Rozdział XXVI
Kolejna uczona przemowa pani Heleny de Saudier
Kolejna uczona przemowa pani Heleny de Saudier
Podczas, gdy Raul i Francesca wymieniali swoje poglądy dotyczące zaistniałej sytuacji, Andre Trechevile najpierw poszedł do swego pokoju w oberży, później zaś udał się z wizytą do pani Heleny de Saudier, która po wyzwoleniu z niewoli Colgena w zamku Le Vieux Diable przebywała ponownie w swoim przytulnym, paryskim mieszkanku. Nim tam jednak powróciła zdążyła zaprosić Trechevile’a na filiżankę czekolady o siódmej wieczorem. Spotkania przy tym jakże smacznym trunku należały już do tradycji i trudno byłoby im ich zaprzestać. Poza tym oboje na tyle mocno się lubili, że nie wyobrażali sobie życia bez spotkania się od czasu do czasu i porozmawiania przy filiżance czekolady oraz ciastkach.
Kapitan królewskich muszkieterów zastał gospodynię oczekującą na niego z gorącą czekoladą i dwiema filiżankami.
- Dobry wieczór, pani pułkownikowo - powiedział Trechevile.
- Dobry wieczór, panie kapitanie. Zapraszam pana bardzo serdecznie - odpowiedziała Helena de Saudier i wskazała na miejsce naprzeciwko niej.
Trechevile usiadł na fotelu i sięgnął ręką po filiżankę, do której pani pułkownikowa nalała wcześniej czekolady. Kapitan wziął szczypcami dwa kawałki cukru i wpuścił je do filiżanki. Zamieszał i delektował się smakiem ulubionego napoju.
- No i cóż, kapitanie? Jakże się pan czuje po wczorajszej akcji? - zapytała Helena de Saudier.
- No cóż... Czuję się bardzo zmęczony - kapitan uśmiechnął się do niej przyjaźnie - Zmęczony, ale zarazem bardzo usatysfakcjonowany.
- Tego się spodziewałam - rzekła pani Helena, słodząc właśnie swoją czekoladę i mieszając ją łyżeczką - Ale za pewne, gdyby panu kazano, to ruszyłby pan już teraz na kolejną akcję. Mam rację?
To mówiąc wypiła łyczek ciepłego napoju.
- No chyba, że tak - odpowiedział jej z uśmiechem Trechevile.
- Tak też myślałam. Wy, muszkieterowie, nie wytrzymacie bez przygód i bez jakieś walki nawet tygodnia. Co tam tygodnia, nawet pół dnia nie wytrwacie w spokoju, tylko musicie się z kimś nie pojedynkować. A kiedy brakuje wam wrogów, bijecie się między sobą.
To mówiąc wypiła kolejny łyk czekolady.
Trechevile uśmiechnął się wesoło i powiedział:
- Pani przesadza, pani Heleno. Aż tak źle, to z nami nie jest.
- Uhhm! Jasne - powiedziała spod filiżanki Helena de Saudier - Wy, mężczyźni, wszyscy macie ze sobą coś wspólnego. Możecie się między sobą różnić prawie wszystkimi cechami, ale jedną macie wspólną.
- O! A jakaż to cecha?
- Skłonności do brawury i bijatyk.
Trechevile obruszył się lekko słysząc jej słowa.
- No, wie pani... Teraz to pani lekko przesadziła.
- Ależ mój panie, czy ja nie mam racji? Przecież każdy z was, choćby nie wiem, jak spokojny, ma diabła za koszulą. Jeszcze czekolady?
- Tak, poproszę.
Pani Helena nalała kapitanowi i ciągnęła dalej.
- Wiem o was bardzo dużo, ponieważ moja siostrzenica, Francesca...
- Udawała muszkietera i jako pan Fryderyk de Saudier, syn brata pani zmarłego męża, dokonała wielu walecznych czynów. Tak, wiem już o tym - dokończył za nią Trechevile.
- A skąd pan wie? Czyżby jakaś męska intuicja?
