środa, 7 lutego 2018

Rozdział 20

Rozdział XX

Egzekucja diablicy

Hrabina Paulina de Willer jechała sobie właśnie powozem. Była przy tym spokojna i uradowana, a co najważniejsze miała ku temu powody. Plan, jaki długo obmyślał Colgen i jego wspólnicy nareszcie został zrealizowany. Wszystko się udało. Co prawda nie tak, jak to sobie pierwotnie pan minister zaplanował, ale liczy się efekt. Król został uwięziony w zamku Le Vieux Diable wraz ze swoją małżonką, tą wredną Polką. Wreszcie w Wersalu znajdzie się władca, który weźmie w karby poddanych i zadba o każdego, kto „ma na pieńku z prawem”. Każdy taki „wywrotowiec” lub „przestępca” zostanie wypuszczony i dostanie zadośćuczynienie od państwa za doznane krzywdy. W zamian oczywiście za wierną służbę nowemu władcy Francji.
Colgen jako minister zarówno Skarbu, jak i Policji, wiedział bardzo dobrze, że przestępstwa nigdy nie zwalczy. Przestępczość jako taka istniała i istnieć będzie, więc walka z nią jest niczym praca Syzyfa, czyli zmierza donikąd. Lepiej więc złoczyńców sobie zjednać niż ich zwalczać. Poprzez zjednanie ich sobie można stworzyć ogromną wręcz grupę tzw. wiernych i uczciwych obywateli. A zatem mądry człek, taki jak pan minister, dobrze wiedział, iż nie należy walczyć z tymi, których jest wciąż więcej i których zniszczenie jest niemożliwe. Już starożytne cywilizacje wyznawały zasadę, że jeśli nie można z kimś wygrać, to trzeba tego kogoś sobie pozyskać. W ten sposób Colgen był w stanie utrzymać raz zdobytą władzę o wiele lepiej, niż gdyby otaczał się tylko ludźmi uczciwymi. Ludzie porządni i uczciwi są mniej użyteczni od tych, którzy mają na pieńku z prawem, albowiem tych uczciwych nie można nigdy niczym szantażować, ani nie ma ich się czym zmusić do posłuszeństwa, a więc co za tym idzie nie można ufać. Lepiej polegać na tych, którzy mają coś na sumieniu, bo oni zawsze z obawy o swoje życie będą nam wierni i posłuszni. Strach o swoją nędzną egzystencję jest najlepszą motywacją działania.
Colgen bardzo sprytnie skorzystał z tego, że jego najgroźniejszych przeciwników nie było w Paryżu wtedy, gdy wprowadzał w życie swój plan. Nie zostali oni co prawda otruci przez Hermanna Grusnera, ale wyjechali po to, ażeby uratować Luizę zamkniętą w klasztorze. Minister był bardzo zadowolony z takiego obrotu spraw. Miał nadzieję upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Nie tylko pozbędzie się swoich największych wrogów, ale równocześnie skończą się jego problemy z denerwującym go od jakiegoś czasu hrabią de Bernice (pan minister spodziewał się bowiem, że Francois de Morce zabije hrabiego). Filip za bardzo narzucał się Luizie. W dodatku bywał chwilami zbyt sentymentalny, a takich ludzi pan minister nie potrzebował. Dla niego najbardziej użyteczni byli tacy osobnicy jak Febre i hrabina Paulina de Willer, czyli straceńcy z gatunku tych, co to nie boją się niczego i nie zawracają sobie głowy skrupułami. De Bernice był inny, więc należało jak najszybciej usunąć go w cień. Nieważne jak. Przyszłość należy do ludzi bezwzględnych. Do tych, którzy nie mają skrupułów i wątpliwości.
