Bernice na pewno zareagowałby inaczej. Takiej osoby hrabia pokazałby, że nie należy z nim zadzierać. Jedynie Colgen i Luiza mogli na niego bezkarnie krzyczeć, a on znosił to potulnie. Pierwszą z tych dwóch osób słuchał z powodu respektu, a drugą z powodu miłości. Ostatnio jego respektem została objęta również hrabina de Willer, ale tylko ze względu na to, co zrobiła. Bezwzględne uduszenie różańcem Matki Przełożonej było zbrodnią tak ohydną i tak podłą, że tylko człowiek wyjątkowo niebezpieczny mógłby się jej podjąć, a więc hrabina musiała być właśnie taką osobą. Niebezpieczną i bezwzględną. Tylko głupiec lekceważy kogoś takiego.
Hrabia de Bernice wstał z krzesła i spojrzał uważnie na pannę Luizę.
- Więc waćpanna nadal nie chce mnie poślubić? - zapytał spokojnym tonem, choć już zaczął tracić panowanie nad sobą.
- Ależ tak! Waćpanna podtrzymuje to, co powiedziała już dawno temu i powtarzała przez ostatnie cztery dni! - zawołała oburzona Luiza mając już serdecznie dość tej rozmowy - Nie wyjdę za pana i koniec! I niech pan to sobie wreszcie zapamięta, na miłość Boską! Tak trudno to zrozumieć?! Nie kocham pana! Słyszy pan?! Nie kocham pana i nigdy nie zostaną pańską żoną! Niech pan to sobie wreszcie zapamięta! Kocham innego i tylko jemu oddam swoją rękę.
- Tak, wiem już o tym, że kochasz pani innego - wycedził przez zęby coraz bardziej wściekły de Bernice - Tego wyperfumowanego lalusia, pana baronka Francois de Morce, prawda?
- Tak, właśnie jego - odpowiedziała wściekle Luiza - Jego kocham, bo on jest wart tej miłości.
- Czyżby? - wysyczał hrabia coraz bardziej rozzłoszczony słowami dziewczyny - A czymże on zasłużył sobie na tę miłość, której ja zdobyć nie mogę? No proszę, słucham!
Gdyby Luiza nie była taka rozzłoszczona, to na pewno spostrzegłaby, że odpowiadanie na to pytanie może tylko niepotrzebnie rozzłościć i tak już zdenerwowanego de Bernice’a. Uświadomiłaby ona sobie wówczas, że człowieka tak już rozeźlonego nie należy bardziej drażnić, gdyż może stać się nieobliczalny. Niestety, panna Luiza również była w pasji, więc owego faktu nie dostrzegła i odpowiedziała:
- Jest uroczy, miły, szarmancki, grzeczny, kocha mnie całym sercem i przenigdy by mnie nie skrzywdził! I co najważniejsze, nie jest taki jak pan, panie hrabio! Przede wszystkim nie jest panem!
To już ubodło de Bernice’a do żywego. Stanął naprzeciwko Luizy, po czym wycedził jej prosto w twarz:
- Czyżby? Nie jest mną, tak? On jest bardziej mną, niż ci się to wydaje, moja ty jakże naiwna panno!
Luiza nie zrozumiała tych słów, a de Bernice nie raczył jej wyjaśnić ich sensu i ciągnął dalej.
- A wiesz pani, że ten twój szarmancki baron de Morce, to uosobienie manier, który różni się ode mnie dosłownie wszystkim, chciał kiedyś zabić najlepszego przyjaciela z zazdrości o ciebie?! Pragnął go zaszlachtować w pojedynku, bo myślał, że łączy was miłość! Wiesz o tym, panienko?!
Luiza Colgen była w szoku. Nie mogła w to uwierzyć. Jej ukochany chciał zabić kogoś z zazdrości o nią? To niemożliwe! Nie on! To było podłe kłamstwo!
- Pan kłamie, hrabio! To podłe oszczerstwo! Nie wierzę panu!
- Może mi waćpanna nie wierzyć, ale to prawa - zaśmiał się podle de Bernice, widząc wyraźne wątpliwości w oczach panny Colgen i ciesząc się nimi - To szczera prawda. Chciał zabić swego najlepszego przyjaciela.
- Którego? - zapytała Luiza mając nadzieję, że nie padnie nazwisko, o którym pomyślała.
Niestety, padło właśnie to nazwisko.
- Kawalera Raula Charmentall - odpowiedział bezlitośnie de Bernice.
Luiza padła bezwładnie na krzesło, po czym ukryła twarz w dłoniach. Nie wierzyła własnym uszom. Jej ukochany chciał zabić człowieka, który był przyjacielem jego i jej? Człowieka, który był dla niej...
Niestety, tutaj my, jako autor wiedzący wręcz wszystko o świecie swe powieści, musimy ukryć myśli panny Luizy przed Drogimi Czytelnikami. Mamy zatem nadzieję, że będzie nam to z ich strony przebaczone, gdyż nie możemy wszystkiego wyjaśnić od razu. Liczymy, iż Szanowni Czytelnicy uszanują naszą wolę i będą czytać dalej, bez zadawania sobie oraz nam zbędnych pytań.