Kapitan muszkieterów zaśmiał się delikatnie, po czym przeszedł do wyjaśnień.
- Można by to tak określić. Otóż słyszałem, jak Raul nazwał Fryderyka „Francescą”, a było to tuż po jego pojedynku z Febrem. Widziałem również, że tuli on ją do siebie i mówi, że wie, kim ona jest. Poza tym od dawna już miałem przeczucie, że jak na mężczyznę, to jakoś dziwnie broni ona honoru wszystkich kobiet podczas naszych rozmów.
- No tak, ona tak już ma. To ją zdradziło - powiedziała sceptycznie pani Helena - Czy po czymś jeszcze pan doszedł prawdy?
- Owszem, tak.
- A wolno wiedzieć co to takiego było?
- No cóż, głównie to, że Raul mi powiedział, kim ona jest. Twierdzi, że ją rozpoznał od razu, kiedy zjawiła się w siedzibie muszkieterów ubrana w mundur naszych służb. A przynajmniej wydawało mu się, że ją poznaje, ale pewności nabrał dopiero po tych, jak w trójkę złapali tego łotra Raberica.
- Kiedy to panu powiedział?
- Zaraz po tym, jak to odkrył. Wcześniej ja sam, gdy rozmawiałem z tym jakże uroczym, młodym protegowanym Jej Królewskiej Mości, miałem już pewne podejrzenia co do jego płci, które później zostały potwierdzone. Wszak jednak były to tylko przypuszczenia. Raul okazał się być jednak o wiele bystrzejszy ode mnie, gdyż od początku znał prawdziwą tożsamość rzekomego bratanka pani zmarłego męża.
Helena de Saudier zaśmiała się wesoło.
- To nie wątpliwie wielka przewaga nad innymi, tak zawsze wszystko wiedzieć.
- Niewątpliwie - odparł równie wesoło kapitan muszkieterów.
Pani Helena de Saudier odłożyła pustą już filiżankę na stół, po czym wymownie spojrzała na Trechevile’a, który natychmiast chwycił imbryk, po czym nalał kobiecie czekolady.
- Niewątpliwie nawet gdyby Raul nie zdołał rozpoznać Francesci w przebraniu, to dziewczynę mógł zgubić ten przygodny postrzał, który bez najmniejszych wątpliwości mógł ujawnić jej prawdziwe oblicze - mówił dalej muszkieter.
- Który postrzał? Ach, ten postrzał! Teraz już sobie przypominam! - pani Helena wytężyła swoją pamięć - Lekarz, który wyciągał jej kulę z całą pewnością poznał podczas operacji, że jest ona kobietą. Zresztą byłby chyba ślepy, gdyby się w tym nie zorientował.
- No właśnie - odpowiedział na to Trechevile - Zorientował się w tym i od razu chciał o wszystkim powiedzieć mnie, Raulowi oraz Francois. Tyle tylko, że Francesca przekupiła lekarza, by zachował tę rewelację dla siebie.
- A o tym skąd pan wie?
- Od niej samej. Przyznała się do tego niedługo po bitwie o zamek Colgena. Nie wiedziała wszakże, iż Raul od dawna wie, kim ona jest i powiedział mi o tym już dawno. Jednak kiedy to zrobił, to obaj ustaliliśmy, że nie damy niczego po sobie poznać.
- Czyli całą mistyfikację diabli wzięli - zakpiła sobie pani Helena.
- Można to tak powiedzieć, łaskawa pani - odpowiedział uśmiechnięty Trechevile.
Pani de Saudier sączyła powoli czekoladę ze swojej filiżanki i patrzyła na kapitana muszkieterów swymi orzechowymi oczami.
- Czemu mi się pani tak przygląda? - zapytał kapitan muszkieterów.
- Patrzę na mężczyznę, który już jutro spotka się ze słynną królewską wdzięcznością - odpowiedziała Helena de Saudier popijając małymi łykami gorącą czekoladę.