Teraz, kiedy w pobliżu nie było jego największych antagonistów, przeprowadzenie zamachu stanu stało się niezwykle proste. Wystarczyło podłożyć zmęczonemu po polowaniu królowi do podpisania dokument, w którym władca oświadcza, że rozwiązuje oddział muszkieterów, zaś ich funkcje ma pełnić gwardia pana ministra Policji i Skarbu. Król podpisał papier nawet nie patrząc, co jest na nim napisane. Był tak zmęczony, iż złożył na dokumencie swój podpis dla świętego spokoju. Colgen równie dobrze mógł mu podłożyć akt abdykacji do podpisania. Dlaczego Colgen tego nie zrobił? Sam się potem nad tym zastanawiał i doszedł do wniosku, że to mogłoby przynieść fatalne skutki, gdyby król jednak zerknął na to, na czym składa podpis. Cały plan wtedy diabli by wzięli. Poza tym, przy tej czynności mogłaby znajdować się królowa, a jak wiadomo u niej podpisanie czegokolwiek bez wcześniejszego uważnego przeczytania nie wchodziło w rachubę. Podsunięcie decyzji o usunięciu muszkieterów i zastąpieniu ich gwardią ministra było mniej podejrzane i nie zagrażało interesom Colgena w razie wykrycia, gdyż wtedy można było przecież powiedzieć królowi, że tego wymaga racja stanu, albo też, że muszkieterowie są podejrzani politycznie. To uniwersalny argument i zawsze działa on na władców.
Całe szczęście, że klasztor Saint Denis był wystarczająco daleko od Paryża. Było dość czasu, żeby przejść do realizacji długo oczekiwanego projektu.
Początkowo Colgen zdenerwował się, kiedy Grusner doniósł mu o niepowodzeniu swojej akcji. Minister był wściekły. Muszkieterowie nie tylko przeżyli, ale i również pojechali uwolnić Luizę. Mogli ją teraz śmiało wykorzystać do zniszczenia go. Jej zeznania wystarczająco obciążyłyby pana ministra przed królem, a jeszcze bardziej przed królową, która nigdy nie darzyła go sympatią. W przebiegłym umyśle pana ministra utworzył się jednak nowy plan działania. Stwierdził, że skoro czterech zagrażający mu muszkieterów nie ma w Paryżu, należy skorzystać z tej okazji i szybko przejść do działania. Koniec słów, nadeszła wreszcie pora na czyny.
Kalkulacja pana ministra była niezwykle logiczna. Klasztor znajdował się daleko od Paryża. Muszkieterowie potrzebowali czasu (przynajmniej jednego dnia), żeby tam dotrzeć. Tego czasu było aż nadto. Wystarczyło teraz podsunąć królowi dokument do podpisania, rozwiązać muszkieterów i wprowadzić do pałacu własną gwardię, aby potem, z jej pomocą potajemnie aresztować króla i królową, sterroryzować dwór oraz przewieźć byłych władców do odbudowanego za skradzione z budżetu państwa zamku, gdzie zostaną na zawsze ukryci przed światem. Z formalnym ogłoszeniem objęcia swojej władzy minister Colgen postanowił zaczekać. Wolał nie wywoływać zamieszek teraz, kiedy sytuacja była jeszcze niepewna. Na razie lepiej wstrzymać się od wszelkich, zbyt radykalnych działań. Potem to niech się nawet Paryżanie buntują. Od tego ma się swoją gwardię, żeby rozpędzała ona buntowników. Na razie Colgen kazał ogłosić, że król i królowa są teraz chorzy i nie dopuszczają do siebie nikogo, gdyż przypadłość, jaka ich dosięgła, jest wyjątkowo zaraźliwa. To uspokoiło wszelkich burzycieli porządku, przynajmniej na jakiś czas.
