Rozdział XXII
W którym Colgen na próżno chce zmusić króla do abdykacji
W którym Colgen na próżno chce zmusić króla do abdykacji
Na szczęście dla naszych dzielnych bohaterów pan minister Colgen nie wiedział nic o poczynaniach muszkieterów. Nie orientował się również w tym, że zamierzają oni doprowadzić do jego porażki. Colgen cieszył się z sukcesu. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Król i królowa Francji znajdowali się w jego rękach i to on im dyktował, co mają robić, a raczej jakie dokumenty podpisać, a jakich nie podpisywać. W razie sprzeciwu był gotów zamordować parę królewską. Potem ogłosiłby, że Ich Królewskie Moście zmarli na skutek zarazy. Zgodnie z obowiązującą wówczas zasadą dziedziczenia, na tronie Francji zasiadłby inny Bourbon, czyli posłuszna marionetka Colgena.
Początkowo pan minister rozważał również możliwość, aby samemu zasiąść na tronie. Przewidywał taki przebieg wypadków, ale tylko wtedy, gdyby został zrealizowany jego jakże błyskotliwy plan wywołania wojny z Hiszpanią. Wówczas cały kraj pogrążyłby się pewnie w takim chaosie, że możliwa byłaby zgoda na każdego władcę, który Francję by z tej biedy wyciągnął i to bez względu na to, czy ów kandydat byłby spokrewniony z poprzednim królem czy też nie. Oczywiście w takim wypadku również pozostawała wątpliwość, że lud zaakceptowałby Colgena jako swojego władcę, ale na to był on już przygotowany. Wystarczyło tylko ustanowić królem swoją marionetkę i odpowiednio pociągać za sznurki, jednak to szanowny pan minister przewidywał jedynie jako plan awaryjny, gdyby jego pierwotny zamysł zawiódł. Po kradzieży dokumentu wszystko szczęśliwie zmierzało jednak ku temu, aby to on osobiście zasiadł na tronie i założył nową dynastię.
Niestety, przez tych przeklętych muszkieterów minister Colgen musiał pożegnać się ostatecznie ze swoimi planami. Wiedział, że w takiej sytuacji, jaka obecnie panowała, osobiste przejęcie przez niego władzy będzie już całkowicie niemożliwe. Przede wszystkim lud, ani także Europa nie uznają takiego króla jak on, nie mówiąc już o tym, że nie miałby on poza swoją gwardią praktycznie żadnego poparcia. Co prawda jeszcze do niedawna mimo to rozważał osobiste przejęcie władzy, do którego pchała go jego bezgraniczna ambicja, jednak w ostatnich dniach, po głębokim namyśle, postanowił z tego zrezygnować. Wiedział, że gdyby ogłosił się oficjalnie królem, jego czterej adwersarze mogliby podnieść bunt przeciwko niemu, a taki bunt mógłby mieć bardzo duże poparcie, jako że pan Colgen nie miał żadnego arystokratycznego tytułu, zaś jego pokrewieństwo z królem było zbyt niskie, żeby mógł sobie pozyskać poparcie innych władców Europy, nie wspominając już o tym, że w przypadku niepowodzenia w tłumieniu takiego buntu, to on byłby kolejnym obalonym władcą, z tym że nie pochodzącym bezpośrednio z linii królewskiej. W takim wypadku nikt by się z nim nie patyczkował, a jego wrogowie bez wahania skazaliby go na śmierć.
Z tych właśnie powodów, bo bardzo głębokim namyśle, pan minister postanowił ostatecznie zrezygnować ze swego pierwotnego planu i osadzić na francuskim tronie marionetkę, którą mógłby potem manipulować. Taką marionetką mógłby zostać oczywiście Ludwik XV, dlaczegóż by nie? Colgen jednak szybko odrzucił tę myśl. Jego Królewska Mość od czasu, kiedy odkrył prawdziwą tożsamość swego ministra, stał się wobec niego wyjątkowo nieufny. Do tego był również bardzo uparty. Nie zrobi niczego, czego chce Colgen, nawet za cenę swego życia. A królowa? Ona aprobuje decyzje męża. Więcej, wręcz wspiera go w tym uporze. Gdyby jej nie było, to na pewno kochany Ludwiczek byłby zdecydowanie bardziej uległy, lecz ona trwa przy nim i wywiera niekorzystny wpływ. Oczywiście niekorzystny dla ministra Colgena. Właściwie można by ją usunąć z tego świata, ale król jest bardzo zakochany w żonie i istnieje ryzyko, że po zamordowaniu Marii Leszczyńskiej Ludwik zacietrzewi się jeszcze mocniej, jak również nadal nie wyrazi zgody na żaden z planów Colgena. Z tego powodu obecni król i królowa nie nadają się na marionetki w rękach swego ministra. O nie... Musi ich zastąpić inny Burbon, ale by tak się stało niezbędny jest tu akt abdykacji obecnego króla, a tego aktu jeszcze Colgen nie uzyskał. Wiedział jednak, że zdobycie go będzie tylko i wyłącznie kwestią czasu. Ludwik kiedyś ustąpi pod presją i zgodzi się na warunki swego oprawcy. Zresztą nie ma wyboru. Musi się zgodzić! Wystarczy tylko, jak to powiedział Febre, odpowiednio podejść do problemu.
Na razie Colgen nie przejmował się królem, miał bowiem na głowie liczne kłopoty, z których każdy wymagał sporo uwagi. Jednym z nich była sprawa jego własnych ludzi. Powoli zaczynali go oni zawodzić. Przede wszystkim Grusner. On pierwszy nie sprostał jego wymaganiom. Nie tylko nie udało mu się otruć muszkieterów, ale jeszcze, (czego Colgen był pewny) przyciśnięty przez nich wszystko im wygadał. No cóż... Jednak w tym wypadku niedyskrecja Hermanna Grusnera okazała się być nader przydatna, bo przecież muszkieterowie pojechali ratować Luizę i nie było ich w Paryżu, kiedy pan minister wprowadzał w życie swój niecny plan. Można więc śmiało stwierdzić, że błąd Grusnera okazał się pożyteczny dla ministra, co nie zmieniało jednak faktu, że ten głupi Niemiec zasłużył na karę i trzeba było mu ją wymierzyć.