- To chyba wielki szczęściarz ze mnie, nieprawdaż? Nie wiem jednak, dlaczego mówi pani o tym w taki sposób, jakby nie widziała pani w tym nic dobrego?
- Bo nie widzę - odparła spokojnie kobieta, pijąc dalej czekoladę - Nie widzę niczego dobrego w obsypywaniu kogoś złotem.
- O! A dlaczegóż to?
- Ponieważ wtedy obdarowani stają się zbyt pewni siebie. A to źle. Nie wolno mężczyzn zbytnio rozpieszczać - odpowiedziała szacowna wdowa żartobliwym tonem.
Trechevile zaśmiał się do niej lekko. Stwierdzenie to bardzo rozbawiło kapitana muszkieterów.
- No cóż... Nas ostatnio życie raczej nie rozpieszczało.
- Oczywiście. A jutro liczycie panowie na wielkie względy i wielkie święto, nieprawdaż?
- Skądże. To, na co się jutro wybieram, to tylko skromne wręczenie nagród za męstwo i odwagę.
- Dobrze, dobrze. Nazywaj to sobie pan, jak chcesz. Ja uważam, że to będzie tylko zwykły zaszczyt ucałowania królewskiej dłoni. Nie liczcie na zbyt wiele.
- O! A czemuż to pani tak uważa?
- Bo to prawda. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. W dodatku jest to koń bardzo kapryśny i narowisty. Lubi zrzucać ze swego grzbietu.
- Niemożliwe, żeby król Ludwik XV był taki. Przecież ocaliliśmy mu życie, notabene z narażeniem własnego.
- No i cóż z tego, łaskawy panie? Królowie mają bardzo krótką pamięć. Dzisiaj pamiętają, a jutro zapominają i wsadzają do więzienia. Nie można opierać się na ich obietnicach czy łaskach, tylko brać to, co pewne. A jak brać, to tyle ile się da i nikomu tego nie oddawać.
- I liczyć tylko na siebie - skwitował Trechevile.
- Właśnie - dodała Helena de Saudier.
Trechevile powrócił do picia czekolady i zaczął się zastanawiać nad sensem tych słów, które zawierały w sobie tyle samo goryczy, ile prawdy, czyli bardzo wiele.
Kapitan królewskich muszkieterów zastał gospodynię oczekującą na niego z gorącą czekoladą i dwiema filiżankami.
- Dobry wieczór, pani pułkownikowo - powiedział Trechevile.
- Dobry wieczór, panie kapitanie. Zapraszam pana bardzo serdecznie - odpowiedziała Helena de Saudier i wskazała na miejsce naprzeciwko niej.
Trechevile usiadł na fotelu i sięgnął ręką po filiżankę, do której pani pułkownikowa nalała wcześniej czekolady. Kapitan wziął szczypcami dwa kawałki cukru i wpuścił je do filiżanki. Zamieszał i delektował się smakiem ulubionego napoju.
- No i cóż, kapitanie? Jakże się pan czuje po wczorajszej akcji? - zapytała Helena de Saudier.
- No cóż... Czuję się bardzo zmęczony - kapitan uśmiechnął się do niej przyjaźnie - Zmęczony, ale zarazem bardzo usatysfakcjonowany.
- Tego się spodziewałam - rzekła pani Helena, słodząc właśnie swoją czekoladę i mieszając ją łyżeczką - Ale za pewne, gdyby panu kazano, to ruszyłby pan już teraz na kolejną akcję. Mam rację?
To mówiąc wypiła łyczek ciepłego napoju.
- No chyba, że tak - odpowiedział jej z uśmiechem Trechevile.
- Tak też myślałam. Wy, muszkieterowie, nie wytrzymacie bez przygód i bez jakieś walki nawet tygodnia. Co tam tygodnia, nawet pół dnia nie wytrwacie w spokoju, tylko musicie się z kimś nie pojedynkować. A kiedy brakuje wam wrogów, bijecie się między sobą.
To mówiąc wypiła kolejny łyk czekolady.