Colgen na razie zadowolił się przetrzymywaniem króla i królowej wraz z najbliższym ich otoczeniem (które stanowił osobisty służący króla oraz dama do towarzystwa królowej, pani Helena de Saudier). Wolał ich jeszcze nie likwidować. Przede wszystkim król musiał podpisać akt abdykacji na korzyść Colgena. Poza tym na razie można się zawsze tłumaczyć ludowi nieobecnością władcy z powodu choroby. Póki co zatem można więc podsuwać władcy różnego rodzaju rozporządzenia pana ministra do podpisu i zatwierdzania ich królewską pieczęcią. W końcu jednak wymówka o nieobecności spowodowanej chorobą stanie się podejrzana i nawet najciemniejszy chłop domyśli się, że coś tu jest nie tak. Wówczas zmusi się króla do podpisania aktu abdykacji i wykończy niewygodnych monarchów. Zaś ludowi powie się, że król i królowa zmarli na wskutek choroby i ustanowili Colgena następcą francuskiego tronu. Ewentualnie można by zrobić jeszcze inaczej i posadzić na królewskim tronie kogoś bliżej spokrewnionego z Ludwikiem XV. Oczywiście ten ktoś wyłącznie małą marionetką w rękach Colgena. Minister trzymałby go w szachu z pomocą swojej wiernej gwardii, która groziłaby marionetce śmiercią, zaś za w razie nieposłuszeństwa.
Niezależnie od przewidywanych decyzji i rozwoju sytuacji, Colgen był z siebie niesamowicie zadowolony. Wszystko szło zgodnie z jego planem. Miał więc mnóstwo powodów do radości.
Hrabina Paulina de Willer również mogła się cieszyć. W końcu triumf jej pryncypała był i jej triumfem. Zgodnie z obietnicą miała ona teraz otrzymać tytuł księżnej i objąć w posiadanie ziemie, jakie sobie zażyczyła. Do tego otrzymała gwarancję, że wieś Rouchebant będzie jej własnością, chociaż minister nadal nie wiedział, po co jej nędzne ziemie na których nie da się mieszkać, ani ich uprawiać. Nie miał jednak zamiaru kobiety o to pytać. Ostatecznie to była jej prywatna sprawa. Najważniejsze, żeby wiernie mu służyła. Tylko to się liczyło.
Hrabina jadąc powozem była bardzo uradowana i szczęśliwa. Wracała właśnie ze wsi Rouchebant powozem do Paryża, gdyż poprzedniego dnia otrzymała ważną wiadomość od zaufanego człowieka. Wieść tę nakazał przesłać jej Febre (który, jako jedyny zawsze wiedział, gdzie można znaleźć hrabinę), że plan ministra się powiódł i by kobieta właśnie wracała do stolicy. Hrabina zgodziła się na to tym bardziej, że wszystko układało się po jej myśli. Niedawno odwiedziła swoje nowe dziedzictwo, by odnaleźć oraz zabezpieczyć znajdujące się tam zbójeckie skarby. Udało się jej tego dokonać poprzez wynajętych ludzi, których potem otruła. Mając pewność, że nikt nie zagrabi jej majątku, wracała zadowolona do stolicy Francji ciesząc się swoją nagrodą za wierną służbę ministrowi.
Co prawda Colgen obiecał hrabinie de Willer również, że dostanie ziemie i głowę Trechevile’a, ale na to jeszcze przyjdzie czas. Na razie jednak wystarczy jej możliwość zdobycia jednego z wielu celów swego życia, czyli wsi Rouchebant. A tam już jest coś, co przyniesie jej znaczne zyski. Bardzo duże, wręcz niewyobrażalne zyski. Będzie ona wielką panią na włościach. Cały przestępczy światek będzie jej bił pokłony. A niech no tylko ktoś ośmieli się jej przeciwstawić. No, to wtedy posmakuje, co znaczy gniew ich pani.