W końcu panna Luiza otrząsnęła się i powiedziała:
- Nawet jeżeli to co pan mówi jest prawdą, w co wątpię...
De Bernice parsknął śmiechem. Luiza udała, że tego nie zauważyła.
- Nawet jeżeli to wszystko prawda, to nie usprawiedliwia to pańskich poczynań, panie hrabio. Chyba pan nie zaprzeczy, że kazał pan mojego ukochanego zakopać żywcem w ogrodzie i to na moich oczach! Zaprzeczy pan temu?!
Hrabia Filip de Bernice nie panował już nad sobą. Chodził wściekle po pokoju i krzyczał:
- Nie, nie zaprzeczę, bo to prawda! Jednak więcej waćpannie powiem! Chętnie zrobiłbym to jeszcze raz, gdybym tylko miał ku temu okazję. Ale być może ta okazja już wkrótce nastąpi! Kochasz go, moja miła?! Proszę bardzo. Kochaj go więc sobie. Ale nie będziesz go miała! Już ja się o to postaram! Ja cię nie mogę mieć?! Dobrze. Ale on ciebie też nie będzie miał! Dopadnę go, słyszysz waćpanna? Dopadnę go, zabiję, obłupię żywcem ze skóry i zakopię pod ziemią, ale tym razem skutecznie! A potem rzucę ci pod nogi jego parszywy łeb! Nie będzie więcej stawał mi ten chłystek na drodze! Zabiję go i uwolnię się od niego raz na zawsze!
Luiza, słysząc takie słowa, zemdlała przerażona.
Hrabia de Bernice zrozumiał, że przesadził. Podbiegł więc szybko do Luizy i zaczął ją cucić. Ponieważ ona się jednak nie odzywała, wezwał na pomoc siostry zakonne. Te szybko ją doprowadziły do przytomności, ale nie udało im się wrócić dziewczynie humoru straconego przez hrabiego.
De Bernice natomiast, zobaczywszy, że wszystko już jest w porządku, ukłonił się grzecznie Luizie i wyszedł z rozmównicy. Wściekły na samego siebie za to, co zrobił, poszedł do swojego pokoju i zatrzasnął z hukiem za sobą drzwi.
Siedział w pokoju przez blisko pół godziny rozmyślając o tym, co by tu zrobić, aby jakoś przeprosić pannę Luizę Colgen. Gdy wtem, zupełnie niespodziewanie, jego rozmyślania przerwał jakiś hałas za oknem. Otworzył je i zobaczył, że przydzieleni mu gwardziści walczą na szpady z dwiema mniszkami. Zdziwiło go to kompletnie. Widok ten był o tyle niezwykły, co wręcz irracjonalny. Hrabia nie zastanawiał się jednak nad nim i już chciał wyjść, żeby uspokoić tę burdę, gdy nagle do jego pokoju wpadł jeden z gwardzistów.
- Co się tu dzieje, do pioruna ciężkiego?! - ryknął na przybyłego de Bernice - Możesz mi to wszystko wyjaśnić?! Czemu moi ludzi biją się z mniszkami?!
- To nie są mniszki, panie hrabio - odpowiedział przerażony gwardzista.
- Jak to, nie mniszki?! - zdumiał się mężczyzna, słysząc słowa gwardzisty - Przecież widzę na nich habity!
- Ale to nie zakonnice. Nie mniszki.
- Jeśli nie mniszki, to kto?
Gwardzista dysząc przerażony spojrzał na swego dowódcę bojąc się udzielić mu szczerej odpowiedzi. Zrozumiał jednak, że w końcu musi to zrobić. Nabrał więc powietrza w płuca i wysapał:
- To muszkieterowie, panie.
Słowa te zatkały de Bernice’a całkowicie. Czego jak czego, ale takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Przecież oni mieli zostać otruci! Czyżby więc genialny plan hrabiny de Willer zawiódł?
- Że jak?! Czy ja dobrze słyszałem?! - zapytał wściekłym głosem hrabia de Bernice.
- Dobrze pan słyszał, panie hrabio - odpowiedział gwardzista - To są muszkieterowie Jego Królewskiej Mości.

1 komentarz:

  1. Hrabina jest tak podła, niegodziwa i bezwzględna, że to przechodzi wszelkie ludzkie pojęcie, choć te mniszki też wcale nie są lepsze, skoro katują ludzi na śmierć, a do tego są skończonymi hipokrytkami, skoro uważają się za osoby święte, bo hrabina to przynajmniej zdaje sobie sprawę z tego, że jest zła i tym właśnie się szczyci, ale te mniszki są przekonane, że czynią dobrze, nawracając w ten sposób ludzi na właściwą drogę. Za to Bernice wyraźnie zaczyna wymiękać. Z kolei sprytni muszkieterowie po raz kolejny zastosowali przebrania w celu zmylenia przeciwnika, choć tym razem im się to nie udało, gdyż zostali rozpoznani przez gwardzistów Colgena.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...