Trechevile uśmiechnął się wesoło i powiedział:
- Pani przesadza, pani Heleno. Aż tak źle, to z nami nie jest.
- Uhhm! Jasne - powiedziała spod filiżanki Helena de Saudier - Wy, mężczyźni, wszyscy macie ze sobą coś wspólnego. Możecie się między sobą różnić prawie wszystkimi cechami, ale jedną macie wspólną.
- O! A jakaż to cecha?
- Skłonności do brawury i bijatyk.
Trechevile obruszył się lekko słysząc jej słowa.
- No, wie pani... Teraz to pani lekko przesadziła.
- Ależ mój panie, czy ja nie mam racji? Przecież każdy z was, choćby nie wiem, jak spokojny, ma diabła za koszulą. Jeszcze czekolady?
- Tak, poproszę.
Pani Helena nalała kapitanowi i ciągnęła dalej.
- Wiem o was bardzo dużo, ponieważ moja siostrzenica, Francesca...
- Udawała muszkietera i jako pan Fryderyk de Saudier, syn brata pani zmarłego męża, dokonała wielu walecznych czynów. Tak, wiem już o tym - dokończył za nią Trechevile.
- A skąd pan wie? Czyżby jakaś męska intuicja?
Kapitan muszkieterów zaśmiał się delikatnie, po czym przeszedł do wyjaśnień.
- Można by to tak określić. Otóż słyszałem, jak Raul nazwał Fryderyka „Francescą”, a było to tuż po jego pojedynku z Febrem. Widziałem również, że tuli on ją do siebie i mówi, że wie, kim ona jest. Poza tym od dawna już miałem przeczucie, że jak na mężczyznę, to jakoś dziwnie broni ona honoru wszystkich kobiet podczas naszych rozmów.
- No tak, ona tak już ma. To ją zdradziło - powiedziała sceptycznie pani Helena - Czy po czymś jeszcze pan doszedł prawdy?
- Owszem, tak.
- A wolno wiedzieć co to takiego było?
- No cóż, głównie to, że Raul mi powiedział, kim ona jest. Twierdzi, że ją rozpoznał od razu, kiedy zjawiła się w siedzibie muszkieterów ubrana w mundur naszych służb. A przynajmniej wydawało mu się, że ją poznaje, ale pewności nabrał dopiero po tych, jak w trójkę złapali tego łotra Raberica.
- Kiedy to panu powiedział?
- Zaraz po tym, jak to odkrył. Wcześniej ja sam, gdy rozmawiałem z tym jakże uroczym, młodym protegowanym Jej Królewskiej Mości, miałem już pewne podejrzenia co do jego płci, które później zostały potwierdzone. Wszak jednak były to tylko przypuszczenia. Raul okazał się być jednak o wiele bystrzejszy ode mnie, gdyż od początku znał prawdziwą tożsamość rzekomego bratanka pani zmarłego męża.
Helena de Saudier zaśmiała się wesoło.
- To nie wątpliwie wielka przewaga nad innymi, tak zawsze wszystko wiedzieć.
- Niewątpliwie - odparł równie wesoło kapitan muszkieterów.
Pani Helena de Saudier odłożyła pustą już filiżankę na stół, po czym wymownie spojrzała na Trechevile’a, który natychmiast chwycił imbryk, po czym nalał kobiecie czekolady.
- Niewątpliwie nawet gdyby Raul nie zdołał rozpoznać Francesci w przebraniu, to dziewczynę mógł zgubić ten przygodny postrzał, który bez najmniejszych wątpliwości mógł ujawnić jej prawdziwe oblicze - mówił dalej muszkieter.
- Który postrzał? Ach, ten postrzał! Teraz już sobie przypominam! - pani Helena wytężyła swoją pamięć - Lekarz, który wyciągał jej kulę z całą pewnością poznał podczas operacji, że jest ona kobietą. Zresztą byłby chyba ślepy, gdyby się w tym nie zorientował.