Takie oto myśli krążyły po głowie pani hrabinie, a już niedługo pani księżnej. Czuła, że może być z siebie dumna. Wykonała w końcu kawał dobrej roboty. Pomogła w spiskach przeciwko Ich Królewskim Mościom. Zachowała wierność panu Colgenowi i choć nie zrobiła właściwie nic w ostatniej fazie intrygi, to i tak wcześniej zrobiła dla niego dużo. Na tyle dużo, że w pełni sobie zasłużyła ona na nagrodę. Tak więc jechała hrabina karetą szczęśliwa i radosna. Nie spodziewała się jednak grożącego jej niebezpieczeństwo, a takowe właśnie istniało naprawdę i już wkrótce miało się pojawić na jej drodze.
Kareta jechała spokojnie po polnej drodze francuskiej wsi. Nagle zatrzymała się. Hrabina usłyszała krzyk woźnicy.
- Czego stoisz, durniu?! Jedź dalej! – krzyknęła wściekła.
Wysiadła z karocy, żeby skarcić woźnicę za przerwę w podróży i właśnie wtedy ujrzała przyczynę zatrzymania się. Na drodze stali czterej jeźdźcy w mundurach królewskich muszkieterów.
Jak się Drodzy Czytelnicy zapewne domyślają, byli to nasi starzy znajomi: Raul, Francois, Fryderyk i Trechevile.
Tak, to byli właśnie oni. Po otrzymaniu wiadomości od Versnera o zaistniałej sytuacji nie wiedzieli, co mają robić. Narada niewiele im dała, więc musieli odbić jeszcze kilka poważnych rozmów, po czym przygotować się do wyjazdu, co ostatecznie zajęło im dwa i pół dnia. Kiedy więc już wszystko było gotowe ruszyli w drogę do Paryża. Chcieli oni zbadać na miejscu całą zaistniałą sytuację. Zaszli po drodze do karczmy i zauważyli tam hrabinę de Willer, która kazała karczmarzowi zająć się jej zaprzęgiem. Popędzała nieszczęsnego oberżystę, gdyż, jak to podkreśliła, bardzo się spieszyła do Paryża. Trechevile i jego przyjaciele podsłuchali tę rozmowę i niezwłocznie zapłaciwszy za posiłek wskoczyli na konie i wyruszyli, żeby wyprzedzić hrabinę i zatrzymać ją na drodze.
- Proszę, proszę. Kogóż my tu widzimy? Nasza pani hrabina z piekła rodem we własnej osobie - zakpił sobie Trechevile.
- Wybiera się pani gdzieś, pani hrabino? - dodał Francois - Obawiam się, że nie dojedzie pani zbyt daleko.
Hrabina próbowała wskoczyć z powrotem do karety, jednakże została pochwycona przez Raula, Francois i Fryderyka oraz poprowadzona od razu przed oblicze Trechevile’a.
- Czego ode mnie chcecie?! - krzyknęła przerażona.
- Sprawozdania i rachunków ze wszystkich twoich zbrodni, ty podła i grzeszna kobieto - powiedział surowym tonem Trechevile.
- A jakim prawem chcesz ode mnie tego żądać, mój drogi Andre? - zapytała hrabina.
- Nasze prawo jest w naszych pochwach i zatknięte za naszymi pasami, więc jeśli nas rozsierdzisz, to szybko ich użyjemy.
Fryderyk i Francois byli nieco zdumieni, że hrabina zwraca się do ich kapitana po imieniu, ale nie zadawali zbędnych pytań, gdyż uznali, że to nie jest ich sprawa.
Hrabina de Willer, usłyszawszy te słowa, zaczęła bać się o swoje życie. Wiedziała ona bowiem doskonale, że kapitan królewskich muszkieterów jest w stanie spełnić swoją groźbę. Dlatego nie stawiała oporu, gdy została jej kareta została otoczona przez czterech uzbrojonych mężczyzn, którzy potem wywieźli ją w zupełnie przeciwnym kierunku niż jechała.