Kolejny niedołęga to Raberic. On również zawiódł i nie zabił Raula Charmentall, gdy miał ku temu okazję. Ale cóż... Gamoń ów został już wypuszczony z Bastylii i dostał ostatnią szansę na zlikwidowanie tego niewygodnego chłopaka. Oby tym razem mu się udało, bo jeśli po raz kolejny zawiedzie swego protektora, to Colgen ponownie nie wykupi go z więzienia.
Pozostał jeszcze de Bernice, choć nim pan minister się nie przejmował. Co prawda zawiódł on swego pryncypała pozwalając na to, ażeby banda muszkieterów uwolniła z klasztoru Luizę, jednak Francois dotkliwie go poranił, więc jest nadzieja, że ten głupiec uda się do Hadesu i Colgen nie będzie musiał sobie brudzić rąk usuwaniem go z tego świata. Po co zatem się spieszyć? Kostucha zrobi swoje i bez pomocy pana ministra.
Teraz Colgena niepokoiło głównie jedno: zniknięcie hrabiny de Willer. Miała ona wrócić do Paryża, a tymczasem nie zjawiła się ani nie zostawiła żadnej wiadomości. Nawet liściku z zapewnieniem, że wszystko jej dobrze poszło. Colgen denerwował się więc. Hrabina pojechała zobaczyć swoją posiadłość, którą jej podarował (choć nadal nie rozumiał, po co jej była kiepska ziemia, w dodatku ze skałami i bagnami). No właśnie! Pojechała i potem miała wrócić. Febre przekazał jej rozkaz pryncypała o powrocie do Paryża, ale kobieta zamiast go wykonać zniknęła bez śladu. Colgen nie przejmował się jej losem, jednakże wiedział, że bardzo trudno będzie mu znaleźć równie dobrą agentkę, co ona, dlatego też bardzo niepokoiła go jej nieobecność w zamku Le Vieux Diable. Oczywiście to nie musi niczego oznaczać. Może po prostu kobieta gdzieś po drodze zamarudziła? Cóż... Jeśli tak, to niech no tylko ona zjawi się w Paryżu. Wysłucha już ona jego narzekań.
Prócz tych niepokojów wszystko układało się po myśli pana ministra. Jak na razie wszyscy mieszkańcy Francji sądzili, iż król i królowa są poważnie chorzy oraz modlili się o ich zdrowie. Póki będą tak myśleć, póty oni są bezpieczni. Ale czas naglił, w końcu poddani zaczną domagać się widzenia z Ich Królewskimi Mościami i wszystko się wyda. Jak na razie Colgen kazał aresztować wszystkich dworzan i dwórki, a także ministrów i osobistych podwładnych króla i królowej, by nikt nie doniósł Paryżanom, jak sytuacja wygląda naprawdę, a nie musimy chyba tłumaczyć, że panu ministrowi ujawnienie sekretu o zamachu pałacowym byłoby bardzo nie na rękę. Tak więc tych, których mógł, aresztował. Innych zastraszył i zmusił do posłuszeństwa pozostawiając w Wersalu co najmniej połowę swojej prywatnej gwardii, aby ta strzegła królewskiego pałacu.
Tego dnia Colgen opuścił Wersal, nakazując przy tym swoim wiernym żołnierzom, których tu pozostawił, aby tłumili oni wszelkie rozruchy i nie wpuszczali do pałacu nikogo obcego. Sam zaś udał się do zamku Le Vieux Diable, gdzie był więziony król, królowa i oraz kilka towarzyszących im osób.
***
- Otwierać bramę! - zawołał Colgen, gdy tylko podjechał pod mury zamku.
- Otwierać bramę! To Jego Wysokość, minister Colgen! - odezwały się okrzyki strażników.
Bramę natychmiast otwarto na oścież i kareta wtoczyła się pospiesznie na dziedziniec. Natychmiast podbiegło do niej kilku gwardzistów, którzy usłużnie otworzyli jej drzwiczki. Jeden gwardzista opuścił schodki, zaś Colgen i towarzyszący mu Grusner wysiedli z pojazdu, zeszli po stopniach, przeszli przez dziedziniec zamkowy, po czym pan minister udał się do swego gabinetu, położonego tuż obok Sali Rycerskiej. Następnie kazał on przywołać do siebie Febre’a.
Żeby lepiej zrozumieć akcję naszej powieści, powinniśmy teraz sobie dokładnie opisać twierdzę, w której zostali uwięzieni Ludwik XV oraz Maria Leszczyńska.
Zamek Le Vieux Diable była to potężna forteca otoczona wysokim murem obronnym. Znajdowały się tu cztery wysokie, ogromne wieże, a także głębokie i mroczne lochy. Nie zapomniano w niej także o piwnicach z winem oraz zapasami żywności, jak również o arsenale z prochem i amunicją. Wykopano też głęboką studnię, aby obrońcy twierdzy mieli stały dostęp do wody pitnej w razie długotrwałego oblężenia. Załogę zamku stanowiło około trzystu gwardzistów pana ministra. Pozostali obsadzili pałac w Wersalu. Colgen miał więcej ludzi w swej armii, ale część wybili już podczas znanych nam akcji Raul, Francois, Fryderyk i Trechevile. Inni zginęli podczas innych, nie opisywanych tu przez nas, potyczek. A zatem pan minister miał się teraz na baczności i część swej armii zakwaterował w zamku. Nie obawiał się ataku muszkieterów, choć sądził, że może on nastąpić w każdej chwili. Lękał się jedynie tego, że posyłając wszystkie swe siły w jedno miejsce, może przegrać. Skończyłoby się to wyniszczeniem jego gwardii. Poza tym zamek Le Vieux Diable musiał mieć stałą i pewną załogę. Wtedy dopiero stawał się twierdzą bardzo trudną do zdobycia. Zamek ten zajmował ważne miejsce w jego planach. Nie tylko chronił i umacniał władzę jego, Colgena, ale jednocześnie był on też więzieniem najważniejszych osób w całym państwie. Minister musiał więc zapewnić dostateczną ilość żołnierzy pilnujących zamku, jak również zadbać o to, żeby ucieczka z niego i kontakt z kimś z zewnątrz był niemożliwy.
