środa, 7 lutego 2018

Rozdział 17

Rozdział XVII

De Morce kontra de Bernice

W klasztorze już od kilkunastu minut trwała zacięta walka pomiędzy muszkieterami Jego Królewskiej Mości a gwardzistami pana ministra Colgena. Pomimo przeważającej wręcz przewagi sił tych ostatnich, dzielni muszkieterowie dawali sobie w tym starciu radę. Swój sukces zawdzięczali głównie temu, że zabijali oni przeciwników bez dłuższej wymiany ciosów. Opanowali tę sztukę dzięki gruntownemu przeszkoleniu jakie przeszli w akademii muszkieterów Trechevile’a. Na korzyść muszkieterów działało również to, że gwardia pana ministra składała się z bandytów, morderców oraz innych wyrzutków społeczeństwa, a więc nie była tak zdyscyplinowana jak muszkieterowie króla. Każdy walczył samotnie, nie dbając przy tym o kolegów i nie osłaniając ich w razie niebezpieczeństwa. Błędem byłoby jednak uważać, że walka z nimi była prosta i łatwa. Gwardziści posiadali przecież szpady, pistolety, sztylety, a do tego nieźle posługiwali się bronią białą, dlatego nasi muszkieterowie nie mogli popełnić takiego błędu jak zlekceważenie przeciwnika. Wiedzieli doskonale, że niejeden lepszy od nich i bardziej zaprawiony w walce wręcz szermierz poległ tylko dlatego, że zlekceważył swego wroga. Oni nie zamierzali tego zrobić.
Tymczasem Trechevile właśnie zabił kolejnego przeciwnika i właśnie odpierał ciosy następnego. Fryderyk bił się jednym gwardzistą, który był doskonałym szermierzem. Raul walczył z dwoma naraz, co mu się w walce dość często zdarzało, miał więc w tym wprawę. W końcu zdołał po dłuższej wymianie ciosów zranić w nogę jednego ze swoich przeciwników, który upadł na ziemię. Drugiego zaatakował z całym impetem i wbił mu ostrze szpady pomiędzy oczy. Następnie doskoczył do podnoszącego się z ziemi pierwszego przeciwnika i po krótkiej wymianie ciosów przebił szpadą jego serce.
Fryderyk miał nieco trudniejsze zadanie. Jego przeciwnik wciągnął go w długą wymianę ciosów. Młody pan de Saudier musiał więc być bardzo ostrożny. Jego przeciwnik nazywał się Morbent i był zawodowym mordercą z Lille, który swego własnoręcznie zadusił kobietę oraz jej trójkę dzieci, a także był przy tym świetnym szermierzem. Fryderyk miał więc twardy orzech do zgryzienia. Musiał podczas potyczki skorzystać z taktyki, jaką zawsze doradzał mu Raul. Nazywała się ona „unikanie walki”. Chłopak więc stosował wszelkie możliwe uniki, odskoki w bok, odbijanie ciosów przeciwnika, blokowanie ich, ale sam nie atakował. Zbierał siły do zadania ostatecznego ciosu. Morbent był już tym coraz bardziej rozjuszony, dlatego zaatakował ze zdwojoną siłą. Fryderyk musiał się cofnąć pod naporem jego ciosów, natarł lekko i dźgnął go w nogę, na co on odpowiedział mu sztychem w lewe ramię oraz złamaniem ostrza jego szpady. Młodzieniec, trzymając się dłonią za ranne ramię, upadł na ziemię. Uniknął szybko dwóch następnych pchnięć i doturlał się do leżącego niedaleko fragmentu swojej szpady (rękojeści z połową ostrza). Złapał ją w obie dłonie, obrócił się szybko, podniósł lekko, po czym wbił z całej siły złamane ostrze swej broni prosto w serce przeciwnika. Morbert zachwiał się wówczas, upadł na ziemię i charcząc skonał.
Andre Trechevile właśnie padł cały zdyszany na ziemię po zabiciu kolejnego przeciwnika. Był ranny w lewą rękę, do tego zmęczony walką, więc musiał chwilę odsapnąć. Dysząc i próbując złapać oddech spostrzegł, że jeden z gwardzistów, stojący w oknie, mierzy właśnie z muszkietu do Raula toczącego zacięty bój z kolejnym przeciwnikiem. Kapitan wyjął więc szybko pistolet, wymierzył (cały czas przy tym leżąc na ziemi) i wystrzelił. Gwardzista z krzykiem zleciał na ziemię. Raul spostrzegł to, po czym kiwnął głową Trechevilowi w podziękowaniu.
Walka trwała już bardzo długo, ale powoli nasi muszkieterowie zaczęli wypierać gwardzistów z klasztoru, także końcu na polu walki pozostali tylko nasi bohaterowie. Ich przeciwnicy leżeli już na ziemi martwi albo też bardzo ciężko ranni. Muszkieterowie po wykończeniu swych ostatnich przeciwników, zdyszani i zmęczeni usiedli na ziemi, by odzyskać stracone siły. Gdy Raul i Fryderyk nabrali tchu, podeszli powoli do Trechevile’a, żeby opatrzyć jego ranę.
- To niesprawiedliwe! Zawsze to ja obrywam i to jeszcze w tę samą rękę! - narzekał mężczyzna - Chyba robię się na to za stary.
Raul uśmiechnął się i zawiązał kapitanowi temblak na ręce, w czym pomógł mu Fryderyk.
- Chłopcy, a gdzie jest Francois? - zapytał Trechevile, rozglądając się dookoła po polu walki.
- Nie wiem. Powinien już wrócić - odpowiedział Fryderyk.
Kapitan zdziwił się słysząc jego słowa.
- Wrócić? A skąd niby miałby wracać?
- Pobiegł po Luizę - wyjaśnił swemu dowódcy Raul.
- Oczywiście! Jakie to typowe dla niego. Jego przyjaciele się biją, a on tymczasem zajmuje się sikorkami. Skandal! - zawołał Trechevile z udawaną złością, a po chwili dodał: - Mam nadzieję, że nic złego go nie spotkało.
- My również - dodali jednocześnie Raul i Fryderyk.
- To może zamiast tak stać i gadać jak praczki na otwarciu pralni, ruszymy mu z pomocą? - zaproponował bojowym tonem kapitan.
- Popieram pomysł mego szanownego i kochanego dowódcy! - zawołał entuzjastycznie Raul.
- Ja także - dołączył do niego Fryderyk.
- To czego tu jeszcze sterczycie i gadacie głupstwa niczym politycy na debacie?! Ruszać się i szukać mi tu namiestnika de Morce! - krzyknął na nich Trechevile.
Muszkieterowie przerażeni stanęli na baczność i zasalutowali.
- Tak jest! - krzyknęli oboje.
Kapitan popatrzył na nich dość sceptycznie.
- Tylko bez głupich żartów, panowie! Natychmiast szukać namiestnika de Morce!
- Szukanie go nie będzie raczej konieczne. Patrzcie! - zawołał Raul wskazując palcem na wieżę z dzwonem.
Cała trójka spojrzała na górę na dzwonnicę i zauważyła tam dwóch ludzi zawzięcie walczących ze sobą na szpady. Nie trzeba było mieć oczu sokoła, żeby zobaczyć, że są to Francois de Morce i hrabia de Bernice.