***

Kobieta została zabrała do zamku kapitana Trechevile’a i poddana przesłuchaniu. Czwórkę muszkieterów najbardziej jednak interesowało, co dalej planuje Colgen oraz gdzie uwięził króla oraz królową. Okazało się jednak, że ta występna kobieta nie miała wcale najmniejszego zamiaru tego zdradzić. Wszelkie tajemnice, jakie powierzył jej Colgen zachowała i ujawnić ich nie miała zamiaru. Francois i Fryderyk straszyli ją torturami takimi jak łamanie kołem, lecz nawet to nie skłoniło jej do mówienia. Zapytała tylko:
- Jakim prawem chcecie mnie sądzić?
- A takim prawem, moja droga Paulino, że znajdujesz się teraz na moich ziemiach. Tutaj prawo stanowię ja. W tym zamku jestem trzeci po Bogu i królu. Mogę cię skazać na wszelkiego rodzaju tortury i nikt mi za to nic nie zrobi.
- Proszę bardzo. Torturujcie mnie więc wy wszyscy. Ty oraz twoi podwładni - mówiła zażartym tonem - Jest was czterech, a ja tylko jedna. Biedna i słaba kobieta przeciwko czterem silnym mężczyznom. W jaki sposób zdołam się wam oprzeć? Nie mam na to najmniejszych szans. Nie krępujcie się, poślijcie mnie na tamten świat z całym okrucieństwem, jakie tylko zdołacie z siebie wykrzesać. Nie mam do was o to żalu. Jestem tylko biedną oraz słabą kobietą, kolejną ofiarą waszej głupiej, męskiej dominacji nad światem! Zabijcie mnie śmiało, lecz ja niczego wam nie powiem. Ode mnie niczego się nie dowiecie.
Przesłuchanie hrabiny de Willer trwało niemalże cały dzień. Trechevile stosował wobec niej rozmaite podstępy. Na zmianę groził jej i straszył torturami, po czym znowu ją błagał ze łzami w oczach oraz zaklinał na dobro Francji. Kobieta pozostała jednak głucha na wszelki argumenty. W końcu wściekły kapitan muszkieterów poprosił przyjaciół, by zostawili go z hrabiną samego. Gdy to zrobili Andre złapał rozżarzony do czerwoności pogrzebacz i postanowił przypalać nim kobietę, by wydusić z niej zeznania. Hrabina jednak bez cienia strachu patrzyła na ów przedmiot oraz na swego oprawcę. Jej wzrok wpatrywał się w niego wyzywająco.
- Śmiało, Andre. Śmiało. Nie krępuj się. Zadaj mi teraz ból. Przecież marzysz o tym. Na co jeszcze czekasz? Przecież zabiłam ci brata, oszukałam cię i skrzywdziłam najmocniej na świecie. Chyba nie masz wobec mnie żadnych skrupułów, nieprawdaż?
Trechevile szykował się, by przyłożyć jej pogrzebacz do ciała, lecz jednak ostatecznie nie był w stanie tego zrobić i wrzucił go z powrotem w palenisko.
Hrabina spojrzała na niego kpiąco.
- A jednak... Widzisz zatem, mój drogi! Nie potrafisz tego zrobić. Jesteś nędznym słabeuszem, Andre! Nie masz dość sił, żeby zabić kobietę, którą kiedyś kochałeś i najwidoczniej nadal kochasz. Twoje skrupuły czynią cię zniewieściałym!
Trechevile przez chwilę miał ochotę rzucić się na sprawczynię swojego nieszczęścia i udusić ją na miejscu gołymi rękami. Ostatecznie jednak nie potrafił tego zrobić. Nakazał tylko Gerwazemu odprowadzić ją do lochu i pilnować, żeby nie uciekła.
Kiedy sługa wykonał polecenie, dzielny kapitan skierował swe kroku do komnaty, gdzie czekali na niego jego towarzysze, po czym spojrzał na nich z wyrazem załamania w oczach.
- To na nic, moi drodzy - powiedział załamanym głosem - Ona jest fanatycznie oddana Colgenowi. Nie powie nic na jego temat ani nam, ani sędziom. Zresztą co ja mówię? Jakim sędziom? Teraz to Colgen sprawuje władzę. Wszyscy sędziowie w kraju są zależni od jego woli. Niedługo pewnie zasiądzie na tronie.