Skoro wiemy już, jak wyglądał zamek Colgena, to wróćmy do naszego pana ministra rozmawiającego z Grusnerem, który podał mu przygotowane dokumenty abdykacyjne Ludwika XV.
- Wszystko gotowe, Herr Minister - zameldował wierny mu Niemiec - Teraz wystarczy tylko, że Konig Ludwik to podpisze, a natychmiast Herr Minister będzie mógł powołać na tron wybraną przez siebie osobę.
Colgen bowiem już zdecydował, kto będzie jego marionetką na tronie Francji. Wybrał jednego z licznych krewnych Ludwika XV. Nazwisko tego krewnego nie jest nam niestety znane, dlatego też musimy pominąć je milczeniem mając przy tym nadzieję, że Szanowni Czytelnicy zechcą nam to wybaczyć.
- Ale na pewno o wszystkim pomyślałeś? Niczego nie pominąłeś? - dopytywał się Colgen jak zwykle dbały o szczegóły, jak każdy polityk.
- Bez obaw, Herr Colgen. Meine Kopf już o wszystkim pomyślała. Każda inna ewentualna możliwość dziedziczenia tronu Francji dla innych pretendentów jest po prostu niemożliwa. Opracowałem to bardzo starannie.
Colgen znał umiejętności swego sekretarza, jednakże wolał sprawdzić wszystko osobiście. Kiedy jednak stwierdził, że w dokumentach wszystko jest napisane tak, jak być powinno, zwinął je w rulonik i powiedział:
- Dobra robota, Grusner. Kiedy już zostanę nieoficjalnym władcą Francji, nie minie cię nagroda.
- Herr Minister jest zbyt łaskaw dla mnie - powiedział Grusner kłaniając się uniżenie swemu panu.
- Dobrze, już dobrze. Nie płaszcz się przede mną. Nie lubię lizusów - zaśmiał się Colgen.
Ponownie rozwinął rulonik, popatrzył ponownie na papier i ponownie go zwinął. Uśmiechnął się do siebie. Tak! Teraz niech król to podpisze, a on przejdzie do kolejnego etapu swego jakże przebiegłego planu.
W tym samym momencie do pokoju wszedł Febre.
- Pan minister chciał mnie widzieć? - zapytał.
- Tak - odpowiedział mu Colgen - Co u króla i królowej? Są dobrze strzeżeni?
- I w piekle nie mieliby lepszej ochrony.
- To dobrze. A dworzanie?
- Lokaj cierpliwie znosi niewolę. Ale pani pułkownikowa de Saudier nieco narzeka. Próbuje nas nawet straszyć.
- Jak to ona. Czego innego się po niej spodziewałeś? Choć swoją drogą szkoda, że właśnie ona musi tu przebywać. Żal mi jej. Cenię sobie bardzo tę niezwykłą kobietę. Ale cóż... Była z królową podczas jej aresztowania, więc też musieliśmy ją przymknąć. Nie chcieliśmy przecież, aby kłapała swoim dziobem na prawo i lewo o tym, że aresztowaliśmy Ich Królewskie Wysokości.
- To prawda, panie ministrze.
- Panie ministrze, panie ministrze - przedrzeźniał go Colgen - Mówisz tak na mnie, jakbyś nie wiedział, że niedługo już zostanę królem Francji.
- Nieoficjalnie, proszę pana. Tylko nieoficjalnie - przypomniał mu z ironią w głosie Febre - Przy tej okazji pragnę panu przypomnieć, że pan sam zabronił nazywać siebie Jego Królewską Mością, aby przypadkiem nie zapeszyć.
- Ja tak powiedziałem? - zdziwił się Colgen i po chwili przypomniał sobie, że rzeczywiście wydał taki rozkaz - Dobrze, może rzeczywiście tak powiedziałem. Teraz to nie ma znaczenia. Gdzie król i królowa?
- W swojej komnacie. Nigdzie nie wychodzą, zgodnie z rozkazem - wyjaśnił Febre.
- Bardzo dobrze. Wybieram się do Jego Królewskiej Mości z wizytą. Powiedz mu o tym - wydał rozkaz Colgen wielkopańskim tonem.
Febre ukłonił się i poszedł do Ludwika XV i Marii Leszczyńskiej, aby wykonać polecenie. Colgen zaś udał się po chwili do komnaty królewskiej i wszedł tam bez pukania.
- Można? Mam nadzieję, że nie przeszkadzam Waszym Królewskim Mościom? - zapytał złośliwym tonem.
- A w czym ty niby możesz nam przeszkadzać? W gniciu tutaj? - odpowiedziała równie złośliwie Maria Leszczyńska - O nie, mój panie! Wcale nam nie przeszkadzasz. Może chcesz się do nas przyłączyć? Albo jeszcze lepiej, zamienić się z nami miejscami?
Colgen spojrzał na nią groźnie i powiedział:
- Lepiej pohamuj ten swój języczek, słodziutka, bo każe ci go obciąć i rzucić psom na pożarcie.
- Ośmieliłbyś się podnieść na nią rękę? - zawołał Ludwik XV zrywając się z krzesła, na którym siedział.
- A czemuż by nie? - zapytał Colgen ze śmiechem na ustach - Nie zapominaj, drogi kuzynku, że jesteś teraz na mojej łasce. Zatem, jeżeli tylko zechcę, to każe cię zrzucić moim żołnierzom z zamkowych murów i nikt mi za to nic nie zrobi.
- Zostaniesz ukarany za podniesie ręki na majestat króla! - krzyknęła królowa.
- Nie złość się tak lepiej, moja złociutka. Złość piękności szkodzi - kpił sobie w najlepsze Colgen - Ty i twój kochany małżonek zbyt długo przeszkadzaliście rozwojowi naszej ukochanej Francji i mojej rodziny. Ale dość tego. Nie dałeś mi najwyższych godności w państwie, które mi się słusznie należały za mą wierną służbę tobie i twojemu poprzednikowi, Królowi Słońce, więc teraz cierp.
- Jakże to nie dałem, kuzynie? - zapytał zdumiony król - Zostałeś ministrem na dwóch urzędach. To mało?