                                                  ***

Francois spostrzegł stojącego w drzwiach hrabiego de Bernice. Luiza też go zauważyła, gdyż krzyknęła przerażona i szybko schowała się za plecami ukochanego, łapiąc go mocno za ramię.
- Hrabia de Bernice! - zawołał groźnie Francois.
- Baron de Morce! - odpowiedział równie groźnie jego przeciwnik - Miło mi cię znowu widzieć.
- Co za spotkanie, mój drogi nieprzyjacielu - zakpił sobie de Morce - Nadal masz szpadę? A myślałem, że zostałeś zakonnicą.
- Już prędzej tobie to grozi, kochaneczku - odrzekł de Bernice, patrząc na habit, który Francois miał na sobie.
Baron de Morce szybko pojął aluzję, więc zrzucił z siebie ów strój, odsłaniając ukryty pod nim mundur muszkietera.
- No, te ciuszki już bardziej do ciebie pasuję, kochasiu - mruknął złośliwie hrabia.
- Tobie zaś bardziej pasuję więzienne łachy, kochasiu - odpowiedział mu równie złośliwym tonem de Morce.
- Obawiam się, że nigdy mnie w nich nie zobaczysz.
- Oczywiście, że nie. Zakopany jako zimny trup głęboko pod ziemią nie będziesz specjalnie widoczny dla ludzi.
- Nie! Mylisz się, baronku. To ty będziesz zakopany głęboko w ziemi jako zimny trup. Bo ty już jesteś trupem, baronie de Morce. Ostrzegałem cię, abyś się do niej nie zbliżał. Nie posłuchałeś mnie, więc poniesiesz teraz za to karę. Może nauczysz się wreszcie, że Luiza Colgen jest moja! Jest tylko moja i nikogo więcej!
- Luiza to nie trofeum! Nie jest twoją własnością! - wrzasnął Francois.
- To się jeszcze okaże - rzekł hrabia de Bernice dobywając szpady i stając w pozycji bojowej.
Baron natychmiast zaprezentował mu również ostrze swojej broni.
- Luiza, uciekaj do Raula! Szybko! - powiedział do ukochanej, stojącej za nim.
- Nie zostawię cię - odpowiedziała mu Luiza.
- Uciekaj. Sam się z nim rozprawię. A z tobą przy boku to już mi się to nie uda - odpowiedział jej Francois.
Luizie stanęły łzy w oczach. Ucałowała ukochanego w policzek, po czym szepnęła mu czule na ucho: „Kocham cię”, po czym uciekła. Hrabia de Bernice nawet nie próbował jej zatrzymać.
- A uciekaj sobie, kochaneńka - mruknął złośliwie - Uciekaj sobie. I tak cię dopadnę, choć zrobię to nieco później. Najpierw zabawię się z twoim ukochanym.
- Jeszcze zobaczymy, kto z kim się zabawi - odpowiedział mu Francois dysząc ze wściekłości.
- Ano zobaczymy, kochasiu - odrzekł de Bernice, po czym natarł zaciekle na barona.
Pierwszy cios hrabiego wymierzony był w serce jego przeciwnika, ale Francois z łatwością go sparował. Drugi, wymierzony w głowę, również został odbity. De Morce z niezwykłą precyzją odparował jeszcze cztery następne ciosy i sam przystąpił do ataku. De Bernice jednak był równie dobry w szpadzie, co w języku, Francois musiał więc zwolnić tempo walki, żeby tylko nie stracić niepotrzebnie niezbędnych do dalszej potyczki sił. Przeciwnicy nacierali na siebie niczym dwa tygrysy, najpierw ostrożnie, a potem zaciekle. Co chwilę atakujący zmieniał się w broniącego, natomiast broniący w atakującego. Teraz nacierał de Bernice, zmuszając tym samym Francois do wycofania się po schodach na górę. Podczas walki doszli oni aż na dzwonnicę, gdzie hrabia przyparł naszego barona do ściany. Francois zablokował jego ostrze swoim i próbował odepchnąć go od siebie, gdyż de Bernice miał zamiar zmiażdżyć barona silnie przygniatając młodzieńca do ściany. De Morce robił wszystko, by odepchnąć od siebie przeciwnika. Nie mógł sobie poradzić rękami, więc użył do tego nóg. Gdy już się uwolnił sam przeszedł do ataku.