 - Wiecie, może uznacie mnie za głupca, ale czegoś tu nie rozumiem - rzekł Raul.
- Czego konkretnie nie rozumiesz, moje dziecko? - popatrzył na niego Trechevile.
- Otóż o ile dobrze sobie przypominam, Colgen uwięził króla.
- Tak, to prawda. Uwięził go.
- No właśnie. Uwięził, ale nie zabił. Zatem król nadal żyje i jest w niewoli. Colgen mocno ryzykuje trzymając Jego Królewską Mość przy życiu. Skoro sam chce zasiąść na tronie, to czemu od razu go nie zabije?
Trechevile popatrzył na swego wychowanka z uwagą.
- Cóż... To dobre pytanie - zastanowił się nad odpowiedzią kapitan królewskich muszkieterów - Ale wydaje mi się, że znam na nie odpowiedź. Sądzę, że póki co Colgen będzie robił wszystko, by jak to rasowy polityk, stworzyć pozory praworządności. Póki co będzie sprawiał wrażenie, że król żyje i ma się dobrze, ale z jakiś powodów musi pozostać w odosobnieniu. A władzę w jego zastępstwie sprawuje on, Colgen. Oczywiście nie będzie mógł tego robić długo. W końcu nawet największy głupiec się zorientuje, że coś tu jest nie tak. Dlatego, gdy nadejdzie czas, zmusi króla do abdykacji na swoją korzyść i pozbędzie się go, natomiast jego ukochana gwardia usunie ewentualnych oponentów.
- Ośmieli się zabić króla? - zdziwił się Francois - A opinia publiczna?
- Mój przyjacielu, historię piszą jedynie zwycięzcy i to oni decydują, co było dobre, a co złe - rzekł Trechevile, patrząc na swego podwładnego z politowaniem - Więc, jeśli Colgen jest zwycięzcą, to zabicie króla będzie dla niego dobrem lub złem koniecznym. Jakkolwiek to sobie wytłumaczy, chwila, w której Ludwik XV stanie się zbędny, będzie chwilą jego śmierci. Królewskiej śmierci! Wówczas to Colgen albo sam zasiądzie na tronie, albo też (co moim zdaniem jest znacznie bardziej prawdopodobne) posadzi na tronie bliskiego krewnego Ludwika, aby był jego marionetką. A wszystko to po to, aby stworzyć pozory kontynuacji dynastii. On sam zaś z pomocą swojej gwardii utrzyma tę swoją marionetkę w ryzach i zawsze zmusi ją do posłuszeństwa.
- Ależ to podłe! - wysyczał oburzony tym wszystkim Fryderyk - Że też ziemia nosi jeszcze takiego człowieka.
- Podłe, owszem. Nawet bardzo podłe - rzekł Trechevile przechadzając się po komnacie - Ale możemy temu zapobiec, jeśli dowiemy się, gdzie szanowny pan minister przetrzymuje króla i królową.
- Więc przyciśnijmy mocniej tę ladacznicę, a na pewno nam wszystko powie! - zawołał mściwie Francois - Trzeba tylko użyć odpowiednich do tego argumentów.
- Obawiam się, że to nic nie da - rzekł bardzo smutnym głosem kapitan - Nawet obawa przypiekania rozpalonym pogrzebaczem nie przestraszyła jej. Jest zbyt odważna. Nie ulęknie się tortur.
- Może tylko udawała odważną? - zasugerował po krótkim namyśle Raul.
Trechevile pokręcił przecząco głową.
- Nie, moi mili. Ja ją znam. Znam jak zły szeląg. Wiem doskonale, że na pewno nie udawała. Widziałem to w jej oczach. Nie było w nich ani cienia kłamstwa, ani udawania. Naprawdę się nie bała. A skoro nie boi się nas, to na pewno nie będzie się bać tortur.
- Co więc zrobimy? - Raul patrzył na swego opiekuna uważnym wzrokiem - Chyba nie zostawimy jej przy życiu? Skoro i tak niczego nie powie... To... Musi umrzeć... Prawda?
- Owszem, musi umrzeć - Trechevile pokiwał smutno głową - Ale nie my ją zabijemy. Żaden z nas nie będzie sobie brudził rąk jej krwią. Od tego są wyspecjalizowani fachowcy zwani potocznie katami. Sprowadzę jutro jednego i to on wykona wyrok. Tak będzie sprawiedliwie.