- Oczywiście, że mało, kuzynie - odpowiedział Colgen, wypowiadając kpiąco tytuł „kuzynie” – Sądziłeś może, że zadowolą mnie tak nędzne ochłapy? Myliłeś się więc. Chciałem czegoś więcej. Czegoś, co należy się mej rodzinie od lat za wierną służbę Burbonom. Najwyższe odznaczenia, najwyższe stanowiska. Władza, pieniądze i zaszczyty. Dla mnie i dla moich następców. Nie chciałeś mi tego ofiarować, a więc teraz cierp. Ale nie przyszedłem tu dyskutować o mych zasługach, lecz po to, abyś podpisał ten dokument.
To mówiąc podsunął mu do podpisania akt abdykacji.
- Co to jest?
- To jest akt twojej abdykacji, kuzynie, w którym zaznaczono także, że przekazujesz koronę jednemu ze swoich licznych krewnych.
- Aby mógł on zasiąść na tronie jako twoja marionetka? - szepnęła Maria Leszczyńska.
- Być może - odpowiedział jej ze stoickim spokojem Colgen - Wy tymi marionetkami nie chcecie zostać. Zostanie więc nią ktoś inny. Mnie jest wszystko jedno, kto to będzie. Ważne jest to, aby władza była moja. No już. Podpisuj.
Ludwik XV, w którym nagle odezwała się duma jego przodków, ze wzgardą odsunął od siebie akt.
- Nie podpiszę tego!
- Ależ podpiszesz, kochasiu, podpiszesz. Zapewniam cię, że to zrobisz - powiedział złośliwym tonem Colgen.
- Powtarzam ci, że tego nie zrobię! - wykrzyknął król.
- Zdajesz sobie z faktu, że mogę cię do tego zmusić, kuzynie, prawda? - kpił sobie z władcy Colgen.
- Nie podpisze tego i już! - krzyknął ponownie władca Francji.
- A ja ci powiadam, że podpiszesz. I to jeszcze tego wieczora!
- Nie podpiszę.
Colgen zdenerwował się, ale wiedział, że dalsze naleganie nie pomoże, więc postanowił spróbować inaczej. Przemówił więc ze spokojem.
- Zrozum, kuzynie, że tu chodzi o twoje życie. Chyba nie chcesz je stracić w tak młodym wieku? - zapytał z groźbą w głosie - Podpisz to, a obiecuję ci, że ani tobie, ani twej uroczej małżonce, a także ewentualnym waszym potomkom włos z głowy nie spadnie.
- A co będzie, jeśli mimo wszystko król tego nie podpisze? - zapytała odważnie Maria Leszczyńska.
- Wówczas będę musiał was przekonać o mojej potędze. A zaufaj mi, moja droga... Jest ona wręcz ogromna - odpowiedział Colgen próbując w ten sposób przestraszyć Ludwika i Marię.
Król i królowa jednak milczeli. Wiedzieli, co się stanie, jeśli podpiszą ten dokument. Colgen może wypuści ich wolno, ale jako faktyczny władca Francji zniszczy to, o co tak długo walczyli kardynał Richelieu, kardynał Mazarini i Ludwik XIV. Porządek, ład i władzę absolutną. W zamian za to wprowadzi tu jedynie chaos i anarchię.
- Zrozum, Ludwiczku, że ten upór ci szkodzi - mówił z jadowitym spokojem minister.
Król i królowa wciąż milczeli.
- Zrozumcie, mam tu trzystu ludzi gotowych na wszystko. Czy mam was wydać w ich ręce? - zapytał groźnie Colgen.
Nadal nie padła żadna odpowiedź na jego odpowiedź.
Podły minister coraz bardziej się denerwował.
- Podpisz ten dokument, dobrze ci radzę - powiedział, jeszcze raz podsuwając królowi pismo pod nos.
Król spojrzał tylko na papier, potem na małżonkę i znów na papier.
- No podpisz!!!! - ryknął Colgen, dostawszy już szału.
Król spojrzał na swojego „zaufanego” ministra i kuzyna w jednej osobie z pogardą w oczach.
- Nie - odpowiedziała stanowczo Maria Leszczyńska.
Colgen spojrzał wściekle na królową.
- Nie wtrącaj się. Nie do ciebie mówię, ale do twojego męża.
- Ja też mówię NIE - odpowiedział stanowczo Ludwik XV.
- To twoja ostateczna odpowiedź? - zapytał zirytowany minister.
- Tak.
- Na pewno?
- TAK!
Colgen zwinął w rulonik akt abdykacji i powiedział:
- Dobrze, jak sobie chcecie. Zobaczymy, jak długo wytrzymacie bez jedzenia oraz wody. Przypuszczam, że już po kilku godzinach głodówki zaczniecie mnie na klęczkach błagać, bym wam przyniósł do podpisania ten papier. Chciałem wam tego oszczędzić, ale niestety, zmuszacie mnie do zastosowania drastycznych rozwiązań. Ale trudno. Sami tego chcieliście.
To mówiąc Colgen wyszedł z pokoju i zatrzasnął za sobą drzwi z głośnym hukiem.
- Febre! - ryknął po wyjściu.
Człowiek w czerni zbliżył się do swego pryncypała.
- Pilnować mi ich dobrze. I niech od teraz nie dostają nic do jedzenia. Zobaczymy, czy ich żołądki są tak samo silne jak charaktery. Ach! Ten ich ośli upór. Ileż kłopotów mi on przysparza. I nie dawać im ani kropli wody! Rozumiesz?! Ani kropelki!
- Tak jest, panie ministrze - odpowiedział na to Febre z cynicznym uśmieszkiem na ustach i zaryglował drzwi komnaty w której byli uwięzieni król i królowa.
Febre zamierzał skrupulatnie wypełnić rozkaz swego przełożonego, który wprost kipiał ze złości. Pozwolił jedynie, aby król miał przy sobie swego osobistego służącego, zaś królowa panią pułkownikową de Saudier u boku. Jednak w kwestii posiłków dla władców Francji był konsekwentny. Jeśli chcą jeść i pić, muszą podpisać akt abdykacji. W przeciwnym bowiem razie niech umierają z głodu oraz z pragnienia.