Pojedynek przeniósł się na dzwonnicę klasztoru. Dwaj rywale atakowali się szpadami zaciekle, mając za zasłonę jedynie dzwon znajdujący się między nimi. Nie jeden raz ostrze uderzyło o środek owego wielkiego przedmiotu, powodując przy tym głuchy dźwięk. Niejednokrotnie ostrze szpady było bardzo blisko ramienia, głowy lub serca jednego lub drugiego przeciwnika. Za każdym razem jednak zaatakowany zdołał się uchylić lub zrobić szybki unik.
Cała tę scenę obserwowali z dołu Raul, Fryderyk i Andre Trechevile. De Saudier chciał już pędzić na pomoc swemu przyjacielowi, ale kapitan muszkieterów zatrzymał go, a kiedy ten spojrzał się na niego zdumiony, pokiwał przecząco głową. Jego wzrok mówił: „Niech to sami między sobą rozstrzygną”.
Pojedynek jednak wyglądał tak, jakby miał się nigdy nie skończyć. Przeciwnicy bili się ze sobą bardzo długo i bardzo zaciekle, chwilami z trudem utrzymując równowagę. W końcu ostrza szpad spotkały się w jednym, mocnym ciosie skierowanym w nogi. Przeciwnicy zaciekle patrzyli sobie w oczy, próbując jeden drugiego odepchnąć od siebie. W końcu puścili się nawzajem. Hrabia de Bernice uderzył szpadą na stopę barona de Morce, ten jednak zrobił szybki unik, przygniótł nogą ostrze broni swego przeciwnika i odłamał mu ją. De Bernice wściekły zaatakował zaciekle, ale niezbyt rozsądnie. Francois bowiem sparował jego pierwszy cios, potem drugi, zaś z trzecim parowaniem przygniótł przeciętą na pół szpadę hrabiego do dzwonu, po czym niezwykle szybkim ruchem ciął przeciwnika w głowę. Hrabia de Bernice zrobił zdumioną minę, jakby nie spodziewał się tego ciosu, po czym przeszedł kilka kroków w obie strony, aż wreszcie zleciał z dzwonnicy. Miał jednak szczęście, gdyż upadł na stóg siana, dzięki czemu nie zabił się, ani nie stracił przytomności.
Francois szybko złapał za sznur od dzwonu i zjechał po nim na sam dół. Następnie dobiegł do drzwi na dziedziniec wpadając prosto w objęcia Luizy, która przed chwilą dotarła tam, żeby być świadkiem ostatecznej rozprawy barona de Morce z hrabią de Bernice.
Ale hrabia jeszcze żył. Francois postanowił więc wreszcie zakończyć całą tę sprawę raz na zawsze. Podszedł więc do swojego przeciwnika, który właśnie chciał wstawać (gdyż rana na głowie nie była zbyt ciężka), postawił mu nogę na piersi i przyłożył ostrze do gardła.
Luiza, choć nienawidziła de Bernice’a całym sercem, nie potrafiła teraz patrzeć na tę egzekucję Zasłoniła więc sobie oczy dłonią i przytuliła się mocno do Raula.

1 komentarz:

  1. Trechevile ma naprawdę cięty język, za pomocą którego potrafi szybko ustawić swoich podwładnych do pionu. De Bernice z kolei był tak pewny siebie i przekonany, że uda mu się pokonać Francoisa bez większych problemów, a tymczasem sam został przez niego pokonany.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...