***

Wieczorem Trechevile wszedł do celi hrabiny i oznajmił jej, że jutro w południe odbędzie się jej egzekucja. Kobieta przyjęła tę wiadomość chłodną z obojętnością
- Doskonale, bardzo dobrze - powiedziała obojętnym, wręcz zimnym tonem - Wiedziałam, że w końcu zechcecie mnie zamordować ty i twoi siepacze. A więc jak zginę?
- Obetną ci głowę - odpowiedział Trechevile.
- No proszę... Dość niezwykłe... Myślałby kto, że jestem wampirem, skoro zamierzacie obciąć mi głowę. A wolno wiedzieć, który z was zada mi śmierć? Może ty, mój kochany, niedoszły mężu?
Trechevile zachował w rozmowie z nią kamienną twarz, choć w sercu wrzały mu rozmaite uczucia.
- Żaden z nas nie podniesie na ciebie ręki, Paulino. Zostaniesz ścięta mieczem, a cios zada ci ręka kata. Profesjonalnego kata wyćwiczonego w zadawaniu takiego rodzaju ran.
Paulina de Willer zaśmiała się ironicznie.
- Oczywiście. Jakżeby inaczej. Do końca praworządny pan hrabia de Trechevile. Nigdy nie przestaje zachowywać pozorów, nawet wtedy, kiedy morduje z zimną krwią.
Kapitan podbiegł do niej i złapał ją za szyję. Paulina zaśmiała się podle, widząc to wszystko.
- Śmiało, ściśnij! A będziesz miał problem z głowy raz na zawsze. No śmiało! Na co jeszcze czekasz?!
Andre Trechevile powoli zmniejszył uścisk, aż w końcu puścił ją całkowicie. Hrabina de Willer zaśmiała się.
- Wiedziałam... Jesteś na to za słaby. Nie umiesz zadać mi śmierci. A może po prostu nie chcesz sobie brudzić rączek? Powiedz śmiało. Jaka jest prawda? Chodzi o zachowanie pozorów, o twoją słabość czy może wstręt, jakim ciebie napawa moja osoba?
- Chyba wszystko naraz - warknął Trechevile, po czym uspokoiwszy się spojrzał na nią ponownie.
- Paulino... Najdroższa Paulino. Odpowiedz mi tylko na jedno pytanie. Dlaczego?
- Co dlaczego?
- Dlaczego zrobiłaś to wszystko, co zrobiłaś? Czemu zamordowałaś mojego brata? Czemu oszukałaś mnie i moją rodzinę? Czemu przystąpiłaś do tego diabła w ludzkiej skórze? Czemu po prostu nie wyszłaś za mnie, jak mi to obiecywałaś i nie zostałaś razem ze mną?
Hrabina de Willer po raz pierwszy od bardzo dawna uśmiechnęła się bez fałszu i zakłamania w oczach.
- A czy kochałabyś mnie, gdybym była inna? Taka właśnie niestety jestem. Okrutna i obłudna. Nie wiem sama, dlaczego taka jestem. Może taka się urodziłam? Może taka się kiedyś stałam? Sama nie wiem. Wiem jedno. Nie zadowalało mnie bycie żoną wicehrabiego Andre z małymi częściami wielkiego majątku, który musi dzielić razem z bratem i siostrą. Ja chciałam mieć wszystkie ziemie, nie tylko ich część. Chciałam być hrabiną, nie tylko wicehrabiną. Masz mi to za złe, że jestem ambitna?
- Nie nazwałbym tego ambicją - powiedział smutno kapitan - Raczej wyrachowaną podłością i nienasyceniem.
Paulina de Willer uśmiechnęła się delikatnie do niego.
- Może i tak. A może ambicja to właśnie jest wyrafinowana podłość i nienasycenie w pogoni za dobrami materialnymi? Być może te cechy są nierozłączne?
Trechevile uklęknął przed nią i wziął jej dłonie w swoje, po czym spojrzawszy jej w oczy powiedział:
- Paulino... Umrzesz jutro za swoje zbrodnie. Jak pożegnasz się z tym światem?
Oczy hrabiny na powrót stały się zimne i okrutne.
- Świat niczego dla mnie nie uczynił. Więc i ja nie uczynię dla świata niczego i nie pożegnam się z nim w żaden sposób.
Trechevile posmutniał i pokiwał głową. Następnie podniósł się z klęczek i ruszył w kierunku wyjścia. Zatrzymał się jednak w połowie drogi i powiedział:
- Wiedz jednak, Paulino, że moje serce zawsze należało do ciebie. Do ciebie i nikogo innego. Szkoda, że ci to nie wystarczyło. Bardzo, ale to bardzo tego żałuję.
- I ja również żałuję, Andre, ale nasz żal niczego nie zmieni. Taka już jestem. Pokochałeś mnie taką i taką mnie też znienawidziłeś.
Trechevile odwrócił się gwałtownie, podbiegł do kobiety i pocałował namiętnie jej usta. Następnie wypuściwszy ją z objęć rzekł:
- Nigdy nie zdołałem cię tak naprawdę znienawidzić. Chcę, byś to wiedziała, kiedy pójdziesz na śmierć.
To mówiąc wyszedł z celu zamykając ją za sobą.
Hrabina siedziała na pryczy będąc w szoku po jego ostatnich słowach. Chwilę później jednak ożywiła się. Wiedziała, co musi zrobić. Nie pozwoli na to, aby Andre miał jej krew na swoich rękach. Tyle złego dla niego uczyniła, a on wciąż ją kochał. Nie obciąży więc jego sumienia swoim nędznym żywotem. Wręcz przeciwnie, musi zdjąć z niego ciężar zadania jej śmierci. Chociaż tyle może zrobić dla człowieka, który tak wielkim i szczerym uczuciem ją obdarzył. Hrabinie de Willer obce były wszelkie wyższe uczucia, jednak zachowanie Andre Trechevile’a wobec niej wzruszyło ją do tego stopnia, że postanowiła oddać mu choć tę jedną przysługę, którą oddać mogła.