Początkowo pan minister rozważał również możliwość, aby samemu zasiąść na tronie. Przewidywał taki przebieg wypadków, ale tylko wtedy, gdyby został zrealizowany jego jakże błyskotliwy plan wywołania wojny z Hiszpanią. Wówczas cały kraj pogrążyłby się pewnie w takim chaosie, że możliwa byłaby zgoda na każdego władcę, który Francję by z tej biedy wyciągnął i to bez względu na to, czy ów kandydat byłby spokrewniony z poprzednim królem czy też nie. Oczywiście w takim wypadku również pozostawała wątpliwość, że lud zaakceptowałby Colgena jako swojego władcę, ale na to był on już przygotowany. Wystarczyło tylko ustanowić królem swoją marionetkę i odpowiednio pociągać za sznurki, jednak to szanowny pan minister przewidywał jedynie jako plan awaryjny, gdyby jego pierwotny zamysł zawiódł. Po kradzieży dokumentu wszystko szczęśliwie zmierzało jednak ku temu, aby to on osobiście zasiadł na tronie i założył nową dynastię.
Niestety, przez tych przeklętych muszkieterów minister Colgen musiał pożegnać się ostatecznie ze swoimi planami. Wiedział, że w takiej sytuacji, jaka obecnie panowała, osobiste przejęcie przez niego władzy będzie już całkowicie niemożliwe. Przede wszystkim lud, ani także Europa nie uznają takiego króla jak on, nie mówiąc już o tym, że nie miałby on poza swoją gwardią praktycznie żadnego poparcia. Co prawda jeszcze do niedawna mimo to rozważał osobiste przejęcie władzy, do którego pchała go jego bezgraniczna ambicja, jednak w ostatnich dniach, po głębokim namyśle, postanowił z tego zrezygnować. Wiedział, że gdyby ogłosił się oficjalnie królem, jego czterej adwersarze mogliby podnieść bunt przeciwko niemu, a taki bunt mógłby mieć bardzo duże poparcie, jako że pan Colgen nie miał żadnego arystokratycznego tytułu, zaś jego pokrewieństwo z królem było zbyt niskie, żeby mógł sobie pozyskać poparcie innych władców Europy, nie wspominając już o tym, że w przypadku niepowodzenia w tłumieniu takiego buntu, to on byłby kolejnym obalonym władcą, z tym że nie pochodzącym bezpośrednio z linii królewskiej. W takim wypadku nikt by się z nim nie patyczkował, a jego wrogowie bez wahania skazaliby go na śmierć.
Z tych właśnie powodów, bo bardzo głębokim namyśle, pan minister postanowił ostatecznie zrezygnować ze swego pierwotnego planu i osadzić na francuskim tronie marionetkę, którą mógłby potem manipulować. Taką marionetką mógłby zostać oczywiście Ludwik XV, dlaczegóż by nie? Colgen jednak szybko odrzucił tę myśl. Jego Królewska Mość od czasu, kiedy odkrył prawdziwą tożsamość swego ministra, stał się wobec niego wyjątkowo nieufny. Do tego był również bardzo uparty. Nie zrobi niczego, czego chce Colgen, nawet za cenę swego życia. A królowa? Ona aprobuje decyzje męża. Więcej, wręcz wspiera go w tym uporze. Gdyby jej nie było, to na pewno kochany Ludwiczek byłby zdecydowanie bardziej uległy, lecz ona trwa przy nim i wywiera niekorzystny wpływ. Oczywiście niekorzystny dla ministra Colgena. Właściwie można by ją usunąć z tego świata, ale król jest bardzo zakochany w żonie i istnieje ryzyko, że po zamordowaniu Marii Leszczyńskiej Ludwik zacietrzewi się jeszcze mocniej, jak również nadal nie wyrazi zgody na żaden z planów Colgena. Z tego powodu obecni król i królowa nie nadają się na marionetki w rękach swego ministra. O nie... Musi ich zastąpić inny Burbon, ale by tak się stało niezbędny jest tu akt abdykacji obecnego króla, a tego aktu jeszcze Colgen nie uzyskał. Wiedział jednak, że zdobycie go będzie tylko i wyłącznie kwestią czasu. Ludwik kiedyś ustąpi pod presją i zgodzi się na warunki swego oprawcy. Zresztą nie ma wyboru. Musi się zgodzić! Wystarczy tylko, jak to powiedział Febre, odpowiednio podejść do problemu.
Na razie Colgen nie przejmował się królem, miał bowiem na głowie liczne kłopoty, z których każdy wymagał sporo uwagi. Jednym z nich była sprawa jego własnych ludzi. Powoli zaczynali go oni zawodzić. Przede wszystkim Grusner. On pierwszy nie sprostał jego wymaganiom. Nie tylko nie udało mu się otruć muszkieterów, ale jeszcze, (czego Colgen był pewny) przyciśnięty przez nich wszystko im wygadał. No cóż... Jednak w tym wypadku niedyskrecja Hermanna Grusnera okazała się być nader przydatna, bo przecież muszkieterowie pojechali ratować Luizę i nie było ich w Paryżu, kiedy pan minister wprowadzał w życie swój niecny plan. Można więc śmiało stwierdzić, że błąd Grusnera okazał się pożyteczny dla ministra, co nie zmieniało jednak faktu, że ten głupi Niemiec zasłużył na karę i trzeba było mu ją wymierzyć.
Kolejny niedołęga to Raberic. On również zawiódł i nie zabił Raula Charmentall, gdy miał ku temu okazję. Ale cóż... Gamoń ów został już wypuszczony z Bastylii i dostał ostatnią szansę na zlikwidowanie tego niewygodnego chłopaka. Oby tym razem mu się udało, bo jeśli po raz kolejny zawiedzie swego protektora, to Colgen ponownie nie wykupi go z więzienia.
Pozostał jeszcze de Bernice, choć nim pan minister się nie przejmował. Co prawda zawiódł on swego pryncypała pozwalając na to, ażeby banda muszkieterów uwolniła z klasztoru Luizę, jednak Francois dotkliwie go poranił, więc jest nadzieja, że ten głupiec uda się do Hadesu i Colgen nie będzie musiał sobie brudzić rąk usuwaniem go z tego świata. Po co zatem się spieszyć? Kostucha zrobi swoje i bez pomocy pana ministra.