- No właśnie - odpowiedział na to Trechevile - Zorientował się w tym i od razu chciał o wszystkim powiedzieć mnie, Raulowi oraz Francois. Tyle tylko, że Francesca przekupiła lekarza, by zachował tę rewelację dla siebie.
- A o tym skąd pan wie?
- Od niej samej. Przyznała się do tego niedługo po bitwie o zamek Colgena. Nie wiedziała wszakże, iż Raul od dawna wie, kim ona jest i powiedział mi o tym już dawno. Jednak kiedy to zrobił, to obaj ustaliliśmy, że nie damy niczego po sobie poznać.
- Czyli całą mistyfikację diabli wzięli - zakpiła sobie pani Helena.
- Można to tak powiedzieć, łaskawa pani - odpowiedział uśmiechnięty Trechevile.
Pani de Saudier sączyła powoli czekoladę ze swojej filiżanki i patrzyła na kapitana muszkieterów swymi orzechowymi oczami.
- Czemu mi się pani tak przygląda? - zapytał kapitan muszkieterów.
- Patrzę na mężczyznę, który już jutro spotka się ze słynną królewską wdzięcznością - odpowiedziała Helena de Saudier popijając małymi łykami gorącą czekoladę.
- To chyba wielki szczęściarz ze mnie, nieprawdaż? Nie wiem jednak, dlaczego mówi pani o tym w taki sposób, jakby nie widziała pani w tym nic dobrego?
- Bo nie widzę - odparła spokojnie kobieta, pijąc dalej czekoladę - Nie widzę niczego dobrego w obsypywaniu kogoś złotem.
- O! A dlaczegóż to?
- Ponieważ wtedy obdarowani stają się zbyt pewni siebie. A to źle. Nie wolno mężczyzn zbytnio rozpieszczać - odpowiedziała szacowna wdowa żartobliwym tonem.
Trechevile zaśmiał się do niej lekko. Stwierdzenie to bardzo rozbawiło kapitana muszkieterów.
- No cóż... Nas ostatnio życie raczej nie rozpieszczało.
- Oczywiście. A jutro liczycie panowie na wielkie względy i wielkie święto, nieprawdaż?
- Skądże. To, na co się jutro wybieram, to tylko skromne wręczenie nagród za męstwo i odwagę.
- Dobrze, dobrze. Nazywaj to sobie pan, jak chcesz. Ja uważam, że to będzie tylko zwykły zaszczyt ucałowania królewskiej dłoni. Nie liczcie na zbyt wiele.
- O! A czemuż to pani tak uważa?
- Bo to prawda. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ. W dodatku jest to koń bardzo kapryśny i narowisty. Lubi zrzucać ze swego grzbietu.
- Niemożliwe, żeby król Ludwik XV był taki. Przecież ocaliliśmy mu życie, notabene z narażeniem własnego.
- No i cóż z tego, łaskawy panie? Królowie mają bardzo krótką pamięć. Dzisiaj pamiętają, a jutro zapominają i wsadzają do więzienia. Nie można opierać się na ich obietnicach czy łaskach, tylko brać to, co pewne. A jak brać, to tyle ile się da i nikomu tego nie oddawać.
- I liczyć tylko na siebie - skwitował Trechevile.
- Właśnie - dodała Helena de Saudier.
Trechevile powrócił do picia czekolady i zaczął się zastanawiać nad sensem tych słów, które zawierały w sobie tyle samo goryczy, ile prawdy, czyli bardzo wiele.
Helena nie ma zbyt dobrego zdania ani o władcach, ani o mężczyznach, a przecież jej nie spotkał z ich strony tak wielki zawód jak Trechevile’a ze strony kobiety, a to oznacza, że w swych opiniach jest jeszcze bardziej niesprawiedliwa od niego, skoro nie ma ku nim żadnych podstaw poza własnymi spostrzeżeniami, a przecież nie można wszystkich szufladkować i wrzucać do jednego worka, bo każdy jest inny.
OdpowiedzUsuń