***

Następnego dnia miała się odbyć egzekucja. Jednakże nie doszło do niej dlatego, iż Paulina de Willer została znaleziona martwa w swojej celi. Kiedy Gerwazy przyszedł ją zabrać na miejsce straceń, kobieta leżała już nieżywa na swojej pryczy. Wierny sługa dostrzegł na jej palcu pierścień pozbawiony oczka z rubinem. Widocznie znajdowała się pod tym oczkiem mała kapsułka z trucizną, którą kobieta zażyła. Wezwany na pomoc lekarz stwierdził z całą pewnością zgon. Nie było żadnych wątpliwości. Hrabina de Willer, potwór z piekła rodem, nie żyła.
- Odebrała sobie życie - powiedział Raul - Widocznie przestraszyła się egzekucji.
 - Albo chciała nam zrobić na złość - rzekł Francois - To by do niej pasowało. Dopiec nam i odebrać „rozrywkę”, jaką w jej mniemaniu byłaby publiczna egzekucja jej osoby.
- Możliwe - dodał Fryderyk - Ale może po prostu wolała odejść z godnością? Sam nie wiem, jaka jest prawda.
Nikt z całej tej trójki nie wiedział, jaka jest prawda. Wiedział to jedynie Andre Trechevile, ostatni z hrabiowskiego rodu Trechevile’ów. On jeden znał prawdziwą przyczynę takiej właśnie decyzji hrabiny Pauliny de Willer, swojej niedoszłej żony. Odebrała sobie ona życie, żeby oszczędzić mu cierpień i wyrzutów sumienia. Wiedziała doskonale, jaki koszmar by przeżywał każdej nocy, każdego dnia, gdyby to on kazał wykonywać wyrok. Nie umiałby z tym żyć. Wiedziała o tym. Dlatego właśnie podjęła taką decyzję. To był jedyny dobry uczynek, jaki kiedykolwiek w życiu spełniła.
Tak, ta kobieta ona złem wcielonym. Jednak, jak się okazało, zostały w niej resztki człowieczeństwa i uczuć do człowieka, który kiedyś ją szalenie kochał. I za ten ostatni ludzki gest Andre Trechevile był jej wdzięczny.
- Dziękuję ci, Paulino - szeptał między łzami, jakie wylewał nad jej ciałem - Dziękuję ci.

1 komentarz:

  1. A jednak przed samą śmiercią w Paulinie obudziły się resztki człowieczeństwa, kiedy zrozumiała, że Andre nadal ją kocha, mimo że wyrządziła mu tak wiele zła, po którym nigdy tak do końca się nie pozbierał. I mimo całej swej podłości i wyrachowania, nie chciała, by miał na sumieniu jej śmierć, mimo że to przecież on zdecydował się na sprowadzenie kata w celu dokonania na niej egzekucji. Mimo że wszystkie jej marzenia miały się spełnić, to jednak życie tak naprawdę nie miało dla niej żadnego znaczenia i w każdej chwili była gotowa ponieść śmierć, bo przecież gdyby tylko chciała, mogłaby zdradzić im wszystkie plany i poczynania Colgena i błagać o litość, a wówczas Trechevile na pewno by ją oszczędził, ale ona była zbyt dumna, aby o cokolwiek ich prosić, nawet o życie, a to oznacza, że życie nie przedstawiało dla niej żadnej wartości, skoro wolała ponieść śmierć niż błagać kogokolwiek o łaskę, mimo że zdobyła wszystko o czym marzyła i w końcu mogła stać się naprawdę bogata, a do tego przecież dążyła przez całe życie, gdyż pieniądze i majątek posiadały dla niej największe znaczenie, podczas gdy życie drugiego człowieka nie miało dla niej najmniejszej wartości, dlatego też, będąc całkowicie pozbawiona wyrzutów sumienia i skrupułów, potrafiła zabijać z zimną krwią.

    OdpowiedzUsuń

Zakończenie

Epilog - czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy I to by było na tyle, jeśli chodzi o akcję naszej powieści. Inny pisarz zakończyłby na...