Teraz Colgena niepokoiło głównie jedno: zniknięcie hrabiny de Willer. Miała ona wrócić do Paryża, a tymczasem nie zjawiła się ani nie zostawiła żadnej wiadomości. Nawet liściku z zapewnieniem, że wszystko jej dobrze poszło. Colgen denerwował się więc. Hrabina pojechała zobaczyć swoją posiadłość, którą jej podarował (choć nadal nie rozumiał, po co jej była kiepska ziemia, w dodatku ze skałami i bagnami). No właśnie! Pojechała i potem miała wrócić. Febre przekazał jej rozkaz pryncypała o powrocie do Paryża, ale kobieta zamiast go wykonać zniknęła bez śladu. Colgen nie przejmował się jej losem, jednakże wiedział, że bardzo trudno będzie mu znaleźć równie dobrą agentkę, co ona, dlatego też bardzo niepokoiła go jej nieobecność w zamku Le Vieux Diable. Oczywiście to nie musi niczego oznaczać. Może po prostu kobieta gdzieś po drodze zamarudziła? Cóż... Jeśli tak, to niech no tylko ona zjawi się w Paryżu. Wysłucha już ona jego narzekań.
Prócz tych niepokojów wszystko układało się po myśli pana ministra. Jak na razie wszyscy mieszkańcy Francji sądzili, iż król i królowa są poważnie chorzy oraz modlili się o ich zdrowie. Póki będą tak myśleć, póty oni są bezpieczni. Ale czas naglił, w końcu poddani zaczną domagać się widzenia z Ich Królewskimi Mościami i wszystko się wyda. Jak na razie Colgen kazał aresztować wszystkich dworzan i dwórki, a także ministrów i osobistych podwładnych króla i królowej, by nikt nie doniósł Paryżanom, jak sytuacja wygląda naprawdę, a nie musimy chyba tłumaczyć, że panu ministrowi ujawnienie sekretu o zamachu pałacowym byłoby bardzo nie na rękę. Tak więc tych, których mógł, aresztował. Innych zastraszył i zmusił do posłuszeństwa pozostawiając w Wersalu co najmniej połowę swojej prywatnej gwardii, aby ta strzegła królewskiego pałacu.
Tego dnia Colgen opuścił Wersal, nakazując przy tym swoim wiernym żołnierzom, których tu pozostawił, aby tłumili oni wszelkie rozruchy i nie wpuszczali do pałacu nikogo obcego. Sam zaś udał się do zamku Le Vieux Diable, gdzie był więziony król, królowa i oraz kilka towarzyszących im osób.
***
- Otwierać bramę! - zawołał Colgen, gdy tylko podjechał pod mury zamku.
- Otwierać bramę! To Jego Wysokość, minister Colgen! - odezwały się okrzyki strażników.
Bramę natychmiast otwarto na oścież i kareta wtoczyła się pospiesznie na dziedziniec. Natychmiast podbiegło do niej kilku gwardzistów, którzy usłużnie otworzyli jej drzwiczki. Jeden gwardzista opuścił schodki, zaś Colgen i towarzyszący mu Grusner wysiedli z pojazdu, zeszli po stopniach, przeszli przez dziedziniec zamkowy, po czym pan minister udał się do swego gabinetu, położonego tuż obok Sali Rycerskiej. Następnie kazał on przywołać do siebie Febre’a.
Żeby lepiej zrozumieć akcję naszej powieści, powinniśmy teraz sobie dokładnie opisać twierdzę, w której zostali uwięzieni Ludwik XV oraz Maria Leszczyńska.
Zamek Le Vieux Diable była to potężna forteca otoczona wysokim murem obronnym. Znajdowały się tu cztery wysokie, ogromne wieże, a także głębokie i mroczne lochy. Nie zapomniano w niej także o piwnicach z winem oraz zapasami żywności, jak również o arsenale z prochem i amunicją. Wykopano też głęboką studnię, aby obrońcy twierdzy mieli stały dostęp do wody pitnej w razie długotrwałego oblężenia. Załogę zamku stanowiło około trzystu gwardzistów pana ministra. Pozostali obsadzili pałac w Wersalu. Colgen miał więcej ludzi w swej armii, ale część wybili już podczas znanych nam akcji Raul, Francois, Fryderyk i Trechevile. Inni zginęli podczas innych, nie opisywanych tu przez nas, potyczek. A zatem pan minister miał się teraz na baczności i część swej armii zakwaterował w zamku. Nie obawiał się ataku muszkieterów, choć sądził, że może on nastąpić w każdej chwili. Lękał się jedynie tego, że posyłając wszystkie swe siły w jedno miejsce, może przegrać. Skończyłoby się to wyniszczeniem jego gwardii. Poza tym zamek Le Vieux Diable musiał mieć stałą i pewną załogę. Wtedy dopiero stawał się twierdzą bardzo trudną do zdobycia. Zamek ten zajmował ważne miejsce w jego planach. Nie tylko chronił i umacniał władzę jego, Colgena, ale jednocześnie był on też więzieniem najważniejszych osób w całym państwie. Minister musiał więc zapewnić dostateczną ilość żołnierzy pilnujących zamku, jak również zadbać o to, żeby ucieczka z niego i kontakt z kimś z zewnątrz był niemożliwy.
Skoro wiemy już, jak wyglądał zamek Colgena, to wróćmy do naszego pana ministra rozmawiającego z Grusnerem, który podał mu przygotowane dokumenty abdykacyjne Ludwika XV.
- Wszystko gotowe, Herr Minister - zameldował wierny mu Niemiec - Teraz wystarczy tylko, że Konig Ludwik to podpisze, a natychmiast Herr Minister będzie mógł powołać na tron wybraną przez siebie osobę.
Colgen bowiem już zdecydował, kto będzie jego marionetką na tronie Francji. Wybrał jednego z licznych krewnych Ludwika XV. Nazwisko tego krewnego nie jest nam niestety znane, dlatego też musimy pominąć je milczeniem mając przy tym nadzieję, że Szanowni Czytelnicy zechcą nam to wybaczyć.
- Ale na pewno o wszystkim pomyślałeś? Niczego nie pominąłeś? - dopytywał się Colgen jak zwykle dbały o szczegóły, jak każdy polityk.
- Bez obaw, Herr Colgen. Meine Kopf już o wszystkim pomyślała. Każda inna ewentualna możliwość dziedziczenia tronu Francji dla innych pretendentów jest po prostu niemożliwa. Opracowałem to bardzo starannie.
Colgen znał umiejętności swego sekretarza, jednakże wolał sprawdzić wszystko osobiście. Kiedy jednak stwierdził, że w dokumentach wszystko jest napisane tak, jak być powinno, zwinął je w rulonik i powiedział:
- Dobra robota, Grusner. Kiedy już zostanę nieoficjalnym władcą Francji, nie minie cię nagroda.
- Herr Minister jest zbyt łaskaw dla mnie - powiedział Grusner kłaniając się uniżenie swemu panu.
- Dobrze, już dobrze. Nie płaszcz się przede mną. Nie lubię lizusów - zaśmiał się Colgen.
Ponownie rozwinął rulonik, popatrzył ponownie na papier i ponownie go zwinął. Uśmiechnął się do siebie. Tak! Teraz niech król to podpisze, a on przejdzie do kolejnego etapu swego jakże przebiegłego planu.
W tym samym momencie do pokoju wszedł Febre.
- Pan minister chciał mnie widzieć? - zapytał.
- Tak - odpowiedział mu Colgen - Co u króla i królowej? Są dobrze strzeżeni?
- I w piekle nie mieliby lepszej ochrony.
- To dobrze. A dworzanie?
- Lokaj cierpliwie znosi niewolę. Ale pani pułkownikowa de Saudier nieco narzeka. Próbuje nas nawet straszyć.
- Jak to ona. Czego innego się po niej spodziewałeś? Choć swoją drogą szkoda, że właśnie ona musi tu przebywać. Żal mi jej. Cenię sobie bardzo tę niezwykłą kobietę. Ale cóż... Była z królową podczas jej aresztowania, więc też musieliśmy ją przymknąć. Nie chcieliśmy przecież, aby kłapała swoim dziobem na prawo i lewo o tym, że aresztowaliśmy Ich Królewskie Wysokości.
- To prawda, panie ministrze.
- Panie ministrze, panie ministrze - przedrzeźniał go Colgen - Mówisz tak na mnie, jakbyś nie wiedział, że niedługo już zostanę królem Francji.
- Nieoficjalnie, proszę pana. Tylko nieoficjalnie - przypomniał mu z ironią w głosie Febre - Przy tej okazji pragnę panu przypomnieć, że pan sam zabronił nazywać siebie Jego Królewską Mością, aby przypadkiem nie zapeszyć.
- Ja tak powiedziałem? - zdziwił się Colgen i po chwili przypomniał sobie, że rzeczywiście wydał taki rozkaz - Dobrze, może rzeczywiście tak powiedziałem. Teraz to nie ma znaczenia. Gdzie król i królowa?
- W swojej komnacie. Nigdzie nie wychodzą, zgodnie z rozkazem - wyjaśnił Febre.
- Bardzo dobrze. Wybieram się do Jego Królewskiej Mości z wizytą. Powiedz mu o tym - wydał rozkaz Colgen wielkopańskim tonem.
Febre ukłonił się i poszedł do Ludwika XV i Marii Leszczyńskiej, aby wykonać polecenie. Colgen zaś udał się po chwili do komnaty królewskiej i wszedł tam bez pukania.
- Można? Mam nadzieję, że nie przeszkadzam Waszym Królewskim Mościom? - zapytał złośliwym tonem.
- A w czym ty niby możesz nam przeszkadzać? W gniciu tutaj? - odpowiedziała równie złośliwie Maria Leszczyńska - O nie, mój panie! Wcale nam nie przeszkadzasz. Może chcesz się do nas przyłączyć? Albo jeszcze lepiej, zamienić się z nami miejscami?
Colgen spojrzał na nią groźnie i powiedział:
- Lepiej pohamuj ten swój języczek, słodziutka, bo każe ci go obciąć i rzucić psom na pożarcie.
- Ośmieliłbyś się podnieść na nią rękę? - zawołał Ludwik XV zrywając się z krzesła, na którym siedział.
- A czemuż by nie? - zapytał Colgen ze śmiechem na ustach - Nie zapominaj, drogi kuzynku, że jesteś teraz na mojej łasce. Zatem, jeżeli tylko zechcę, to każe cię zrzucić moim żołnierzom z zamkowych murów i nikt mi za to nic nie zrobi.
- Zostaniesz ukarany za podniesie ręki na majestat króla! - krzyknęła królowa.
- Nie złość się tak lepiej, moja złociutka. Złość piękności szkodzi - kpił sobie w najlepsze Colgen - Ty i twój kochany małżonek zbyt długo przeszkadzaliście rozwojowi naszej ukochanej Francji i mojej rodziny. Ale dość tego. Nie dałeś mi najwyższych godności w państwie, które mi się słusznie należały za mą wierną służbę tobie i twojemu poprzednikowi, Królowi Słońce, więc teraz cierp.
- Jakże to nie dałem, kuzynie? - zapytał zdumiony król - Zostałeś ministrem na dwóch urzędach. To mało?
- Oczywiście, że mało, kuzynie - odpowiedział Colgen, wypowiadając kpiąco tytuł „kuzynie” – Sądziłeś może, że zadowolą mnie tak nędzne ochłapy? Myliłeś się więc. Chciałem czegoś więcej. Czegoś, co należy się mej rodzinie od lat za wierną służbę Burbonom. Najwyższe odznaczenia, najwyższe stanowiska. Władza, pieniądze i zaszczyty. Dla mnie i dla moich następców. Nie chciałeś mi tego ofiarować, a więc teraz cierp. Ale nie przyszedłem tu dyskutować o mych zasługach, lecz po to, abyś podpisał ten dokument.
To mówiąc podsunął mu do podpisania akt abdykacji.
- Co to jest?
- To jest akt twojej abdykacji, kuzynie, w którym zaznaczono także, że przekazujesz koronę jednemu ze swoich licznych krewnych.
- Aby mógł on zasiąść na tronie jako twoja marionetka? - szepnęła Maria Leszczyńska.
- Być może - odpowiedział jej ze stoickim spokojem Colgen - Wy tymi marionetkami nie chcecie zostać. Zostanie więc nią ktoś inny. Mnie jest wszystko jedno, kto to będzie. Ważne jest to, aby władza była moja. No już. Podpisuj.
Ludwik XV, w którym nagle odezwała się duma jego przodków, ze wzgardą odsunął od siebie akt.
- Nie podpiszę tego!
- Ależ podpiszesz, kochasiu, podpiszesz. Zapewniam cię, że to zrobisz - powiedział złośliwym tonem Colgen.
- Powtarzam ci, że tego nie zrobię! - wykrzyknął król.
- Zdajesz sobie z faktu, że mogę cię do tego zmusić, kuzynie, prawda? - kpił sobie z władcy Colgen.
- Nie podpisze tego i już! - krzyknął ponownie władca Francji.
- A ja ci powiadam, że podpiszesz. I to jeszcze tego wieczora!
- Nie podpiszę.
Colgen zdenerwował się, ale wiedział, że dalsze naleganie nie pomoże, więc postanowił spróbować inaczej. Przemówił więc ze spokojem.
- Zrozum, kuzynie, że tu chodzi o twoje życie. Chyba nie chcesz je stracić w tak młodym wieku? - zapytał z groźbą w głosie - Podpisz to, a obiecuję ci, że ani tobie, ani twej uroczej małżonce, a także ewentualnym waszym potomkom włos z głowy nie spadnie.
- A co będzie, jeśli mimo wszystko król tego nie podpisze? - zapytała odważnie Maria Leszczyńska.
- Wówczas będę musiał was przekonać o mojej potędze. A zaufaj mi, moja droga... Jest ona wręcz ogromna - odpowiedział Colgen próbując w ten sposób przestraszyć Ludwika i Marię.
Król i królowa jednak milczeli. Wiedzieli, co się stanie, jeśli podpiszą ten dokument. Colgen może wypuści ich wolno, ale jako faktyczny władca Francji zniszczy to, o co tak długo walczyli kardynał Richelieu, kardynał Mazarini i Ludwik XIV. Porządek, ład i władzę absolutną. W zamian za to wprowadzi tu jedynie chaos i anarchię.
- Zrozum, Ludwiczku, że ten upór ci szkodzi - mówił z jadowitym spokojem minister.
Król i królowa wciąż milczeli.
- Zrozumcie, mam tu trzystu ludzi gotowych na wszystko. Czy mam was wydać w ich ręce? - zapytał groźnie Colgen.
Nadal nie padła żadna odpowiedź na jego odpowiedź.
Podły minister coraz bardziej się denerwował.
- Podpisz ten dokument, dobrze ci radzę - powiedział, jeszcze raz podsuwając królowi pismo pod nos.
Król spojrzał tylko na papier, potem na małżonkę i znów na papier.
- No podpisz!!!! - ryknął Colgen, dostawszy już szału.
Król spojrzał na swojego „zaufanego” ministra i kuzyna w jednej osobie z pogardą w oczach.
- Nie - odpowiedziała stanowczo Maria Leszczyńska.
Colgen spojrzał wściekle na królową.
- Nie wtrącaj się. Nie do ciebie mówię, ale do twojego męża.
- Ja też mówię NIE - odpowiedział stanowczo Ludwik XV.
- To twoja ostateczna odpowiedź? - zapytał zirytowany minister.
- Tak.
- Na pewno?
- TAK!
Colgen zwinął w rulonik akt abdykacji i powiedział:
- Dobrze, jak sobie chcecie. Zobaczymy, jak długo wytrzymacie bez jedzenia oraz wody. Przypuszczam, że już po kilku godzinach głodówki zaczniecie mnie na klęczkach błagać, bym wam przyniósł do podpisania ten papier. Chciałem wam tego oszczędzić, ale niestety, zmuszacie mnie do zastosowania drastycznych rozwiązań. Ale trudno. Sami tego chcieliście.
To mówiąc Colgen wyszedł z pokoju i zatrzasnął za sobą drzwi z głośnym hukiem.
- Febre! - ryknął po wyjściu.
Człowiek w czerni zbliżył się do swego pryncypała.
- Pilnować mi ich dobrze. I niech od teraz nie dostają nic do jedzenia. Zobaczymy, czy ich żołądki są tak samo silne jak charaktery. Ach! Ten ich ośli upór. Ileż kłopotów mi on przysparza. I nie dawać im ani kropli wody! Rozumiesz?! Ani kropelki!
- Tak jest, panie ministrze - odpowiedział na to Febre z cynicznym uśmieszkiem na ustach i zaryglował drzwi komnaty w której byli uwięzieni król i królowa.
Febre zamierzał skrupulatnie wypełnić rozkaz swego przełożonego, który wprost kipiał ze złości. Pozwolił jedynie, aby król miał przy sobie swego osobistego służącego, zaś królowa panią pułkownikową de Saudier u boku. Jednak w kwestii posiłków dla władców Francji był konsekwentny. Jeśli chcą jeść i pić, muszą podpisać akt abdykacji. W przeciwnym bowiem razie niech umierają z głodu oraz z pragnienia.
Jak na razie wszystko idzie po myśli Colgena, tylko nie wiadomo po czyjej stronie rzeczywiście stoi Grusner, skoro Colgen nadal uważa go za swojego najbliższego i najbardziej zaufanego doradcę, gdy tymczasem on doniósł muszkieterom o miejscu uwięzienia władców, a to oznacza, że zapragnął im się przysłużyć bądź też wciągnąć ich w pułapkę. Nie wiadomo bowiem, jakie są jego prawdziwe motywacje, a wydaje mi się, że komuś takiemu jak on nie można ufać, dopóki nie udowodni swoich dobrych intencji. Ciekawe jak długo król i królowa zachowają swoją dumę i upór i czy Colgenowi uda się ich ostatecznie złamać i zmusić króla do podpisania aktu abdykacji.
OdpowiedzUsuń